Forum Telenowele Strona Główna Telenowele
Forum Telenowel
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Nunca mire detrás
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 39, 40, 41  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze telenowele
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
BlackFalcon
Arcymistrz
Arcymistrz


Dołączył: 08 Lip 2007
Posty: 23524
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Gdziekolwiek Ty jesteś...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:42:56 20-08-14    Temat postu:

50. COSME

Zuluaga pokręcił głową, nawet nie próbując zatrzymać Christiana, który zmierzył go wściekłym spojrzeniem i jak burza wypadł bez słowa z pokoju.

- Jesteście tacy sami – szepnął sam do siebie Cosme. – Andres również nie chciał mnie słuchać. A czy ja kiedykolwiek życzyłem źle któremukolwiek z was? Nie...Suarez był moim przyjacielem i po prostu próbowałem pomóc zarówno jemu, jak i jego rodzinie. Którą on nieustannie niszczył. A teraz ty, młody Christianie, odrzucasz prawdę tylko dlatego, że nie jest ci ona wygodna. Zamiast ratować Laurę, ty obrażasz się na mnie – jedynego człowieka, który nic przed tobą nie ukrywał i powiedział ci prawdę.

Właściciel budynku na wzgórzu wstał ciężko, jakby rozmowa, którą właśnie odbył z synem Andresa – a raczej monolog, jaki mu wygłosił – wyczerpał jego siły.

- A przecież zataiłem tylko jeden, mały drobiazg. Po to, by nie sprawiać ci więcej bólu, niż to koniecznie. Wygląda na to, że zaprzepaścisz jedyną szansę na znalezienie twojej siostry. W sumie nie powinno mnie to obchodzić. Laura jest córką Andresa, nie moją.

Zamierzał wrócić do domu i w końcu porządnie odpocząć, zapominając o wszystkich problemach, o przeszłości, o ludziach wątpiących w jego słowa, wyrzucić z pamięci to, co lęgło się w jego umyśle, podsuwając coraz straszniejsze obrazy na temat Laury i jego własnego dziecka. Zreflektował się jednak, że będzie musiał wracać do El Miedo na piechotę. Znowu. Maszerowanie przez Valle de Sombras nie było być może takie przerażające, kiedy czynił to tak niedawno w towarzystwie Ignacio, ale tym razem całą drogę miał odbyć sam. Zdawał sobie też sprawę, że tylko raz udało im się uniknąć ludzkich spojrzeń – Sanchez dobrze wiedział, że Cosme najlepiej czuje się w samotności i wybrał najmniej uczęszczaną trasę. Teraz jednak z pewnością i ona była zatłoczona. Jakże żałował, że przez tyle lat nie uruchomił samochodu, czekającego w garażu na lepsze dni! Przez wszystkie te lata Zuluaga nie miał nawet ochoty sprawdzać, czy jest on nadal na chodzie, chociaż po tak długim okresie, jaki upłynął od ostatniej przejażdżki, było to co najmniej wątpliwe.

- Jeżeli nie odpali, kupię sobie konia – poprzysiągł w myślach „El Loco”, odrzucając wcześniejszy pomysł, jaki wpadł mu do głowy – zakup motocykla. To nie wchodziło w grę. Byłoby zbyt podobne do zajęcia, jakiemu lubował oddawać się Christian.

Dziesięć minut później pochylona, samotna postać wpatrywała się w niski kawałek marmuru, leżący przed nim na ziemi. Grób. Z początku często odwiedzany, czyszczony, zadbany, potem – gdy sprawa morderstwa już nieco przycichła i pozostały tylko niechętne spojrzenia ludzi kierowane w stronę niesłusznie oskarżonego – coraz bardziej zapadający się w sobie. Zupełnie, jak ten, kto właśnie dotknął ręką ciemnego krzyża z tabliczką i wypisanym na niej imieniem zmarłej. Ozdobne litery układały się w miano wyryte zarówno tutaj, jak i w sercu Cosme. Antonietta Boyer.

- A mogłaś być moją żoną...- powiedział cicho, nie przestając pieścić zimnego głazu, jakby próbował przekazać chociaż część ciepła ze swojej ręki do martwego od tak dawna ciała i ożywić dawne dni. Jedyne, co uzyskał, to fakt, że jego dłoń stawała się powoli tak samo lodowata, jak i krzyż. Zignorował ten fakt tak samo, jak coraz mocniej zrywający się wiatr. Marznął, drżał zupełnie nieświadomie od chłodu przenikającego go od wewnątrz i od zewnątrz. Dreszcze wzmogły się, kiedy gorączka zaatakowała z podwójną mocą, ale nie chciał stąd odchodzić. Jeszcze nie. Otulił się tylko bardziej granatową marynarką i pogładził palcami zdjęcie Tamtej Kobiety.

- Byłaś taka piękna...Powiedz mi...Czy gdybym był bogatszy, zostałabyś ze mną? Gdybym, na kilka dni przed twoim wyjazdem, nie odmówił twojej prośbie, byłabyś wciąż tutaj? Jako moja narzeczona? Wychowywalibyśmy nasze dziecko razem? Wspólnie? Może nawet jako małżeństwo? El Miedo stałoby puste, zapewne bym je sprzedał, pozbył się tego łącznika z przeszłością mojej rodziny. Kupilibyśmy za to większe mieszkanie. Urodziłyby się kolejne dzieci.

Upadł na kolana, kompletnie nie dbając o to, że błoto i kurz zaplamiły zawsze czyste spodnie, barwiąc je na czarno, a leżąca obok gałąź rozorała nogawkę.

- Wiem, że mnie nie kochałaś. Ale czy naprawdę nie mogłaś obdarzyć chociażby skrawkiem uczucia tą małą, niewinną istotkę, narodzoną z twojego łona? Albo, skoro tak bardzo jej nienawidziłaś, pozwolić jej zostać ze mną? Chciałaś mnie ukarać, zabierając mi malutką, ukarać tylko dlatego, że...

Nigdy nie dane mu było dokończyć. Zamyślony i zapłakany - co ostatnio zdarzało mu się coraz częściej, nie zdołał usłyszeć cichego ruchu tuż za jego plecami. Grupka dzieci, kryjąca się do tej pory za jednym z drzew, zdecydowała się działać. Ten najstarszy dał znak i cała czwórka mocniej chwyciła to, co trzymała w małych dłoniach. Za kilka sekund cztery średniej wielkości kamienie poszybowały w stronę Zuluagi. Jeden trafił go w plecy, drugi w nogę, trzeci w ramię, a czwarty - na szczęście ten najmniejszy - w sam środek klatki piersiowej, gdyż Cosme zdążył się obrócić i rozejrzeć wokoło, zaskoczony tym nagłym napadem. Z miejsca zorientował się, skąd nadszedł atak i ruszył w stronę napastników, chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę ciesząc się ze złej sławy, jaką miał w miasteczku. Sam nie miał pojęcia, co chce zrobić, bo skrzywdzenie małolatów nie wchodziło w grę, ale przecież nie mógł pozwolić, aby kamieniowano go żywcem i to jeszcze tutaj, przy Jej grobie. Przyspieszył kroku, praktycznie biegnąc, kiedy zobaczył, że dzieciaki rzuciły się do ucieczki. Prawda była taka, że nie miał szans złapać żadnego z nich, nie pozwalał mu na to stan jego zdrowia, a po trochu i wiek - pięćdziesiąt cztery lata to o wiele za dużo w porównaniu z nikłą ilością wiosen, jaką mieli na karku jego prześladowcy. Byli po prostu szybsi.

Szczęście mu jednak sprzyjało - najmłodszy z nich, ten, którego pocisk trafił Zuluagę jakże wymownie, bo w samo serce, potknął się na jednej z wszechobecnych tutaj gałęzi i runął jak długi, cudem jedynie unikając roztrzaskania sobie czaszki o jeden z nagrobków.

Nie. Nie cudem. Chyba, że takim mianem ochrzcimy "El Loco". To on bowiem mocno chwycił uciekiniera, nie tylko ratując go przed zrobieniem sobie krzywdy, ale i zmuszając do spojrzenia mu prosto w oczy.

- Ty mały...- wycedził pracodawca Ariany. - Ja nawet nie pytam, dlaczego. Przypominam ci tylko, że takim kamieniem możesz kogoś zabić.

- I co z tego? - odburknął tamten, chociaż nie czuł się zbyt pewnie, wiedząc, że jego koledzy uciekli, gdzie pieprz rośnie, a on sam wije się w silnym uścisku "El Monstruo" - jak zaczęli go nazywać od niedawna w Valle de Sombras - i nie za bardzo ma możliwość ucieczki. - Przynajmniej nie musielibyśmy się ciebie bać.

- Boicie się mnie, ale jednak mnie zaczepiacie? - Zuluaga wykazał, jak bezsensowna była logika dziecka. Nawet nie był zły, przyzwyczaił się już do przeróżnego traktowania go przez ludzi, zarówno tych dużych, jak i tych małych, ale nie potrafił sobie odmówić dania mu małej nauczki. Nie fizycznej, broń Boże. Ale jeśli odpowiednio nastraszy tego malca, może reszta da mu spokój...przynajmniej na jakiś czas.

Nie przewidział jednak jednego. Tego, że umysły najmłodszych miasteczka Valle de Sombras chłoną jak gąbka to, co mówią dorośli. A tamci dobrej opinii o "El Loco" zdecydowanie nie mieli.

- Tak, bo...bo pan jest zabójcą dzieci! - wypalił chłopak.

- Zabójcą dzieci? - Cosme skulił się nieco, słysząc te słowa, ale wciąż nie pojmował, dlaczego właśnie tak został nazwany.

- Tak! - potwierdził już nieco śmielej tamten, widząc, że raczej nic mu nie grozi. - Mama mówi, że zamordował pan nie tylko panią Boyer, ale i jej córkę! Podobno utopił pan niemowlaka, trzymając go za...

Tego było już za wiele. Cosme jęknął głośno, momentalnie puszczając bezczelnego brzdąca. Mógł znieść fakt, że wszyscy winią go za śmierć Antonietty, ale to? Od kiedy po Valle de Sombras krąży pogłoska, że zabił również własne dziecko? Być może było tak zawsze, a on po prostu o tym nie wiedział. Jakkolwiek by nie było, bolało nawet mocniej od dziesięciu lat spędzonych w mrocznych murach El Miedo.

- Wynoś się sprzed moich oczu...- zdołał jedynie wykrztusić, ale nie było to konieczne - chłopak już dawno zniknął za drzewami, szczęśliwy, że mu się upiekło. Jak dobrze to rozegra, zostanie nawet bohaterem - w końcu przeżył spotkanie oko w oko z "El Monstruo" i przeżył!

- Dosyć. Dosyć. Dosyć! - Zuluaga czuł narastającą w sobie wściekłość, kiedy krok za krokiem zdążał w miejsce, którego nie powinien nigdy opuszczać. Rezydencję. Dom na wzgórzu, tam, gdzie nigdy go nie oceniano, nie sądzono, nie wytykano palcami. - "El Loco", tak? "El Monstruo", tak? Kamienie, tak? Zabijanie dzieci? Zrozumiałem! Chcecie widzieć we mnie potwora, to ja wam go dam.

Już nie płakał. Otarł tylko ostatnią łzę, zapomnianą gdzieś na prawym policzku i kontynuował tą niezwykłą przemowę, jakby samemu próbował się rozgrzeszyć z tego, co miał zamiar zrobić, co w sobie zmienić.

- Znajdę mechanika. Odnowię samochód, a jeżeli się nie da, to kupię nowy. Będę jeździł po mieście. Przestanę się bać ludzi. To oni się będą bali mnie. Wszyscy, całe miasteczko, zapłacą mi za to, co mi zrobili. Nikt, ani jedna dusza nie spojrzała w moją stronę po procesie, aby mnie wesprzeć. W trakcie także nie. Niby dlaczego miałbym zabijać Antoniettę?

Sam się zdziwił, z jaką łatwością przyszło mu wypowiedzenie na głos jej imienia.

- Tylko dlatego, bo tak bardzo ją kochałem? Miłość jest błędem, tak? Ha! W porządku. Obiecałem sobie, że nigdy nikogo nie pokocham i nikomu nie pozwolę się kochać. Jasne, nikt nie chciałby zakochać się w "El Monstruo" - zaśmiał się gorzko sam do siebie. - Ale jeśli nawet by do tego doszło, ten ktoś będzie cierpiał. Żeby zrozumiał, że ma się ode mnie trzymać z dala. Zaufanie? Kolejny błąd. Nigdy więcej. Ariana...

Wypowiedział imię panny Santiago i przystanął na moment. Zaczynał jej ufać. Powoli, zupełnie niezamierzenie, ale zaczynał. Gdyby nie ona, leżałby na tym samym cmentarzu, co Tamta Kobieta. Znając ironię losu, pewnie w nagrobku tuż obok tego należącego do niej.

- Nie - wyrzekł głośniej, jakby próbując przekonać samego siebie. - Ona również nie. Żaden mieszkaniec tego przeklętego miasteczka nie zasługuje na moje zaufanie. A ona jest mieszkańcem - odkąd wprowadziła się do El Miedo. Co zresztą długo nie potrwa. Wrócę do domu i od razu każę jej spakować manatki. A potem spalę ten przeklęty dom Antonietty. Sam, osobiście podłożę pod niego ogień. Urządzę im wszystkim piekło, takie samo, jak oni urządzili mnie. Nikt nie ma pojęcia, przez co ja przeszedłem. A potem będę grał...grał do końca świata tą samą melodię, co zawsze...- zakończył niespodziewanie, czując, jak cała złość z niego ulatuje. I pozostaje tylko ból i smutek, jego nieodłączni kompani. Jako jedyni byli przy nim zawsze, wierni i wytrwali.

Zdania jednak nie zmienił. Skoro Valle de Sombras potrzebuje Szalonego Potwora, to on nim będzie.

Był już bardzo blisko El Miedo, swojej samotni, swojego schronienia, kiedy nagle ktoś zastąpił mu drogę. Cosme odsunął się na bok, nie chcąc po raz kolejny oberwać kamieniem - a może cegłą, bo i to się czasem zdarzało - i w tej samej chwili wściekł się na samego siebie. Przecież to on miał budzić strach, a nie chować się po krzakach przy najbliższej okazji!

- Zuluaga - suchy głos Ignacio nie zapowiadał niczego dobrego.

- Ach, to ty. - Cosme odetchnął z ulgą. - Jeżeli chcesz ze mną porozmawiać, to zapraszam do domu. Mam ci wiele do opowiedzenia.

Próbował się nawet lekko uśmiechnąć na widok przyjaciela - akurat Sancheza ranić w żaden sposób nie zamierzał - ani teraz, ani później. Ale jego skóra i mięśnie już dawno zapomniały, jak to się robi i na twarzy pojawił mu się tylko dziwaczny grymas.

- Ja tobie też - odparł założyciel ośrodka tym samym tonem, co przed chwilą. Postąpił parę kroków i stanął tuż przed Zuluagą. Szczęka ruszała mu się coraz szybciej, widać było, że nerwy Ignacio są napięte do granic wytrzymałości. - Można wiedzieć, co, do jasnej cholery, powiedziałeś Christianowi o Laurze?

Brew Cosme podjechała do góry.

- Prawdę? Dokładnie to, co chciałeś, żebym mu powiedział?

- Ty dupku. Powiedziałeś mu, że jego siostra została pobita przez tamtego typa.

- Owszem - potwierdził rozmówca, nieprzyjemnie zaskoczony tym, jak nazwał go Nacho. - Przecież tak było. I ty dobrze o tym wiesz.

- A to nie wszystko. - Sanchez totalnie zignorował słowa "El Loco". - Wyznałeś mu również, że Laurą interesował się jakiś mężczyzna, tylko po to, aby mieć pod kontrolą Andresa. I to wtedy, kiedy ona miała dwanaście lat!

- Ignacio. Czego ty ode mnie chcesz? Już zapomniałeś, jak koło tej dziewczyny kręcił się jakiś szesnastolatek? Z początku byli przyjaciółmi. Siostrze Christiana imponowało, że zadaje się z kimś starszym od niej aż o cztery lata. Nie robili nic złego, przynajmniej w jej mniemaniu. Tylko rozmawiali. A on, jak się później okazało, wyciągał z niej wszystko to, co chciał wiedzieć na temat poczynań jej ojca. W ten sposób kartel dobrze wiedział, co robi Andres i gdzie przebywa. Ona sama nie powiedziała ojcu słowa. Nie układało im się najlepiej, delikatnie mówiąc. Kochała go, ale często nie mogła do niego dotrzeć. Co nie jest takie dziwne, skoro mój stary, dobry przyjaciel, tracił kontakt ze światem - stwierdził nieco zgryźliwie Cosme. - Tak samo było z Christianem - ukrywała przed nim tą znajomość, jak tylko mogła, bo miała go - jak sama kiedyś powiedziała - "powyżej uszu". Wszędzie za nią łaził i jej pilnował. Miała go dosyć. Naodpiekuńczość może czasem zaszkodzić...choć w tym przypadku akurat nastąpiło raczej przeoczenie pewnych faktów. Dwanaście lat później, w 2013 roku, ten sam chłopak ponownie pojawia się na jej drodze i tym razem spotykają się już na poważnie. Ona zachodzi w ciążę, jemu to się zdecydowanie nie podoba i Laura ląduje w szpitalu. Dziecko oczywiście traci. A potem wyjeżdża, jak gdyby nigdy nic, pisząc list, w którym informuje nas, że pogodziła się z...jak mu tam było? [link widoczny dla zalogowanych], prawda? To naprawdę nie moja wina, że...

- Stul dziób. Zniszczyłeś tego chłopaka. Christiana. Rzuciłeś mu w twarz, że to przez niego Laurę spotkało nieszczęście. A siebie przedstawiłeś jako bohatera, który uratował ją przed niechybną śmiercią w parku. Cosme...- Nacho podniósł pięść do góry i zbliżył ją do nosa Zuluagi. - Po raz pierwszy w życiu mam ochotę ci wlać.

- Nie zrobisz tego. - "El Loco" cofnął się nieco, nie do końca pewien, czy ma w tym względzie rację. - Już czas, aby poznał prawdę. Całą prawdę.

- I co to da? Jedyne, czego się dowiedział, to to, że jego siostra miała piekielne przejścia, gdy go tutaj nie było.

- I? - Zuluaga nadal nie rozumiał. - Łatwo się domyślić, że coś jej się stało, skoro tak podejrzenie zniknęła. A znając fakty Christianowi będzie łatwiej ją odszukać. Może to dziwne, że ktoś taki jak ja o kogoś się troszczył, ale ja naprawdę lubiłem Laurę. W końcu była córką mojego przyjaciela. Poza tym ona jedna nie uciekła ode mnie, kiedy mnie zobaczyła.

- Bo nie miała jak? - zadrwił Sanchez. - Była pobita i pokrwawiona, to jak miała uciekać?

- Dobrze wiesz, o czym mówię. Podziękowała mi po wszystkim, kiedy umieściłem ją w szpitalu. To był jedyny ludzki odruch, dobre traktowanie, jakie otrzymałem po śmierci Antonietty - zakończył Cosme gorzko. - I nie martw się, Sanchez - dodał jeszcze po chwili. - Zataiłem przed młodym Suarezem fakt, że Laura bardziej ufała tobie, niż jemu i własnemu ojcu. Nie powiedziałem mu też, że Edgara poznała u ciebie, w twoim ośrodku. Że to ty nie zorientowałeś się, jakim zagrożeniem jest ten chłopak. Że tak naprawdę ty również jesteś winien zniknięcia Laury...a może nawet jej śmierci.

- Ludzie popełniają błędy.

- Owszem. Twój jednakże mógł kosztować życie niewinną dziewczynę. A teraz bądź łaskaw zejść mi z drogi. Spieszę się do domu. "El Monstruo Loco" wraca do El Miedo. Tam, gdzie jest jego miejsce.

- Przestań się nad sobą użalać. Jakbyś chciał, dawno przestaliby cię tak nazywać. Współczuję twojej córce, ma za ojca takiego ofermę. - Sanchez nigdy nie chciałby wypowiedzieć takich słów do przyjaciela, ale Zuluaga zirytował go ponad miarę tym, co przed chwilą powiedział. I nie liczyło się wcale to, że Cosme miał rację. We wszystkim.

- Córce? - serce właściciela El Miedo przyspieszyło do niebezpiecznego tempa. - Ona żyje? Ty wiesz, gdzie ona jest? Nacho! - podniósł głos, widząc, że tamten milczy. - Odpowiedz mi! Na Boga, natychmiast mi powiedz, co wiesz o mojej córce!

- Nic o niej nie wiem. Tak tylko mi się powiedziało - wycofał się Ignacio, żałując, że w ogóle zaczął ten temat. Przecież nie miał jeszcze pewności...

- Kłamiesz! Widzę to w twoich oczach! - Cosme mówił coraz głośniej, praktycznie krzyczał, w ogóle nie bacząc na to, że głos zaczyna mu się załamywać zarówno z przeziębienia, jak i ze wzruszenia i rozpaczy. - Wiesz, gdzie ona jest, prawda? Znalazłeś ją? Znalazłeś moją córkę i nie chcesz mi powiedzieć, kim ona jest...! - Zuluaga próbował złapać Ignacio za koszulę, ale zamiast tego chwycił się za klatkę piersiową.

- Jeszcze nic nie znalazłem - tonował go Nacho. - Uspokój się. Nie ukrywałbym takiego faktu przed tobą. Dużo myślałem ostatnio, to wszystko. Obiecuję, że dam ci znać, jeżeli czegokolwiek się dowiem, w porządku? - Sanchez położył dłoń na ramieniu Cosme, próbując sprawić, aby tamten odzyskał oddech.

- Nie wierzę ci - wydyszał "El Loco", ledwo mogąc oddychać. - Próbujesz się zemścić za powiedzenie ci paru słów prawdy na temat Edgara. Zabierz łapska i nigdy więcej mnie nie dotykaj. Dam sobie radę sam. Jak zawsze.

- Odprowadzę cię do El Miedo. Masz całkiem sine wargi. - Ręka Ignacio pozostała na miejscu.

- Zabierz łapska, powiedziałem - powtórzył Cosme, ale nie strącił dłoni przyjaciela. Nie zaprotestował również, kiedy tamten wziął go pod rękę i powolnym krokiem pomaszerowali w stronę widniejącego na wzgórzu zamku Zuluagi. Człowiek zwany "El Monstruo" nie tylko nie miał siły kłócić się z Nacho, ale też najzwyczajniej w świecie chciał, by Sanchez mu pomógł. Wbrew temu, co mówił, bliskość drugiej osoby, wsparcie i pociecha była tym, czego Cosme Zuluaga potrzebował w życiu najbardziej.

I chociaż jednego, jedynego, krótkiego, jak mgnienie oka, spotkania z córką.


Ostatnio zmieniony przez BlackFalcon dnia 7:32:28 21-08-14, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BlackFalcon
Arcymistrz
Arcymistrz


Dołączył: 08 Lip 2007
Posty: 23524
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Gdziekolwiek Ty jesteś...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:45:05 20-08-14    Temat postu:

Giń, dublu.

Ostatnio zmieniony przez BlackFalcon dnia 23:57:01 20-08-14, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kenaya
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Gru 2009
Posty: 3011
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:58:01 20-08-14    Temat postu:

51. LIA


- Co cię sprowadza cara? – zapytał Damian uśmiechając się szeroko i krzyżując wytatuowane ramiona na piersi – kolejny tatuaż? – zapytał unosząc znacząco brwi śmiejąc się półgębkiem. Lia parsknęła śmiechem i pokręciła przecząco głową.
- Nie, coś zupełnie innego – odparła poważniejąc w jednej chwili. Damian zmarszczył brwi przyglądając się jej badawczo swoimi błękitnymi oczami. Lia rozejrzała się po skromnie urządzonym gabinecie na zapleczu studia tatuażu, w którym Damian spędzał większość czasu. Na desce kreślarskiej leżał niedokończony jeszcze projekt kolejnego wzoru autorstwa samego właściciela. Uśmiechnęła się do siebie na ten widok, ale jej uwagę przykuło zdjęcie wiszące na ścianie. Był na nim Damian i jego siostra trzymająca na rękach nowonarodzone dziecko. Oboje uśmiechali się do obiektywu, ale Lia znała ich historię, która wcale nie była taka wesoła. Po śmierci rodziców to Damian wychował siostrę, a kiedy ta została sama z brzuchem, obiecał że się nią zaopiekuje i nie było dnia by nie spełniał tej obietnicy.
- Lia o co chodzi? – ponaglił zatroskanym głosem. Lia przełknęła ślinę i wyciągnęła z kieszeni skórzanej kurtki telefon komórkowy.
- Szukam kogoś – przyznała i spojrzała na niego poważnie – zanim powiem o co chodzi, powinieneś wiedzieć, że to może być niebezpieczne – dodała obserwując go uważnie. W jego oczach błysnęła iskierka ciekawości, a sam Damian uśmiechnął się delikatnie – jeśli nie chcesz się w to pakować, powiedz, a nie było tematu – uprzedziła ściskając w dłoni telefon. Damian przekrzywił głowę i podszedł do niej stając tuż obok.
- Pokaż kogo szukasz cara – poprosił, Lia jednak wahała się przez moment patrząc przez chwilę mu w oczy jakby szukała potwierdzenia, że jest pewny tego co chce zrobić – nie martw się o mnie, nie raz bywałem w tarapatach i jak do tej pory wychodziłem z nich cało, a dla ciebie to musi być bardzo ważna sprawa skoro postanowiłaś do mnie z tym przyjść – zauważył słusznie uśmiechając się zachęcająco. Lia westchnęła ciężko i wyświetliła na komórce zdjęcie człowieka, którego szukał Christian, a które zrobiła dzisiaj podczas ich wspólnej rozmowy w gabinecie Nacho.
- Znasz go? – zapytała zerkając na niego przelotnie. Damian pochyli się nad wyświetlaczem i marszcząc brwi potarł w zamyśleniu kozią bródkę. Kiedy dostrzegł tatuaż mężczyzny, widniejącego na zdjęciu, znieruchomiał na moment i spojrzał na nią przerażonym wzorkiem.
- Templariusze? – zapytał taksując jej twarz uważnie jasnym spojrzeniem. Lia skinęła głową energicznie i zagryzła policzek od środka.
- Zaginęła moja przyjaciółka, a ostatni raz widziana była z nim – wyjaśniła Lia spokojnym tonem – zrozumiem jeśli odmówisz mi pomocy Damian – zapewniła szczerze jednocześnie patrząc mu głęboko w oczy – masz dla kogo spokojnie żyć, a ja sobie jakoś poradzę – dodała uśmiechając się łagodnie. Mężczyzna przez moment, który zdawał się trwać wieczność patrzył na nią zastanawiając się nad czymś głęboko.
- Zobaczę co się da zrobić, ale niczego ci nie mogę obiecać – odezwał się w końcu przerywając ciszę, która zawisła między nimi. Lia skinęła głową ze zrozumieniem.
- Dzięki, tylko bądź ostrożny, jeśli…… - zaczęła, ale Damian przerwał jej uśmiechając się szeroko.
- Nie martw się o mnie cara…..


Powrót z Monterrey zajął jej zaledwie pół godziny. Przez całą drogę jednak nie mogła odpędzić od siebie myśli, czy właściwie zrobiła jadąc do Damiana. Nie miała zbyt wielkiego wyboru, biorąc pod uwagę, że razem z Christianem nie mieli praktycznie żadnego punktu zaczepienia. Musieli próbować wszystkiego. Sama odkąd skończyła rozmawiać z Suarezem, przywoływała raz po raz rozmowę telefoniczną z Laurą, starając się wyłapać cokolwiek co może ich naprowadzić na jakiś ślad. Najgorsze było to, że choć wytężała pamięć nie była w stanie przypomnieć sobie co takiego szepnęła do niej wtedy Laura. A im dłużej nad tym myślała tym większych nabierała wątpliwości i wszystko zaczynało jej się jeszcze bardziej mieszać. Cholera jasna! Być może Damian jako tatuażysta, czegoś się dowie. Miała się z nim spotkać ponownie w studiu tatuażu za dobę lub dwie. Oboje uzgodnili, że najlepiej będzie jak nie będą się ze sobą w żaden sposób kontaktować, zwłaszcza telefonicznie. Tak było bezpieczniej, o ile to pojęcie było w ogóle adekwatne do całej tej sytuacji.
Zatrzymała swoje Kawasaki po czym zdjęła kask zastanawiając się co tu właściwie robi. Na cmentarzu nie była od śmierci swojej matki. Nigdy nie czuła takiej potrzeby, tym bardziej, że przez lata żywiła do niej jedynie żal. Kiedyś była na nią wściekła i mocno jej nienawidziła, a teraz? Sama nie wiedziała. Wyjęła kluczyki ze stacyjki i zostawiając kask na siedzeniu, przekroczyła bramę cmentarza kierując się w stronę, gdzie znajdował się grób matki. Przez te kilka lat niewiele się tu zmieniło, nie mówiąc o tym, że przybyło kilka nagrobków, a niektóre drzewa rozrosły się jeszcze bardziej. Nie była pewna, czy nie będzie miała trudności z odnalezieniem miejsca spoczynku matki. Była tu tylko raz, ale kiedy stanęła przed uklepanym piaszczystym grobem i spojrzała na skromną tabliczkę wiszącą na drewnianym krzyżu, coś zakuło ją w sercu. Nie było tu ani jednego znicza, nie wspominając o jakichkolwiek kwiatach. Nie było w miasteczku nikogo, kto miałby ochotę odwiedzić to miejsce i wcale się nie dziwiła. Matka nie miała przyjaciół, oprócz przezroczystych woreczków i walających się po domu pustych butelek. Nikt za nią nie zatęsknił i nie zapłakał. Nawet córka. Jeśli Lia kiedykolwiek miała do niej jakiekolwiek uczucia, wygasły kiedy była jeszcze dzieckiem, a matka skutecznie się o to postarała. Może było to podłe z jej strony, ale odetchnęła z ulgą kiedy matka zmarła. Tego dnia zaczęła nowe życie, na swój własny sposób. Chciała tylko jeszcze znaleźć ojca. Być może to pomoże jej parę rzeczy zrozumieć i zostawić przeszłość w końcu za sobą.
- Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś kim jest mój ojciec – wyszeptała sama do siebie, bo choć w całych sił pragnęła poznać odpowiedź, wiedziała, że tutaj jej nie uzyska, a jedyna osoba, która mogła cokolwiek wiedzieć leżała kilka metrów pod ziemią. Lia pokręciła głową i ostatni raz patrząc ze smutkiem na opuszczony grób matki, ruszyła do wyjścia. Założyła za ucho kosmyk włosów który wysunął jej się ze splecionego luźno warkocza i wychodząc zza rogu kapliczki stanęła niemal twarzą w twarz z samym Alejandrem Barosso. Zatrzymał się kilka metrów przed nią i wsuwając dłonie w kieszenie eleganckich spodni zmierzył ją rozpalonym spojrzeniem uśmiechając się cwano.
- Proszę, proszę kogoż to widzą moje oczy – uśmiechnął się jeszcze szerzej – postanowiłaś odwiedzić kochaną mamusię? – zapytał z kpiną.
- Nic ci do tego – warknęła i ruszyła przed siebie chcąc go jak najszybciej wyminąć. Niestety Alejandro miał inne zamiary. Chwycił ją za łokieć w żelaznym uścisku i przyciągnął do siebie tak, że uderzyła plecami o jego tors. Reakcje jej ciała była niemal natychmiastowa. Szarpnęła się gwałtownie, ale Alejandro okazał się być silniejszy. Uwięził jej nadgarstki w swojej dłoni uniemożliwiając jakąkolwiek ucieczkę i pochylił się tuż nad jej uchem, umyślnie muskając płatek ustami. Lia poczuła jak wzbiera w niej obrzydzenie, a serce zaczyna walić jak oszalałe.
- Zabieraj ode mnie te parszywe łapska Barosso – wycedziła przez zęby jednocześnie obserwując otoczenie dookoła i szukając sposobu by się uwolnić.
- Po co się tak opierasz? – zapytał chwytając zębami płatek jej ucha. Lia zaczęła się szamotać w jego ramionach i oddychać nerwowo. Wspomnienia i emocje zalały ją niczym tsunami uniemożliwiając trzeźwe myślenie, ale nie była w stanie dłużej przebywać w pobliżu tego typa. Nie chciała by jej dotykał, by szeptał jej do ucha i robił z niej dziwkę. Raz mu się to udało i Lia przysięgła sobie, że nigdy więcej na to nie pozwoli – przecież lubisz takie zabawy maleńka – dodał przesuwając wolną dłonią po jej żebrach w kierunku brzucha. Lia czuła jak zbiera jej się na wymioty, a pod powiekami zbierają łzy, ale szybko je przełknęła, nie chcąc dać mu satysfakcji. Może była od niego słabsza, ale to nie znaczy, że głupia. Musiała znaleźć sposób by się wyrwać. Odetchnęła głęboko starając skupić myśli na czymkolwiek innym niż jego obleśne łapska, które zaczęły wędrować w górę jej ciała.
- Przysięgam, że jeśli za chwilę mnie nie puścisz to nie ręczę za siebie – warknęła i zbierając w sobie siły szarpnęła się mocno. Alejandro jednak zacisnął dłonie mocniej na jej ciele przyciągając ją ciaśniej do siebie.
- Zrobiłaś się gorąca skarbie – wyszeptał jej do ucha, rozsuwając dłonią suwak skórzanej kurtki – nie sądziłem, że tak mnie będzie kręcić kobieta w motocyklowym stroju – dodał skubiąc jej szyję i wsuwając dłoń po materiał białej koszulki.
- Puszczaj mnie Barosso! – krzyknęła, ale po chwili poczuła jak jego dłoń zaciska się na jej piersi. Tego było dla Lii za wiele. Zaczęła się szarpać jeszcze gwałtowniej niż wcześniej, a Alejandro szybkim ruchem odwrócił ją przodem do siebie i to był poważnym błąd z jego strony. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej Lia kolanem uderzyła go w okolice krocza, ale traf chciał, że niestety nie wycelowała tam gdzie chciała. To jednak wystarczyło by Alejandro się zdezorientował dając jej okazje do uwolnienia się z jego łapsk. Zamachnęła się i wymierzyła mu jedyny cios z którego mogła być dumna. Swój całkiem niezły prawy sierpowy, powodując, że Alejandro zachwiał się na nogach. Otarł wierzchem dłoni krew z pękniętej wargi i łypnął na nią gniewnie ruszając w jej kierunku szybkim krokiem. Wtedy Lia dostrzegła wiadro wody stojące pod cmentarną studnią. Chwyciła je i wylała całą lodowatą zawartość wprost na jego eleganckie ubranie.
- Ochłoń! – warknęła odrzucając kubeł i patrząc na niego odważnie – powiedziałam ci już nie raz, żebyś trzymał łapy z dala ode mnie – przypomniała drżąc na całym ciele. Alejandro zaśmiał się nerwowo i doskoczył do niej nim zdążyła się zorientować. Pchnął ją na ścianę kapliczki tak mocno, że Lia poczuła jak coś co wystawało z muru wbija jej się w plecy. Zachłysnęła się powietrzem, a przed oczami zrobiło jej się ciemno z bólu – uważasz, że jak będziesz poniżać kobiety to będziesz przez to bardziej męski? – zapytała z pogardą powoli otwierając oczy i patrząc na niego z nienawiścią. Alejandro zaśmiał się cynicznie mierząc jej ciało pożądliwym spojrzeniem.
- O czym ty mówisz dziewczyno – zakpił uśmiechając się bez cienia wesołości – a ty uważasz, że jestem lepsza od swojej matki? Niedaleko pada jabłko od jabłoni, prawda? – powiedział zaciskając ręce na jej nadgarstkach – wystarczy, że kiwnę palcem a znów będziesz moja – dodał trącając nosem jej szyję. Lia zacisnęła powieki i odepchnęła go z całej siły posyłając mu gniewne spojrzenie.
- Pieprz się Barosso – rzuciła jadowicie. Alejandro cmoknął karcąco kręcąc głową z jawnym rozbawieniem – po moim trupie – niemal wypluła z siebie słowa.
- Nie gustuję w tego typu rozrywka skarbie – zaśmiał się a jego oczy zabłysnęły groźnie – nie graj przede mną takiej świętej. Nie mów mi, że zachowujesz cnotę dla tego swojego kochasia? – rzucił z ironią. Lia w milczeniu wpatrywała się w jego twarz, nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi – Suarez powinien mierzyć trochę wyżej. Zapewniam cię, że szybko się tobą znudzi – odparł triumfalnym tonem patrząc jej w oczy w taki sposób jakby zadawał jej kolejny bolesny cios i miał z tego dziką satysfakcję – nie myśl, że on cię szanuje. Myśli o tobie to samo co ludzie o twojej matce, że jesteś nic nie warta i nadajesz się tylko do jednego – powiedział podchodząc do niej bardzo blisko i zagryzając dolą wargę – a wtedy ja chętnie znów wypróbuję to ciałko – dodał sięgając do jej uda odzianego w dżinsy. Lia odepchnęła go coraz bardziej wściekła, czując jak ogromna gula staje jej w gardle. Nienawidziła go z całej duszy.
- Możesz o tym zapomnieć Alejandro – wycedziła zbliżając się do niego i patrząc wyzywająco w oczy – przysięgam, że jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz to cię zabiję – warknęła. Barosso chwycił ją za rękę przyciągając do siebie i zajrzał z furią w oczy.
- Nie zadzieraj ze mną, bo przegrasz i dobrze o tym wiesz. Ja coś znaczę w tym miasteczku, a ty jesteś zwykłą dziwką i tak pozostanie – powiedział sztucznie się uśmiechając. Lia miała dosyć jego obelg i tego jak ją traktował. Tym razem wymierzając odpowiednio kopnęła go prosto w przyrodzenie, aż zgiął się pół robiąc się jednocześnie czerwony na twarzy. Zaklął siarczyście pod nosem patrząc na Lię z wściekłością.
- Trzymaj się ode mnie z daleka – rzuciła Lia i nie czekając ani chwili dłużej wybiegła z cmentarza zostawiając Barosso samego. Wsiadła na motor, założyła kask i ruszyła z miejsca zostawiając za sobą tuman kurzu i wypasione czarne Ferrari należące do Alejandro. Jego słowa przez cały czas dźwięczały jej w głowie. Przez lata walczyła z własną niską samooceną i niepewnością siebie. Nauczyła się walczyć o swoje i znała swoją wartość. Mimo to słowa Barosso skutecznie przebiły się przez jej mur obronny. Nie chciała wierzyć w to, co powiedział o Christianie. Z drugiej jednak strony nie raz przekonała się, że ludzie oceniają innych jak książkę, po okładce. I jeśli Christian miałby o niej takie samo zdanie jak Alejandro, miał do tego pełne prawo, a ona nie miała już ani siły ani ochoty walczyć z wiatrakami. W chwili gdy mknęła uliczkami Valle de Sombras, jak spod ziemi wyrósł przed nią, nie kto inny jak Suarez. A może była tak zamyślona, że zwyczajnie go nie zauważyła. Nacisnęła na hamulce i z piskiem opon, niemal w ostatniej chwili, skręciła tuż przed nim, zatrzymując się kilka metrów dalej.
- Co jest do…..? – warknął Christian, ale kiedy Lia ściągnęła kask i spojrzała na niego przepraszającym wzrokiem i grymasem na twarzy, zmarszczył tylko brwi podchodząc do niej powoli.
- A ty chyba koniecznie chcesz znaleźć się na ostrym dyżurze – rzuciła ostrzej niż zamierzała. Christian stanął przed nią obserwując ją uważnie z uniesioną pytająco brwią.
- To nie ja gnam po ulicach na złamanie karku – odparł karcąco taksując jej twarz intensywnym spojrzeniem – można wiedzieć gdzie tak pędzisz? – zapytał przekrzywiając głowę. Lia wlepiła wzrok przed siebie zaciskając mocniej szczękę.
- Muszę znaleźć się z dala od tego miasteczka – wyjaśniła odpalając znów silnik i chwytając kask – jedziesz? – zapytała zerkając na Christiana przez ramię. Nie zastanawiał się długo, po pierwsze dlatego, że sam potrzebował chwili oddechu, a dwa zaniepokoił go stan w jakim była w tej chwili Lia i lepiej by miał ją na oku. Wsiadł na motor i w tej samej chwili Lia ruszyła z piskiem opon. Pięć minut później oboje znaleźli się poza murami Valle de Sombras, a Lia zatrzymała się przed [link widoczny dla zalogowanych], nad którym jako dziecko zawsze lubiła siedzieć.
- Nie miałem pojęcia o tym miejscu – przyznał rozglądając się dookoła z zaskoczeniem malującym się w oczach. Dziewczyna zaśmiała się, ale bez cienia wesołości i odłożyła kask na siedzenie motocyklu – jak je znalazłaś? – zapytał z zaciekawieniem zerkając na nią kątem oka.
- Jako dziecko często uciekałam z miasteczka – przyznała smutno krzywiąc się delikatnie, bo dopiero teraz kiedy adrenalina zaczęła ją opuszczać, poczuła jak jej plecy przeszywa potworny ból – kiedyś przez przypadek znalazłam to miejsce i od tamtej pory często tu przychodziłam, żeby pobyć sama ze sobą i pomyśleć – dodała odsuwając się od Christiana i unosząc ubranie by zobaczyć źródło swojego bólu. Okazało się, że coś nieźle wbiło jej się w ciało kiedy Alejandro pchnął ją na ścianę. Na białej koszulce pojawiła się potężna już szkarłatna plama, nie mówiąc o rozdarciu w materiale. Była tak pochłonięta sprawdzaniem własnych obrażeń, że nawet nie zorientowała się kiedy Suarez pojawił się tuż obok niej.
- Co ci się do cholery stało? – zapytał ze zmarszczonymi brwiami zatrzymując spojrzenie nieco dłużej na fragmencie jej obnażonych pleców. Lia natychmiast opuściła ubranie i zaklęła w duchu przymykając oczy. Kiedy na niego spojrzała dostrzegła w jego oczach pytanie i wiedziała, że zdążył zauważyć to czego nie udało jej się w porę ukryć. Modliła się jednak w duchu, by nie zadawał pytań skąd się wzięły blizny pokrywające jej plecy.
- Nic mi nie jest – odparła lekceważąco po czym zeszła w dół siadając na swoim ulubionym głazie – powiedz lepiej czy rozmawiałeś z Nacho – zmieniła szybko temat wpatrując się w taflę wody i unikając jego spojrzenia. Christian milcząc przez dłuższą chwilę przyglądał jej się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W końcu westchnął ciężko i opowiedział jej przebieg rozmowy nie tylko z Ignaciem, ale również o bzdurach jakie opowiedział mu na temat siostry Cosme Zuluaga.
- Nie wydaje mi się, żeby to co powiedział ten człowiek było prawdą – powiedziała w końcu Lia patrząc na Suareza uważnie i analizując w głowie każde słowo jakie usłyszała. Christian prychnął i rzucił kamyk do wody.
- Ten dziwak nie ma o niczym pojęcia, ale nie rozumiem jaki ma cel w tym, żeby karmić mnie takim kłamstwami – warknął wściekły.
- Poczekaj…. – zastanowiła się zagryzając policzek od środka i marszcząc brwi. Christian spojrzał na nią uważnie – może nie wszystko co powiedział ten cały Zuluaga jest kłamstwem – zauważyła patrząc mu w oczy – może po prostu on sam wyciągnął wnioski z tego co zobaczył, czy usłyszał, albo najzwyczajniej świecie źle zabrał się za przekazanie informacji i wyszły z tego kwiatki – Christian skrzywił się kwaśno i pokręcił głową – poza tym co jeśli źle się do tego zabieramy?
- Co masz na myśli? – zapytał nie bardzo rozumiejąc o co jej chodzi. Lia przeczesała grzywkę palcami i zagryzła dolną wargę.
- Sam Nacho powiedział, że od dłuższego czasu Laura nie utrzymywała kontaktów z nim tak jak kiedyś, nie przychodziła, a rozmowy kończyły się na wymianie uprzejmości – zaczęła patrząc na niego wyczekująco.
- No tak i? – zapytał podchodząc do niej i chowając ręce w kieszenie.
- Tylko, że mimo to przyszła do Ignacia mówiąc, że wyjeżdża i żeby jej nie szukać, tak? – upewniła się zerkając na niego. Christian skinął głową, ale zmarszczył brwi.
- Owszem, ale nie wiem do czego zmierzasz – przyznał bezradnie.
- Do mnie zadzwoniła i starała się o czymś powiedzieć, a na koniec rozmowy wyszeptała coś, czego cholera nie mogę sobie przypomnieć - dodała kręcąc głową – nie wydaje ci się to dziwne? Może Laura w ten sposób prosiła o pomoc? Nie mówiła wprost bo nie mogła, albo się bała? Bez powodu nie przyszła wtedy do Nacha i bez powodu do mnie nie zadzwoniła Christian – zauważyła Lia wlepiając w niego przerażone spojrzenie. Suarez przesunął dłońmi po twarzy starając się zebrać myśli – to była niema prośba o pomoc – wyszeptała. Christian potarł kark ze zmęczenia.
- Nie wiem już co mam myśleć, to wszystko się jakoś nie klei – przyznał – nie wiem już co mam robić, ani gdzie szukać – dodał ciszej wlepiając wzrok w ziemie pod stopami. Lia wstała i podeszła do niego zaglądając mu w oczy.
- Damy radę, tak? – zapytała z nadzieją. Christian spojrzał na nią smutnymi oczami jakby szukał w jej twarzy jakichkolwiek odpowiedzi, albo choćby iskierki nadziei. Znalazł ją w jej oczach. Uśmiechnął się słabo i skinął głową zaciskając w pięść obolałą dłoń – skleimy ten bajzel w jedną całość. Nie jesteś z tym sam pamiętaj – uśmiechnęła się klepiąc go po ramieniu – a tak na marginesie to chyba powinieneś załatwić sobie jakąś osobistą doktor Quinn – uśmiechnęła się kiwając głową na jego poobcierane dłonie – jak tak dalej pójdzie, to przynajmniej będzie miał cię kto łatać – dodała mrugając do niego, a on mimo całej sytuacji pierwszy raz od rana parsknął prawdziwie wesołym śmiechem. Przez dłuższą chwilę oboje stali w milczeniu, która wbrew pozorom wcale nie okazała się być niezręczna. W końcu pierwszy odezwał się Christian.
- Powiesz co się dzisiaj stało? – zapytał cicho patrząc na nią z troską. Lia zacisnęła szczękę i spuściła głowę przymykając jednocześnie oczy.
- Miałam starcie z Alejandro, to wszystko – rzuciła chłodno i wlepiła wzrok przed siebie. Christian pokręcił głową.
- Nie sądzę Lia, żeby to było zwykłe starcie – stwierdził a dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi jakby w ten sposób starała się odgrodzić od całego świata – co się tak naprawdę między wami wydarzyło? – zapytał zdając sobie jednocześnie sprawę z tego jak wiele w tej chwili ryzykuje. Lia trwała w milczeniu zaciskając mocno powieki, aż kolejny raz tego dnia stanęły jej w oczach łzy. Przełknęła ślinę i poczuła jak w gardle rośnie jej ogromna gula – Lia możesz mi zaufać – zapewnił delikatnie, a ona posłała mu najsmutniejsze i najboleśniejsze spojrzenie jakie kiedykolwiek widział.
- Co mam ci powiedzieć Christian? – zapytała zdławionym głosem – co chcesz wiedzieć? Że jako siedemnastoletnia dziewczyna okazałam się głupią gęsią? Że byłam tak zakompleksiona i spragniona akceptacji, że dałam się nabrać na piękne słowa kogoś takiego jak Alejandro Barosoo? – oderwała od niego wzrok przesuwając dłońmi po twarzy. Odetchnęła kilka razy starając się uspokoić – przyszedł któregoś dnia i przeprosił za swoje zachowanie mówiąc, że chciał się zwyczajnie popisać przed kumplami – zaczęła cicho patrząc w tylko sobie wiadomym kierunku – długo rozmawialiśmy i okazał się naprawdę uroczy – powiedziała z histerycznym śmiechem – zaprosił mnie na imprezę i wsypał coś do drinka – przyznała a samotna łza spłynęła jej po policzku – w dużym skrócie nie pamiętam praktycznie nic, poza tym, że obudziłam się rano cała obolała i pierwsze co zobaczyłam to jego pogardliwe i kpiące spojrzenie i ten cholerny cwany uśmiech…..boże…. – przeczesała włosy palcami, zamykając powieki kiedy sceny z tego dnia stanęły jej przed oczami. Uczucie upokorzenia, chęć zapadnięcia się pod ziemię, ból i zakrwawione prześcieradło – po wszystkim rzucił mi jakieś banknoty, powiedział, że było fajnie i wyrzucił półnagą za drzwi jak dziwkę – dodała z bólem nawet na niego nie patrząc - to był mój pierwszy raz ….. a ja…… - załkała zakrywając dłonią usta – nawet nie wiem ilu mnie miało….to chciałeś usłyszeć? – zapytała rozpaczliwie przesuwając dłońmi po mokrej od łez twarzy. Christian milczał, a ona nie znalazła w sobie w tej chwili dość siły by spojrzeć mu po tym wszystkim w oczy. Nikomu nigdy o tym nie powiedziała. Trzymała ten sekret głęboko w pamięci. Teraz choć, pod wpływem emocji, wyznała tylko cześć prawdy, czuła się brudna.


Ostatnio zmieniony przez Kenaya dnia 19:32:51 21-08-14, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3156
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 21:46:02 22-08-14    Temat postu:

52 Viktoria
Była trzecia rano, kiedy Viktoria zatrzymała swój samochód przed jednym z opuszczonych domów w miasteczku. Wyciągnęła kluczyki ze stacyjki utkwiwszy wzrok w tym, co zostało z domu Rodriguezów. Miejsce, które przed siedemnastu laty było oazą bezpieczeństwa i rodzinnego ciepła dziś było ruiną, do której bały się zapuszczać nawet dzieciaki z miasteczka. Dom powszechnie uważany był za przeklęty. Ludzie bali się, że jeżeli kiedykolwiek zbliżą się do ruin skończą tak samo jak mieszkająca niegdyś tam rodzina.
Viktoria kilka ostatnich godzin spędziła wyszukując wszelkich dostępnych informacji na temat pożaru. Szukała czegokolwiek, co by potwierdziło szaloną hipotezę, która zrodziła się w jej głowie zaraz po powrocie z przyjęcia. Rozmowa z Fernando dała jej poważnie do myślenia. Tak samo jak kobieta z portretu. Viktoria niechętnie przyznała, iż podobieństwo między nią a Inez jest uderzające. Odpowiedzi mogła znaleźć tylko tutaj.
Viktoria w dzieciństwie a później w dorosłym życiu śniła o właśnie tym domu, o ludziach żyjących tutaj przed laty, ukrytych skarbach i ogniu trawiącym wszystko na swojej drodze. Koszmary wróciły tej nocy. Dziś Viktoria nie zamierzała odpuścić. Musiała poznać prawdę, choć nieważne jak szokującą. Na miękkich nogach weszła do środka.
Oczyma wyobraźni widziała to miejsce zupełnie inaczej. Wypełnione było nie ogniem, lecz śmiechem. Dźwięczał jej w uszach śmiech dziecka i mężczyzny. Szczekanie psa. Miękkie kanapy zachęcały, aby na nich usiąść i odpocząć. W kącie drzemał biały pies.
Zamrugała powiekami czując jak po policzku spływa samotna łza.
- To tylko twoja wyobraźnia- powiedziała sama do siebie zaś jej głos rozszedł się echem. Wzrok skierowała tam gdzie obok ojca siedziała mała dziewczynka. Złote loczki opadały na szczupłe ramiona. Na okrągłej buzi gościł szeroki uśmiech.
- To będzie nasz sekret- powiedział do niej mężczyzna zamykając leżące przed nią pudełko. – To nasze skarby Eleno. Nasze sekrety.
Dziewczynka z poważną miną pokiwała głową chwytając w dłonie pudełko. Szybkim krokiem skierowała się na taras. Viktoria widziała jak otwiera drzwi idąc w stronę wykopanej dziecięcą łopatką dziury w ziemi. Przyklęknęła umieszczając tam swoje skarby. Skupiona zaczęła przysypywać je ziemią.’
Osunęła się na kolana drążącymi rękoma wyrywając rosnącą trawę. W myślach powtarzała, iż to wyłącznie wyobraźnia z barku snu płata jej figle. Viktoria śni na jawie. Palce wbiła w ziemię zawzięcie rozgrzebując ją. Natrafiła na coś twardego. Nie, usłyszała własny krzyk w głowie, kiedy na kolanach położyła pudełko. Dokładnie to samo, które zakopywała Elena. Ostrożnie uniosła wieko wpatrując się w znajdujące się na wierzchu zdjęcie. Z trudem przełknęła ślinę biorąc je do rąk.
Jasnowłosa dziewczynka z fotografii była nią. Tak samo jak Elena była Viktorią.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Eillen
Generał
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7859
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 1:01:46 23-08-14    Temat postu:

53. CHRISTIAN

Przez chwilę stał jak sparaliżowany, nie mając pojęcia jak zareagować. Pierwszym uczuciem, jakie pojawiło się w nim na słowa Lii, była przemożna chęć dokonania mordu na Alejandrze Barosso i to w taki sposób, który przysporzyłby mu tyle cierpienia, że sam skamlałby o śmierć, ale nie on teraz był najważniejszy. Z nim rozprawi się później. Teraz chodziło o Lię, której za nic w świecie nie chciał zawieść tak, jak zawiódł Laurę. Mógł się jedynie domyślać, jak wiele kosztowało ją powiedzenie tego wszystkiego na głos, ale miał przeczucie, że to zaledwie niewielki fragment jej historii, na co wskazywały choćby blizny, które dostrzegł na jej plecach. Nie zamierzał jednak o nic wypytywać. Zaufała mu i nie mógł tego zniszczyć. W tej chwili zresztą była jedyną osobą oprócz Leo, której on sam naprawdę ufał.
Kiedy tak na nią patrzył, miał nieodparte wrażenie, że niczego w tej chwili nie pragnęła bardziej niż schować się przed całym światem w jakiejś najczarniejszej norze i przeczekać, a przecież jej jedyną winą było to, że pragnęła odrobiny akceptacji, zainteresowania i czułości, których nie dostała nigdy od matki. Była silną dziewczyną, ale w tym momencie w skorupie, którą szczelnie się otoczyła, powstała wielka szczelina, która mogła ją zniszczyć, a do tego nie mógł dopuścić.
– Lia – powiedział tak cicho, że sam siebie ledwo usłyszał, ale jej jedyną reakcją, oprócz siąknięcia nosem, było potrząśniecie głową. Starała się być twarda, jak zwykle, ale dopiero teraz uświadomił sobie, że to tylko wyćwiczona przez lata poza, dzięki której potrafiła nie dopuszczać innych do siebie zbyt blisko, by nie cierpieć. Ale samotność i trzymanie ludzi na dystans, na dłuższą metę, też nie były dobrym rozwiązaniem, przekonał się o tym przecież na własnej skórze.
Nabrał powietrza w płuca i instynktownie zbliżył się do niej, ale dopiero kiedy ostrożnie wsunął palec wskazujący w jej na wpół zaciśniętą dłoń i powoli, jeden po drugim, splótł palce z jej palcami, spojrzała na niego swoimi sarnimi oczami, w których ból mieszał się ze wstydem i wściekłością. Nie był do końca pewien jak powinien się zachować, ale z całą pewnością nie zamierzał karmić jej teraz banałami, że to nie jej wina, że powinna zapomnieć, że przecież życie toczy się dalej, a ona jest młodą śliczną dziewczyną i jeszcze będzie szczęśliwa, choć wszystko to było przecież najszczerszą prawdą. Wydawało mu się jednak, że Lia potrzebuje czegoś innego – czegoś, czego nie dostała ani od matki, ani od tego dupka, ani najwyraźniej od nikogo innego. Odrobiny ciepła, akceptacji i zrozumienia.
Matka kiedyś powiedziała mu, że zdarzają się w życiu takie chwile, w których niewiadomo co powiedzieć, a wtedy najlepiej po prostu nie mówić nic i nie zamazywać emocji słowami. Pomyślał, że to jest właśnie jedna z takich chwil i po prostu przygarnął ją do siebie, zamykając w swoich silnych ramionach. Jej ciało było napięte jak struna, przez chwilę nawet miała zamiar go odepchnąć, ale nie pozwolił jej na to, a ona w końcu skapitulowała, rozklejając się zupełnie. Jednak wcale nie z powodu przykrych wspomnień, a raczej właśnie tego jednego gestu, który znaczył dla niej więcej niż wszystkie słowa pociechy jakie mógł wypowiedzieć zamiast tego. Nie była przecież przyzwyczajona do tego, że ktoś okazuje jej uczucia, że ktoś może się o nią martwić i troszczyć.
– Nie jesteś sama, Lia – wyszeptał z nosem w jej włosach. – Pamiętaj o tym – dodał, całując ją w czubek głowy, po czym odsunął ją od siebie na odległość ramion i zajrzał w jej oczy, kciukiem ścierając łzy z policzka. Wyglądała na zdziwioną faktem, że wciąż tu był i nadal chciał z nią rozmawiać, ale w końcu uśmiechnęła się blado i trąciła go zaczepnie pięścią w ramię.
– W innych okolicznościach oberwałbyś za ten numer – stwierdziła po chwili żartobliwym tonem. Tak jak on, nie lubiła odkrywać swoich uczuć przed innymi, ale jej oczy mówiły same za siebie.
– Jaki numer? – wzruszył ramionami z miną niewiniątka, zastanawiając się czy gdyby ona poznała jego przeszłość, wciąż chciałaby się z nim zadawać. – Chodź, teraz ja cię gdzieś zabiorę – Lia uniosła pytająco brew. – Mam duże łóżko, a my powinniśmy się wyspać. Poza tym, trzeba się zająć twoją raną – dodał, mrugając do niej z rozbawieniem. – Tym razem ja prowadzę – dokończył, uśmiechając się łobuzersko. Lia zamrugała szybko powiekami, sprawdzając kieszenie.
– Tego szukasz? – spytał, pokazując wiszące na palcu wskazującym kluczyki do jej Kawasaki.
Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale w końcu tylko pokręciła głową z dezaprobatą, grożąc mu palcem, jak małemu chłopcu. A teraz stała przed pękniętym lustrem w jego obskurnej łazience, usiłując obejrzeć ranę na swoich plecach. Pokręcił głową, wygrzebał z szafy jakiś swój t–shirt i wszedł do środka.
– Łap – powiedział, rzucając w nią koszulką, w sumie tylko po to by odwrócić jej uwagę, bo już po chwili znalazł się tuż za nią. – Pokaż mi to – powiedział, chwytając za brzeg jej koszulki.
– Bo oberwiesz! – uprzedziła, odskakując w tył. Znów była tą samą wojowniczą Lią. Zupełnie jakby nie było rozmowy nad jeziorem. – Za bardzo się pan spoufala, panie Suarez – dodała, patrząc mu prosto w oczy z wyzwaniem.
– Chcesz się bić? – spytał rozbawiony, krzyżując dłonie na torsie i opierając się ramieniem o ścianę.
– A czemu nie? – zagadnęła z wojowniczą miną.
– Bo nie biję kobiet – odparł krótko. – Chociaż jak słowo daję, jak zaraz nie pokażesz mi tych pleców, to nie będę się z tobą cackał tylko przełożę przez kolano i złoję dupsko na kwaśne jabłko – ostrzegł tonem, jakim rodzic ostrzega swoją pociechę przed kolejną psotą. – Lia uśmiechnęła się na te słowa, a jej mina mówiła: „tylko spróbuj, cwaniaku”. – Pozwolisz sobie pomóc? – spytał już poważnie. Lia przygryzła wargę i spojrzała na niego niepewnie, jakby toczyła jakąś wewnętrzną walkę z samą sobą. – O nic nie pytam – dodał, domyślając się, że nie chciała, by znów zobaczył jej blizny. – Jeśli zechcesz, sama mi kiedyś powiesz. Ale z całą pewnością sama nie opatrzysz sobie tej rany – zauważył, a gdy westchnęła, wznosząc oczy do góry, dodał: – Skoro ty jesteś moją doktor Quinn, to ja mogę być twoim… – urwał, szukając w pamięci jakiegoś serialowego lekarza–mężczyzny. – Doktorem Housem – powiedział w końcu, przypomniawszy sobie [link widoczny dla zalogowanych], z wypiekami na twarzy śledzącą losy charyzmatycznego, aspołecznego doktora–narkomana.
– Housem? Z całym szacunkiem, ale daleko ci do niego – zaśmiała się Lia, a Christian tylko zmarszczył czoło. Nigdy nie rozumiał, co jego dziewczyna widzi w tym strasznie irytującym, nierespektującym żadnych zasad, megalomańskim draniu w lekarskim kitlu (a właściwie to bez kitla, ale z laską), ale najwyraźniej działał nie tylko na nią, ale też na Lię i pewnie większą część mieszkanek globu. – Wiesz, że jednak jedno was łączy? – spytała, a gdy uniósł pytająco brew dodała: – Motory.
– Przykro mi, że nie dorastam mu do pięt, chociaż uważam, że wyglądam o niebo lepiej, pomijając, że nie faszeruję się żadnym świństwem – odparł, zupełnie ignorując uwagę o motorach i zgrywając obrażonego – ale chwilowo tylko mnie masz pod ręką, więc?
Lia zachichotała pod nosem, po czym odwróciła się tyłem do Christiana i zgarnęła swoje długie włosy na ramię.
– Piękny tatuaż – powiedział, gdy już udało mu się delikatnie unieść jej koszulkę, która miejscami przykleiła się do skóry. – To dzieło tego twojego znajomego?
– A co? Też taki chcesz? Mam się z nim znów spotkać, mógłbyś pojechać ze mną.
– No nie wiem. Właściwie to… boję się igieł – wyznał.
– Co proszę? – Lia parsknęła śmiechem. – Taki duży chłopiec i boi się igieł? Tylko nie mów, że mdlejesz na widok krwi.
Christian wzruszył ramionami, sięgając do małej szafki pod umywalką i wyciągając z niej coś, co z założenia miało pełnić rolę apteczki, w której jednak nie było właściwie nic poza jałowymi gazikami, płynem dezynfekującym i kilkoma plastrami różnej wielkości. Z całą pewnością nie mdlał ani na widok krwi, ani innych, zdecydowanie bardziej okropnych, rzeczy. Nie zemdlał, gdy poszedł z matką do kostnicy, identyfikować zmasakrowane ciało ojca, nie czuł nawet mdłości. Nie czuł wtedy właściwie nic oprócz wściekłości na ojca za to, że pozwolił się zabić i zostawił ich. Nie mdlał też nigdy potem, widząc umierających czy też już umarłych, nie tylko tych z dziurami po kulach w ciele, ale też tych z odciętymi kończynami, bo właśnie tak ludzie, z którymi zadał się jego ojciec, załatwiali swoje porachunki. Poczuł mdłości teraz, kiedy pomyślał, że Laura, mogłaby skończyć w ten sam sposób.
– Paskudnie to rozharatane. Powinien to zobaczyć lekarz – stwierdził, a kiedy nasączonym gazikiem dotknął jej skóry, zrobiła głęboki wdech i na chwilę zatrzymała powietrze w płucach. Podniósł wtedy wzrok i spojrzał jej w oczy w lustrze.
– Zbladłeś – zauważyła, wpatrując się w jego odbicie.
– Wydaje ci się… Gotowe – dodał, przykleiwszy plaster z opatrunkiem na jej ranę, po czym wyszedł z łazienki i usiadł na kanapie, ukrywając twarz w dłoniach. Czuł, że zwariuje, jeśli nie znajdzie jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Zrobił kilka głębokich wdechów, starając się wyrzucić z umysłu obraz poturbowanej Laury, który towarzyszył mu od rozmowy z Zuluagą, a który teraz zaczął zamieniać się w obraz martwej Laury.
Sięgnął po skrzynkę ojca. Przecież musiało tam być coś jeszcze. Jakieś wskazówki. Cokolwiek, co warto było chować w skrytce pod podłogą!
Podniósł wieko i pierwsze co zrobił to zmiął w palcach kartkę z nazwiskiem, które do niczego go nie doprowadziło, ciskając nią gdzieś w bok. Niemal w tym samym momencie skrzynka wyślizgnęła mu się z dłoni, uderzając o podłogę u jego stóp. Podniósł zdjęcia, medalik i samą skrzynkę. Ku jego zdziwieniu, materiał, którym była wyściełana został na podłodze, wraz z cieniutką deseczką, stanowiącą dno, tzn. pierwsze dno. Widząc to, poczuł, że serce zaczyna bić mu szybciej. Odwrócił skrzynkę i zajrzał do środka. Do właściwego dna, była przytwierdzona jakaś kartka. Chwycił ją, o mało jej przy tym nie rozrywając, i rozłożył, a wtedy serce o mało nie zatrzymało mu się w piersi.
– Christian? Co się dzieje? – dobiegł go głos Lii, która przypatrywała się jego poczynaniom, stojąc w drzwiach łazienki.
Podniósł na nią wzrok i uśmiechnął się niepewnie, podając jej kartkę.

Lia odczytała tekst i przeniosła zaskoczony wzrok na Christiana.
– To pismo Laury. Poza tym tylko ona mnie tak nazywała – powiedział, uśmiechając się do swoich wspomnień, ale zaraz spoważniał. – Ten list jest dość enigmatyczny. Niby nic konkretnego w nim nie ma, a z jakiegoś powodu ukryła go w skrzynce ojca.
Złożył dłonie jak do pacierza i przyłożył je do ust, spoglądając na twarz Lii, jakby tam miał nadzieję znaleźć odpowiedź. Kiedy jej usta drgnęły w lekkim uśmiechu, a oczy błysnęły, jakby właśnie dokonała odkrycia stulecia, w sekundę poderwał się na równe nogi i przystanął tuż obok niej.
– Zobacz – wskazała palcem. – To nie może być przypadek…
Christian przez chwilę zszokowany wpatrywał się w kartkę, a Lia widząc, jak krew powoli odpływa mu z twarzy, chwyciła go za rękę, powodując tym, że ponownie odwrócił się twarzą w jej stronę.
– Christian… Co ty chcesz zrobić? – spytała, patrząc mu w oczy, które błyszczały niebezpiecznie, ale nie potrafiła z nich wyczytać zupełnie niczego.
– Nie martw się. Będę się zachowywał jak dżentelmen. Obiecuję – odparł uspokajającym tonem, uśmiechając się w sposób, który nie zwiastował niczego dobrego.
– Jadę z tobą.
– Wykluczone – uciął krótko, chwytając kluczyki od jej Kawasaki, które leżały na stole. – Wystarczająco dużo już dla mnie robisz.
– Ej! – krzyknęła za nim, robiąc naburmuszoną minę i krzyżując dłonie na piersiach. Dopiero teraz zorientował się, że zamiast swojej potarganej koszulki miała na sobie jego t–shirt, który sięgał jej do połowy uda. Uśmiechnął się zawadiacko i mrugnął do niej.
– Oddam w nienaruszonym stanie – zapewnił. – Czuj się jak u siebie – dodał i już go nie było, a kilkanaście minut później zatrzymał Kawasaki przed jednym z najbardziej luksusowych budynków w Valle de Sombras, gdzie mieściła się największa firma w tej mieścinie, a raczej filia firmy, która swoją siedzibę główną miała w stolicy. Jeszcze raz sięgnął do kieszeni po kartkę, jakby chciał się upewnić, że nie przepatrzyli się z Lią. Zobaczył jednak dokładnie to samo, co mu pokazała – pierwsze litery każdego wersu układały się w jedno słowo, a właściwie nazwisko. To nie mógł być przypadek. Chęć dokonania zbrodni na Alejandrze powróciła ze zdwojoną siłą, ale Christian zdawał sobie sprawę, że martwy Barosso do niczego mu się nie przyda.
Nie zważając na protesty jakiegoś podstarzałego ochraniarza, a potem jeszcze kilku pracowników i w końcu samej sekretarki wpadł do jego gabinetu, a widząc jego kpiący uśmieszek, z trudem zwalczył w sobie pokusę obicia mu gęby.
– W porządku – stwierdził brunet, gestem dając znać sekretarce i zdyszanemu ochroniarzowi, że mogą ich zostawić samych. – W sumie dobrze, że wpadłeś. [link widoczny dla zalogowanych].
– Co?
– Mężczyzna ze zdjęcia, które mi pokazałeś. Nic więcej nie wiem.
– Nie wiesz czy nie chcesz mi powiedzieć? - spytał, opierając się dłońmi o blat biurka i spoglądając mu w oczy.
– Myśl co chcesz. Laura… – urwał, spoglądając za okno zasępionym wzrokiem. – Nigdy nie była moim wrogiem.
– Jeśli się dowiem, że ty albo twój brat macie cokolwiek wspólnego z jej zniknięciem, zabiję.
– Nie ma to jak usłyszeć gorące podziękowanie za okazaną pomoc – prychnął brunet, wstając ze swojego fotela, ale nim zdążył podejść do okna, poczuł szarpnięcie za ramię, a zaraz potem ciemno zrobiło mu się przed oczami.
– Dziękuję – mruknął Christian, przyglądając się, jak kipiący ze złości Barosso, wierzchem dłoni wyciera krew z rozciętej wargi.
– Więc jednak przyszedłeś tu bronić czci swojej złotowłosej księżniczki – zaśmiał się.
– Z tego co widzę po twojej gębie, to moja księżniczka świetnie potrafi sobie radzić z takimi karaluchami.
– Sądziłem, że stać cię na więcej niż pospolite dziwki, które miało całe mia… – dodał Alex, ale nim zdążył wypowiedzieć do końca ostatnie słowo, zarobił jeszcze jeden cios, tym razem w żołądek, przez co skulił się, padając na kolana przed Christianem.
– Ja przynajmniej nie muszę uciekać się do żadnych brudnych sztuczek, żeby mieć je w łóżku – odparł Suarez, wpatrując się z pogardą w Alejandra. – Tej małej od Diaza też czegoś dosypiesz do drinka? A może już to zrobiłeś? To cię naprawdę rajcuje? Nieprzytomna panna w łóżku? Jesteś żałosny, Barosso, jeśli nawet dziwki nie chcą ciebie i twojej śmierdzącej forsy.
Alejandro zmierzył go morderczym wzrokiem. Wyglądał jakby miał zamiar coś odparować, ale tylko pomasował dłonią obolałą szczękę, a Christian pokręcił głową z dezaprobatą i wyszedł, mijając w drzwiach osłupiałą blondynkę.


Ostatnio zmieniony przez Eillen dnia 1:21:42 23-08-14, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
CamilaDarien
Wstawiony
Wstawiony


Dołączył: 15 Lut 2011
Posty: 4087
Przeczytał: 5 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Cieszyn
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:13:53 23-08-14    Temat postu:

54. NADIA

Idąc wąską, polną ścieżką myślała o Dimitriu. Teraz czuła do niego już tylko wdzięczność, ale też swego rodzaju żal. Wtedy, gdy kazała mu zniknąć ze swojego życia, ciągle go kochała i dlatego nie mogła znieść bólu, jaki jej zadał w jednej krótkiej chwili, która zdawała się trwać całą wieczność. Do jej rozległej depresji przyczyniła się nie tylko śmierć męża, ale również właśnie ta kłótnia, podczas której wyznał jej swój największy sekret pilnie strzeżony od lat. Nawet w najgorszych koszmarach nie podejrzewała, że spotka ją kiedyś tak wielkie upokorzenie. Wiedziała jednak, że mężczyzna na swój sposób darzył ją ciepłymi uczuciami, tyle że bardziej jako przyjaciółkę niż kobietę. Ich związek układał się całkiem nieźle, aż do tamtego feralnego dnia. Dnia, przez który Nadia straciła wiarę w siebie i w to czy kiedykolwiek zazna prawdziwego szczęścia. Jak się okazało, jej małżeństwo było fikcją, której nie było sensu dłużej ciągnąć. Właściwie to zastanawiała się jak to możliwe, że nic wcześniej nie zauważyła. Znajomi po kątach plotkowali, jaki to idealny związek, a nikt tak naprawdę nie miał pojęcia, co to słowo znaczy. Owszem, Nadia i Dimitrio prawie nigdy się nie kłócili, a jeśli już coś podobnego miało miejsce to właśnie wtedy tuż przed śmiercią mężczyzny. Pierwsza i zarazem ostatnia awantura w ich siedmioletnim niemal stażu. A przecież idealizm nie polegał na tym, żeby nie kłócić się wcale. Każde małżeństwo (nawet to zgodne) potrzebowało czasem choć odrobiny dramaturgii, sprzeczek o drobiazgi. W przeciwnym wypadku nie była to miłość, a zwyczajne przywiązanie, chociażby z jednej strony. Brunetka pozbierała się po tym wszystkim tylko ze względu na to, że miała na tyle siły i odwagi, by mu wybaczyć i zrozumieć jego powody. Dzięki całej tej sytuacji zrozumiała też, że to nie był jego wybór ani tym bardziej decyzja. To przychodzi samo, nieproszone. Chcąc więc udowodnić sobie i jemu, że żaden upadek nie jest w stanie zniszczyć jej jako człowieka, przestała się w końcu mazać i wierząc, że on mimo wszystko nigdy nie chciał jej skrzywdzić, postanowiła go pomścić. Dla własnej satysfakcji i swego rodzaju jako odkupienie win. Ona bowiem też nie zawsze była wobec Dimitria w stu procentach szczera i czuła, że chociaż tyle jest mu teraz winna. Wciąż miała do niego ogromny sentyment. Było, nie było, pięć lat temu przysięgała mu przecież przed ołtarzem. Owa przysięga nie zawierała co prawda słowa na temat zemsty pośmiertnej, ale Nadię zawsze fascynowały takie niewyjaśnione zagadki. I nawet strach, że przeszłość ponownie może ją dopaść, nie powstrzymywał jej. W głębi duszy bardzo cierpiała, ale na zewnątrz już dawno przestała się bać. Była silna, a silne kobiety zawsze osiągają swój cel. Podejrzewała, że to Nicolas stoi za wypadkiem jej byłego męża, bo nigdy nie wierzyła w przypadki, a tutaj zbyt wiele faktów się nie zgadzało. Swoją drogą w tym ciasnym kręgu podejrzanych znajdował się też stary Barosso, ale też drugi z braci, Alejandro. Chociaż tego ostatniego wykluczyła już na wstępie. Po pierwsze dlatego, że nie było go wówczas w kraju, a po drugie, że martwy Dimitrio do niczego by mu się nie przydał, bo akurat w danym momencie ten sukinsyn potrzebował braterskiej pomocy.

27.01.2014r.

Siedziała w kuchni, paląc papierosa (choć już dawno rzuciła to świństwo) i popijając zimną już kawę, gdy w progu stanął Dimitrio. Spojrzał na nią przenikliwym, ale i zimnym, nieco zawiedzionym wzrokiem, w którym czaił się ból. W jego zachowaniu od razu wyczuła, że mężczyzna chciał jej coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedział, jak ma się do tego zabrać. Zgasiła fajkę w popielniczce, leżącej na stole, po czym wstała i podeszła do niego. Cofnął się o krok, jakby bał się jej bliskości. Nie rozumiała, co takiego zmieniło się od wczoraj, że dzisiaj starał się ze wszystkich sił unikać jej jak ognia. Nie skomentowała jednak tego, tylko ponownie spróbowała do niego podejść, a gdy była już zbyt blisko, mężczyzna odepchnął ją. Brunetka, dopiero gdy prawie upadła, zdecydowała się odezwać.
- Co się z Tobą dzieje, Dimitrio?! – niemalże krzyknęła, tracąc cierpliwość. – Zrobiłam lub powiedziałam coś nie tak, że traktujesz mnie w taki sposób? – dopytywała się kobieta już nieco spokojniejszym tonem.
- Dla Ciebie będzie lepiej, jeśli zachowamy między sobą bezpieczną odległość, uwierz mi. – odparł, a kolana drżały mu jak małemu chłopcu, jakby ojciec miał zaraz wrócić do domu z wywiadówki. – Wiedz jednak, że nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. – dodał po chwili milczenia.
- O czym Ty mówisz, Dimi? – zapytała łamiącym się głosem, słysząc jego ostatnie słowa i z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy. Zwróciła się do niego, używając zdrobnienia, które sama mu niegdyś nadała, a którym nazywała go zawsze, kiedy było jej przykro i chciała, żeby mąż mocno ją przytulił. Tym razem to jednak nie nastąpiło. Zamiast tego usłyszała z jego ust coś, co bolało bardziej niż skurcze porodowe.
- Spotykam się z kimś. – wreszcie wyrzucił z siebie tę okrutną dla niej prawdę, a zarazem jego największą tajemnicę.
Na dźwięk tych jakże gorzkich słów zrobiło jej się słabo i natychmiast musiała przytrzymać się wiszącej nieopodal szafki, bo gdyby tego nie zrobiła, z pewnością straciłaby przytomność. Wzięła kilka głębszych oddechów, próbując się uspokoić. Opierając się więc całym ciężarem swojego ciała o róg mahoniowego mebla, wypuściła ze świstem powietrze, czując na sobie jego przenikliwe spojrzenie, w którym przed laty utonęła bez chwili zastanowienia. A mogła zrobić to dwa razy, zanim zgodziła się za niego wyjść. Ale nie! No, to teraz ma za swoje! Cóż, za błędy trzeba płacić. Miłość tak już niestety ma, że zaślepia człowieka do tego stopnia, że często pod jej urokiem nie dostrzega się wad ukochanej osoby. Po dłuższej chwili niezręcznej ciszy, Nadia, choć nie doszła jeszcze do siebie po usłyszanej ów rewelacji, jakimś cudem zdołała stanąć o własnych siłach. Bez zbędnych słów podeszła do męża i wymierzyła mu siarczysty policzek, wpadając jednocześnie w niekontrolowaną furię.
- Ty skończony draniu! – krzyczała jak opętana, a jej oczy błyszczały, jak gdyby wysyłały do niej niemą prośbę, by przestała grać twardą babkę i pozwoliła im wreszcie rzewnie zapłakać. – Czy Ty wiesz co to dla mnie znaczy?! Twoja zdrada?! Wiesz, co narobiłeś?! Miałam cię za jedynego uczciwego faceta z tej popieprzonej rodzinki Barosso i ślepo wierzyłam, że jesteś mi wierny, a Ty co zrobiłeś?! – z trudem wypluwała każde słowo, powoli zanosząc się płaczem. – Myślałam, że jesteś inny. Że różnisz się od swojego zakłamanego tatusia i dwulicowych braci, którzy nie raz pokazali na co ich stać! Widać myliłam się, bo jesteś dokładnie taki sam, a może nawet gorszy! Boże... – odruchowo złapała się za głowę, mając nadzieję, że to jej w czymś pomoże. – Nie znajduję nawet słów na to, jak się teraz czuję.
- Przykro mi, nie chciałem, żeby tak wyszło. – mówił szczerze poruszony obecnym stanem psychicznym swojej żony i doskonale zdawał sobie sprawę, że to jego wina. Chciał ją objąć, ale wycofał się w ostatniej chwili, by jej nie ranić jeszcze bardziej.
- Jasne, faceci zawsze zgrywają pokrzywdzonych jak przychodzi co do czego! – po raz kolejny straciła nad sobą kontrolę, ale zaraz się zreflektowała i zapytała już spokojniej. – Kim jest ta kobieta?
- To nie kobieta. – wycedził przez zęby niepewnie jakby obawiał się jej reakcji. I słusznie.
Jego drugie wyznanie wbiło ostatni gwóźdź do jej trumny, którą w obecnej chwili była gotowa nawet własnoręcznie zbić sobie ze starej wersalki Cosme Zaluagi, stojącej w jego dawnym mieszkaniu, które Nadia niedawno nabyła. Wszyscy pomyśleli wtedy, że zwariowała, kupując taką ruinę. Dom był opuszczony od wielu lat i praktycznie w każdej chwili mógł się zawalić, ale ją to nie obchodziło. Miała bowiem swój ukryty cel, stając się bezpośrednią właścicielką jego posiadłości i kawałka ziemi. W przypływie złości i szczerego zszokowania, powiedziała o kilka słów za dużo.
- Wynoś się z mojego życia i nigdy więcej nie waż się do niego wracać! Nie chcę cię znać! Ani pamiętać!


Na samo wspomnienie swojej kłótni z mężem, malowało się na jej twarzy przygnębienie. Mogli przecież nadal być szczęśliwym małżeństwem, a wszystko w jednej krótkiej chwili okazało się zwykłą iluzją. Nie mogła zrozumieć, jak mogła z tym człowiekiem żyć aż siedem lat i niczego przez ten czas nie zauważyć. W prawdzie często wyjeżdżał i wychodził wieczorami, ale ufała mu i nigdy nie podejrzewała o zdradę, dlatego jego karygodny występek wbił jej nóż prosto w serce. Mimo zżerającego ją od środka bólu, po śmierci ukochanego, długo obwiniała się o tę tragedię, powtarzając sobie, że niepotrzebnie tak na niego naskoczyła, że przez nią jechał w stresie i dlatego stało się to, co się stało. Wkrótce jednak zrozumiała (a może raczej starała się go bronić z miłości, która nie wygasła), że to był wypadek (albo zabójstwo) i żadne z nich nie zawiniło. Ona była zdenerwowana i zaskoczona, a on miał wyrzuty sumienia, i jeśli jakiś czas po owym zdarzeniu jej uczucia się zmieniły, to nadal darzyła go chociażby przyjaźnią.
Nie chcąc dłużej myśleć o sprawach, które zasmucały ją do głębi, wyciągnęła z zamszowej torebki słuchawki do telefonu i już po kilku sekundach zatraciła się w muzyce, płynącej wprost do jej uszu. Chciała zapomnieć, co w gruncie rzeczy nie było takie proste. Nagle kobieta zorientowała się, gdzie dotarła i spojrzała na strasznie wyglądające z zewnątrz zamczysko, zastanawiając się czy wystrój w środku odzwierciedla ten widok. Bo jeśli tak, to Zaluaga mógł mieć z tego niezły interes i zbierać za bilety, tak jak w wesołym miasteczku, w Domu Strachów. Nawet nazwy by nie musiał zmieniać, bo El Miedo świetnie pasowało. Nadia uśmiechnęła się do swoich myśli. Może to pomogłoby mu otworzyć się na innych ludzi, dzieci przestałyby się go bać, reagując śmiechem na ową atrakcję, a i mieszkańcy zaczęliby postrzegać go inaczej. Tak się zamyśliła, że dopiero po chwili zauważyła, jak dzieciaki na oko dwunasto-czternastoletnie, obrzucają pomidorami jego samotnię.
- Ej, co Wy robicie?! – krzyknęła, stając w obronie wiekowego zamku i zasłaniając kawałek własnym ciałem, przez co też oberwała jednym z warzyw.
- Niech się Pani nie wtrąca! – obruszył się jeden z chłopców. – Tutaj mieszka straszny potwór i musi dostać nauczkę za wszystkie morderstwa, które ma na sumieniu!
- To nieprawda! – momentalnie sprostowała, podnosząc bardziej głos. – Pan Cosme Zaluaga jest niewinny, a Wy dzieciaki powinnyście się wstydzić, że słuchacie jakichś głupich plotek! Przecież to nawet nie Wasza sprawa i niegrzecznie z Waszej strony, że tak się zachowujecie. Właścicielowi z pewnością jest bardzo przykro, że ma taką opinię w miasteczku.
- A co Pani go tak broni?! – doskoczył do niej przedstawiciel całej grupki, ten sam co poprzednio. – Zakochała się Pani?!
- Posłuchaj, młody człowieku. – Nadia wysiliła się na uprzejmy zwrot i ignorując słowa bezczelnego dzieciaka, złapała się za swoją białą, poplamioną koszulkę. – Ciekawa jestem, czy Twoi rodzice będą zadowoleni, jak złożę im niezapowiedzianą wizytę, żądając zwrotu pieniędzy za pralnie. – tymi słowami kompletnie zgasiła chłopaczka, który zaciskał już pięści ze złości. – A to... – wskazała palcem na „pomidorowe” mury posiadłości – …nazywa się niszczenie cudzego mienia, więc radziłabym, żebyście natychmiast pobiegli do swoich domów po wiadro wody i szmaty, po czym zmyli te czerwone plamy, a następnie przeprosili za swój wandalizm tego biednego człowieka. Wtedy pomyślę, czy warto informować Waszych rodziców o zaistniałym incydencie.
Wykład jaki Nadia wygłosiła, spotkał się jednak z gromkim śmiechem całej czwórki, ale kiedy brunetka zrobiła groźną minę, zrozumieli, że ta kobieta wcale nie żartowała. Uciekali, aż się za nimi kurzyło. Dwudziestosiedmiolatka pokręciła tylko głową, ciężko wzdychając i ostatni raz spoglądając w stronę rezydencji. Kątem oka dostrzegła uchylone nieco okno, które wcześniej było zamknięte i jakąś postać, która w pośpiechu chowa się za firanką. Odwróciła jednak wzrok i ruszyła przed siebie, po drodze mijając Arianę wracającą z zakupów do domu swojego pracodawcy. Kobiety wymieniły uprzejmości i każda poszła w swoją stronę.
Nad zastanawiała się, dlaczego chęć niesienia pomocy innym była taka silna. Najpierw Cosme, a teraz jeszcze Christian, na którego życie niewątpliwie ktoś czyhał. Przecież na dobrą sprawę mogła po prostu zignorować dziwną wiadomość, którą przeczytała niedawno na swojej poczcie elektronicznej, ale zwyczajnie nie potrafiła. Taka już była, że jeśli wiedziała, że komuś grozi śmiertelne (lub inne) niebezpieczeństwo, spieszyła z pomocą niezależnie od tego, czy znała ową osobę. A on… El Vengador… Znała go przecież jeszcze, gdy była szczęśliwą, roześmianą sześciolatką. Nie mogła więc pozwolić, by ktoś go skrzywdził. Gdyby coś mu się stało, a ona wcześniej by go nie ostrzegła, nigdy by sobie tego nie wybaczyła. Swoją drogą ciekawość teraźniejszego wyglądu znajomego z dzieciństwa zżerała ją od środka, nie pozwalając skupić myśli na niczym innym. Śmiała nawet twierdzić, że z pewnością wyrósł na przystojniejszego mężczyznę, niż jej świętej pamięci mąż. Bez zastanowienia rozsunęła zamek bocznej kieszonki w swojej czarnej torebce i wyciągnęła z niej małą karteczkę z adresem ośrodka Ignacia Sancheza. Nie żeby zapomniała, gdzie on był położony, bo doskonale pamiętała, jak to miejsce odmieniło jej życie, kiedy najbardziej potrzebowała pomocy. Nie spodziewała się po prostu, że spotka tam Christiana. Była pewna, że on wyjechał i nie zamierzał wracać do Valle de Sombras. Gdyby nadal przebywał w San Antonio, kto wie, czy nie pojechałaby tam za nim? Skąd to wiedziała? Odpowiedź była prosta. W takim małym miasteczku plotki rozchodziły się w zaskakującym tempie, a te miała ze sprawdzonego źródła. Zaskoczył ją tylko fakt, że nigdy nie poznała jego ksywki, która na dobrą sprawę mogła siać postrach wśród mieszkańców. Zaśmiała się, zdając sobie sprawę, że ona wcale się nie przestraszyła.
Nadia wróciła do Meksyku z jeszcze jednego i chyba najważniejszego powodu. Była to jednak jej największa tajemnica, którą znała tylko ona i Ignacio. Nawet mężowi nie wyjawiła prawdy, choć powinna to zrobić i wiele razy próbowała, ale zawsze w ostatniej chwili rezygnowała z tego pomysłu. I nie dlatego, że się bała czy mu nie ufała. Nie chciała po prostu, by ocenił ją zbyt pochopnie, nie znając wszystkich szczegółów. Sam Sanchez dowiedział się całkiem przypadkowo i to w dość niesprzyjających okolicznościach. Załamanie nerwowe zmusiło ją do wtajemniczenia w swoje problemy chociażby jednej osoby i padło właśnie na człowieka, który ją ocalił. W każdym możliwym znaczeniu tego słowa.
Ostatni raz spojrzała na kartkę papieru, gdzie widniał jeszcze jeden zapis, a mianowicie nowy adres młodego Suareza. Kobieta stanęła więc przed nie lada dylematem. W głowie pojawił się wielki znak zapytania, czy powinna udać się najpierw do ośrodka Ignacia czy jednak poszukać Christiana w jego mieszkaniu? W rezultacie padło na to drugie, ponieważ brunetka trochę obawiała się spotkania twarzą w twarz ze swoim dawnym mentorem. Bowiem ich drogi nie rozeszły się w przyjemnej atmosferze z kilku powodów. Posądziła go o coś, czego Sanchez nigdy nie zamierzał zrobić, ale wtedy tego nie wiedziała, była rozgoryczona i pełna żalu, szukając winnych nawet wśród ludzi, którym najbardziej ufała. Czy żałowała? Oczywiście, że tak, jednak w obecnej chwili nie była gotowa, by spojrzeć mu prosto w oczy i przeprosić za swoje zachowanie. Jeszcze nie teraz. W prawdzie mogło się okazać, że w domu nie zastanie Christiana i że będzie właśnie tam, gdzie zabrakło jej odwagi, by się pojawić, ale postanowiła zaryzykować. Nawet nie zorientowała się, kiedy dotarła pod starą kamienicę, w której mieszkał jej przyjaciel. Co najśmieszniejsze nie wiedziała nawet, w jaki sposób znalazła się pod jego drzwiami. A to wszystko przez to, że głęboko się zamyśliła i ten jej stan z pewnością był spowodowany długą rozłąką (jeśli mogła to tak nazwać). Znali się jak stare konie, ale nie widzieli się szmat czasu, co na pewno nie raz da im się we znaki. Wątpiła jednak, by ją poznał albo chociaż pamiętał. Przecież byli wtedy dziećmi i nie składali żadnej przysięgi krwi. Podniosła nieco drżącą dłoń i dosięgnęła mały przycisk dzwonka. W kolejnej chwili zobaczyła już jakąś blondynkę, która stała przed nią w męskim podkoszulku i wpatrywała w nią swoimi wielkimi oczami. Coś tam gadała, ale Nadia wcale jej nie słuchała, układając sobie w głowie przeróżne scenariusze, odzwierciedlające owy widok. Mogła to być jego żona, ale gdyby Christian kogoś miał, Patric by jej co nieco wspomniał na ten temat. W końcu był prywatnym detektywem, a ten tytuł do czegoś zobowiązywał. Uznała więc, że pomyliła numery i wolała grzecznie się wycofać.
- Przepraszam, to chyba pomyłka. – odparła, mając zamiar już odejść, gdy nagle…
- Zaczekaj! – zatrzymała ją dziewczyna. – Jeśli szukasz Christiana, to…
- To właśnie go znalazłaś. – dokończył męski głos za jej plecami, co sprawiło, że momentalnie się odwróciła i na widok greckiego Boga z El Paraiso nogi się pod nią ugięły, a serce mocniej zabiło z wrażenia. Christian „El Vengador” Suarez?! To naprawdę Ty?! Te słowa cisnęły się jej na usta, ale nieznośne struny głosowe niestety odmówiły współpracy. Akurat teraz, cholera jasna! Stała tylko jak słup soli, gapiąc się na przystojnego bruneta. Mężczyzna mimo wciąż buzującej w nim złości po starciu z Alexem, wysilił się na szarmancki, ale prawie niezauważalny uśmiech, co jednak nie umknęło czujnej uwadze Nadii i nim zdążyła się odezwać, on ją ubiegł.
- Co jest mała? Ducha zobaczyłaś? – zapytał, opierając się o barierkę. Kobieta zmarszczyła brwi, ale po chwili odwzajemniła uśmiech, w sekundzie odzyskując pewność siebie.
- Nie pamiętasz mnie... – zabrzmiało bardziej jak stwierdzenie niż pytanie. – To ja Nadia. – dodała po chwili. – Nadia de la Cruz.
Zaskoczenie malujące się na jego twarzy, jasno odpowiedziało jej, że facet zapomniał o sześcioletniej dziewczynce, z którą bawił się w policjantów i złodziei wtedy i przez kolejne cztery lata także. Jego żona (która chyba jednak się nią okazała) wróciła do mieszkania, a młody Suarez podszedł bliżej do swojego niespodziewanego gościa, by lepiej się jej przyjrzeć.
- Nie ważne. – brunetka przerwała niezręczną ciszę, uświadamiając sobie, że jej przyjście tutaj nie było dobrym pomysłem. – Przyszłam tylko powiedzieć ci, że jesteś w śmiertelnym niebezpieczeństwie i prosić cię, byś na siebie uważał. To tyle, cześć.
Nie dane było jej jednak odejść, gdyż brunet przyszpilił ją do odrapanej ściany korytarza, żądając wyjaśnień, a jego wyraz twarzy w najmniejszym nawet stopniu nie przypomniał już uroczego uśmieszku.


Ostatnio zmieniony przez CamilaDarien dnia 18:02:30 27-07-18, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5434
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:50:05 23-08-14    Temat postu:

55. ARIANA

Powinna wykorzystać jego nieobecność i poszperać w rzeczach swojego nowego szefa, ale nie mogła się na to zdobyć. Cały czas próbowała odnaleźć w sobie pewną siebie kobietę, kogoś, kto choćby w niewielkim stopniu przypominał Nadię de la Cruz - bezskutecznie. Kogo ona próbowała oszukać? Nie była dziennikarką śledczą. Zaczynała też się zastanawiać, czy w ogóle może określić się mianem pisarki. Od kiedy znalazła się w Valle de Sombras nie napisała ani słowa. Tyle się działo, że nie miała na to czasu.
Tego dnia nie chciała być sama w domu na wzgórzu. Fascynował ją, to prawda, ale czuła się w nim dziwnie obco. Nie miała tam nic do roboty - wszystkie powierzchnie w posiadłości pana Zuluagi lśniły czystością, a ona sama była tak przesiąknięta zapachem płynu do mycia podłóg, że nie sądziła, by kiedykolwiek udało jej się go z siebie zmyć. Z nudów posortowała również książki w bibliotece Cosme. Większość z nich była stara i wysłużona. Obiecała sobie, że przeczyta je wszystkie po uzyskaniu zgody gospodarza, ale teraz nie miała na to ochoty.
Ariana postanowiła wybyć z tego przygnębiającego zamczyska, licząc na to, że w innym miejscu dopadnie ją wena albo chociaż dowie się czegoś interesującego od mieszkańców miasteczka. Miała dosyć polerowania sreber, przeglądania starych e-maili i chodzenia tylko wyznaczonymi ścieżkami (pan Zuluaga surowo zakazał jej wchodzić do niektórych pomieszczeń).
Schodząc ze wzgórza żałowała, że nie ma swojego starego volkswagena. Droga do miasteczka na pieszo dłużyła się niemiłosiernie i Ariana pomyślała, że dobrze by było odwiedzić mechanika. Może przy dobrych wiatrach znajdzie on jakiś sposób na naprawę, a jeśli tak, będzie musiała poprosić pana Zuluagę o wcześniejszą wypłatę. Czek od Nadii opiewał na sporą sumkę, ale wolała na razie zostawić go na czarną godzinę.
Przemierzając miasteczko zdała sobie sprawę, że nie jest ono tak maleńkie jak jej się na początku wydawało - pełno w nim było bocznych uliczek, w których można się zgubić. Dziewczyna nie miała dobrej orientacji w terenie, ale wyszła na tym znakomicie: gdyby nie jej kluczenie po ulicach Valle de Sombras pewnie nigdy nie odnalazłaby wielu miejsc wartych uwagi. Jednym z nich była urokliwa kawiarnia, którą ludzie zwykli mijać, jakby w ogóle o jej istnieniu nie wiedzieli.
Właściciel kawiarni, [link widoczny dla zalogowanych], był niezwykle uprzejmym człowiekiem. Ariana postanowiła posiedzieć przy kawie w nadziei, że wena sama do niej przyjdzie. Usadowiła się przy stoliku w głębi lokalu, aby mieć trochę prywatności. Wyciągnęła komputer i wpatrzyła się w pustą kartkę na ekranie. Nic nie przechodziło jej do głowy. Jak zacząć historię, która zmieni twoje życie? Nie ma tego w żadnym podręczniku.
- Dolewkę? - zapytał Camilo, podchodząc do niej z dzbankiem kawy i uśmiechając się promiennie.
Nie przejmował się tym, że kawiarnia nie cieszyła się dużą popularnością. Cieszył go sam fakt pracy i prowadzenia własnego lokalu.
- Nie, dziękuję - odpowiedziała uprzejmie, ale zaraz potem się zasępiła. - Nic dzisiaj nie napiszę.
Camilo przyjrzał jej się z bliska, po czym przysiadł się do stolika, widząc, że trapi ją coś jeszcze.
- Na pewno chodzi tylko o to? - zapytał, a ona uśmiechnęła się blado. Rozgryzł ją.
- Chodzi o wiele rzeczy - wyznała enigmatycznie. - Nie jestem pewna wielu z nich.
- Chcesz o tym porozmawiać? Może mógłbym pomóc...
Ariana pomyślała o wszystkim, co ją nękało - o Laurze, która wyjechała z miasta bez wyjaśnień, o panu Zuluadze, którego nie mogła rozgryźć, o Christianie, który interesuje się jej szefem, o mężczyźnie nazwanym Nacho. Pomyślała o umowie z Nadią de la Cruz i o czeku na pokaźną sumę, o samochodzie w warsztacie oraz o chłopaku imieniem Hugo, którego nie widziała od czasu wizyty w szpitalu.
- Znasz może takiego chłopaka... Hugo? - zapytała, sądząc, że to jedyne pytanie, kłębiące jej się w głowie, na które Camilo byłby w stanie udzielić odpowiedzi.
- Hugo jak? - zapytał, mrużąc oczy w skupieniu i usiłując sobie przypomnieć czy zna kogoś takiego.
- Problem w tym, że nie wiem jak ma na nazwisko. Taki ciemny... - tłumaczyła, a Camilo się roześmiał. - Przydługie włosy, nonszalancka postawa, żartowniś. - Widząc, że nic to mu nie mówi, dodała: - Jeździ na motorze.
- Och, to trzeba było tak od razu! - Camilo roześmiał się w głos, ale chwilowy entuzjazm Ariany wyparował po jego dalszych słowach: - W końcu w Valle de Sombras niewielu jest ciemnowłosych mężczyzn jeżdżących na motorze.
Camilo spojrzał na zasępioną minę dziewczyny i opanował chichot.
- Wpadł ci w oko? - zapytał, mrugając porozumiewawczo, ale dziewczyna pokręciła głową.
- Po prostu jest jedną z niewielu przyjaznych mi tutaj osób.
- Ja jestem przyjazny - odparł niezbyt skromnie, czym wywołał na twarzy Ariany uśmiech. - I jeśli kiedykolwiek będziesz mnie potrzebować, wiesz gdzie mnie szukać.
Panna Santiago pokiwała głową, po czym wyciągnęła portfel, chcąc zapłacić za kawę, ale powstrzymał ją, kręcąc głową.
- Nie ma mowy - powiedział, uśmiechając się dobrodusznie. - Na koszt firmy.
Kiedy wychodziła z kawiarni czuła się głupio - Camilo i tak miał mało klientów, a serwował jej kawę za darmo. Zarzuciła sobie torbę z laptopem na ramię i ruszyła w stronę warsztatu samochodowego.
- Mówię ci stary, trzeba mieć tupet - mówił z oburzeniem wąsaty mechanik w roboczym stroju umazanym smarem. - Żeby tak przynosić do naprawy motor, który sam mi ukradł, wyobrażasz to sobie?
Ariana stanęła w wejściu do warsztatu, przysłuchując się tej rozmowie. Wąsaty facet właśnie wcisnął się pod srebrne auto stojące na środku, żeby obejrzeć jego podwozie. Drugi mężczyzna, którego wcześniej nie zauważyła, odpowiedział swojemu koledze znudzonym tonem:
- Wcale ci go nie ukradł. Przegrałeś go w karty i dobrze o tym wiesz.
- Jesteś ze mną czy przeciwko mnie? - Mężczyzna wychynął spod samochodu tak gwałtownie, że uderzył się w głowę. Kiedy rozmasowywał bolącą część ciała, klnąc ile sił w płucach, jego wzrok padł na Arianę nadal stojącą w wejściu. - Słucham? - zapytał niezbyt uprzejmie, a Ariana nagle zawstydziła się, że podsłuchała jego rozmowę ze współpracownikiem, który leniwie rozłożył się na starej kanapie w rogu pomieszczenia i rozwiązywał krzyżówkę.
- Ja... Przyszłam zobaczyć, co z moim samochodem - wymamrotała, czując się bardzo niepewnie. - Czerwony volkswagen - dodała, sądząc, że nie wiedzą o jakim aucie mówi.
- Ach, ten szmelc! - zaśmiał się wąsaty, po czym splunął na ziemię, powodując u Ariany dreszcz obrzydzenia. - Czerwony to on może i był.
- Słucham? - zdziwiła się, nie wiedząc o co chodzi mechanikowi.
Drugi mężczyzna podniósł wzrok znad krzyżówki, obserwując tę scenę. Wąsaty zmieszał się lekko i jeszcze raz potarł po głowie.
- No... On się już do niczego nie nadawał, nie? Dałem go na złom, bo to straszny gruchot był.
- Że co?! - Ariana nie mogła uwierzyć własnym uszom. - Jak to?
- Ano tak to. Nic się nie dało zrobić. Może gdybyśmy sprowadzili jakieś części z muzeum. - Wąsaty zaśmiał się z własnego żartu, a widząc, że dziewczynie nie jest do śmiechu, spoważniał. - Nie bój nic, mam tutaj pieniążki. - Podał jej trochę banknotów, które uzyskał sprzedając jej "cudeńko" na złom. - Odliczyłem sobie troszkę za fatygę.
Ariana stała jak wmurowana. Nawet nie miała siły kłócić się z tym człowiekiem. Zresztą, sądziła, że w ciągu ostatnich dni doszczętnie wykorzystała swoje skromne pokłady odwagi. Wyszła z warsztatu jak otępiała, zupełnie nie słysząc wypowiedzianych przez wąsatego słów:
- O czym to ja mówiłem? Ach, tak! Co za tupet ma ten cholerny Hugo!

***
Nogi same ją prowadziły. W tej chwili pragnęła tylko jednego - porządnie się napić.
Nie gustowała w alkoholu, miała zdecydowanie za słabą głowę na tego typu trunki. Zaciemniały jej umysł, a jako początkująca pisarka nie mogła sobie na to pozwolić. W gruncie rzeczy, kieliszek lub dwa nie były aż takim złym pomysłem, biorąc pod uwagę fakt, że dzieła wielu wielkich artystów powstawały pod wpływem używek. Może i ona nie powinna się ograniczać? Teraz jej było wszystko jedno.
- Wódkę z sokiem - zakomunikowała wytatuowanej barmance z kolczykiem w nosie, która spojrzała na nią krzywo. Nie często widywała w klubie "El Paraiso" takie dziewczyny.
- Zgubiłaś się? - zapytała ochrypłym głosem, ale przygotowała napój, który dziewczyna powoli zaczęła sączyć przez słomkę. Wyglądała tak nieporadnie, że barmanka musiała powstrzymać się od śmiechu na ten widok.
- Nie - odpowiedziała lakonicznie. - Kto to? - wskazała na kilka dziewczyn w podobnym do niej wieku, które wiły się na scenie w różnych pozach.
- Tancerki - odpowiedziała kobieta za barem, unosząc wysoko brwi. Było to oczywiste, zważywszy na fakt, że rozgrzewały się na scenie, przygotowując choreografię na dzisiejszy wieczór.
- Co, striptizerki? - wypaliła Ariana bez zastanowienia. Po alkoholu zostawała słowotoku.
- Tancerki - powtórzyła barmanka, więc dziewczyna zdecydowała się nie drążyć tematu.
Ariana rozejrzała się po barze, z zewnątrz wyglądającym dość obskurnie. W środku nie był już taki niepozorny. Pomyślała, że to ekskluzywny klub. Pewnie bywało w nim sporo bogaczy, gotowych zapłacić każdą cenę za jedną noc z tancerką. Nie była pewna, czy to właśnie tego typu lokal, ale nie zdziwiłaby się, gdyby właśnie tak było.
Kilka miejsc dalej przy barze siedział mężczyzna, wpatrzony w dno swojego kieliszka i wyglądający jakby zastanawiał się, czy nie powinien się w nim utopić, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że jest pusty. W rękach obracał jakiś przedmiot, którego Ariana nie mogła jednak dostrzec z tej odległości.
W jednej chwili facet podniósł wzrok i spojrzał prosto na nią. Uśmiechnął się zabójczo i kiwnął jej głową, a ona szybko odwróciła wzrok. Nie była jedną z tych dziewczyn, które poznawały facetów w barach. Nie była tą dziewczyną, którą inni podrywali. W ogóle nie uważała siebie za atrakcyjną i tak było - wyglądała przeciętnie, ginęła w tłumie i było jej to na rękę.
Omal nie dostała palpitacji, kiedy zauważyła, że mężczyzna przysiada się po jej lewej stronie i woła barmankę, aby zamówić sobie kolejną porcję brandy.
- To samo? - zapytał Arianę, wskazując opróżnioną do połowy szklankę dziewczyny.
Pokręciła głową, zdając sobie sprawę, że to nieostrożne. Natomiast brunet nic sobie z tego nie robił. Sączył powoli brandy, nadal obracając w rękach złoty przedmiot. Była to zapalniczka.
- Topisz smutki? - zapytał obojętnym tonem, nadal gapiąc się tępo w przestrzeń.
- Coś w tym stylu - odpowiedziała a jej głos zabrzmiał nienaturalnie piskliwie.
Mężczyzna uśmiechnął się do sobie i dla odmiany zaczął obracać szklaneczkę z brandy.
- Ja też coś w tym stylu - odezwał się, spoglądając na nią dziwnym wzrokiem. Było to przeszywające spojrzenie ciemnych oczu, bardzo ładnych zresztą, ale Ariana dostrzegła coś jeszcze - czaił się w nich mrok, a ona nie wiedziała, co to może oznaczać.
- Masz jakieś imię? - zapytał, a ona odchrząknęła i już miała zamiar się przedstawić, kiedy stwierdziła, że to nierozsądne - nic nie wiedziała o tym człowieku. - Zresztą, nieważne. Pewnie nie masz ochoty na to, żeby zaczepiał cię jakiś pijany świr w barze. A mogę chociaż wiedzieć, dlaczego jesteś taka smutna?
Dziewczyna uznała, że akurat tyle może mu zdradzić.
- Zostałam pozbawiona środku transportu - wyznała niezbyt przytomnie. Alkohol już dawał jej się we znaki.
- Przykro mi - wyznał, ale nie była pewna czy szczerze. Był zbyt pijany i zbyt pogrążony w rozmyślaniach.
Po tych słowach wychylił szklaneczkę jednym haustem, odstawił ją z hukiem na bar i wstał chwiejąc się lekko.
- Miło było poznać. Zamów sobie coś na mój rachunek - rzucił na odchodnym wskazując na barmankę, która obserwowała ich z uwagą, po czym wyszedł z klubu.
Wytatuowana barmanka natychmiast nachyliła się do Ariany, cała podniecona.
- Dziewczyno, czy ty wiesz, kto to był?! - Ariana milczała, więc kontynuowała: - Właściciel klubu, Nicolas Barosso! Odezwał się do ciebie! Ale z ciebie farciara...
Ariana wcale nie czuła, że ma szczęście.


Ostatnio zmieniony przez Maggie dnia 17:56:08 24-08-14, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5434
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:51:05 23-08-14    Temat postu:

dubel

Ostatnio zmieniony przez Maggie dnia 20:02:29 23-08-14, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3156
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:45:58 23-08-14    Temat postu:

56 Viktoria

Przekleństwo wyrwało się z jego ust, kiedy wzrok padł na stojącą w drzwiach jego gabinetu drobną blondynkę. Jedno spojrzenie w jej błękitne tęczówki utwierdziło go w przekonaniu, iż słyszała wszystko, albo wystarczająco dużo, aby zmienić o nim zdanie. Podniósł się powoli z podłogi usiłując wymyślić szybko jakąś bajeczkę, w którą jego informatyczka by uwierzyła. Chwycił stojącą nieruchomo dziewczynę za łokieć jednym ruchem wciągając ją do środka. Cicho zamknął za sobą drzwi przekręcając kluczyk, który schował do kieszeni.
Z trudem przełknęła ślinę śledząc każdy jego ruch.
- Widzę że zamierzasz pominąć narkotyki i od razu przejść do rzeczy- rzuciła swobodnym tonem sama zaskoczona słowami które wypłynęły z jej ust.- Robisz postępy.
- Nie zamierzam cię skrzywdzić Vicky- odparł spoglądając jej w oczy- więc daruj sobie ironię.
- To samo usłyszała tamta dziewczyna?- Zapytała i roześmiała się histerycznie.- powiedziałeś jej że nie zamierzasz jej skrzywdzić, że jest bezpieczna!- Dłonie złożyła jak do modlitwy przyciskając pale do ust. Pokręciła z niedowierzaniem głową nawet nie próbując tłumić łez które wykradły się w kąciki oczu. – Zaczynałam ci ufać- powiedziała cicho- zaczynałam nawet cię lubić. Wmawiałam sobie że jesteś inny ale ty jesteś gorszy niż cała twoja rodzinka razem wzięta! – krzyknęła nie mogąc dłużej tłumić w sobie uczuć. Zacisnęła dłonie w pięści i uderzyła. Drobna kobieca piąstka z zadziwiającą siłą uderzyła go w klatkę piersiową. Raz drugi , trzeci , czwarty. Papiery które ze sobą przyniosła posypały się na podłogę.
Był zbyt zaskoczony żeby zareagować. Po Viktorii nie spodziewał się takiego zachowania, Wydawała mu się być kimś poukładanym i spokojnym. Chwycił ją za nadgarstek. Blondwłosa wymierzyła mu siarczysty policzek. Alex chwycił ją za drugą rękę.
- Puszczaj!- warknęła szamocząc się z nim.- Zostaw mnie ty.. szumowino.
- Szumowino?- powtórzył bardziej rozbawiony niż urażony.
- Tak szumowino, dupku , palancie, kretynie , draniu- wymieniała czując jak uścisk jego rąk zamiast słabnąć wzrasta. Tak samo rosła w niej wściekłość. Barosso byli przyczyną jej wszystkich nieszczęść. Straciła dzieciństwo przez starego Barosso , matkę , ojca , własną tożsamość. Na siedemnaście lat wymazała z pamięci jedynego człowieka który ją kochał. Taty który wskoczyłby za nią w ogień. Niewiele myśląc zbliżyła swoją twarz do jego twarzy- Odpowiedź mi na jedno pytanie- szepnęła mu do ucha.- Wprawiałeś się na mojej matce?- Zapytała wbijając mu obcas swojego buta w stopę. Syknął z bólu wypuszczając jej nadgarstki z uścisku. Cofnęła się do tyłu.
- Co ty pieprzysz?!- warknął patrząc na nią wściekle,- nigdy nie tknąłem Gwen., skąd w ogóle coś tak absurdalnego przyszło ci do głowy.
- Masz mnie za idiotkę? – odpowiedziała mu pytaniem.- Naprawdę myślisz że nie wiem co twój tatuś wyprawiał kiedy ty pilnowałeś mnie w piwnicy on- urwała nie będąc wstanie skończyć. Zrobiła jeszcze jeden krok w tył. – Jesteś taki sam jak on! – odwróciła się na pięcie z zamiarem wyjścia z gabinetu i wtedy przypomniała sobie że Alejandro zamknął drzwi na klucz.
- Ufałam tamtemu chłopcu- powiedziała odwrócono do niego plecami. – kiedy zbiry twojego ojca porwały mnie i Gwen dawałeś mi dziwaczne poczucie bezpieczeństwa. Siadałam Ci na kolanach na głos czytałam „Harrego Pottera” Pozwalałeś mi na to bo wiedziałeś że mnie to uspokaja.
- Viktoria nie wiedziałam co mój ojciec robi z Gwen.
- gów*o prawda! Doskonale zdałaś sobie sprawę z tego co się dzieje i nie zrobiłeś nic żeby jej pomóc.
- Chroniłem jej córkę!- Krzyknął idąc w jej stronę.. Chwycił ją mocno za ramię odwracając w swoją stronę.- Myślisz, że siedziałem tam z przyjemnością? Wiedziałem, że jeżeli wyjdę, choć na chwilę on może skrzywdzić ciebie. - Niepewnie wyciągnął dłoń kciukiem ścierając płynącą po policzku łzę.- Byłaś tylko dzieckiem.
- Któremu odebraliście wszystko- wyszeptała. – Zabiliście moją mamę.- Głos jej się załamał.
- Twoją mamę zabił rak- przypomniał jej dobitnie.
- Tak- chwyciła go za nadgarstek siłą zsuwając jego dłoń ze swojego policzka, - ale to przez twoją rodzinkę nie miała siły walczyć. Wiesz, co stało się, kiedy wróciliśmy do domu? Gwen miała nową przyjaciółkę. Valium. Na moich oczach staczała się na samo dno przez Fernando, a ja od lat zadaje sobie pytanie, dlaczego? Dlaczego twój rodzina tak mocno uwzięła się na moją? Dlaczego nie możecie dać nam spokoju?
- Przez ciebie- odpowiedział znużony.- Mój ojciec ma na twoim punkcie obsesję od dnia, kiedy po raz pierwszy cię zobaczył. Fernando wbił sobie do głowy iż Elena Rodriguez przeżyła pożar.
- A co ja mam do tego?- Zapytała przerywając mu. Serce biło jak oszalałe.
- Nie domyślasz się? – Kącik ust Alexa drgnął lekko ku górze.
- On myśli, że jestem Eleną- powiedziała cicho. – Boże- przyłożyła drżącą dłoń do ust.- Fernando nie dość, że psychopata to jeszcze wariat
‘Roześmiała się. W zaistniałej sytuacji tylko to mogła zrobić.
- Załatw tatusiowi wizytę i dobrego psychiatry i otwórz te cholerne drzwi.

Biegła ile sił w nogach. Nie zważając na ludzi, których wpada. Wybiegła na zewnątrz czując, że nie może oddychać. W głowie jej szumiało, serce biło szybko i nierówno zaś do oczu cisnęły się łzy, których nawet nie próbowała powstrzymać. Szła przed siebie nawet nie wiedząc, dokąd. Zderzała się z ludźmi, kręciła dookoła własnej osi łapiąc z trudem powietrze.
Nogi poniosły ją same i dopiero, kiedy spojrzała na wyryte w kamieniu napisy kolana ugięły się pod nią.
- Mamo- wychrypiała klęcząc na ubitej ziemi- mamusiu.
Z kieszeni wyciągnęła złożoną na pół kartkę.


Moja kochana Eleno
Piszę do Ciebie nie mając pewności, iż kiedykolwiek wrócisz po skarby, które z taka starannością ukryłaś. Mam nadzieję, że nadejdzie taki czas, kiedy będzie na tyle dorosła, aby zrozumieć.
W dniu, w którym ten list wpadnie w Twoje ręce będziesz nazywała się Viktoria Diaz nie Elena Rodriguez. Stało się tak gdyż na świecie byli ludzie, którzy czyhali i nadal zapewne czyhają na Twoje życie. Nie miej do nich żalu zrobili to tylko i wyłącznie na moją prośbę.
Wiem, że Twoja głowę będą zaprzątać pytania, na które nikt nie będzie wstanie Ci odpowiedzieć po za Tobą samą. Nikt z nas nie wie jak wydostałaś się z płonącego domu. Czy ktoś Ci wtedy pomógł? Jak „ktoś” to, kto? I najważniejsze; Jak to się stało, że nie pamiętam tego, kim jestem?
Na ostatnie znam odpowiedź. Lekarze nazwali to mechanizmem wyparcia. Przeżyłaś tramę. Na twoich oczach zginęła twa matka ty zaś cudem przeżyłaś. Twój umysł uznał, iż najlepszą obroną jest zapomnienie.
Mam nadzieję, iż z czasem wspomnienia wrócą a ja będę mógł uścisnąć dłoń człowiekowi, który uratował życie mojej córeczce. Chciałbym również przytulić ją. Liczę, iż będzie mi to dane.
Jest jeszcze coś, od czego zapewne powinienem zacząć. To nie ja podłożyłem ogień. Przyznałem się gdyż uznałem to za najlepszą formę ochrony nie siebie, lecz Ciebie Chce abyś wiedziała, że nigdy nie skrzywdziłbym Twojej matki. Inez była moją żoną Ty zaś miłością mojego życia. Liczę, iż w dalekiej przyszłości będziesz chciała się ze mną zobaczyć. Gdy wpadnie Ci ten pomysł do głowy skontaktuj się z Felipe Diazem będzie wiedział gdzie mnie szukać.
Twój kochający ojciec
Mario Rodriguez.


Ostatnio zmieniony przez Sobrev dnia 23:59:59 23-08-14, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3156
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:54:08 23-08-14    Temat postu:

pif paf żegnaj dublu

Ostatnio zmieniony przez Sobrev dnia 23:57:33 23-08-14, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kenaya
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Gru 2009
Posty: 3011
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:39:41 24-08-14    Temat postu:

57. LIA

Lia bez słowa weszła do mieszkania zostawiając na korytarzu brunetkę i Christiana, który wyglądał na lekko zaskoczonego wizytą, jak się okazuje, jakieś dawnej znajomej. Choć biorąc pod uwagę zachowanie kobiety, chyba musieli się nie widzieć naprawdę szmat czasu, bo zanim się odezwała, stała całkiem oniemiała gapiąc się na niego z szeroko otwartymi z wrażenia oczami. Lia uśmiechnęła się pod nosem. Nie było się czemu dziwić, przecież Christian był naprawdę przystojny, a jak do tego dołączyć ten jego szarmancki uśmiech, którym uraczył Nadię, to niewątpliwie kobiety traciły przy nim głowę. A najlepsze, że on doskonale o tym wiedział i umiał to wykorzystać.
Lia pokręciła głową i usiadła na jednym z dwóch stołków barowych stojących przy kuchennym blacie. Postawiła stopę jednej nogi na siedzeniu i sięgnęła po kubek z kawą. Upiła spory łyk, a z korytarza docierały do niej jakieś wzburzone i stłumione głosy, by chwilę później Christian niemal siłą wepchnął Nadię do mieszkania i zatrzasnął za sobą drzwi. Lia uniosła brew i odstawiła kubek. No ładnie, jak on tak załatwiał sprawy z kobietami, to nie dziwota, że chodził podrapany. Sama by mu przyłożyła za takie zachowanie.
- O czym ty do diabła mówisz?! – warknął podchodząc do brunetki i patrząc jej w oczy z furią, która zdawała się z niego niemal kipieć. Lia wstała z krzesła i ze zmarszczonymi brwiami stanęła w progu kuchni. Już miała się odezwać i upomnieć Suareza, ale ubiegła ją Nadia. Bynajmniej nie wyglądała już na niewinną młodą kobietę, będącą pod wpływem uroku mężczyzny, a raczej na silną babkę, która potrafi się postawić.
- Spasuj okey? – odezwała się wzburzonym tonem robiąc krok w tył. Odetchnęła głęboko i przesunęła dłonią po gęstych włosach – ktoś chyba chce cię zabić – wyrzuciła z siebie niepewnie obserwując reakcję mężczyzny stojącego przed nią. Na twarzy Christiana początkowo pojawiło się rozbawienie, a kiedy zorientował się, że Nadia nadal patrzy na niego poważnie, zmarszczył brwi i zacisnął mocno szczęki robiąc krok do przodu niemal przytłaczając ją swoją sylwetką.
- To jakiś żart? – wycedził przez zęby wpatrując się w nią uporczywie jakby szukał odpowiedzi. Nadia pokręciła głową.
- Uwierz mi, akurat nie jest mi do śmiechu – odparła wzburzona – wiem jak absurdalnie to brzmi – przyznała z determinacją wymalowaną na twarzy – i pewnie na twoim miejscu również by nie uwierzyła, przyjaciółce z dzieciństwa, którą ostatni raz widziałam gdy była kilkuletnią smarkulą. Pomyślałabym raczej, że masz nie po kolei w głowie. – dodała wykrzywiając usta z czymś na kształt krzywego uśmiechu. Na te słowa Christian uniósł wymownie brew, a Nadia westchnęła i wyjęła z torebki złożoną kartkę – nie wierzysz mi, to uwierz może temu – podała mu złożoną kartkę. Suarez zmrużył oczy zerkając na nią ostatni raz po czym rozłożył papier i przesunął wzrokiem po treści – to wydruk maila, którego dostałam jakiś czas temu. Ktoś wysłał mi to przez pomyłkę – wyjaśniła. Christian zmarszczył brwi i odruchowo spojrzał na opierającą się o framugę Lię, która przez cały ten czas przysłuchiwała się w milczeniu tej wymianie zdań. Odepchnęła się od ściany i podeszła do niego kiedy wysunął dłoń i wręczył jej kartkę. Szybko przeczytała krótką, ale jakże treściwą wiadomość, która mówiła chyba sama za siebie.
- Skąd wiedziałaś gdzie mnie szukać? – zapytał podejrzliwie lustrując Nadię intensywnym spojrzeniem. Brunetka wzruszyła ramionami i założyła włosy za ucho.
- Nasz wspólny znajomy Patrick Martinez, jest prywatnym detektywem – powiedziała uśmiechając się blado – podał mi twój adres. Zresztą to nie istotne – rzuciła krótko zaglądając mu w twarz – uznałam, że powinnam cię ostrzec, dlatego tu przyszłam – powiedziała spokojnie spoglądając na Lię – Nie lekceważ tego, zwłaszcza kiedy masz u boku młodą żonę – rzuciła jeszcze i wyszła z mieszkania zatrzaskując za sobą drzwi. Lia uniosła wymownie brew na te słowa, ale przemilczała je, przynajmniej na razie. W tej chwili było coś ważniejszego. Odwróciła się do Christiana, który oparł się o ścianę przesuwając dłońmi po zmęczonej twarzy. Uniósł wzrok i spojrzał na nią bezradnie. Wyglądał jak kupa nieszczęścia, ale biorąc pod uwagę ile w przeciągu ostatnich kilku godzin zrzuciło mu się na głowę, wcale się nie dziwiła.
- Wierzysz jej? – zapytała wskazując głową w kierunku, w którym chwilę wcześniej zniknęła Nadia. Christian westchnął ciężko i wzruszył ramionami.
- Znam ją od dziecka. Nie ma powodu by kłamać – stwierdził pocierając kark i poruszając powoli głową, by rozruszać obolałe mięśnie. Lia uśmiechnęła się łagodnie.
- Chodź – poleciła kiwając w kierunku aneksu kuchennego po czym ruszyła przed siebie – siadaj – rzuciła słysząc jak wchodzi za nią do pomieszczenia, a kiedy uniósł pytająco brew przewróciła oczami i postawiła na szklanym stole talerz z górą amerykańskich pancakes’ów polanych syropem daktylowym.
- Co to? – zapytał robiąc wielkie oczy z zaskoczenia i drapiąc się nieporadnie po głowie. Lia parsknęła śmiechem i usiadła na krześle.
- Nie otrujesz się, siadaj i jedz – zażartowała upijając łyk swojej kawy. Christian usiadł przy stole i wpatrywał się w stojące przed nim naleśniki, a później przenosząc wzrok na Lię wyszczerzył się jak małe dziecko.
- Nie wiedziałem, że jesteś typem dziewczyny, która stoi w kuchni – przyznał ze śmiechem zabierając się niemal natychmiast za pałaszowanie zawartości talerza.
- Wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz – rzuciła tajemniczo, a kiedy uniósł na nią zaciekawiony wzrok przeżuwając spory kęs ciasta, mrugnęła do niego zalotnie – zdecydowanie bardziej wolę stać nad silnikiem umorusana smarem, więc się nie przyzwyczajaj – uprzedziła zerkając na niego spod długich rzęs. Christian uśmiechnął się półgębkiem unosząc ręce w geście poddania i znów zabrał się za jedzenie. Widząc jak pochłania naleśniki niemal w całości pokręciła głową z rozbawieniem. Faceci. Całkiem zapominają o takich przyziemnych rzeczach jak zakupy i jedzenie. Kiedy dzisiaj z przerażeniem stwierdziła, że oprócz światła nie ma nic w lodówce, poleciała biegiem do pobliskiego sklepu i kupiła potrzebne produkty. Bez tego nawet sama nie miałaby czego zjeść.
Upiła kolejny łyk już chłodnej kawy i siadając tak jak wcześniej po raz kolejny przeczytała treść maila, którego dostała Nadia. Nie wiedziała czemu, ale coś jej tu nie pasowało. Nikt przypadkiem nie dostaje takiego maila. Poza tym kto w ogóle wysyła takie wiadomości w ten sposób. Zmarszczyła brwi, a w głowie natychmiast pojawiło jej się mnóstwo myśli. Nie sądziła, że Christian może mieć takich wrogów. Szukał siostry, która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach i niewiadomo z jakimi ludźmi miała do czynienia. Wątpiła jednak by tylko o to chodziło. Nie znała przeszłości Christiana, ale nie była też głupia. Kiedy spojrzała na niego znad kartki dostrzegła, że jej się uważnie przygląda.
- O co chodzi? – zapytał przełykając. Lia wpatrywała się w niego przez chwilę w milczeniu, po czym odłożyła kartkę na stół.
- Musiałeś nieźle komuś zajść za skórę – stwierdziła zerkając na niego ukradkiem. Christian skrzywił się na te słowa i opadł ciężko na oparcie krzesła wlepiając wzrok w okno – nie osądzam cię Christian – zapewniła po chwili uparcie wpatrując się w niego szukając w jego twarzy potwierdzenia, że dotarły do niego jej słowa – każdy ma jakieś tajemnice i jakąś przeszłość. Lepszą czy gorszą – odparła opierając głowę o krzesło – jeśli kiedyś będziesz chciał pogadać, pamiętaj, że jestem – dodała szczerze, choć wiedziała, że w tej kwestii są do siebie podobni. Żadne z nich nie lubi mówić o własnych uczuciach, błędach czy przeszłości. Jednak tyle mogła dla niego zrobić. Chciała by miał w świadomości, że może na nią liczyć kiedy będzie tego potrzebował, tak jak on po prostu był obok niej kiedy wyrzuciła z siebie przykre wspomnienia – zastanawiam się ….. – zaczęła wahając się przez chwilę i stukając rytmicznie paznokciami w stół. Christian rozsiadł się wygodniej w fotelu i przekrzywił głowę przyglądając jej się z uwagą.
- Nad czym? – zapytał widząc, że ewidentnie na coś wpadła. Lia zagryzła policzek od środka i spojrzała mu w oczy.
- Wziąłeś pod uwagę, że Laura mogła zostać porwana z Twojego powodu? – zapytała mrużąc oczy – może ktoś chciał koniecznie ściągnąć cię do Valle de Sombras i stąd ten mail – zauważyła wskazując na leżącą na stole kartkę.
- Sam nie wiem – podrapał się po głowie wzruszając ramionami – w sumie to miałoby sens, ale ….. – pokręcił głową wlepiając wzrok w ścianę przed sobą – jeszcze ten El Pantera – potarł brodę w zamyśleniu.
- Kto? – zapytała marszcząc brwi i zastanawiając się czy możliwe by znała to przezwisko. Była niemal pewna, ze gdzieś je już słyszała, ale nie mogła dopasować do tego żadnego wspomnienia.
- Wiesz kto to jest? – zapytał Christian instynktownie prostując się na krześle i napinając wszystkie mięśnie. Lia pochyliła się do przodu składając ręce jak do pacierza i przykładając je do ust intensywnie nad czymś się zastanawiając.
- Już to gdzieś słyszałam – powiedziała kręcąc głową i mrużąc oczy – nie jestem pewna, ale….. – spojrzała Christianowi w oczy, kiedy ten wpatrywał się w nią wyczekująco. Ponaglił ją spojrzeniem, a jej przed oczami stanęła mgliste wspomnienie sceny sprzed lat.

Szła do domu, po resztę swoich rzeczy, jakie tam zostawiła, zanim przeniosła się do ośrodka Ignacia. Na ulicy stał nowy, Kiedy miała wejść do środka usłyszała czyjeś podniesione głosy. U matki był jakiś mężczyzna i pewnie by ją to nie zdziwiło, bo nie było to nic nowego. Jednak to co usłyszała kazało jej się zatrzymać przed wejściem.
- Uważasz mnie za idiotę? – warknął mężczyzna, a po chwili do jej uszu dotarł dźwięk tłuczonej szklanki i mocne uderzenie w ścianę. Matka zaczęła szlochać i panicznie błagać o litość.
- Obiecuję ci, że to ostatni raz – powiedziała drżącym głosem, starając się uspokoić wściekłego mężczyznę.
- No w to akurat nie wątpię – zaśmiał się kpiąco – następnego razu nie będzie, rozumiesz? – wycedził przez zęby i Lia znów usłyszała coś na kształt uderzenia ciała o ścianę.
- Tttaaakk…….rozumiem. Zdobędę te pieniądze El Pantera – zapewniła matka z histerią w głosie.
- Nie licz na żadną działkę dopóki nie zobaczę forsy – stwierdził, a Lia usłyszała jak chodzi po pomieszczeniu uderzając o i tak trzeszczącą podłogę ciężkimi butami.
- Nie rób mi tego, błagam cię…. Chociaż jedną.. proszę – błagała kobieta, a Lia niemal widziała oczami wyobraźni jak matka klęka przed tym mężczyzną błagając go o działkę, trzęsąc się jak osika. Przymknęła oczy i oparła się czołem o drzwi powstrzymując łzy gniewu cisnące jej się do oczu. Nie rozumiała wtedy jak matka mogła się tak poniżać, tylko po to by dostać ten cholerny przezroczysty woreczek z białym proszkiem. Była uzależniona i nawet jeśli Lia jako dziecko miała nadzieję, że matce uda się z tego wyjść, szybko ja straciła. Bolało ją, że nic nie może zrobić i było jej wstyd, że ma za rodzica kogoś takiego jak ona.
- Jesteś żałosna – burknął mężczyzna – nie ma z ciebie żadnego pożytku. Nawet rozkładając nogi niewiele zarobisz. Do burdelu się nie nadajesz, jedynie na ulicę, więc lepiej znajdź te pieniądze, bo następnym razem nie będę taki grzeczny – zapewnił wypluwając niemal każde słowo z pogardą.
- Zrobię co zechcesz Pantera, przysięgam – załkała głośno – poza tym…..- zaczęła się jąkać po czym siorpnęła nosem – mam córkę, zawsze możesz wziąć sobie ją – dodała nieco bardziej ożywiona, a Lia odsunęła się od drzwi jak oparzona. Poczuła jakby ktoś wymierzył jej porządnego kopniaka w brzuch. Nie mogła złapać tchu. Oparła się bezwładnie o ścianę i pochyliła się do przodu starając się uregulować oddech. Przywykła do tego, że matka traktowała ją jak zło konieczne, ale co musiała mieć zamiast serca, żeby zaproponować im coś takiego. Chciała sprzedać nawet własną córkę, za narkotyki. Lia zacisnęła powieki, a jednak samotna łza spłynęła jej po policzku. Jak z oddali usłyszała tylko krzyk matki i mężczyznę który zagrzmiał wściekle.
- Jesteś zwykłym śmiechem, jeśli jesteś gotowa sprzedać własną córkę…. – reszty Lia już nie usłyszała, bo zaczęła biec ile sił w nogach, byle tylko znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, od tych ludzi i od przeszłości. To był ostatni raz kiedy zapłakała nad matką. Nigdy więcej tego nie zrobiła.


- Lia? – z rozmyślań wyrwał ją zatroskany głos Christiana. Pokręciła głową i odetchnęła głęboko, przecierając twarz dłońmi.
- Tak przepraszam – szybko się zreflektowała i uśmiechnęła do niego blado, kiedy wpatrywał się w nią uporczywie – El Pantera….. – powiedziała cicho prostując się gwałtownie – jakieś pięć lat temu, zanim wyjechałam, słyszałam przez przypadek rozmowę matki z niejakim El Panterą – wyznała patrząc mu w oczy – wiem, że chodziło o narkotyki i jakieś pieniądze, które matka była mu winna, ale pamiętam …. – urwała i przeczesała włosy palcami nie bardzo wiedząc czy powinna mu o tym mówić, skoro nie ma pewności. Kiedy spojrzała mu w oczy i dostrzegła w nich iskierkę nadziei na to, że dowie się czegoś jeszcze co pomoże mu odnaleźć siostrę, nie była w stanie tego przemilczeć. Odetchnęła głęboko i unikając jego spojrzenia wypowiedziała słowa jak z automatu – matka chciała mnie im wtedy sprzedać – zamilkła spuszczając wzrok i zakładając włosy za ucho. Być może Christian znał część jej historii, bo ludzie od zawsze plotkowali w tym miasteczku, a być może znał jakieś szczegóły od samego Ignacia. Jednak za każdym razem gdy Lia odsłaniała jakąś część swojego życia, paraliżował ją strach. Teraz również tak było, a mimo to spojrzała na niego niepewnie. Siedział pochylony do przodu opierając łokcie o kolana i ściskając nasadę nosa – Christian… - wyszeptała, a on pokręcił głową.
- Gdybym tu był to Laurze nic by się nie stało – wyrzucił sobie. Lia spojrzała na niego ze współczuciem i w odruchu wyciągnęła dłoń splatając z nim palce. Uniósł wzrok i spojrzał jej w oczy.
- Nikt nie da ci gwarancji, że gdybyś tu był Laura nie zostałaby porwana – zauważyła chcąc dodać mu otuchy – nie wiesz co się stało, ani dlaczego zniknęła. Zdajesz sobie sprawę, tak samo jak ja, że nie dałbyś rady jej upilnować. Nie zamknąłbyś jej w domu, bo by na to nie pozwoliła – dodała zaglądając mu w oczy i uśmiechając się łagodnie. Christian wykrzywił usta w coś co chyba miało przypominać uśmiech, ale Lia wiedziała, że zdawał sobie sprawę z tego, że Laura nie dałaby się zamknąć i trzymać pod kloszem jak mała dziewczynka. Mimo to w jego oczach widziała poczucie winy i była pewna, że zostanie tam dopóki nie jej nie odnajdą.
- Kiedy masz się spotkać z tym znajomym? – zapytał przybierając na powrót rzeczowy ton.
- Jutro albo pojutrze – odparła. Christian skinął głową w zamyśleniu.
- Leo ma się czegoś dowiedzieć w szpitalu – rzucił krótko pocierając czoło i przymykając oczy.
- Musisz się wyspać – odezwała się Lia upominającym tonem spoglądając na niego wymownie – zmiataj pod prysznic, bo ledwo już tu siedzisz – powiedziała karcąco po czym wstała i posprzątała ze stołu. Christian parsknął cichym śmiechem i wstał z trudem z krzesła patrząc na nią z wdzięcznością. Piętnaście minut później wszedł do pokoju, w którym na łóżku po turecku siedziała Lia.
- Chodź no tu – poleciła uśmiechając się do niego i kiwając na niego palcem. Zmarszczył brwi, ale z lekkim uśmiechem spełnił jej prośbę, siadając tuż obok – pokaż mi ręce – poprosiła, a kiedy wyciągnął dłonie sięgnęła do miseczki stojącej na podłodze maczając w nim gazik po czym ułożyła go starannie najpierw na jednej dłoni w miejsce otarć, a później na drugiej – to wywar z ziół, powinien złagodzić ból i przyspieszyć gojenie – wyjaśniła owijając dłonie delikatnie bandażami.
- Kiedy zdążyłaś zrobić dyplom z medycyny? – zapytał żartobliwie, a kiedy Lia uniosła wzrok szczerzył się od ucha do ucha. Parsknęła śmiechem i pokręciła głową.
- A to moja tajemnica – odparła przekornie po czym wstała zabierając ze sobą miseczkę i ruszyła do kuchni. Po chwili znów pojawiła się w pokoju krzyżując ręce na piersi i patrząc na niego mrużąc oczy.
- Co jest? – zapytał zdezorientowany Christian wyciągając się na łóżku i wsuwając przedramię pod głowę.
- Zastanawiam się od kiedy to ja jestem panią Suarez? – zagadnęła patrząc na z uniesioną pytająco brew. Christian uśmiechnął się tajemniczo spoglądając na nią z rozbawieniem – to nie jest śmieszne – odparła wymownie i usiadła na łóżku – za chwilę połowa miasteczka będzie miała używanie, że El Vengador ma młodą żonę – zauważyła słusznie starając się powstrzymać śmiech, kiedy Christian patrzył na nią jak mały łobuziak, który właśnie coś przeskrobał.
- Przeszkadza ci to? – zapytał spoglądając jej w oczy z zaciekawieniem. Lia przez moment przyglądała mu się w milczeniu. Zagryzła dolną wargę po czym zmierzyła go zalotnym spojrzeniem i wzruszyła ramionami.
- No Rhett Butler to raczej z ciebie nie będzie, ale w ostateczności….. – mrugnęła do niego i ułożyła się na poduszce tuż obok niego. Christian parsknął śmiechem.
- Co to za porównanie? – oburzył się, ale w jego oczach skakały psotne iskierki.
- Wolisz doktora House? – zapytała zaczepnie, a on pokręcił głową unosząc ręce w geście kapitulacji.
- Poddaje się – rzucił chichocząc pod nosem. Lia uśmiechnęła się, ale po chwili spoważniała skubiąc kołdrę dwoma palcami.
- A tak poważnie to przywykłam do tego, że mieszkańcy VdS plotkują i nie rusza mnie już to. Ale obawiam się, że twoja reputacja może na tym mocno ucierpieć – dodała wykrzywiając usta w grymasie. Christian westchnął i wsunął jej palce pod brodę zmuszając by spojrzała mu w oczy.
- Moja reputacja i mój problem – powiedział poważnie patrząc jej głęboko w oczy – a jak komuś coś nie pasuje, to wie gdzie mnie znaleźć – dodał uśmiechając się ciepło. Lia wywróciła oczami.
- Nie zgrywaj macho i nie wyobrażaj sobie za dużo – odparła układając się wygodniej na łóżku – i łapy przy sobie bo jak słowo daje, oberwiesz i nie będę patrzyła, że jesteś i tak już dość poobijany – ostrzegła starając się przybrać poważną minę, ale nie było to wcale takie proste kiedy Suarezowi zebrało się na małpowanie. Christian położył sobie dłoń na sercu i spojrzał na nią urażony.
- Jak możesz, przecież jestem dżentelmenem – powiedział, a Lia parsknęła śmiechem i chwyciła jedną z poduszek leżących pod jej plecami po czym rzuciła nią w niego.
- Nie pajacuj tylko idź spać – zasugerowała śmiejąc się wesoło. Zsunęła się niżej i ułożyła bokiem na poduszce przymykając oczy – dobranoc – dodała jeszcze wtulając się bardziej w miękką pościel. Christian przyglądał jej się przez moment w milczeniu.
- Dobranoc – uśmiechnął się i zgasił światło. Położył się na wznak z ręką pod głowę i spojrzał w sufit po czym przymknął powieki z nadzieją, że w końcu porządnie się wyśpi.


Ostatnio zmieniony przez Kenaya dnia 20:46:54 24-08-14, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kenaya
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Gru 2009
Posty: 3011
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:44:18 24-08-14    Temat postu:

Zgiń dublu przebrzydły

Ostatnio zmieniony przez Kenaya dnia 20:09:31 24-08-14, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BlackFalcon
Arcymistrz
Arcymistrz


Dołączył: 08 Lip 2007
Posty: 23524
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Gdziekolwiek Ty jesteś...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:20:00 25-08-14    Temat postu:

58. COSME

Pobyt Ignacio Sancheza w El Miedo nie był tym razem zbyt długi. Można powiedzieć, iż skończył się, zanim na dobre się zaczął. Owszem, Nacho pomógł dojść właścicielowi domu do jego pokoju, a nawet zaprowadził go do łóżka, ale chwilę po tym Cosme Zuluaga poprosił go grzecznie, acz stanowczo, aby tamten po prostu wyszedł. El Loco zdobył się nawet na krótkie podziękowanie swojemu przyjacielowi, ale nic poza tym. Sanchez próbował protestować, w głębi duszy czując się winien temu, co się stało, ale gospodarz ponowił swoją prośbę:

- Naprawdę sądzę, że powinieneś już iść. Jestem ci wdzięczny, to prawda, ale przez dziesięć lat radziłem sobie sam i przywykłem do tego. A ty – o ile oczywiście mówiłeś prawdę i nie należysz do jednego z tych kłamców, którzy otaczają mnie przez cały moje życie – powinieneś raczej zająć się odszukaniem mojej córki, tak, jak mi to obiecałeś. Jesteś jedyną osobą, która może ją znaleźć. Moje nogi znają już na pamięć drogę na komisariat policji, chodziłem tam codziennie pół dekady, chociaż wciąż powtarzali mi, że nie mogą nic dla mnie zrobić. Nawet wynająłem detektywa, ale i on nie umiał natrafić na żaden ślad. Idź, Ignacio. Idź i znajdź jedyną osobę, która potrafiłaby rozświetlić moją nędzną egzystencję.

Cóż miał zrobić Nacho, jedyne, co mu pozostało, to opuścić niezbyt ostatnio dla niego gościnne mury El Miedo i mieć nadzieję, że – zgodnie z obietnicą – Zuluaga wydobrzeje na tyle, by znów... po prostu być sobą, Sanchez nie za dobrze wiedział, jak ma to wyrazić. Jeżeli chciałby posługiwać się normalnymi wyrażeniami, musiałby powiedzieć „wydobrzeje na tyle, by znowu snuć się po własnym domu jak upiór”. Przybrany ojciec Leo do tej pory nie mógł zrozumieć, dlaczego Cosme zamknął się na tak długo w swoim domu, jakby zamykał się w trumnie. Z jednej strony po tym, co się działo, gdy tylko rozpoczął się proces El Loco, nie było to aż tak bardzo dziwne, że oskarżony – słusznie, czy nie, ale jednak – nie miał ochoty na spotykanie się z ludźmi. Z drugiej jednak czyż nie było to swoiste tchórzostwo, dużo gorsze wyjście, niż stawienie czoła wszystkim prześladowcom?

Zuluaga zapewne by się z nim nie zgodził. Więcej nawet, miałby sporo do opowiedzenia o powodach swojej decyzji i potrafiłby ją w miarę przekonująco wyjaśnić. W końcu nie każdy mieszkaniec Valle de Sombras miał taką rodzinę, jak Cosme...

W tymże jednak momencie niedoszły małżonek Antonietty Boyer nie myślał o swoim ojcu, matce, ani żadnej innej osobie należącej do grona jego krewnych – żywych, czy też martwych. El Loco wstał z łóżka, opuszczając wpierw powoli nogi na podłogę, jakby badając, czy może już normalnie chodzić. Kiedy uzyskał potwierdzenie od swojego ciała, postąpił parę kroków i mruknął z zadowoleniem. Czuł się już całkowicie w porządku, dolegliwości ustąpiły. Mógł rozpocząć poszukiwania córki.

Wyszedł z pokoju, rozglądając się, czy czasem aby Ariana już nie wróciła. Nie miał pojęcia, gdzie dziewczyna podziewa się tak długo i coraz mniej mu się to podobało. W końcu pracuje dla niego, więc powinna tutaj być! Będzie się musiał z nią rozmówić i poinformować o obcięciu części pensji – tej ostatniej, oczywiście. Pierwszej i ostatniej. Nie zamierzał zmienić zdania, być nadal tym, kim był, decyzja o zmianie i przekształceniu w prawdziwego El Monstruo została podjęta i nic nie mogło na nią wpłynąć.

Zorientował się, że nadal jest sam, więc spokojnie udał się do celu – znikających gdzieś w ciemności w kącie jednego z korytarzy schodów. Wolałby, żeby nikt nie widział, dokąd się udało – a poprzez „nikt” miał na myśli pannę Santiago. Wiedział, że go posłuchała i nigdy nie odwiedzała miejsc w El Miedo, które jej zabronił odwiedzać, ale wolał się upewnić. W sumie fakt, że Ariany nadal nie było w rezydencji, ułatwiał mu wyprawę.

Schody wiły się we wszystkie strony, strasząc mrocznymi zaułkami i stromizną każdego ze stopni. Nikłe światło świecy, jaką niósł w ręce Cosme, nie dawało pewności, że na którymś z nich nie czai się El Gato, albo nawet szczur, czy inna przeszkoda. Dlatego Zuluaga stawiał kroki najostrożniej, jak mógł. Wybrał tego rodzaju oświetlenie, bo elektryczność nie była mu do niczego potrzebna. Nie tutaj. To było miejsce przeklęte. Pomieszczenie wypełnione jego bólem, największym, jaki istniał. Jego własne piekło. Strych El Miedo.

Zajmował on prawie całe poddasze, zimna, ciemna przestrzeń rozpościerająca się nad głowami wszystkich tych, którzy kiedykolwiek znaleźli się pod dachem zamczyska. Jednak nie znajdziesz tutaj prania, czy innego rodzaju rzeczy, które zwykle można zobaczyć na strychu. O nie. Tu były dokumenty. Zdjęcia. Gazety. Wszystko to, co związane było nie tylko z panną Boyer, ze śmiercią Antonietty, ale i z procesem i aresztowaniem Cosme Zuluagi. Nawet najdrobniejszy wycinek gazety na ten temat był tutaj, leżał gdzieś w jednej ze skrzyń. Nieme przypomnienie koszmaru.

To właśnie w jednej z takich skrzyń El Loco próbował teraz natrafić na coś, co pomogłoby dowiedzieć się, co stało się z jego córką. Świeca wypalała się obok niego, stojąc na drugim z pojemników.

– To nie to...To nie to...I to też nie...- mruczał do siebie Cosme, przekładając z miejsca na miejsce zakurzone listy, jakie wysyłał do Antonietty. Dawniej, kiedy jeszcze miasteczko akceptowało go jako jednego z mieszkańców, część osób nazywało go niepoprawnym romantykiem. Pamiętał, jak uwielbiał podrzucać swojej ukochanej listy, maleńkie skrawki papieru z wyznaniami miłosnymi, poematami, wierszami – często pisanymi nawet przez samego Cosme – czy też drobnymi rysunkami – wszystko na część Antonietty. Ona odpowiadała w ten sam sposób, co prawda jej dzieła nie były może tak udane, jak jego, ale sprawiały mu tyle radości i szczęścia, że w ogóle nie zwracał uwagi na ich poziom. Ba, któregoś dnia wysłał jej nawet ogromny bukiet kwiatów, a Antonietta zwróciła mu jeden z kwiatów z uśmiechem, mówiąc, iż chce, by ten kwiat był zawsze z nim, był swego rodzaju pocałunkiem. Zasuszył go wtedy i trzymał do dziś w tej samej skrzyni, w której właśnie teraz dokonywał inspekcji.

Dopiero po jakiejś godzinie coś przykuło jego uwagę na dłużej. Nie był to jednak żaden z listów miłosnych, a coś dużo bardziej mrocznego. Mianowicie reportaż z procesu, jaki odbył się wieki temu. Ale nie tego, gdy to Cosme był oskarżonym. To było sprawozdanie z rozprawy jego ojca.

Mitchell Zuluaga miał dzisiaj osiemdziesiąt lat, ale nadal świetnie się trzymał. Być może dlatego w więzieniu, położonym tak daleko od El Miedo, szybko stał się kimś w rodzaju przywódcy. Jego syn świetnie pamiętał moment, gdy przyszło mu zeznawać przeciwko własnemu ojcu. Ile Cosme miał wtedy lat? Niewiele. Dwanaście? Czternaście? A może trochę więcej? Wystarczająco jednakże na tyle, by móc pogrążyć Mitchella. By wyznać, co zrobił mąż jego matki. Widział to przecież na własne oczy. Starszy Zuluaga nie wahał się zabić. Jak syn, ojciec tak samo lubił poezję, ale zupełnie inną, niż Cosme. Bardziej mroczną, tak samo, jak jego dusza. To właśnie podczas czytania jednego z tomów przyprowadzono do niego człowieka, który miał wykonać pewną misję i zawiódł. Mężczyzna zginął kilka sekund później z ręki samego Mitchella, zabity nożem wbitym mu w ciało bez litości. Zuluaga nie widział, że za jedną z zasłon schował się jego syn, Cosme i widział wszystko. A potem ten mały chłopiec stał się powodem jego zguby.

To wspomnienie było wciąż żywe, tak kolorowe, jakby oglądało się [link widoczny dla zalogowanych]. Wystarczyłoby, żeby zamknął oczy i przywołał imię Mitchella, a ten moment od razu stawał młodszemu Zuluadze przed oczami.

Czasem jednak przychodził i wtedy, kiedy Cosme miał otwarte oczy. Działo się tak, gdy nadano mu przydomek „El Monstruo”. I potem, za każdym razem, gdy słyszał to określenie ponownie. Stał się „El Monstruo” tylko dlatego, iż ludzie myśleli, że odziedziczył po ojcu coś więcej, niż tylko nazwisko – również zdolność do mordowania innych. Fakt, kim był Mitchell, przysłużył się także do czegoś innego – do tego, iż tak szybko osądzono jego syna w miasteczku i bezapelacyjnie uznano za winnego, niezależnie od wyroku sądu.

A teraz, jak widać, to krzywdzące określenie wracało, pojawiając się w ustach małolata, który tak niedawno rzucił kamieniem w Zuluagę. I być może dlatego Cosme nie przejął się tym aż tak bardzo, jak dawniej – po prostu przyzwyczaił się już do tej nienawiści, więcej nawet – o ile kiedyś się tym martwił, to od pewnego czasu coraz mniej przejmował się zdaniem innych na swój temat...i coraz mnie przejmował się ich uczuciami. Mówił wprost, bezpośrednio, albo nie odzywał się wcale. Inna sprawa, że zbyt wielu okazji do rozmów jednak nie miał. Tak oto Antonietta zniszczyła nie tylko marzenia Zuluagi, ale i również Cosme jako człowieka, zabiła to, co było w nim najpiękniejsze...

W żadnej ze skrzyń nie było ani jednej, nawet najdrobniejszej wskazówki, która mogłaby mu pomóc znaleźć własne dziecko. Poza tym reportażem – nawet go nie czytał, znał bowiem jego treść na pamięć – nie było tam nic interesującego. Nawet wspomnienie czynu, jakiego dopuścił się Mitchell, pojawiło się tylko na kilka sekund i zaraz wyblakło, wyparte przez jedno, jedyne pragnienie, graniczące coraz bardziej z obsesją – córkę. Zanim umrze, musi ją przytulić chociaż raz! Albo położyć kwiaty na jej grobie, jeżeli podła Antonietta spełniła swoją groźbę.

Zamknął wieka skrzyń, uważając, aby nie narobić zbyt wiele hałasu. Jeżeli Ariana wróciła, nie powinna nawet wiedzieć o istnieniu tych schodów i strychu. Owszem, drzwi pilnujące wejścia były zamykane na kilka kluczy, ale Cosme i tak wolał być ostrożny. Do tej pory trudno mu było uwierzyć, że Ariana była szczera i naprawdę interesował ją ten dom pod kątem sprzątania, a nie myszkowania w przeszłości właściciela. Owszem, przyznał sam przed sobą, że źle ją ocenił i dziewczyna jedyne, co pragnęła, to zarobić trochę pieniędzy, jednakże szok pozostał. Ze wszystkich możliwości, jakie miała, panna Santiago wybrała pracę jako pomoc domowa właśnie tutaj, właśnie w El Miedo, jako pracodawcę mając Cosme Zuluagę. Potwora, którego wszyscy się bali, od którego uciekali, albo obrzucali błotem – dosłownie i w przenośni. Ewentualnie kamieniami, gdy czarnej mazi akurat nie było pod ręką.

Zszedł na korytarz – tak samo ostrożnie, jak poprzednio, El Gato mógł się tutaj gdzieś czaić – i jednym dmuchnięciem zgasił świeczkę. Niepowodzenie nie zniechęciło go ani trochę. Jeżeli nie w ten sposób, to zapewne...

- Co to za hałasy? – dziwny dźwięk wyrwał go z rozważań na temat tego, gdzie jeszcze mógłby szukać wskazówek.

Dochodziły zza okna, jakby z podwórza. Cosme prawie podbiegł do szyby, zaciekawiony i zaintrygowany, ale bardziej zły, że ktoś obcy kręci się koło zamku. Od incydentu z Christianem strzelba była nabita i leżała w pobliżu punktu obserwacyjnego, nie bał się więc napadu. Kto jednak depcze jego ziemię?

Na szczęście nie było dokładnie tak, jak się obawiał i nikt niepowołany nie wdarł się do El Miedo. Grupka dzieciaków – a raczej nastolatków – stała w pewnej odległości od masywnej budowli. Nie przeszkadzało im to jednak, ba, dawało nawet lepszą możliwość trafienia pomidorami w mury – zamek stał na samym szczycie wzgórza, nieco ponad ich głowami.

- Już ja was...- w pierwszym momencie chciał chwycić za strzelbę, ale się zreflektował. Nie będzie przecież strzelał do dzieci! Dotarło do niego coś jeszcze – ataki na jego osobę – w takiej, czy w innej formie – przybierały na sile. Najpierw powrót niechlubnego przydomka „El Monstruo”, teraz te bachory. Coś się działo. Coś bardzo niedobrego.

Zanim zdążył zareagować, jego bystre oczy dojrzały obcą kobietą, najwyraźniej broniącą posiadłości i nawet zasłaniającą ją własnym ciałem. Zuluaga zmrużył powieki i sięgnął po lornetkę, totalnie zszokowany. O co w tym wszystkim chodzi? Przez moment postępek kobiety skojarzył jej się z tym, co wyrabiali zwolennicy ochrony środowiska, przykuwając się do drzew mających iść do wycinki, ale szybko wyrzucił z umysłu ten obraz. El Miedo nie była drzewem. I nie była przeznaczona ani na wycięcie, ani na wyburzenie. A ta kobieta z pewnością nie miała nic wspólnego z ekologami.

- Ona ich przegania – szepnął, zdumiony, jak jeszcze nigdy w życiu. – Chroni mój dom. Poświęca swoje ubranie, żeby pomóc El Miedo. Żeby pomóc...mnie – skończył zdanie bardzo cicho, pełen głębiej wdzięczności dla tej nieznanej istoty. Nie wiedział, kim była, zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie nigdy nie będzie miał szansy poznać jej imienia, ale przesłał jej nieme podziękowania, na moment zapominając o tym, że tak bardzo chciał spełnić oczekiwania mieszkańców Valle de Sombras i stać się „El Monstruo”.

Zobaczyła go. Nim odeszła, obróciła się w stronę okna, przy którym stał właściciel, wciąż nie potrafiący uczynić żadnego ruchu i oderwać spojrzenia od nieznajomej. Gwałtownie odsunął się od firanki, nie chcąc zdradzić swojej obecności, ale wiedział, że i tak jest już za późno. Przez moment sądził, że będzie chciała wejść do środka, ale najwyraźniej nie miała takiego zamiaru. Sam nie wiedział, czy go to ucieszyło, czy bardziej...zasmuciło. Przecież nie lubił gości? Przecież z trudem znosił czyjąkolwiek bliskość, nawet, jeżeli chodziłoby o bliskość w sensie przebywania od siebie w odległości stu metrów?

Czy aby na pewno...?

Zabrudzenia na cegłach El Miedo, poczerwieniałych od soku pomidorowego, szybko się zmyje. Cosme sam czuł się jak te mury – zupełnie, jakby to, co zrobiła nieznajoma, było swego rodzaju gąbką, zmyciem części ciemnej strony w sercu Zuluagi, zmyciem części smutku...Jakby cierń, tkwiący mu w sercu od zarania dziejów, poruszył się nieco i przesunął o kilka joktometrów w stronę wyjścia.

Czyn nieznanej kobiety był jednym z powodów, dla których zdecydował się dokończyć pewną sprawę, którą zamierzał porzucić. To i fakt, że Cosme Zuluaga lubił kończyć to, co zaczął. Skoro powiedział już A, pora powiedzieć B. A poza tym nie chciał, by ktokolwiek mówił o nim, że nie dotrzymuje obietnic. Udał się do pomieszczenia, gdzie na starodawnym, małym i okrągłym stole stał telefon - z epoki być może jeszcze dawniejszej, niż mebel służący mu jako podpórka - a tuż obok maszyna do pisania. El Loco chwycił słuchawkę w rękę i wybrał pewien numer. Gdy po drugiej stronie ktoś się odezwał, Cosme spytał krótko:

- Wszystko gotowe?

- Tak - potwierdził ktoś po drugiej stronie. - Ale...jest pan pewien, że otrzymam swoją zapłatę?

- Oczywiście - odparł Zuluaga sucho, nie dając poznać, jak wiele kosztuje go ta rozmowa. Od wieków nie korzystał z telefonu, nawet nie był pewien, czy pamiętał opłacić rachunek, a przecież to już drugi raz w ciągu paru dni... - Dostaniesz obiecane pieniądze i to w terminie. Czy wygląda tak, jak kazałem?

- W całości. Jest pomalowany na nowo, odnowiony w środku i na zewnątrz, praktycznie każda część została wymieniona, bo nic tam już nie działało. Zachowaliśmy oczywiście charakter przedmiotu. Wiem, że niektórzy bardzo przywiązują się do swoich...

- Doskonale - przerwał mu Cosme. - Proszę postawić go tam, gdzie nakazałem i strzec, jak oka w głowie, póki się po niego nie zgłosi.

- Nadal nie rozumiem, dlaczego pan to robi - rozmówca po drugiej stronie pozwolił sobie na wścibstwo. - Płaci pan pięciokrotność wartości tego starego gruchota tylko po to, aby...

- To nie pańska sprawa. Jeszcze jedno - czy panna Santiago była już u pana?

- Tak, niedawno. Powiedziałem jej dokładnie to, co pan kazał i wręczyłem pieniądze za rzekome zezłomowanie samochodu. Naprawdę, dziwi mnie to, że...

- Ani słowa więcej. - "El Loco", odkąd poprzysiągł sobie się zmienić, zaczynał odkrywać w sobie nowe siły. Pytanie tylko, na jak długo mu ich starczy, jeżeli przyjdzie do konfrontacji z mieszkańcami Valle de Sombras...

Zakończył rozmowę i odetchnął z ulgą, szczęśliwy, że nie musi już dłużej tego ciągnąć. Zbyt często ostatnio miał do czynienia z ludźmi z tego miasta, coraz bardziej tęsknił za cichym i spokojnym życiem, jakie jeszcze niedawno prowadził. "I bardzo samotnym" - szepnął mu w duszy jakiś chochlik, ale go zignorował. Zamiast tego udał się do pokoju Ariany, skreślił pięknym pismem kilka słów na kartce i położył ten krótki list na łóżku, po czym wrócił do siebie. Nie uśmiechnął się, bo już dawno zapomniał, co to jest prawdziwa radość, ale zadowolenie odczuwał. Miał cichą nadzieję, że panna Santiago również będzie czuła to samo, co on, kiedy znajdzie wiadomość.



Po tym, gdy wypełnił już misję, którą planował od pewnego czasu, zastanowił się nieco. Mógłby oczywiście porozmawiać z mechanikiem również i o własnym samochodzie, ale miał dziwne wrażenie, że mężczyzna zna się co prawda na pojazdach - gdyby tak nie było, za nic nie powierzyłby mu volkswagena Ariany! - ale nie sprostałby wymaganiom, jakie postawiłby przed nim wiekowy Mercedes, kurzący się w garażu zamczyska.

- Nie. To musi być ktoś inny...- Cosme kontynuował swoje rozważania, nie bardzo wiedząc, co ma robić, bo przecież nie wiedział za dobrze, co działo się w miasteczku i czy mieszkał w nim jeszcze jeden mechanik, czy też nie.

Wyszedł poza budynek z nadzieją, że świeże powietrze orzeźwi go na tyle, że wpadnie na jakiś pomysł. Oczywiście pozostał na terenie strzeżonym przez ogrodzenie. Przespacerował się w tę i z powrotem, ale nic nie przyszło mu do głowy.

Podczas jednej z takich "wycieczek" zapuścił się aż po samą bramę El Miedo. Przyjrzał się jej dokładniej, bo nagle, zupełnie niespodziewanie zorientował się, iż przytwierdzony jest do niej jakiś przedmiot. Wyglądał jak mały prostokąt z otworkami.

- O Boże. Zaczynam tracić zmysły - westchnął, kiedy dotarło do niego, że tajemniczą rzeczą jest najzwyklejsza na świecie skrzynka pocztowa. Całkowicie o niej zapomniał. Nikt przecież nie przysyłał mu listów. Ale zaraz, zaraz...

W zazwyczaj pustej głębi metalu coś było. Coś małego, białego i prostokątnego. List? Niemożliwe. A jeżeli tak, to zapewne jakaś ulotka reklamowa, albo coś równie idiotycznego. Cosme otworzył na moment bramę, sięgnął do środka skrzynki, wydobył przesyłkę i ponownie zatrzasnął wrota. Bardziej zirytowany faktem, że ktoś mu zaśmieca El Miedo, niż przejęty, czy zdenerwowany, otworzył kopertę.

Wewnątrz znajdowało się zdjęcie małego dziecka w wieku kilku, może kilkunastu miesięcy, o ciemnobrązowych oczach i jasnych włosach.

Żadnego podpisu, czy też adresu na kopercie, nie było niczego. Tylko to zdjęcie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5434
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 18:38:30 26-08-14    Temat postu:

59. ARIANA

Nie wróciła późno, ale i tak czuła się ogromnie zmęczona. Ten dzień był zbyt długi. Kiedy zapukała do sypialni pana Zuluagi z tacą, na której niosła dla niego kolację, nie otrzymała odpowiedzi, więc pomyślała, że jej pracodawca pogrążył się już w objęciach Morfeusza.
Kolację przykryła folią spożywczą i schowała do wiekowej lodówki, która prosiła się o wymianę, podobnie jak felerna kuchenka. Ariana pomyślała, że musi o tym porozmawiać ze swoim szefem z samego rana.
Powlokła się jak zombie do swojej sypialni i od razu rzucił się na łóżko w ubraniu. Dobrze wiedziała, że nie powinna szwendać się po miasteczku, zostawiając pusty dom, ale nie mogła się oprzeć. Miała nadzieję, że pan Zuluaga nie ma jej tego za złe - w końcu wszystkie powierzchnie w domu lśniły czystością, a lodówka była pełna.
Ariana poprawiła sobie poduszkę i usłyszała szelest papieru. Niezbyt przytomnie zapaliła lampkę, stojącą na stoliku nocnym, a jasne światło zakłuło ją w oczy. Ktoś zostawił jej na łóżku wiadomość wypisaną pięknym pismem. Już po chwili stało się jasne, że tym kaligrafem był sam pan Zuluaga. Oczy Ariany rozszerzały się coraz bardziej ze zdumienia w miarę czytania. Nie mogła w to uwierzyć.
Zdziwiło ją, że pan Zuluaga zadał sobie tyle trudu, by naprawić jej samochód. Wydawało jej się to niezmiernie miłe, ale też dziwne - w końcu dla niego pracowała i to w dodatku od niedawna. W dawnej pracy szef nie dbał tak o swoich podwładnych, a wręcz przeciwnie - był skąpy i umiał tylko krytykować.
Ariana nie chciała budzić pana Zuluagi, ale obiecała sobie, że z samego rana z nim o tym porozmawia. Nie mogła przyjąć takiego prezentu. Był to miły gest, ale po prostu nie przywykła do tego rodzaju życzliwości.
Nim się spostrzegła, nadszedł świt. Chyłkiem wybrała się do miasteczka do kawiarni Camila, od którego pożyczyła przenośną kuchenkę polową, której właściciel lokalu używał, kiedy wybierał się na kemping ze swoją rodziną. Wróciła do El Miedo zanim pan Zuluaga się obudził i usmażyła mu naleśniki - miała nadzieję, że po wydarzeniach ostatnich dni jej pracodawca jeszcze będzie miał na nie ochotę.
Po syropie z agawy już dawno nie było śladu, więc zamiast niego nabyła w najbliższym sklepie kanadyjski przysmak - syrop klonowy, który sama uwielbiała, kiedy była dzieckiem. Zapachy z kuchni musiały wypłoszyć z kryjówki białego puszystego kota, który w tamten pamiętny wieczór podrapał Christiana Suareza.
Ariana uśmiechnęła się na wspomnienie tego wydarzenia i wyciągnęła rękę, by pogłaskać kociaka. Ten zjeżył się jednak i prychnął na nią, po czym wskoczył na kuchenny stół, przewracając syrop klonowy i zlizując go z blatu.
- Psik! Wynocha! - rozległ się głos od drzwi, a po chwili do kuchni wparował pan Zuluaga w jedwabnym szlafroku, przepędzając kota. - El Gato, ty niedobry zwierzaku!
Panna Santiago złapała się za serce, odczuwając chwilową ulgę, kiedy puszysta kulka zniknęła w sąsiednim pomieszczeniu. Roześmiała się szczerze i spojrzała na swojego pracodawcę, który miał nastroszone włosy i nieco dziki wzrok. Nie przywykł do takich poranków.
- Nazwał pan kota "El Gato? - zapytała, nie przestając się śmiać i powracając do czynności przewracania naleśników na patelni.
- Jakiś problem? - Cosme nie wiedział, o co chodzi dziewczynie. Zamiast tego owinął się ciaśniej granatowym szlafrokiem i zajął jedno z kuchennych krzeseł. Po chwili jęknął i podniósł się z miejsca jak oparzony. Kot przytargał ze sobą martwą mysz, na której pan Zuluaga nieopatrznie usiadł.
Ariana założyła gumowe rękawice, schwyciła ofiarę puszystego zwierzaka i wyrzuciła ją do kosza, nadal z uśmiechem na twarzy.
- Po prostu przypomniało mi się "Śniadanie u Tiffany'ego", to wszystko - odpowiedziała, jak gdyby nigdy nie przerwali tej dyskusji. - No wie pan... Ten film z Audrey Hepburn, w którym nazwała kota imieniem Kot.
Widząc, że pan Zuluaga nadal nie wie o co chodzi, uderzyła się otwartą dłonią w czoło. Po chwili tego pożałowała, bo nadal miała rękawice, przy pomocy których pozbyła się myszy. Szybko je ściągnęła i uśmiechnęła się do szefa pokrzepiająco.
- Pewnie nie ogląda pan dużo filmów, przepraszam - wyjąkała, nakładając mu na talerz pokaźną porcję amerykańskich naleśników, które przed chwilą przygotowała.
Cosme nie wiedział, co na to odpowiedzieć, więc przysunął sobie talerz i położył serwetkę na kolanach.
- Nie są trujące - zapewniła go Ariana, widząc, że niepewnie przygląda się potrawie.
Postanowił uwierzyć jej na słowo i zajął się pałaszowaniem naleśników, które musiały mu zasmakować, bo pochłaniał je z zawrotną szybkością. Istniała też możliwość, że po prostu był głodny, ale Ariana wolała myśleć, że chodziło o to pierwsze.
- Może syropu? - zaproponowała, podstawiając Cosme butelkę syropu, która była już do połowy opróżniona przez kota.
Pan Zuluaga przyjął od niej butelkę i polał nią sobie resztę pysznych placków.
- Chciałam panu podziękować - zaczęła po chwili dziewczyna, a Cosme otarł serwetką usta i odstawił talerz na bok. - Za naprawę samochodu. To naprawdę piękny gest, ale chyba nie mogę...
- Oczywiście, że możesz - wszedł jej w słowo tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Potraktuj to jako wcześniejszą premię.
- Ale... - Ariana próbowała się spierać, ale pan Zuluaga rzucił jej tak surowe spojrzenie, że zamilkła. Po chwili dodała jednak: - W takim razie, dziękuję. Potrąci mi to pan z pensji.
Tym razem to Cosme chciał się wykłócać, ale nie dała mu dojść do słowa.
- Chciałam z panem pomówić o kuchennych sprzętach. Kuchenka jest do wyrzucenia, a lodówka też już długo nie pociągnie.
- Dam ci pieniądze, załatwisz wszystko na mieście.
- Jest w mieście sklep ze sprzętami AGD? - Ariana spojrzała na mężczyznę zdziwiona, a on wzruszył ramionami. - Może uda się zamówić coś przez Internet... - zaproponowała, a pan Zuluaga spojrzał na nią nieprzytomnie.
Nie używał najnowszych technologii, więc pewnie nie wiedział, jak się tym zająć. Ariana postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.
- Zajmę się tym - oświadczyła, uśmiechając się radośnie i sprzątając ze stołu. - Będzie mnie pan dzisiaj potrzebował? Jeśli nie, mogę skoczyć do miasta na szybkie zakupy. Potem odbiorę samochód. Jak wrócę, może mogłabym zająć się ogrodem? Przydałoby mu się porządne koszenie.
Pan Zuluaga był zdziwiony tą propozycją, ale pokiwał głową na znak, że się zgadza. Wyglądało na to, że miał na głowie inne zmartwienia niż przycinanie trawnika, ale Ariana nie śmiała go zapytać, o co chodzi. Jeszcze nie odnalazła w sobie odwagi, by zacząć odkrywać tajemnice swojego pracodawcy.
Pół godziny później wracała z miasteczka obładowana zakupami. Okazało się, że w Valle de Sombras nie było żadnego sklepu, w którym można by zakupić nową lodówkę czy kuchenkę. Pomyślała też, że byłoby jej łatwiej, gdyby najpierw odebrała samochód.
Ni stąd, ni zowąd nagle wyrosło przed nią błyszczące w słońcu auto - najnowszy model porsche carrery. Właściciel zahamował przy niej z piskiem opon i uśmiechnął się, zdejmując teatralnym gestem czarne okulary. Był to mężczyzna, którego poprzedniego dnia poznała w barze.
Musiała przyznać, że wóz prezentował się okazale, ale zdziwiło ją, że pomimo niepewnej w Valle de Sombras pogody, właściciel porshe zostawił otwarty dach.
- Dzień dobry - przywitał się grzecznie, wciąż uśmiechając się i mrużąc oczy w słońcu.
"Trzeba było nie zdejmować okularów" - pomyślała złośliwie Ariania, widząc worki pod pięknymi ciemnymi oczami , które psuły efekt zabójczego spojrzenia. Kac zrobił swoje.
- Witam - przywitała się i ruszyła dalej ulicą, poprawiając papierowe torby na zakupy, które wyślizgiwały jej się z rąk.
- Nie pamiętasz mnie? - zapytał Nicolas, jadąc cały czas przy niej i próbując zabawić ją czarującą rozmową.
- Pamiętam - przyznała, nie wiedząc, po co w ogóle rozmawia z tym facetem. Wydawało jej się, że jest to typ, który zwiastował kłopoty.
- Podwieźć cię gdzieś? Słabo pamiętam wczorajszy wieczór, ale akurat wiem, że nie masz chwilowo środka transportu.
- Ma pan przestarzałe informacje.
- To dlaczego maszerujesz z tymi ciężkimi torbami, zamiast siedzieć wygodnie w aucie? - Nicolas uśmiechnął się kątem ust. - Wsiadaj. - Zatrzymał samochód, by mogła do niego wsiąść.
- Nie jeżdżę z nieznajomymi. - Próbowała się wykręcić, ale w tym momencie wysiadł z samochodu i przejął od niej torby z zakupami, wrzucając je bezceremonialnie do bagażnika.
- Nie jestem nieznajomy. Mam na imię...
- Wiem, kim pan jest - przerwała mu dziewczyna, szukając gorączkowo drogi ucieczki od tego typa. Przypomniała sobie złotą zapalniczkę i dodała: - W takim razie, nie jeżdżę z palaczami.
- To się bardzo dobrze składa - zauważył Nicolas, głęboko się nad czymś zastanawiając. - Bo rzuciłem palenie.
- Kiedy? - wyrwało się Arianie, ale już przeczuwała, jaka będzie jego odpowiedź.
- Przed chwilą. - Młody Barosso ponownie uśmiechnął się zabójczo, a panna Santiago rozejrzała się po okolicy szukając jakiejś przyjaznej duszy.
Nikogo nie było w pobliżu i stwierdziła, że ostatecznie może dać się podwieźć na parking, gdzie pan Zuluaga kazał zostawić jej volkswagena. Nicolas otworzył jej szarmancko drzwi od strony pasażera, a ona zajęła miejsce, przypinając pas bezpieczeństwa.
- I może porzucimy te zwroty grzecznościowe, co ty na to? - zapytał, siadając na miejscu kierowcy i spoglądając na nią z błyskiem w oku. - Nicolas. - Wyciągnął rękę, a ona uścisnęła ją mocno, chcąc mu dać do zrozumienia, że jest twardą kobietą.
Przez chwilę się zawahała, ale potem stwierdziła, że lepiej nie będzie zdradzać mu swojej prawdziwej tożsamości.
- Catalina - przedstawiła się. - Catalina Reyes.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Eillen
Generał
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7859
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 22:17:35 26-08-14    Temat postu:

60. CHRISTIAN

Hamulec, trzask i głuchy huk. Kilka obrotów na asfalcie, a potem… potem już tylko ciemność. Nicość. Nieznośne dzwonienie w uszach i pulsująca w głowie krew.
Gdy w końcu podniósł powieki, przewrócony motor, z wybitym światłem jeszcze warczał ostatkiem sił. Z baku wyciekało paliwo, przód był niemal cały rozbity, a kierownica przekrzywiona. Jego ukochane Suzuki… w końcu zamilkło.
Trzęsąc się na całym ciele, spróbował poruszyć kończynami, a gdy wreszcie udało mu się usiąść, zrzucił z głowy kask, z którego odpadła plastikowa osłona i nabrał powietrza w płuca. Dopiero po chwili uprzytomnił sobie, że nie jechał sam. Rozejrzał się nerwowo dookoła. W końcu jego wzrok spoczął na leżącym zupełnie bezwładnie po drugiej stronie ulicy przy ulicznej latarni, wątłym ciele. Poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy, a żołądek podchodzi do gardła. Nie mógł przestać się trząść.
– Kylie… – wyszeptał, z trudem podnosząc się z ziemi, chyba jedynie dzięki adrenalinie. Spodnie miał dziurawe, kolana całe we krwi, a żebra obolałe. Słyszał, jak zatrzymuje się jakiś samochód, jak ktoś pyta czy nic mu nie jest, ale zupełnie nie zwracał na to uwagi. – Kylie – wydusił, z trudem łapiąc powietrze w płuca i osunął się na ziemię, siadając obok dziewczyny. Chwycił jej dłoń, na której od kilku tygodni lśnił pierścionek zaręczynowy i spojrzał na jej pęknięty kask, spod którego wystawały jej długie, ciemne, lśniące włosy. – Cholera… – jęknął bezradnie, nie mogąc wyczuć tętna i czując jak wielka gula ściska mu gardło, a po policzku spływają łzy. – Kylie… nie zostawiaj mnie… – wyszeptał, plecami opierając się o latarnię, przy której leżała. Z wolna ciemniało mu w oczach. Nie miał po co żyć. Został sam…

Za oknem świtało, kiedy gwałtownie zerwał się z łóżka. Przetarł twarz dłońmi i zrobił kilka głębokich wdechów. Kylie była miłością jego życia. Laura jego ukochaną siostrzyczką. Dziś nie było przy nim żadnej z nich. Był sam. Z poczuciem winy, które z dnia na dzień tłamsiło go coraz bardziej. Czasami zastanawiał się kiedy nadejdzie ten krytyczny moment, w którym przygniecie go ono do ziemi tak bardzo, że nie będzie już w stanie się z niej podnieść.
Gdy jego uszu dobiegło senne mruknięcie, jakby zaskoczony faktem, że w jego łóżku jest ktoś jeszcze, spojrzał w bok. Uśmiechnął się niewyraźnie, patrząc na spokojną twarz Lii, pogrążonej we śnie. Nie, nie był już sam. Miał ją. Chciała znaleźć ojca, po to wróciła do Valle de Sombras, i miała pewnie jeszcze milion innych problemów, z których jeden nazywał się Barosso, a mimo to, bez wahania zaoferowała pomoc. Był jej za to wdzięczny bardziej niż był w stanie to wyrazić. Nie mógł jednak ciągle obarczać jej swoimi problemami i ciągle jedynie brać. Musiał też dać coś od siebie. Pomyślał, że porozmawia z nią o jej ojcu, że i jemu dobrze zrobi, jeśli oderwie się na chwilę od swoich problemów i choć na chwilę zajmie myśli czymś innym. Zwłaszcza, że teraz kiedy patrzył na nią, zwiniętą w pozycji embrionalnej, z dłońmi złożonymi jak do pacierza i wsuniętymi pod policzek, znów coś zakuło go w sercu, a oczy zapiekły go od napływających łez.

– O mały włos, a przegrałbyś z kobietą! – zaśmiewał się Leo, ściągając kask.
– Ale nie przegrałem, za to ty, jak zwykle, jesteś ostatni – odparł złośliwie, uśmiechając się krzywo i przenosząc wzrok na ową kobietę. – Wiesz kto to jest? – zwrócił się do przyjaciela, nie mogąc oderwać spojrzenia od dziewczyny, której skórzane spodnie, ciasno opinały krągłe pośladki i długie, zgrabne nogi, a ciemne włosy łagodnie opadały falami na jej ramiona.
– Nie wiem, ale z łóżka bym jej nie wyrzucił – odparł Leo, ściągając na siebie jego morderczy wzrok. – No co? Przecież to nie jest twoja własność! – obruszył się.
– Jeszcze nie – powiedział, uśmiechając się cwano i ponownie spoglądając na dziewczynę. Ta, wyczuwając na sobie jego spojrzenie, odwróciła się przez ramię i uśmiechnęła się, mrugając do niego flirciarsko.
– Widzisz, podobam się jej – ucieszył się Leo. Christian spojrzał na niego z politowaniem, popukał się w czoło i wcisnął mu swój kask w tors.
– Patrz i ucz się – odparł rozbawiony, pewnym krokiem, ruszając w stronę kobiety…

* * *
Pchnęła go na łóżko i uśmiechnęła się prowokująco, przygryzając dolną wargę. Po cichu liczył, że pozwoli się zaprosić na drinka, ale nie przypuszczał, że ten wieczór, skończy się w taki sposób. Założył dłonie za głowę i pożądliwym wzrokiem wpatrywał się w jej nienaganną sylwetkę. Droczyła się z nim, to podwijając brzeg koszulki na tyle, że widział zaledwie błyszczący kolczyk w jej pępku, to znów opuszczając ją, jakby się wstydziła. Ale on był cierpliwy i jedyne co w tej chwili robił, to w typowo samczy sposób rozbierał ją wzrokiem. Jeśli chciała bawić się z nim w takie gierki, musiała liczyć się z tym, że ta broń może w każdej chwili obrócić się przeciwko niej. Najwyraźniej dotarło to do niej szybciej niż myślał, bo w końcu ściągnęła koszulkę przez głowę i odrzuciła ją za siebie, przyzywając go do siebie palcem wskazującym. Podniósł się wtedy na łokciach i uśmiechnął bezczelnie, kręcąc przecząco głową. To ona miała przyjść do niego.
– Zamierza pan tylko leżeć i patrzeć, panie Suarez? – zagadnęła, spoglądając mu prosto w oczy. – Spodziewałam się po panu czegoś więcej – dodała, a on tylko uniósł brwi i uśmiechnął się jeszcze bardziej zabójczo niż poprzednio. Nim zdążyła zareagować, chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie. Położył jej dłonie na biodrach i przeniósł wzrok z piersi, które miał na wysokości oczu, na jej twarz uśmiechniętą i oczy, spoglądające na niego z wyzwaniem.
– I co pani na to? – spytał, przesuwając dłonie na jej pośladki, a stamtąd, nieznośnie powoli, wzdłuż kręgosłupa, aż do zapięcia biustonosza…

* * *
Zbliżały się święta. Całe miasto było rozświetlone radośnie migającymi lampkami, a ludziom udzielał się świąteczny nastrój, wszyscy zdawali się być jacyś bardziej uprzejmi i serdeczni. Ale jemu od kilku lat święta nie kojarzyły się dobrze. To właśnie dzień przed Wigilią, tuż po kolacji, do drzwi ich mieszkania zapukała policja, informując o śmierci ojca. Ciągle zbyt dobrze pamiętał jak matka osunęła mu się w ramionach, a Laura najpierw zamarła w bezruchu, z całej siły starając się powstrzymać cisnące się do oczu łzy, a potem rzuciła się na policjanta z pięściami, wrzeszcząc, że ten kłamie. I potem, jak z samego rana w Wigilię, zawieziono ich do kostnicy…
Po raz pierwszy w życiu zapragnął mieć z tym okresem również jakieś miłe wspomnienie. Uśmiechnął się do siebie, wsunąwszy dłoń do kieszeni kurtki, zacisnął palce na zamszowym pudełku, zerkając ukradkiem na kobietę, która szła obok, przytulona do jego ramienia. Byli razem już prawie dwa lata, a kiedy jakieś pół roku temu okazało się, że musi przenieść się do San Antonio, przystała na to bez zastanowienia.
– Powinniśmy częściej urządzać sobie piesze spacery. Kocham motory, ale… – zatrzymała się i stanęła przodem do niego, a jej oczy błysnęły niebezpiecznie. – Ścigajmy się – powiedziała i nie czekając na jego reakcję, co sił w nogach pobiegła w stronę [link widoczny dla zalogowanych]. Dogonił ją na samej górze i chwyciwszy za rękę, przyciągnął do siebie.
– Kiepską ma pan kondycję, panie Suarez – zażartowała, opierając dłonie na jego torsie.
– Nie rób tego więcej – powiedział poważnym tonem, a kiedy uniosła pytająco brwi, dodał: – Nie uciekaj mi więcej.
– Niby dlaczego? – spytała przekornie, przekrzywiając lekko głowę i wpatrując się w jego oczy, w których jak zwykle, gdy coś kombinował, igrały psotne chochliki.
– Bo jesteś moja. Tylko moja. Chcę żeby tak było już zawsze – wyznał cicho i sięgnął do kieszeni kurtki. – Kylie Anderson, czy zostaniesz moją żoną?...


Drgnął na te wspomnienia i aż skulił się w sobie z tęsknoty. Przetarł oczy, starając się odegnać obrazy z przeszłości, które niosły za sobą jedynie ogrom bólu. Był wyczerpany. Im więcej myślał o tym wszystkim, tym większa ogarniała go bezsilność. Od śmierci Kylie nie był w takim dołku psychicznym i nie czuł takiej niemocy, jaką czuł teraz. Chciał wrócić do Valle de Sombras i rozprawić się z człowiekiem, który był odpowiedzialny za śmierć jego ojca, a potem spróbować naprawić relacje z Laurą, tymczasem okazało się, że zemstę musi odłożyć na później i w pierwszej kolejności odnaleźć Lali, która być może, tak jak zasugerowała Lia, została porwana właśnie przez niego. Stanowczo zbyt wiele jednak zwaliło mu się na głowę w ostatnim czasie, a wizyta Nadii, znajomej z dzieciństwa, tylko go dobiła. Nie miał podstaw, by jej nie wierzyć, tym bardziej, mając w pamięci strzępek rozmowy, którą podsłuchał na przyjęciu u Felipe Diaza. Nie widział twarzy mężczyzn, ukrytych w altanie za rozłożystymi krzewami, ale wyraźnie słyszał o czym mówili:
– Stary był nic nieznaczącą płotką w tym biznesie. Chyba nie do końca zdawał sobie sprawę, że jeśli raz wejdzie w to gów*o, to nie będzie już odwrotu, a smród pozostanie na zawsze. Jeśli ten gówniarz nie przestanie wtykać nosa w nie swoje sprawy, niebawem skończy tak samo.
– A co z tą dziwką?
– Niewiele mnie to interesuje.
– Myślisz, że coś wiedzą?
– Myślę, że powinniśmy być ostrożni. Jeśli będzie trzeba, po prostu się ich pozbędziemy – uciął, gdy do altany weszły dwie piękności, w zbyt kusych i zbyt wydekoltowanych sukienkach, które więcej odsłaniały niż zasłaniały. – Nasz drogi Felipe, jak zwykle myśli o wszystkim…

Dalej nie słuchał, zresztą nie spodziewał się już usłyszeć nic więcej poza chichotami kobiet i jakimiś sprośnymi żartami mężczyzn. Wtedy zdawało mu się to mało istotne. Równie dobrze mogli rozmawiać o nim, jak i o którymś z Barossów czy też zupełnie kimś innym. Zresztą, w tym na pozór cichym i spokojnym miasteczku, działo się o wiele więcej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, a większość ludzi obecnych na przyjęciu, bała się własnego cienia. W całej tej historii bardziej zastanawiało go jednak, dlaczego to właśnie Nadia dostała tę wiadomość. I kto, u licha, jest takim durniem, by zlecać morderstwo mailem? Takie sprawy załatwia się zupełnie inaczej. Bez świadków i bez jakichkolwiek śladów. To nie mógłby nikt groźny. Nikt, kogo powinien się obawiać. Zresztą miał teraz ważniejsze rzeczy na głowie niż dochodzenie, kto ewentualnie ma ochotę się go pozbyć. Lista kandydatów była dość długa.
Westchnął cicho i jeszcze raz spojrzał na Lię. Uśmiechnął się lekko, naciągnął kołdrę na jej ramiona i wyszedł z łóżka. Musiał się rozładować, pobyć sam ze sobą i choć przez chwilę nie myśleć. Wyciągnął z szafy bluzę z kapturem, założył adidasy i już po chwili biegał po uliczkach Valle de Sombras. Powietrze było rześkie i przez krótką chwilę czuł, że naprawdę oddycha pełną piersią, a jego umysł jest czystą, białą kartą. Kiedyś robił to częściej, ale od czasu wypadku, który niejako wymusił na nim przerwę w jakiekolwiek aktywności fizycznej, zarzucił to, a potem… potem w niczym już nie widział sensu. Dopóki nie dostał tych cholernych zdjęć Laury.
El Pantera. Skoro dostarczał narkotyki matce Lii, być może dostarczał je także jego ojcu. Ale po co była mu potrzebna Lali? A jeśli to właśnie był mężczyzna, o którym mówił Zuluaga? Który rzekomo miał mieć oko na Andresa? Może Cosme – obojętnie czy z czystej złośliwości, czy przez lata spędzone w odosobnieniu – po prostu przeinaczył pewne fakty? A może Laura faktycznie wyjechała z własnej woli, postanawiając raz na zawsze odciąć się od przeszłości i zerwać wszystkie kontakty? Przecież on zrobił prawie dokładnie tak samo. Skrzywił się na tę myśl i przeklął w duchu. Ciągle pozostawało zbyt wiele pytań, na które nie znał odpowiedzi, by złożyć to wszystko w jedną całość.
Nim się spostrzegł był pod ośrodkiem, gdzie w oknach gabinetu Ignacia ciągle paliło się światło. Być może Nacho, jak to miał w zwyczaju, znów siedział nad jakimiś papierami i w końcu zasnął na kanapie.
Christian zatrzymał się, zastanawiając się czy nie uciąć sobie z nim pogawędki. Jednego w tym wszystkim był absolutnie pewien – Ignacio Sanchez coś przed nim ukrywał, czegoś mu nie mówił. Widział to w jego oczach, kiedy rozmawiał z nim po tym, jak wysłuchał wszystkich tych bzdur z ust Zuluagi. Postanowił jednak, że rozmówi się z nim dopiero, gdy dowie się czegoś od Leo.
W drodze powrotnej, mijając miejscową kawiarnię, wydawało mu się, że mignęła mu tam postać Ariany, ale szybko odrzucił tę myśl. Bo co miałaby robić tak wcześnie w kawiarni Camila? A nawet jeśli to była ona… pewnie i tak nie zechciałaby z nim rozmawiać. Westchnął ciężko, dochodząc do wniosku, że choćby nie wiadomo jak się starał, natrętne myśli będą ciągle wracać jak bumerang, dopóki nie odnajdzie Laury. Całej i zdrowiej, w przeciwnym wypadku… Nie. Nie było takiej opcji. Odnajdzie ją i choćby nawet nie chciała z nim do końca życia rozmawiać, to nie zostawi jej już, będzie przy niej i nigdy więcej nie pozwoli jej zniknąć bez słowa.
Wszedł do mieszkania i pierwsze co zrobił, to wyciągnął z lodówki małą butelkę wody mineralnej i niemal jednym duszkiem wypił całą zawartość. Kiedy usłyszał dobiegający z łazienki szum prysznica, ze zdziwieniem stwierdził, że było już po ósmej. Zajął się więc nakrywaniem do stołu. Z papierowej torby wyciągnął świeżutkie, nadziewane croissanty, które kupił po drodze w pobliskiej piekarni i zaparzył aromatyczną kawę, a potem ustawił wszystko na stoliku i przez chwilę z dumą przyglądał się swojemu dziełu. Zwykłe, codzienne życie. Bez problemów, szemranych typów i miliona pytań bez odpowiedzi. Tego właśnie potrzebował. Za tym tęsknił.
– Co to? – spytała Lia, wychodząc z łazienki jedynie w jego koszulce, którą dał jej poprzedniego dnia, wycierając długie włosy frotowym ręcznikiem.
– Lekkie, francuskie śniadanko dla mojej świeżo upieczonej żonki – zaśmiał się, a gdy Lia zgromiła go spojrzeniem, dodał rozbawiony: – Miałem nadzieję, że uda mi się przynieść ci je do łóżka, ale skoro już wstałaś – odparł, odsuwając jej krzesełko przy stole. – Zapraszam, pani Suarez.
Lia chwyciła się pod boki i spojrzała na niego z bojową miną, ale rogale w połączeniu z zapachem świeżo zaparzonej kawy, to była propozycja nie do odrzucenia.
– Dziękuję – powiedział, dosuwając jej krzesełko, a kiedy już usiadła, pochylił się i cmoknął ją szybko w policzek. – Za wszystko – szepnął jej wprost do ucha. – Smacznego – dodał i nim zdążyła się wkurzyć zniknął za drzwiami łazienki.
– Mogłeś się bardziej postarać – stwierdziła, uśmiechając się lekko, gdy po jakichś dziesięciu minutach, dołączył do niej, z ręcznikiem przewieszonym przez szyję. Tylko uśmiechnął się przepraszająco na te słowa. – Spodziewamy się kogoś? – spytała, pakując do ust ostatni kęs rogala, kiedy usłyszeli dzwonek do drzwi. Christian wzruszył ramionami i poszedł otworzyć.
– Mam dwie wiadomości – zaczął bez zbędnych ceregieli Leo. – Pierwsza – powiedział, rzucając Christianowi kluczyki.
– Co to? – spytał Christian.
– Kluczyki. Do twojego Suzuki.
– Moje Suzuki? – spytał Suarez, podnosząc zdumiony wzrok z kluczyków na twarz przyjaciela. – Moje Suzuki… – powtórzył, ponownie wlepiając spojrzenie w kluczyki. Po wypadku, nigdy nie odebrał maszyny od mechanika, a gdy już wydobrzał na tyle, że mógł sam się swobodnie poruszać, przeniósł się na drugi koniec miasta.
– Odebrałem je z warsztatu i pozwoliłem sobie przechować do czasu, kiedy za nim zatęsknisz. A sądząc po tym jak obchodzisz się z pewnym Kawasaki… – urwał, dostrzegłszy, siedzącą przy stoliku Lię, która spojrzała na niego spod długich, gęstych rzęs i uśmiechnęła się tajemniczo na widok jego mocno skonsternowanej miny, obejmując dłońmi kubek z resztką kawy.
– A druga? – spytała, przerywając ciszę jaka nagle zapanowała i wyrywając obu mężczyzn z rozmyślań.
– Co druga? – Leo najwyraźniej wciąż trawił to, co zobaczył, a do Lii dopiero teraz dotarło jak bardzo dwuznacznie musiała wyglądać dla niego zastana sytuacja. Christian w samych spodniach, z ręcznikiem przewieszonym przez szyję i ona, z ciągle mokrymi włosami, w jego koszulce. Ale skoro już została mianowana panią Suarez, nie zamierzała nikomu z niczego się tłumaczyć.
– Druga wiadomość – przypomniała, wstając od stołu i zbierając naczynia.
– Aaa… tak… – wymamrotał Leo, nie mogąc oderwać wzroku od jej długich, zgrabnych nóg. Dopiero kiedy zarobił jaskółkę od Christiana w tył głowy, wrócił do rzeczywistości. – Auu… – jęknął, pocierając dłonią głowę. – Tak mi dziękujesz? – spojrzał na przyjaciela oburzony, po czym wyciągnął spod kurtki papierową teczkę i podał ją Suarezowi. – Kopia dokumentacji medycznej Laury – wyjaśnił, rozsiadając się przy stole i bez pytania częstując się rogalikiem.
Christian odsunął krzesło, usiadł przy stole i natychmiast otworzył teczkę.
– Faktycznie, znaleziono ją nieprzytomną w parku, jakieś pół roku temu była hospitalizowana, ale nie ma tam ani słowa o pobiciu. Przywieziono ją do szpitala z…
– Ostrym bólem w podbrzuszu, krwawieniem z dróg rodnych – zaczął odczytywać z karty Christian, czując, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi. – Tachykardia, przyspieszony, płytkim oddech, utrata przytomności… stan zagrażający zdrowiu i życiu. Zdiagnozowana ciąża pozamaciczna, pacjentka skierowana do zabiegu operacyjnego… – urwał, odkładając papiery na bok. Odchylił się na oparcie krzesła i przetarł twarz dłońmi. W głowie mu się kotłowało od natłoku myśli, ale jednego był pewien. To właśnie ten fakt przemilczał przed nim Ignacio.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze telenowele Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 39, 40, 41  Następny
Strona 5 z 41

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin