Forum Telenowele Strona Główna Telenowele
Forum Telenowel
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Junto a Ti (Eillen&Kenaya) - [26.]
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 7, 8, 9 ... 18, 19, 20  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze telenowele
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kenaya
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Gru 2009
Posty: 3011
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 0:09:11 15-12-15    Temat postu:

Haha..... bardzo nas to cieszy
Tak, Doma Tamten mail jest już nieaktualny, wszystko wysyłaj proszę na: [link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez Kenaya dnia 0:15:31 15-12-15, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kenaya
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Gru 2009
Posty: 3011
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:25:24 05-01-16    Temat postu:



    "Trzy rzeczy zostały z raju: gwiazdy, kwiaty i oczy dziecka." [Dante Alighieri]


    Musiał się chwilę zdrzemnąć, bo kiedy jego uszu dobiegł płacz niemowlęcia, który zdawał się bezlitośnie rozsadzać jego czaszkę, przez chwilę nieprzytomnym wzrokiem rozglądał się po swoim salonie, usiłując zlokalizować źródło uporczywego hałasu. Powoli wyprostował się, poruszał głową na boki by rozruszać zastane mięśnie karku, a potem pochylił się na moment do przodu, wsparł łokcie o kolana i palcami rozmasował pulsujące skronie, jakby po cichu liczył, że dochodzący do jego uszu teraz już przeraźliwy wrzask, to tylko jakaś część snu, z którego zaraz się obudzi. Ale to nie był sen.
    Tomas podniósł się z kanapy, przycisnął dłoń do krzyża wyprostował się powoli, podszedł do ustawionego na miękkim dywanie nosidełka i przykucnął przed nim.
    – Dlaczego się tak denerwujesz? – zwrócił się do niemowlęcia, którego okrągła twarzyczka była purpurowa od płaczu. Wyciągnął dłoń i drżącym palcem pogładził je po policzku. – Kiepsko ostatnio sypiam, a ty nie masz dla mnie za grosz litości – pożalił się, a dziecko w jednej sekundzie zamilkło, wpatrując się w niego z szeroko otwartą buzią i drobnymi dłońmi zaciśniętymi w piąstki w niewypowiedzianej złości. Tomas uśmiechnął się lekko, podciągnął rękawy swojej szarej bluzy z kapturem do łokci i ostrożnie odkrył niemowlę. – O nie królewno, dość tych arii – uprzedził, widząc, że buźka malucha znów wykrzywia się w jakimś niewyraźnym grymasie. – Chodź do mnie – dodał łagodnym półgłosem, ostrożnie wziął dziecko na ręce i przytulił do szerokiej piersi. Zupełnie spontanicznie pocałował dziewczynkę w główkę i przytulił do niej policzek, a kiedy w jego nozdrza wdarł się słodki zapach skóry dziecka, jakoś cieplej zrobiło mu się na sercu. Pomyślał, że to prawdziwy cud i wielkie szczęście móc dać życie tak małej, kruchej i bezbronnej istocie, a potem obserwować jak dorasta, chronić przed całym złem świata, a jednocześnie pozwalać na popełnianie błędów i pomagać wyciągać właściwe wnioski.
    Westchnął cicho i zerknął na małą, która w tym momencie była pochłonięta zapoznawaniem się z metalowymi wlotami troczka kaptura i samym troczkiem zakończonym metalowymi końcówkami. Podniósł się powoli i z dzieckiem na ręku podszedł do aneksu kuchennego.
    – Chyba czas coś przekąsić, nie sądzisz? – zagadnął, wyciągając butelkę i smoczek ze sterylizatora. Wlał do butelki odpowiednią ilość ciepłej wody i wsypał miarkę mleka modyfikowanego. Zakręcił butelkę i zaczął potrząsać, by proszek się rozpuścił. – Strasznie dużo zachodu z tym twoim jedzeniem, wiesz? – mruknął, wylewając kilka kropel na nadgarstek, by sprawdzić temperaturę. – Ciepłe, ale nie parzy – stwierdził z zadowoleniem, że udało mu się za pierwszym podejściem i podsunął smoczek pod usta dziewczynki, która niemal natychmiast radośnie objęła małymi rączkami butelkę. – Smacznego, królewno – dodał i miał już zamiar przejść z powrotem do salonu, by wygodnie usadowić się na kanapie, kiedy drzwi jego mieszkania otworzyły się. – Nie pozwoliłem ci włazić tu bez pukania – upomniał ze śmiechem jeszcze zanim jego przyjaciel zdążył za sobą zamknąć drzwi.
    – A co z przyjacielskim, starym jak świat porzekadłem „czuj się jak u siebie w domu”? – spytał roześmiany Raul i zdecydowanym krokiem wszedł do kuchni skąd dobiegał głos Tomasa. – Oszczędzam ci fatygi … – dodał, ale urwał nagle, gdy jego wzrok padł na trzymane przez kumpla niemowlę, które z wyraźnym apetytem zajadało właśnie mleko z butelki. Uniósł wysoko jedną brew i gwizdnął cicho, zaglądając Tomasowi pytająco w oczy. – Albo zmieniłeś profesję i zatrudniłeś się jako niania, albo cholera, strzeliłeś życiowego gola, stary.
    – Zaryzykujesz i postawisz kasę na którąś z opcji? – zagadnął Tomas, uśmiechając się tajemniczo i spoglądając na niego z jawnym wyzwaniem w ciemnych, błyszczących łobuzersko tęczówkach, na co Raul jedynie uniósł pytająco brew. – No śmiało, stary, chyba nie tchórzysz? Poznaj wujka Raula, Vicky – zwrócił się po chwili do dziewczynki, kiedy ta instynktownie odepchnęła jego rękę, w której trzymał butelkę. Tomas włożył jedną dłoń pod pupę dziewczynki, a drugą objął ją w pół tak, że jej plecki przylegały do jego torsu i ponownie podał jej butelkę. Mała najwyraźniej nie miała już jednak ochoty na mleko, bo uśmiechnęła się na widok Raula i ochoczo wyciągnęła rączki w jego stronę. – Chyba wpadłeś jej w oko – zaśmiał się Tomas, po czym sięgnął po tetrową pieluszkę i przerzucił ją przez ramię przyjaciela. – Ponoś ją trochę, aż się jej odbije – polecił tonem doświadczonej niani.
    Raul przeniósł czujne spojrzenie z przyjaciela na pyzatą twarzyczkę dziewczynki i instynktownie wyciągnął ręce w jej stronę, a kiedy mała znów się do niego uśmiechnęła, sam wyszczerzył się jak głupek, bez oporów przytulając ją do piersi. Jedną dłonią przytrzymał pupę niemowlęcia, a drugą delikatnie poklepał jej plecki i zerknął na rozbawionego Tomasa.
    – Obiecuję ci, Lozano, skopię ci tyłek, jeśli ta mała rzeczywiście jest twoja, a ty nie przyznałeś się najlepszemu kumplowi do tego, że szczęśliwie przekazałeś jakiejś biedaczce swój materiał genetyczny – powiedział ze śmiechem i popatrzył na Vicky, która przytuliła policzek do jego umięśnionego ramienia i szeroko otwartymi oczami obserwowała otoczenie. – Przecież to jest niemożliwe, żeby ten maleńki cud był zasługą twoich wyjątkowo aktywnych plemników.
    Tomas zaśmiał się niemal w głos i pokręcił głową z niedowierzaniem. Bez słowa odkręcił smoczek, wypłukał resztę mleka i starannie wymył butelkę.
    – Przykro mi, że powątpiewasz w jakość mojego materiału genetycznego, ale jak to sobie wyobrażasz, ośle? – zagadnął prosto z mostu, wycierając dłonie w ściereczkę i odważnie spoglądając przyjacielowi w oczy. Oparł się biodrami o zlew i milczał przez chwilę, nie mogąc za nic powstrzymać uśmiechu, cisnącego się na usta na widok Raula delikatnie i ostrożnie obchodzącego się z dzieckiem. Był pewien, że Rivera będzie kiedyś wspaniałym ojcem i już mu tego zazdrościł. – Vicky ma niecałe sześć miesięcy, ciąża trwa dziewięć, co razem daje piętnaście. Jestem zdolny i wiele potrafię, ale do cholery, nikt nie zdradził mi tajemnicy jak zapładniać kobiety korespondencyjnie, a na małżeńskie widzenia nie mogłem liczyć.
    – Fakt. Super mocy też raczej nie masz – odgryzł się Raul, mierząc przyjaciela rozbawionym spojrzeniem. – Zostaje nam, więc opcja Lozano–niania, tylko chętnie bym się dowiedział, jakim sposobem utknąłeś z tym uroczym stworzeniem – zagadnął, uśmiechając się szeroko, kiedy Vicky drobną rączką nieoczekiwanie złapała go za nos, jakby chciała na powrót zwrócić na siebie jego uwagę. Ucałował maleńkie paluszki, a potem zmarszczył lekko nos i spojrzał znacząco na Tomasa. – I najlepiej jakbyś przy okazji przygotował jakiegoś pampersa, czy coś, bo wygląda na to, że ta mała królewna właśnie wyprodukowała nam tu coś bardzo brzydkiego.
    Tomas przemaszerował żołnierskim krokiem obok Raula, kierując się do salonu po stojącą za kanapą torbę z rzeczami Vicky.
    – Nie władujecie mnie na tę minę, szeregowy – zaśmiał się, rzucając pieluchą w zmierzającego w jego stronę Raula. Rivera uchylił się zwinnie i zgromił go groźnym spojrzeniem, ale jego oczy całe się śmiały. – Poza tym, to wy lada moment żenicie się i będziecie płodzić dzieci, więc przyda się wam takie doświadczenie. Jak to mówią, nie swoje dziecko, mniejszy stres – dodał, siadając na kanapie i ustawiając na niskim stoliku cały arsenał specyfików do pielęgnacji niemowląt.
    Raul uśmiechnął się pod nosem i usiadł obok Tomasa. Odchylił się wygodnie na oparcie kanapy, uniósł Vicky nad głowę na wyciągniętych ramionach, a gdy dziewczynka zaszczebiotała radośnie, machając przy tym jednocześnie rączkami i nóżkami, postawił ją sobie na udach i przeniósł wyczekujące spojrzenie na Tomasa.
    – To córka znajomej – wyjaśnił krótko Lozano, jakby to miało tłumaczyć wszystko. – Rozbrójcie w końcu tę biologiczną bombę żołnierzu, bo przebywanie w polu jej rażenia zdecydowanie może się odbić na naszym zdrowiu i życiu – dodał rozbawiony, sięgając do torby po kolejną pieluchę.
    – Gdyby tylko Lily mnie teraz widziała – zaśmiał się sam do siebie i pokręcił głową z niedowierzaniem, a potem podniósł się i ostrożnie ułożył Vicky na pleckach. Wsparł ręce na biodrach i przyjrzał się najpierw dziewczynce, a potem fachowym okiem omiótł zawartość stołu i nerwowo potarł czoło palcami. – Cholera… – mruknął i z trudem tłumiąc śmiech, spojrzał na Tomasa spod zmrużonych powiek. – Przypomnij mi, dlaczego się z tobą przyjaźnię, Lozano – mruknął, a kiedy Tomas parsknął wesołym śmiechem, przyklęknął przed kanapą i przywołując w pamięci wszystkie filmy i spoty reklamowe, na których widział jak ojcowie, albo matki z wprawą przewijają swoje maleństwa, odpiął napy w bawełnianych spodenkach Vicky. – Jeśli to przeżyjemy chcę znać całą historię twojej znajomości z mamą tego szkraba, a jeśli umrę powiedz Lily, że ją kocham.
    – Sam jej to powiesz – odparł Tomas z pełną powagą i poklepał go w pocieszającym geście po ramieniu, a minę miał przy tym niczym bohater jakiegoś serialu akcji, który stara się w ten sposób pocieszyć umierającego partnera. – A jeśli liczysz na to, że zdradzę ci pikantne szczegóły mojej znajomości z mamą Vicky, to zapomnij – uprzedził rozbawiony Tomas. – Raz, że ich zwyczajnie nie ma, a dwa, nawet gdyby istniały, to wolałbym zachować je dla siebie. Poznaliśmy się jeszcze w czasie mojej odsiadki, a gdy przyjechałem tutaj spotkaliśmy zupełnym przypadkiem – dodał, a Raul na moment oderwał spojrzenie od gaworzącej Vicky i spojrzał mu prosto w oczy, jakby chciał w nich wyczytać całą historię, łącznie z tymi jej fragmentami, które Lozano ewentualnie chciałby przed nim zataić. – Miała jakiś staż czy praktyki na więziennym oddziale szpitalnym, a ja trafiałem tam dość często dopóki nie zmądrzałem na tyle, by nie pakować się między młot a kowadło – dokończył, uśmiechając się gorzko na samo wspomnienie czasu spędzonego za murami więzienia, który wlókł mu się niemiłosiernie, a który teraz najchętniej wymazałby z pamięci. – Sam widzisz, że to bardzo nudna historia, bez żadnych fajerwerków. Prawda aniołku? – zwrócił się do Vicky, delikatnie trącając ją palcem wskazującym w czubek nosa.
    Raul przez chwilę przyglądał się przyjacielowi bystrymi, ciemnymi oczami, jakby analizował jego słowa, ale nie zamierzał o nic go wypytywać, ani tym bardziej drążyć tematu, który z pewnością należał do tych, na jakie Tomas wolałby nie rozmawiać.
    – Za to fajerwerki to my mamy zdecydowanie gdzie indziej – odezwał się w końcu i sięgnął na stolik po leżącą tam paczkę wilgotnych chusteczek, położył ją na kanapie obok Vicky, wyjął kilka sztuk i zrobił głęboki wdech. – To nie może być takie trudne – stwierdził i nerwowo zagryzając dolną wargę, odczepił najpierw jeden z bocznych plasterków przytrzymujących pampers, a potem drugi i delikatnie odchylił górny brzeg pieluszki. Szybko jednak zakrył ją z powrotem i spojrzał na Tomasa, który dyskretnie wsunął nos w materiał szarej bluzy na ramieniu i wszelkimi możliwymi sposobami usiłował się nie roześmiać. – Zabiję cię, przysięgam – wycedził przez zęby, a potem nie chcąc przedłużać nieuniknionego i działając zupełnie instynktownie uporał się z brudną pieluchą i całym procesem wycierania, którego zdecydowanie wolałby uniknąć przy swoim pierwszym kontakcie z niemowlakiem.
    – Muszę chyba powiedzieć Lily, że jak już się wam urodzi taki skarb, to bardzo chętnie weźmiesz na siebie rozbrajanie pachnących min, bo robisz to z taką wprawą, jakbyś przez całe życie nie zajmował się niczym innym – zaśmiał się Tomas, sięgając po grzechotkę i oliwkę dla dzieci. Rivera zgromił go spojrzeniem, unosząc w dłoni zwiniętą, zużytą pieluchę, jakby miał zamiar rzucić nią w niego więc Tomas, na wszelki wypadek, odchylił się nieco w tył i uniósł dłonie w geście poddania, szczerząc się przy tym jak głupek. Ostatecznie Raul wyrwał mu tylko z dłoni buteleczkę z oliwką, przewracając teatralnie oczami. – Powinieneś teraz pozwolić jej trochę powierzgać nóżkami – zasugerował Tomas, widząc, że jego przyjaciel sięga po czystego pampersa. – Wietrzenie pupy zapobiega odparzeniom, a jej najwyraźniej bardzo się to podoba – dodał, wsuwając się głębiej na kanapę i siadając na pięcie. Wsparł łokieć o oparcie kanapy, podparł głowę na dłoni i jak gdyby nigdy nic zaczął zabawiać dziewczynkę grzechotką, którą trzymał w drugiej ręce. – Musisz tylko uważać na nagłą fontannę, bo maluchy, gdy zostają rozebrane i poczują chłód często robią siusiu – wyjaśnił tonem doświadczonej położnej.
    – Może chcesz się zamienić miejscami? – zapytał Raul, zerkając na kumpla z rozbawieniem spod uniesionej wysoko, ciemnej brwi. – Najgorsze już i tak za nami, więc nie masz się czego obawiać, a mała fontanna w porównaniu z tym kilogramem w pampersie to przecież pikuś – zagadnął z wesołym śmiechem i nonszalancko wzruszył ramionami, a potem połaskotał Vicky w stópkę. – Poza tym, teraz przynajmniej wiem, z kim w razie czego mogę bez oporów zostawić w przyszłości swoje dziecko, bo wiedzę w temacie masz bezkonkurencyjną, stary – dodał, ale zanim Tomas zdążył cokolwiek odpowiedzieć, rozdzwoniła się komórka Raula. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni po aparat i zerknął na wyświetlacz, a jego twarz w jednej chwili rozświetlił szeroki uśmiech. – Co tam, skarbie? Cholera, zapomniałem – jęknął cicho i przymykając jedno oko, potarł dłonią kark w zakłopotaniu. – Możemy jechać w każdej chwili …. U Tomasa – rzucił do aparatu i przelotnie zerknął na przyjaciela, który kompletnie pochłonięty był zabawą z małą Vicky. – W porządku – dodał jeszcze i rozłączył się, a kiedy napotkał pytające spojrzenie Tomasa, szybko wyjaśnił: – Dziewczyny tu idą.
    Tomas westchnął ciężko, jakby wcale nie ucieszył go ten fakt.
    – A było tak miło, prawda królewno? – mruknął pod nosem, wpatrując się w roześmianą twarzyczkę Vicky. – Chyba będzie lepiej, jak cię już ubierzemy, ślicznotko. A ty – zwrócił się do Raula z wyraźną przyganą w głosie, udając obrażonego – nie dość, że włazisz tu bez pukania, jak do siebie, to jeszcze ściągasz tu swoją dziewczynę i kuzynkę bez pytania mnie o zgodę. Nie przyszło ci do głowy, że mogę mieć inne plany na to popołudnie niż wasze towarzystwo? Już pomijam, że Lily okręciła cię sobie wokół małego palca i jesteś na każde jej skinienie – dorzucił złośliwie.
    – Nie udawaj, że nasze towarzystwo, aż tak bardzo ci przeszkadza – odparł Raul ze śmiechem i całkowicie skupiony na Vicky, wsunął jej czystego pampersa pod pupę. – Po pierwsze, przypominam ci, że gdyby nie ja, pewnie dalej byś się zastanawiał, co zrobić z tą bombą, którą sprezentowała ci ta królewna – rzucił, ruchem głowy wskazując na zwiniętą pieluchę leżącą obok niego na podłodze. – A po drugie, dla twojej wiadomości, nie przeszkadza mi, że Lily owinęła sobie mnie wokół palca, bo robi to wyjątkowo uroczo, a ja tylko na tym korzystam. Może zrozumiesz, jak sam się zakochasz i nie będziesz widział świata poza swoją kobietą i życzę ci, żebyś miał tyle szczęścia, co ja – powiedział z pełną powagą, nadal nie odrywając wzroku od wierzgającej dziewczynki, która najwyraźniej postawiła sobie za punkt honoru utrudnienie wujkowi zadania. – Poza tym, jakie niby masz plany, twardzielu?
    – Poduszka. Łóżko. Kołdra i S.E.N. – podkreślił dosadnie ostatnie słowo, gdy Rivera uśmiechnął się cwano. – Padam na pysk i to dosłownie, a ta mała, przecudowna istotka, która podobno grzecznie przesypia prawie całe popołudnie, dzisiaj ma chyba wyjątkowo kiepski dzień, bo zmrużyła swoje śliczne oczka ledwie na kilkanaście minut.
    Raul parsknął wesołym śmiechem i pokręcił głową z rozbawieniem, a potem wsunął stopy Vicky w nogawki spodenek i zabrał się za zapinanie napów.
    – Nie martw się szybko się z Lily ulotnimy, bo musimy załatwić formalności w sprawie lokalu na wesele, o czym oczywiście zapomniałem – wtrącił z przekąsem. – A Corrie pewnie zniknie ci z oczu szybciej niż ci się wydaje, więc będziesz mógł spokojnie realizować swoje popołudniowe plany, bez naszego namolnego towarzystwa – dodał ze śmiechem, a wtedy jak na zawołanie ciszę w mieszkaniu przerwało energicznie pukanie, a zaraz potem drzwi otworzyły się i do środka weszła Lily, która trzymała za rękaw rozmawiającą przez telefon Corrie, niemal siłą holując ją za sobą.
    – Cześć, Tommy, wybacz, że tak… – powiedziała, ale urwała nagle na widok narzeczonego i leżącego przed nim niemowlaka. – Oż w mordę! Czy ty widzisz to, co ja? – zapytała, potrząsając rękawem fioletowej bluzy Corrie.
    – Zadzwonię do ciebie, Adam. Ja ciebie też – rzuciła do aparatu, a kiedy tylko się rozłączyła jedna jej brew podjechała do góry. – Jeśli widzisz swojego przyszłego męża z ewidentnie zafajdaną pieluchą przy kolanie, Tomasa z grzechotką w ręku i śliczną, radosną kruszynę między nimi, to tak. Widzę dokładnie to samo, co ty – odparła i przesunęła wzrokiem od szczerzącego się kuzyna do Tomasa, który wpatrywał się w nią błyszczącymi, ciemnymi oczami.
    – Możesz być ze mnie dumna, kochanie – odezwał się Raul i chwytając brudną pieluchę w dłoń, podszedł do oszołomionej narzeczonej i bez ostrzeżenia wycisnął na jej ustach słodkiego całusa. – Twój przyszły mąż jest pieluchowym geniuszem! – dodał dumny z siebie i zajrzał jej w oczy, które w jednej chwili zaszły mgłą. Uśmiechnęła się do niego ciepło i nie odrywając spojrzenia od jego rozpalonych tęczówek, poruszyła wargami bezgłośnie wypowiadając „kocham cię”. Rivera mrugnął do niej, a potem pocałował ją czule w czoło i wycofał się w stronę kuchni. – Zaraz wracam.
    Corrie chowając telefon do kieszeni podziurawionych jeansów, odprowadziła kuzyna roześmianym spojrzeniem, a potem odwróciła się do Tomasa, akurat w momencie, w którym sadzał sobie dziewczynkę na kolanach.
    – Jest śliczna – powiedziała z zachwytem Liliana i nie puszczając rękawa przyjaciółki, podeszła do kanapy, znów ciągnąc brunetkę za sobą. Corrine uśmiechnęła się lekko do Tomasa, a potem usiadła na kanapie obok i przesunęła wzrok na niespełna półroczną dziewczynkę, jakby podświadomie starała się znaleźć jakieś fizyczne podobieństwo małej do swojego sąsiada.
    – Cudowna – powiedziała całkowicie szczerze i skupiając swoją uwagę całkowicie na niemowlęciu, uśmiechnęła się szerzej, pochyliła delikatnie i wierzchem palca wskazującego pogłaskała małą rączkę. – Cześć, maleńka – odezwała się łagodnym głosem, a kiedy Vicky wyraźnie ożywiona spojrzała na nią z zainteresowaniem, radośnie przy tym gaworząc, Corrine roześmiała się wesoło.
    – Widzę, że mała Vicky robi furorę – powiedział Raul, wychodząc z kuchni i szczerząc się od ucha do ucha, obciągnął rękawy swojej bluzy, sugestywnie spoglądając na kumpla. – Wiadomo czyja to szkoła – dodał, na co Tomas parsknął głośnym śmiechem i pokręcił tylko głową z rezygnacją. – To, co kochanie, możemy jechać? – zagadnął, zwracając się do Lily.
    – Nawet musimy – odparła i zerknęła na tarczę zegarka przy lewym nadgarstku. – I tak nie jestem pewna, czy się nie spóźnimy – zauważyła, podchodząc do narzeczonego.
    – Zaraz zadzwonię do właściciela i powiem, że coś nam wypadło, ale jesteśmy już w drodze – powiedział Raul i sięgnął do kieszeni po telefon. – Poradzicie sobie, dzieciaki? – spytał ze śmiechem, nie odrywając spojrzenia od wyświetlacza.
    – Powinienem ci przywalić za te teksty, Rivera, bo odkąd zaszczyciłeś mnie dzisiaj swoim towarzystwem ciągle poddajesz w wątpliwość moje umiejętności – rzucił Tomas z urazą w głosie, choć z trudem powstrzymywał się od śmiechu.
    – Strzel jeszcze focha, Lozano – mruknął Raul i chichocząc cicho, w ostatniej chwili uchylił się przed lecącą w jego stronę małą poduszką.
    – Ja wiem, że buzuje w was testosteron, ale niestety muszę wam przerwać te urocze słowne przepychanki, bo naprawdę się spóźnimy, Raul – wtrąciła Lily z przyganą w głosie i chwytając narzeczonego za rękę, pociągnęła go delikatnie w stronę drzwi.
    – Co z Jax’em, Lily? – zapytała jeszcze Corrie, zanim przyjaciółka zdążyła wycofać się do wyjścia. – Muszę mu dać znać wcześniej, żeby zarezerwował sobie termin na wasze wesele.
    – Sprawę muzyki zostawiam tobie – odparła Liliana, unosząc wolną dłoń w geście poddania. – Ja się na tym kompletnie nie znam, to twój konik, także mam do ciebie pełne zaufanie w tej kwestii. Poza tym wiem, że Jax jest najlepszy, więc nie ma się w ogóle, nad czym zastanawiać.
    – W porządku. Zadzwonię do niego dzisiaj i obgadam z nim szczegóły – zapewniła Corrie i uśmiechnęła się szeroko, kiedy Liliana wysłała jej całusa w powietrze.
    – Patrz i ucz się, Lozano. Tak się obdziela obowiązki między drużby i ciebie też to nie ominie – zaśmiał się, wcelowując w przyjaciela palec wskazujący.
    – W zupełności mi wystarczy, że muszę słuchać twojego biadolenia – odgryzł się złośliwie Tomas i nadal trzymając Vicky na kolanie, zaczął energicznie poruszać nogą tak, że dziewczynka podskakiwała jak na trampolinie śmiejąc się przy tym radośnie.
    – Biadolenia? – podłapała Liliana i unosząc jedną brew, spojrzała w oczy Raulowi, który tylko uśmiechnął się niewinnie i rzucając mordercze spojrzenie w kierunku Tomasa, szybko ruszył do drzwi.
    – Na razie! – rzucił jeszcze na odchodnym, a po chwili zamknął za sobą cicho drzwi.
    Corrie zaśmiała się pod nosem i kręcąc głową z dezaprobatą, przeniosła niepewne spojrzenie na siedzącego obok niej Tomasa, dopiero w tej chwili dostrzegając cienie pod jego oczami i wyraźne oznaki zmęczenia, które na przestrzeni ostatnich kilku dni widziała u niego nagminnie.
    Odruchowo przygryzła policzek od wewnątrz i nie wiedząc co zrobić z rękoma, wyciągnęła jedną do Vicky, delikatnie łaskocząc ją po brzuchu.
    – Wszystko w porządku? – zapytała ze szczerą troską, kiedy Lozano przymknął powieki i zwieszając lekko głowę, ścisnął palcami nasadę nosa. – Spałeś dzisiaj w ogóle? – dopytała cicho, ściągając na siebie jego półprzytomne spojrzenie.
    – Niewiele – mruknął głębokim schrypniętym półgłosem i uśmiechnął się krzywo, a potem odchylił na oparcie kanapy i na wyciągniętych ramionach uniósł Vicky nad głową. Kiedy zaświergoliła wesoło, wierzgając nóżkami, zbliżył ją do twarzy, a potem znów uniósł, potęgując tylko tym jej radość.
    Corrie uśmiechnęła się szeroko na ten widok i nie mogąc oderwać oczu od tego uroczego obrazka, przez chwilę w milczeniu przyglądała się Tomasowi, który miał z zabawy wcale nie mniejszą frajdę niż Vicky.
    – Nie chcesz się chwilę zdrzemnąć? – zapytała zupełnie spontanicznie, a kiedy Tomas spojrzał na nią znad ramienia, pytająco unosząc brew, odruchowo wsunęła pasmo włosów za ucho. – Nie patrz tak na mnie. Domyślam się, że zajmowanie się takim szkrabem wymaga ogromnych pokładów energii, a brak snu z pewnością w tym nie pomaga. Mam wolne dwie godziny i zamiast siedzieć bezczynnie w domu, mogę posiedzieć tu i przynajmniej na coś się przydać.
    – Nie marzę o niczym innym – odparł Tomas, zmysłowo schrypniętym półgłosem, ani na moment nie odrywając spojrzenia od jej błyszczących oczu. – I dziękuję za propozycję, ale i tak bym nie zasnął, wiedząc, że… – urwał i uśmiechnął się jednym kącikiem ust, przebiegając gorącym spojrzeniem od jej oczu, przez kuszące usta i zatrzymując je na apetycznym dekolcie. W końcu odchrząknął lekko i wracając spojrzeniem do małej Vicky, dokończył: – Że zostawiam cię samą z tym małym szatanem.
    Corrie wywróciła oczami i pokręciła głową z niedowierzaniem, przeczesując gęste włosy palcami.
    – To może przynajmniej zaparzę ci porządnej kawy, co? – spytała, odważnie spoglądając mu w oczy.
    – Raczej ja tobie. Nie będziesz mnie obsługiwać w moim domu. Potrzymasz ją przez chwilę? – zagadnął i nim zdążyła powiedzieć cokolwiek, podał jej małą, a sam przeszedł do kuchni. – Poza tym chyba powinniśmy przegadać parę spraw związanych ze ślubem Raula i Lily – dodał, przelotnie zerkając na Corrie przez ramię. – Nie chcę żeby potem powiedział, że jestem najgorszym drużbą na świecie – wyjaśnił, gdy uniosła pytająco brwi. – Lubisz cynamon? – spytał, sięgając do szafki po mały rondelek i słoiczek z kawą.
    – Jestem uzależniona od wszystkiego, co cynamonowe – przyznała ze śmiechem i ściągając długie włosy na jedno ramię, przechyliła lekko głowę na bok i spojrzała na Vicky, która z zaciekawieniem badała drobnymi paluszkami grubą, plecioną z bawełnianych sznurków bransoletkę zdobiącą prawy nadgarstek Corrine. – Podoba ci się? – spytała i sprawnie rozwiązała supełek na wewnętrznej stronie przegubu, po czym zawiązała go z powrotem i podała bransoletkę Vicky. – Proszę – powiedziała, a kiedy dziewczynka z zaciekawieniem zaczęła obracać plecionkę w palcach, Corrie wróciła wzrokiem do krzątającego się w kuchni Tomasa. – Chcesz przegadać coś konkretnego? Bo domyślam się, że kolory, falbanki, koronki, dekoracje stołów i dobór kwiatów, to raczej nie twoja bajka, hm?
    Tomas przerwał rozdrabnianie goździków w moździerzu, obrócił się przodem do Corrie i opierając się biodrami o szafkę, jedną dłoń zacisnął na blacie, a drugą przesunął po karku w zakłopotaniu.
    – Rzeczywiście to nie jest moja bajka – przyznał, uśmiechając się lekko i spoglądając na nią. – Lubię wyzwania, ale domyślam się, że przygotowania do ślubu i wesela są już w dość zaawansowanej fazie, a ty, jako głównodowodząca całą tą operacją, jesteś najlepiej wtajemniczona we wszystkie niuanse – dodał i niechętnie oderwał spojrzenie od tego cudownego obrazka miał przed oczami, wracając do przyrządzania kawy. – Szczerze mówiąc nie mam pojęcia w jaki sposób mógłbym ci pomóc, więc może po prostu powiedz mi, do czego mógłbym się przydać, a ja postaram się sprostać wyzwaniu – zakończył, mieszając kawę z cukrem pudrem, cynamonem i goździkami po czym wsypał mieszankę do rondelka, zalał zimną wodą i postawił na palniku. – Z mlekiem? – spytał, otwierając lodówkę i ponownie zerkając na Corrie, całkowicie skupioną na małej Vicky. Nie mógł się nie uśmiechnąć na ten widok, a gdy w jego głowie zakołatała myśl, że może jednak mógłby kiedyś stać się częścią takiego uroczego obrazka, uszczęśliwiać jakąś kobietę na każdym kroku, dać początek nowemu życiu, a potem być ojcem, jakiego sam nigdy nie miał, pokręcił tylko głową, dochodząc do wniosku, że to też prawdopodobnie nie jest jednak jego bajka.
    – Tak, z mlekiem, proszę – odparła Corrie i uśmiechnęła się lekko. – Osobiście nie nazwałabym się głównodowodzącą całej operacji, bo wstyd się przyznać, ale sama mam spore zaległości przy przygotowaniach. Nie było mnie dobre trzy miesiące, a teraz po prostu staram się wszystko jakoś ogarnąć, pogodzić i szczerze mówiąc naprawdę przeraża mnie ilość tych wszystkich spraw do załatwienia – przyznała szczerze i przesadzając Vicky na drugie kolano, instynktownie wyprostowała kontuzjowaną nogę. – Menu zostawimy cioci Jackie, bo z nas wszystkich ona najlepiej sobie z tym poradzi, a wszystkie kwiatowe dyrdymały i ozdoby pewnie tak czy inaczej spadną na mnie – wyliczyła w zamyśleniu i mrużąc oczy, przygryzła policzek od wewnątrz, starając się przeanalizować wszystko, co przychodziło jej do głowy, a co ściśle związane było z weselem. – Wydaje mi się, że najwięcej roboty, jako drużbowie, będziemy mieli w dniu samego ślubu, kiedy państwo młodzi, nie ma się co oszukiwać, będą żyli w zupełnie innym świecie – zaśmiała się. – Na ten moment jedyne, co przychodzi mi do głowy to samochód. Nie mamy jeszcze pomysłu na transport państwa młodych do kościoła, więc tym trzeba byłoby się zająć w pierwszej kolejności zanim będzie za późno. Poza tym musimy się zastanowić, co z prezentem dla Raula i Lily, bo może powinniśmy podarować im coś wspólnie? No i najważniejsze…. – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu, a kiedy Tomas zerknął na nią przez ramię z pytaniem w oczach, kąciki jej ust uniosły się w lekkim uśmiechu. – Garnitur dla ciebie.
    Tomas przewrócił oczami i westchnąwszy ciężko na samą myśl o ubieraniu garnituru zabrał się za spienianie mleka.
    – Znaczy się, że idziemy na zakupy – bardziej stwierdził niż zapytał i nie był już pewien czy bardziej przeraża go wizja spędzenia całego wieczoru w garniturze, czy jednak w sklepie na samych jego poszukiwaniach, ale gdy uświadomił sobie, że wspólne zakupy mogą też mieć pewne zalety, jego usta momentalnie rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. – A z samochodem myślę, że nie będzie problemu – dodał, napełniając dwa kubki aromatycznym napojem, który właśnie zdjął z ognia. – Powiedz tylko czego szukamy, czy wypasionej, drogiej fury czy raczej czegoś klasycznego, choć jak znam życie i twojego kuzyna, to najchętniej pojechałby do ślubu na motorze – zaśmiał się, delikatnie obsypując mleczną pianę cynamonem, po czym wyraźnie zadowolony z efektu jaki uzyskał, wsunął długie palce w uszy obu kubków jednocześnie, w drugą dłoń wziął słoiczek z miodem i ruszył w stronę Corrie. Postawił wszystko na niskim stoliku, a kiedy Vicky ochoczo wyciągnęła rączki w jego stronę, uśmiechnął się szeroko. – Chodź do tatusia, skarbie i pozwól cioci spróbować najlepszej kawy w mieście – powiedział, biorąc małą na ręce i jedną dłonią podtrzymując ją za brzuszek, a drugą za ramionka, powoli okręcił się wokół własnej osi, ku uciesze małej, to unosząc ją lekko do góry, do znów opuszczając nieznacznie w dół.
    Corrie przymknęła powieki i przełknęła z trudem, kiedy tym jednym zdaniem Tomas, być może zupełnie nieświadomie, w brutalny sposób rozwiał wszelkie jej wątpliwości w kwestii tego, jaką rolę pełnił w życiu małej Vicky. Mimo wszystko była wdzięczna losowi, że szybko sprowadził ją na ziemię. Teraz przynajmniej pozbyła się wszelkich złudzeń i tylko utwierdziła się w przekonaniu, że jej relacje z Tomasem tym bardziej nie powinny wychodzić poza przyjacielskie. Nie była przecież głupia i zdawała sobie sprawę, że jeśli jest dziecko, gdzieś jest też mama, a ona nie zamierzała nigdy wchodzić między młot a kowadło i do końca życia wyrzucać sobie, że pozbawiła jakiegoś dziecka szans na szczęśliwy dom i pełną rodzinę.
    Pokręciła głową z rezygnacją, a potem objęła dłońmi kubek z kawą i upijając łyk, znad krawędzi spojrzała na zaabsorbowanych zabawą Vicky i Tomasa. Uśmiechnęła się smutno i zakładając pasmo włosów za ucho, zaciągnęła się cynamonowym aromatem.
    – Nie wiem czy Raul byłby skłonny pojechać do ślubu na swoim motorze, bo nie chciał nawet słyszeć o tym by jego księżniczka poszła do ślubu w jakiejś prostej sukience – odezwała się w końcu, wysilając się na swobodny ton, a kiedy Tomas parsknął śmiechem, wzruszyła ramionami i zapatrzyła się na tworzące się na piance wzroki z cynamonu. – Skoro to ma być ślub jak z bajki to chyba musimy znaleźć coś w tym guście i nie mówię o karocy z dyni – zaśmiała się, pochwytując błyszczące spojrzenie Lozano. – Naprawdę przepyszna kawa, dziękuję.
    Tomas uśmiechnął się szeroko i klapnął obok Corrie na kanapie, odchylając się wygodnie na oparcie i układając sobie małą na szerokiej piersi, pocałował ją w główkę.
    – Myślę, że Raulowi wcale nie trzeba byłoby dwa razy powtarzać, że ma do ślubu jechać motorem, a księżniczka w balowej sukni na jakimś Harleyu z asystą honorową harleyowców, to byłoby coś – rozmarzył się, delikatnie gładząc Vicky po pleckach z nadzieją, że w końcu zaśnie choć na chwilę. – Nie znam Lily, ale wygląda mi na szaloną i charakterną dziewczynę, a poza tym jestem pewien, że dla swojego księcia zrobiłaby wszystko, więc może jednak te motory to nie jest wcale taki zły pomysł, co? – zagadnął, zerkając na Corrie, a gdy podała mu jego kubek z kawą, podziękował jej z uśmiechem.
    – Mój kuzyn rzeczywiście byłby wniebowzięty, a Lily musiałaby chyba do samego ślubu żyć w błogiej nieświadomości, żeby nie mieć nawet szans na skołowanie innego transportu – powiedziała i nadal trzymając kubek w dłoniach, wsunęła się głębiej na kanapę, przysiadając na pięcie przodem do Tomasa. – Ja w każdym razie jestem jak najbardziej „za” nawet, jeśli to oznacza, że Lily po wszystkim własnoręcznie mnie udusi – dodała i parsknęła głośnym śmiechem na samą myśl. – Wydaje mi się jednak, że przydałoby się, byśmy mieli jakiś plan B w razie deszczowej pogody. Harley Harleyem, ale Lily nie stanie przed ołtarzem przemoknięta jak kura – zauważyła, upijając łyk aromatycznej kawy.
    – A mnie się wydaje, że Lily będzie nie mniej zachwycona niż Raul. Poza tym nawet Rivera nie może mieć takiego pecha, żeby padało akurat w jego wielkim dniu – stwierdził Tomas, ściszając głos niemal do szeptu. – To urodzony farciarz, ale jeśli będziesz spokojniejsza mając plan B, to może… – urwał na moment, ostrożnie upił spory łyk kawy ze swojego kubka i odchylił głowę do tyłu, wpatrując się w sufit, jakby tam miał nadzieję wyczytać gotowe rozwiązanie. Gdy przypomniała mu się pewna rozmowa z Iriną, gdy byli jeszcze dzieciakami, uśmiechnął się pod nosem. – Co powiesz na białego Rolls Royce’a z lat trzydziestych?
    – Podoba mi się – odparła i uśmiechnęła się szeroko, a potem wsparła głowę na dłoni i wsunąwszy palce w gęste włosy, zerknęła na przytuloną do piersi Tomasa Vicky, którą wyraźnie zaczynał morzyć sen. – Jestem odpowiedzialna za najważniejszy dzień w życiu najlepszej przyjaciółki i kuzyna, więc wolę być przygotowana na każdą ewentualność – dodała cicho i upijając łyk kawy, spojrzała Tomasowi w oczy. – Masz kogoś, u kogo możesz załatwić i białego Rolls Royce’ a i Harley’a?
    – Gdybym nie miał, w ogóle nie zaczynałbym tematu – odparł Tomas, a jego oczy, mimo zmęczenia, błysnęły ciepło i zarazem tajemniczo. – Ktoś jest mi winien przysługę, więc myślę, że zgodzi się bez wahania. Dam ci znać, gdy dowiem się czegoś konkretnego tylko zostaw mi swój numer, żebym nie musiał namierzać cię przez Raula, bo jeszcze przez przypadek zepsujemy im niespodziankę – dodał i ostrożnie, by nie rozbudzić Vicky, odstawił kubek z niedopitą kawą na stolik i sięgnął do tylnej kieszeni swoich spodni po telefon, a potem ponownie oparł się wygodnie, podając aparat Corrine. – A w kwestii prezentu masz już jakiś pomysł?
    – Mam – odparła z psotnym uśmiechem i wzrokiem utkwionym w ekranie telefonu, na którym wystukiwała właśnie swój numer. – Przynajmniej tak mi się wydaje – dodała i zwróciła aparat Tomasowi. Kiedy jednak ich palce na krótki moment zetknęły się ze sobą, poczuła jak przez jej ciało w jednej chwili przetacza się fala przyjemnych dreszczy, pokrywając najdrobniejszy jego fragment gęsią skórką, a ona sama niemal natychmiast zatonęła w ciemnej głębinie wpatrujących się w nią zaciekle brązowych tęczówek siedzącego przed nią Tomasa. Szybko cofnęła rękę i odchrząkując cicho, przeniosła wzrok na śpiącą słodko Vicky. – Pogadamy jak sama będę znała wszystkie szczegóły i wtedy podejmiemy jakąś decyzję, albo wymyślimy coś zupełnie innego – powiedziała, ściszając głos do szeptu, a potem zupełnie spontanicznie wyciągnęła dłoń i najdelikatniej jak potrafiła pogłaskała wierzchem palca wskazującego maleńką rączkę. – Teraz powinieneś skorzystać z faktu, że Vicky śpi i samemu się trochę zdrzemnąć, więc ja uciekam – rzuciła, dopijając kawę i nim zdążył zareagować w jakikolwiek sposób, podniosła się z kanapy, chwyciła stojący na stole słoik z miodem i przeszła do kuchni. – Potrzebujesz czegoś? – spytała po chwili, ponownie pojawiając się w salonie.
    – Rozumiem, że do snu mnie raczej nie ululasz – bardziej stwierdził niż zapytał, spoglądając jej prosto w oczy i uśmiechając przy tym rozbrajająco, na co Corrie pokręciła jedynie przecząco głową z rozbawieniem. – Zadzwonię, gdy będę miał już jakieś konkrety w kwestii transportu, a gdybym mógł przydać się jeszcze do czegoś, wal jak w dym o każdej porze dnia i nocy.
    – W porządku – zaśmiała się i podeszła do Tomasa. Zgarnęła włosy na jedno ramię i chwyciła je w garść, a potem pochyliła się i najdelikatniej jak potrafiła pocałowała Vicky w główkę. – Do zobaczenia, kruszyno. Jest cudowna – powiedziała cicho i odruchowo spojrzała w twarz Tomasa, która nagle znalazła się zdecydowanie blisko jej własnej. Przez nieskończenie długą chwilę trwała tak w bezruchu, jak zahipnotyzowana, a Tomas z pełną premedytacją wpatrywał się w nią błyszczącymi oczami jak urzeczony. W końcu Corrie odchrząknęła lekko, wyprostowała się i wsunęła dłonie w tylne kieszenie jeansów. – Jesteśmy w kontakcie – rzuciła cicho, jedynie po to by przerwać coraz bardziej nieznośną ciszę i nie czekając na jego odpowiedź skierowała się do wyjścia.
    Tomas odprowadził ją spojrzeniem, zupełnie otumaniony jej zapachem, który bezlitośnie uderzył mu do głowy niczym najmocniejszy trunek. Otrząsnął się dopiero, gdy jego uszu dobiegł dźwięk zamykanych drzwi. Potrząsnął głową i ścisnął nasadę nosa palcami.
    Musiał się w końcu porządnie wyspać.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Stokrotka*
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 26 Gru 2009
Posty: 17542
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 21:29:37 06-01-16    Temat postu:

Uhh - no wreszcie wzięłam się za nadrabianie - ku mojemu zdziwieniu nie miałam nawet aż tak dużo do nadrabiania

Hahaha - Tomas i jego sposób zarywania lasek "na niedostępnego" albo tego "co właśnie wyszedł z pierdla" - cóż i tak wiadomo co ją tam trzymało po takich słowach
Przysięgam uwielbiam Raula A ty, Tommy, przepraszam, ale zamierzasz prosić ich o moją rękę? i ja wysiadam
Mówiąc szczerzę coraz bardziej widziałabym Tomas ponownie wraz z Iriną te wspomnienia, ta młodzieńcza miłość

Albo zmieniłeś profesję i zatrudniłeś się jako niania, albo cholera, strzeliłeś życiowego gola, stary. I'm dead! Raul
Twój przyszły mąż jest pieluchowym geniuszem!
Musiałam to wypunktować
No i na koniec - Corrie została nieprzyjemnie "sprowadzona" na ziemię tym tatusiem
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Eillen
Generał
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7859
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 17:58:44 31-01-16    Temat postu:

Natuś, ślicznie dziękujemy za cudny komentarz



    "Fotografować to znaczy wstrzymać oddech, uruchamiając wszystkie nasze zdolności w obliczu ulotnej rzeczywistości." [Henri Cartier-Bresson]

    Powolnym krokiem pokonywał kolejne stopnie, kierując się na piętro, gdzie mieściło się wynajmowane przez niego mieszkanie. Uśmiechnął się pod nosem, gdy będąc na półpiętrze do jego uszu dobiegły ciche dźwięki muzyki dochodzące z mieszkania Corrine. Sięgnął do kieszeni kurtki po klucze, ale zanim zdążył wsunąć je do zamka, usłyszał jakieś głuche uderzenie i kobiecy wściekły głos. Zmarszczył czoło i zrobił ostrożny krok w stronę drzwi sąsiedniego mieszkania, uważnie nasłuchując.
    – Niech cię jasny szlag trafi, zardzewiała kupa złomu! Tylko ja mogę mieć takie szczęście do ciężkiej cholery! – rzuciła sfrustrowana Corrine, a Tomas uniósł dłoń i zapukał głośno kilka razy, jednak płynąca z odtwarzacza muzyka skutecznie zagłuszała wszystkie inne dźwięki. Westchnął ciężko i nacisnął klamkę, a kiedy drzwi bez oporu ustąpiły, zaśmiał się pod nosem i pokręcił głową z niedowierzaniem, ostrożnie wchodząc do środka.
    – Corrie? – odezwał się, szukając wzrokiem filigranowej brunetki, ale nigdzie jej nie było. Zamknął za sobą cicho drzwi i dyskretnie rozejrzał się po przytulnym wnętrzu, aż jego wzrok padł na stojący w salonie naprzeciwko wejścia, regał zastawiony po brzegi nagrodami, medalami i dyplomami z konkursów tanecznych.
    – Jasny gwint! – usłyszał z głębi mieszkania, więc oderwał wzrok od regału i ruszył w kierunku łazienki. Stanął w progu i uniósł brwi, bystrym wzrokiem omiatając zastaną sytuację. Pomieszczenie było kompletnie zalane, na pokrytej płytkami podłodze porozrzucane były do cna przemoczone już ręczniki, miska wypełniona do płowy wodą, mop, który zapewne na niewiele się zdał, a w tym wszystkim Corrine, która kucała przy zlewie i mocowała się z jakimś gwintem, usiłując go zakręcić za pomocą francuskiego klucza.
    Jęknęła z irytacją i podniosła się, przesuwając przedramieniem po wilgotnym czole. Zdmuchnęła niesforny kosmyk włosów, który wysunął jej się z niedbale wykonanego upięcia na czubku głowy, a potem z rezygnacją wrzuciła klucz do stojącej na podłodze skrzynki i odwróciła się na pięcie, niemal stając twarzą w twarz Tomasem.
    – Jezu Chryste! – szepnęła, odruchowo chwytając się za serce i posłała mu mordercze spojrzenie. – Zawsze się tak skradasz?
    – Pukałem, ale nie słyszałaś – wyjaśnił głębokim i schrypniętym głosem, uporczywie się w nią wpatrując. Uśmiechnął się niewinnie, po raz kolejny ukazując seksowny dołeczek w policzku i w typowo samczy sposób zmierzył jej zgrabne ciało gorącym spojrzeniem, od pomalowanych na czarno paznokci u stóp, przez szczupłe uda, biodra odziane w nieprzyzwoicie krótkie szorty, płaski brzuch z maleńkim kolczykiem w pępku i zawiązaną pod piersiami za luźną koszulkę, aż w końcu powrócił wzrokiem do jej błyszczących, brązowych oczu.
    – Ja wiem, że ty lubisz się gapić, a może raczej jak to sam ostatnio zgrabnie ująłeś, podziwiać, ale może byś się ruszył i mi pomógł bo za chwilę zaleję sufit cioci Jackie – mruknęła bojowo, unosząc wymownie brew i wywołując tym tylko jego cichy śmiech.
    – Co tu się stało? – zapytał po chwili, sprawnie zsuwając skórzaną kurtkę z ramion i rzuciwszy ją pod ścianę w korytarzu, wszedł ostrożnie do łazienki.
    – Nie wiem, wróciłam z pracy i zastałam to – westchnęła, bezradnie rozkładając ręce. – Musiało się lać od rana ze zlewu, zakręciłam główny zawór z wodą jak tylko zorientowałam się, co się dzieje – powiedziała.
    Tomas kucnął przy zlewie i mrużąc oczy przyjrzał się syfonowi, giętkim przewodom do podłączenia baterii, a potem króćcom do podłączenia zasilania wodą, wszystkie elementy badając delikatnie palcami.
    – Cholera, w tej chwili wszystko jest już mokre i pojęcia nie mam skąd właściwie się leje – stwierdził i zerknął na nią znad ramienia. – Gdzie jest główny zawór? – zapytał, a Corrine ruchem głowy wskazała na znajdujące się w ścianie metalowe drzwiczki między prysznicem a muszlą klozetową. – Zrobimy tak. Odkręcisz zawór, a ja delikatnie puszczę wodę i może uda mi się przynajmniej zlokalizować przyczynę tej powodzi.
    – W porządku – zgodziła się Corrie i zrobiła dokładnie to, o co ją poprosił, a kiedy sam odkręcił kurek i kucnął przy zlewie, w jednej chwili fontanna wody chlusnęła mu prosto w twarz. Zaklął siarczyście, a Corrie przytomnie natychmiast zamknęła zawór i spojrzała na niego, z trudem powstrzymując wybuch śmiechu, gdy dłońmi wycierał mokrą twarz.
    – Taki sam z ciebie hydraulik jak i ze mnie – powiedziała roześmiana, wyciągając z szafki przy drzwiach suchy, frotowy ręcznik, po czym podeszła do Tomasa i podała mu go. – Przynajmniej teraz nie tylko ja wyglądam jak bagienny potwór z magicznej krainy – zażartowała, mrugając do niego z rozbawieniem, a kiedy parsknął wesołym śmiechem, jej wzrok momentalnie powędrował w stronę tego seksownego dołeczka w jego prawym policzku.
    – Ale ja z pewnością nie wyglądam przy tym tak uroczo jak ty – odparł schrypniętym głosem, wpatrując się w nią błyszczącymi łobuzersko, ciemnymi tęczówkami. Corrine przewróciła oczami i kręcąc głową z dezaprobatą, posłała mu jeden ze swoich najpiękniejszych, wręcz dziewczęcych uśmiechów, a potem bez słowa przykucnęła i zabrała się za wycieranie mokrej podłogi, wciąż wyraźnie wyczuwając na sobie jego gorące spojrzenie. – Musisz pogadać z wujkiem i powiedzieć, że potrzebny będzie fachowiec, bo sami raczej nic tu nie zdziałamy – odezwał się po chwili, kucając obok niej i wyżymając jeden z mokrych ręczników leżących na posadzce.
    – Zrobię to dzisiaj, bo i tak będę musiała iść do nich i skorzystać z prysznica – odparła, krzywiąc się lekko i kolejny raz wyżymając przemoczony do ostatniej nitki ręcznik.
    – A masz klucze?
    – A powinnam mieć? – zapytała, zastygając w bezruchu i ze zmarszczonymi brwiami zajrzała mu w oczy.
    – Mijałem ich na korytarzu piętnaście minut temu. Szli chyba do teatru, przynajmniej tak wywnioskowałem z rozmowy – powiedział zgarniając z podłogi kolejny ręcznik. Corrie wywróciła oczami i westchnęła ciężko, zdmuchując z czoło wilgotny kosmyk włosów.
    – Świetnie .. Ja to mam zawsze szczęście – fuknęła z irytacją, nerwowo wycierając podłogę.
    – Jeśli chcesz, mogę użyczyć ci mojego prysznica – zaproponował Tomas bez zastanowienia, a kiedy odpowiedziała mu cisza, uniósł wzrok i uśmiechnął się szeroko, widząc jej rozbawioną minę. – Będę grzeczny, obiecuję. Poza tym oferuję ci tylko prysznic, a nie całonocne szaleństwa w mojej sypialni. Nie żeby ci czegoś brakowało, ale…
    – Zamknij się już – przerwała mu, wybuchając wesołym śmiechem. – Chętnie skorzystam. Z prysznica, a nie z sypialni rzecz jasna – sprostowała, pochwytując jego roześmiane spojrzenie.
    – Będę zaszczycony. Mój prysznic znaczy się – uściślił, mrugając do niej z rozbawieniem i po raz kolejny wywołując jej radosny śmiech.

    Dwadzieścia minut później wyłoniła się z jego łazienki i wycierając długie włosy frotowym ręcznikiem weszła do kuchni, gdzie Tomas swobodnie opierał się biodrami o kuchenne szafki, a mokre jeansy i podkoszulek zdążył już zmienić na czarną bokserkę i dresowe spodnie.
    – Napijesz się czegoś? – zapytał, wsuwając wolną dłoń do kieszeni spodni, a kiedy pokręciła przecząco głową, upił łyk piwa z trzymanej w dłoni butelki.
    – Dziękuję za pomoc – odezwała się, wycierając pofarbowane na jasno końcówki swoich długich, ciemnych włosów.
    Tomas wzruszył ramionami, a kąciki jego ust drgnęły delikatnie w uśmiechu.
    – Polecam się na przyszłość. Ja i mój prysznic – mruknął zmysłowo schrypniętym półgłosem, a jego oczy błysnęły niebezpiecznie, gdy wciąż świdrował ją rozpalonym wzrokiem.
    – Nie przeginaj – odparła, rzucając w niego ręcznikiem i wysilając się na swobodny ton, co nie było wcale takie proste, kiedy samym głosem i spojrzeniem sprawiał, że krew gotowała jej się w żyłach, a ciało przeszywał przyjemny dreszcz, wysyłając wyraźne sygnały do podbrzusza. Była młodą, zdrową kobietą i przede wszystkim nie była ślepa, a Lozano umiejętnie potrafił korzystać z tego, co dostał w genach. Miał w sobie siłę, dzikość, tajemniczość i męski erotyzm, który emanował wyraźnie z każdego jego gestu, tego jak się poruszał, czy uśmiechał, a płonący w oczach ogień i zmysłowa obietnica w schrypniętym, głębokim głosie wodziła na pokuszenie najbardziej wytrwałe i zdyscyplinowane przedstawicielki płci pięknej. To wszystko nadawało mu otoczkę prawdziwego bad boy’a, do którego kobiety lgną jak pszczoły do miodu, bez względu na konsekwencje. Jednak było w nim coś jeszcze; coś, co trudno jednoznacznie zdefiniować, a co intrygowało i nie pozwalało jej przejść obok niego obojętnie. Być może to smutek w jego ciemnych oczach, który skrzętnie ukrywał; sposób, w jaki na nią patrzył, a może po prostu urok wiecznie zdziwionego światem chłopca.
    Corrie zawsze była odporna na zaloty chłopców w szkole, a później kolegów ze studiów i świetnie potrafiła sobie radzić z adoratorami, zanim do akcji wkraczał Raul, albo co gorsza jej ojciec, ale teraz coraz trudniej było jej udawać, że Tomas na nią nie działa nawet, jeśli była całkowicie świadoma tego, że znajomość z nim może się dla niej źle skończyć. Odetchnęła głęboko starając się unormować bicie serca i przeszła przez salon, rozglądając się dyskretnie po wnętrzu mieszkania, które wynajmował od jej wujostwa.
    Tomas odepchnął biodra od kuchennych szafek i powolnym krokiem ruszył za nią, po raz kolejny dzisiejszego wieczora mierząc jej ciało typowo samczym spojrzeniem zwłaszcza, że luźna koszulka z krótkim rękawem delikatnie zsuwająca jej się z ramienia i zdecydowanie za krótkie szorty niewiele zakrywały, wystawiając jego samokontrolę na ciężką próbę. Obserwował ją uważnie niczym drapieżnik swoją ofiarę, gdy swobodnym krokiem przechadzała się po pomieszczeniu, jakby spacerowała po galerii, podziwiając dzieła sztuki jakiegoś znanego artysty – malarza, po to by go poznać, choć w mieszkaniu Tomasa właściwie niewiele było rzeczy, które zabrał ze sobą z rodzinnego miasteczka.
    Oparł się ramieniem o framugę i stał tak, nie mogąc oderwać od niej oczu, gdy w słabym, bocznym świetle kinkietu i srebrzystym blasku księżyca zza okna, wyglądała niczym wróżka z jakiejś baśniowej krainy. Śliczny, eteryczny i pełen gracji rockowy elf, z drapieżnym błyskiem w oku, dwukolorowymi włosami, srebrnym kółeczkiem w nosie i kilkoma innymi w uszach; elf, któremu w tej chwili brakowało jedynie świetlistych skrzydeł, choć i bez tego Corrine poruszała się jakby grawitacja kompletnie jej nie dotyczyła.
    Uśmiechnął się pod nosem, ale spoważniał szybko i instynktownie wstrzymał oddech, gdy uświadomił sobie, na co właśnie patrzy Corrie. Podeszła do stojącej pod ścianą komody i opuszkami palców delikatnie przesunęła po leżącym na niej albumie z napisem „portfolio”, którego zapomniał schować. Odwróciła głowę i spojrzała na niego przez ramię, uśmiechając się lekko.
    – Mogę? – zapytała, przez chwilę siłując się z nim na spojrzenia, aż w końcu skinął głową na zgodę i upił łyk piwa nie odrywając od niej wzroku. Corrie oparła się biodrami o komodę i przekartkowała kolejne strony, uważnie studiując, starannie poukładane w koszulkach zdjęcia wywołane w dużym formacie.
    – Właściwie to nie ma tam nawet, czego oglądać. Kiedyś bawiłem się trochę w fotografa i tyle – powiedział, wzruszając nonszalancko ramionami, a Corrie na dźwięk tych słów uniosła znacząco brew i spojrzała mu w oczy.
    – Bawiłeś się w fotografa? – zapytała z powątpieniem i wróciła do oglądania, kręcąc głową z niedowierzaniem. Czy on naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, że ma talent? To nie były zwykłe zdjęcia tylko prawdziwe dzieła sztuki z własną duszą; to obrazy tego, co czasem mało istotne, nieidealne, ale piękne w swojej prostocie dzięki temu, w jaki sposób zostały uwiecznione; to zatrzymywanie czasu, który w rzeczywistości trwa ułamek sekundy, a który pozostaje z nami na lata. To po prostu rysowanie światłem i wydobywanie za jego pomocą tego, co najistotniejsze – uczuć. Corrine nie była w stanie pojąć jak to możliwe, że Tomas zdawał się nie być świadomy tego jak niesamowity dar posiada, ani jakie ma predyspozycje do tego by to właśnie robić w życiu, zamiast trudnić się w szkole artystycznej jej ciotki, jako „złota rączka”. Może Corrie nie znała się na robieniu zdjęć, ale miała artystyczną duszę i potrafiła dostrzec piękno zwłaszcza, kiedy miała do czynienia z niezwykłym kunsztem fotograficznym, a którego zmarnowanie było niewybaczalnym grzechem dla ludzkości.
    Uśmiechnęła się do siebie, przerzucając kolejną stronę i zastygła w bezruchu, wpatrując się w [link widoczny dla zalogowanych] ślicznej, młodej dziewczyny, rzucającej pożądliwe i pełne miłości spojrzenie wprost do obiektywu, nie pozostawiając tym samym żadnych wątpliwości w kwestii jej relacji z osobą stojącą po drugiej stronie aparatu.
    Corrie uniosła wzrok znad albumu i spojrzała Tomasowi w oczy, akurat w momencie, gdy leniwym krokiem zmierzał w jej kierunku. Zagryzła delikatnie dolną wargę i przeszła do kolejnego zdjęcia, a kiedy Lozano zatrzymał się tuż przy niej, uniosła wzrok i wysiliła się na swobodny uśmiech.
    – Naprawdę nie widzisz, że masz talent? – zapytała cicho, uparcie wpatrując się w jego brązowe tęczówki, które w przytłumionym świetle salonu zdawały się być jeszcze ciemniejsze niż zwykle. Zaśmiał się pod nosem i postawił butelkę na komodzie, a potem oparł się biodrem o mebel i zerknął na portfolio, które nadal trzymała w dłoniach.
    – Matka mówiła mi dokładnie to samo – powiedział w zamyśleniu, nie zaszczycając jej przy tym ani jednym spojrzeniem. – W końcu sprezentowała mi ten album i poprosiła, żebym wypełnił go swoimi najlepszymi pracami, a pewnego dnia z pewnością zawojuję świat, bo mam potencjał – dodał z goryczą, przymykając na moment powieki i ściskając palcami nasadę nosa.
    – Miała rację, bo te zdjęcia są naprawdę świetne. Nie trzeba być geniuszem by to zobaczyć – odparła szczerze Corrie, ściągając na siebie jego błyszczący wzrok. Uśmiechnęła się promiennie i ostrożnie odłożyła album na komodę za plecami. – Dlaczego już nie fotografujesz? – zapytała niepewnie, przekrzywiając lekko głowę i wpatrując się w niego uważnie. Tomas wzruszył ramionami i natychmiast umknął wzrokiem, milcząc przez chwilę.
    – Musiałem sprzedać aparat, więc nawet nie mam czym – powiedział tonem wyprutym z jakichkolwiek uczuć, ale smutek jaki dostrzegła w jego oczach, gdy znów na nią spojrzał ścisnął ją za serce i pożałowała swojego pytania.
    – Przepraszam, nie chciałam być wścibska – powiedziała, przygryzając policzek od środka i założyła pasmo wciąż wilgotnych włosów za ucho.
    – Nie jesteś – mruknął, pochwytując ponownie jej roziskrzone spojrzenie. – A mnie dobrze się z tobą rozmawia – dodał szczerze i uśmiechnął się łobuzersko, w taki sposób, że w jego prawym policzku znów pojawił się ten uroczy dołeczek, na którego widok Corrie omal nie jęknęła. Zacisnęła drobne palce na szafce po obu stronach swoich bioder, jedynie siłą woli powstrzymując się przed tym by nie dotknąć jego twarzy i nie przesunąć opuszkami palców po tym uroczym wgłębieniu, który w połączeniu z jego przenikliwym wzrokiem sprawiał, że kompletnie traciła rozum. Zamiast tego uśmiechnęła się najbardziej swobodnie jak potrafiła i uniosła brwi, zerkając na niego z powątpieniem.
    – No, co? Nie wyglądam na faceta, który lubi rozmawiać?
    – Jakoś niespecjalnie – rzuciła rozbawiona, odważnie wytrzymując jego silne a jednocześnie roześmiane spojrzenie, którym skutecznie przyszpilił ją w miejscu, bo nie była w stanie się ruszyć nawet, kiedy jego wzrok nieoczekiwanie zsunął się z jej ciemnych oczu na delikatnie rozchylone usta, odbierając jej oddech. Instynktownie zwilżyła wargi językiem, gdy przysunął się odrobinę, ostrożnie zmniejszając kilkucentymetrowy dystans między nimi.
    – Powinnam już iść – powiedziała cicho, zdając sobie sprawę, że jeśli w tej chwili tego nie przerwie, za moment tym bardziej nie będzie w stanie tego zrobić.
    – Musisz? – wyszeptał, zawisając tuż nad jej ustami i wpatrując się w nią wyczekująco, jedynie oddechem drażnił wrażliwą skórę na policzku. Corrie przymknęła powieki i opuściła głowę, zwinnie umykając nie tylko przed jego palącym spojrzeniem, ale również przed sposobem, w jaki ją uwodził, tym bardziej, że robił to cholernie skutecznie.
    – Nie jestem taka jak te twoje panny na jedną noc, Tomas – odezwała się w końcu i pewnie spojrzała mu prosto w oczy, gdy gniewnie zmarszczył brwi.
    – Nigdy o tobie w ten sposób nie pomyślałem – przyznał zgodnie z prawdą, nie odrywając od niej pełnego urazy spojrzenia. Przecież nawet on miał jakieś zasady, a Corrie była nie tylko niezwykłą kobietą, ale również kuzynką jego dobrego kumpla i nie mógłby potraktować jej tak jak traktował kobiety, które do tej pory gościły w jego życiu głównie na jednonocne przygody bez zobowiązań. – Naprawdę masz o mnie aż tak złe zdanie? – zapytał ze smutkiem, siłując się z nią na spojrzenia.
    – Nie chcę mieć, dlatego lepiej będzie, jeśli naprawdę już pójdę – odezwała się i nie dając mu szans na jakąkolwiek reakcję, odepchnęła biodra od komody i wycofała się w kierunku drzwi. – Jeszcze raz dziękuję za pomoc. Dobranoc, Tomas – pożegnała się i po chwili zniknęła na korytarzu, cicho zamykając za sobą drzwi…
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aberracja
Big Brat
Big Brat


Dołączył: 15 Lut 2010
Posty: 811
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Łódź
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 0:30:53 01-02-16    Temat postu:

Cześć, dziewczyny!
Tak sobie myślę, że Corrie to jednak twarda babka, bo jeden uśmiech Tomasa bym zniosła i można nawet bym się na niego nie rzuciła (...może), ale przy drugim?
Ja sama bym popsuła coś w łazience, żeby mieć taki ciekawy dzień jak ona!!
Powiem Wam, że już myślałam, że nie odważy się uciec (wiadomo - miękkie kolana, bezwładne ciało), a tu proszę!
Może to i lepiej.
Dobrze mi się o nich czyta, a jak sobie pomyślę o Tomasie (taki mi się obraz zranionego, słodkiego, złego chłopca ułożył), że aż się cała rozczulam.
Co Wy tam jeszcze wyskrobałyście?! Nie! Wiem, że i tak mi nie powiecie, a ja chętnie o tym poczytam!
No dalej
Czekam!
Pozdrawiam!
Całuję!
Magda.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kenaya
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Gru 2009
Posty: 3011
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 18:23:58 03-02-16    Temat postu:

Madzia, dzięki w imieniu moim i Agi :*
Nie jesteś sama w tej swojej słabości do Tomasa, bo pewnie gdyby i do nas się chociaż raz uśmiechnął, to byśmy padły na zawał, albo coś w ten deseń
A Corrie.... hm... taniec uczy samodyscypliny, nie?

PS. Gratuluję książki


Ostatnio zmieniony przez Kenaya dnia 22:31:31 03-02-16, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aberracja
Big Brat
Big Brat


Dołączył: 15 Lut 2010
Posty: 811
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Łódź
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 0:32:47 04-02-16    Temat postu:

Myślę, że Corrie musi mieć nerwy ze stali... Liczę, że jej samodyscyplina kiedyś przestanie istnieć w stosunku do Tomasa Skoro ja mieć nie mogę, to niech sobie dziewczyna chociaż zaszaleje!

PS: Dzięki ;*
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Eillen
Generał
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7859
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:22:12 04-02-16    Temat postu:

Powiedzmy sobie szczerze, Dziewczynki - Corrie po prostu jest rozsądniejsza od nas i nie rzuca się na takie ciacha jak sęp na padlinę

ps. Madziula, trzymam kciuki za sukces Twojej książki :* Nawet nie wiesz jak Ci zazdroszczę
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aberracja
Big Brat
Big Brat


Dołączył: 15 Lut 2010
Posty: 811
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Łódź
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 22:59:38 04-02-16    Temat postu:

W takim razie ja przynajmniej potrafię się przyznać, że się ślinię i robię to z prawdziwą przyjemnością, a ona się jeszcze okłamuje i marnuje czas na kontrolowanie swoich emocji! O! hihi

PS: Jaki tam sukces... to tylko kilka egzemplarzy! Ale trzymanie ich w dłoniach jest bezcenne (choć do środka już tak chętnie nie zaglądam), więc i WY dziewczyny się nad tym zastanówcie!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Eillen
Generał
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7859
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:51:47 04-02-16    Temat postu:

Bo ona, Moja Droga, dobrze wie o z Tomasa jest za ziółko A przynajmniej tak jej się wydaje

PS. Ale to zawsze coś a od czegoś trzeba zacząć. Poza tym właśnie tego momentu, w którym bierzesz w łapki swoje dzieło w takiej formie, strasznie, strasznie Ci zazdroszczę Może sama się zmobilizuję, jakoś się ogarnę i coś podziałam... tylko gdyby jeszcze dobra miała 48 godzin, to byłoby zdecydowanie prościej
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aberracja
Big Brat
Big Brat


Dołączył: 15 Lut 2010
Posty: 811
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Łódź
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 0:00:53 05-02-16    Temat postu:

Ziółko, czy nie... która nie chciałaby z nim zgrzeszyć, czy co? Ja nie mówię, że ślubu trzeba, ale pomyśl, gdybyś chociaż miała go na jedną noc, czy dzień (jak kto woli)... Ja bym przed nim na pewno nie uciekała haha

PS: chyba spamuję Wam tu tym tematem Niebawem i ja przestanę trzymać swoją książeczkę w łapce, bo ostatnia pójdzie w świat! A co No i z przyjemnością poczekam teraz na Was To dopiero będą książki!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Eillen
Generał
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7859
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 0:09:51 05-02-16    Temat postu:

Haha... no ja też nie, podejrzewam nawet, że wcale bym go tak prędko nie wypuściła Ale Corrie to Corrie i w sumie... oboje chyba - mam nadzieję - jeszcze Cię zaskoczą

PS. Taki spam, to nie spam A Ty wiesz, że za kilka lat, jak już będziesz sławna i bogota, to będą unikatowe egzemplarze warte fortunę?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aberracja
Big Brat
Big Brat


Dołączył: 15 Lut 2010
Posty: 811
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Łódź
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 0:26:00 05-02-16    Temat postu:

A no to niech zaskakują - liczę na to!
Za każdym razem, jak wchodzę do Was, to wiem, że będzie co czytać, a potem... z ostatnim przeczytanym słowem czuję lekki niedosyt i ta myśl, że na ciąg dalszy trzeba będzie poczekać... no smuteczek troszkę.

PS: Już teraz są bezcenne - dla mnie:D To moja pierwsza zakończona historia! Naprawdę polecam to internetowe wydawnictwo - niewielki koszt, a egzemplarze cieszą oko!


Ostatnio zmieniony przez Aberracja dnia 0:26:59 05-02-16, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kenaya
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Gru 2009
Posty: 3011
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 0:35:25 05-02-16    Temat postu:

Chwilę człowieka nie było, a tutaj takie dyskusje Sporo mnie ominęło widzę Powiedzmy sobie szczerze, że zarówno Corrie jak i Tomas są zwyczajnie nieobliczalni, tak samo jak same autorki, które o nich piszą i z nimi to różnie może być, tak jak z nami i o!
Madziu, cieszy nas, że tak uważasz i oby to się nie zmieniło

ps. I to jest najważniejsze
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kenaya
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Gru 2009
Posty: 3011
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 21:05:44 07-02-16    Temat postu:



    "Złe wybory wydają się błędne tylko gdy człowiek ogląda się za siebie." [Jill Barnett]



    Jeszcze nim wszedł na niewielkie podwórze, ogrodzone siatką od ulicy, wiedział, że trafił pod właściwy adres. Na podjeździe stało kila aut, niektóre delikatnie uszkodzone, inne nadające się wyłącznie do kasacji, ale wszystkie oryginalne i unikatowe, a z wnętrza garażu, pełniącego rolę warsztatu, którego ściany zdobiło kolorowe graffiti, dobiegały dźwięki amerykańskiego hip–hopu.
    Tomas uśmiechnął się do siebie i wszedł na podwórko niemal w tym samym momencie, w którym z garażu wyszło dwóch mężczyzn: jeden wysoki, z gęstymi, lekko falowanymi, brązowymi, nieco przydługimi włosami, w markowych ciuchach i drugi, o skórze w kolorze mlecznej czekolady, ubrany w czarne jeansy, bezrękawnik z kapturem, odsłaniający jego potężne, umięśnione ciało, i ciemną, cienką czapkę, nasuniętą nisko nad brwi.
    Lozano zacisnął szczęki i zazgrzytał nerwowo zębami, bo o ile z jednym z nich był umówiony, o tyle tego drugiego nie chciał już nigdy więcej widzieć na oczy. Kolejny raz w swoim życiu poczuł, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu i czasie, ale przełknął nerwowo i ruszył w ich stronę.
    – Un tremendo bizcocho – zawołał radośnie ciemnoskóry mężczyzna na widok Tomasa, na co ten tylko przewrócił oczami z irytacją. Zdawał sobie sprawę, że nie ma twarzy mordercy, bandyty recydywisty ani nawet szalonego zboczeńca, ale szczerze nie znosił etykietki „ciacha”, która przylgnęła do niego za murami zakładu karnego.
    – Angelito – odgryzł się, dobrze wiedząc, że to zdrobnienie działa jak płachta na byka na jego rozmówcę i przez krótką chwilę siłował się z nim na spojrzenia, po czym obaj wybuchli wesołym śmiechem. [link widoczny dla zalogowanych], jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, był jego stróżem w pierdlu i w dużej mierze to właśnie dzięki niemu Tomas nauczył się funkcjonować w warunkach izolacji od świata i nie dostał przy tym świra.
    – Dobrze cię widzieć – powiedział w końcu Angel, podnosząc dłoń, jakby chciał przybić piątkę, a gdy Tomas ją chwycił, przyciągnął ją do swojego torsu, objął go wolnym ramieniem za szyję i zamknął na krótką chwilę w niedźwiedzim uścisku, po bratersku klepiąc po plecach. – Nic się nie zmieniłeś, stary, powiedziałbym nawet, że wolność ci służy – zaśmiał się, odsuwając się od niego i trącając go zaczepnie pięścią w bark.
    – Ty też chyba nie narzekasz – odparł Tomas, przenosząc wzrok na drugiego mężczyznę, który z dłońmi wsuniętymi w kieszenie eleganckich spodni obserwował całą scenę w milczeniu zza ciemnych, lustrzanych okularów.
    – Poznajcie cię… – zreflektował się Angel.
    – Znamy się – przerwał mu Tomas, nie spuszczając wzroku z szatyna. – I to całkiem nieźle, prawda [link widoczny dla zalogowanych]?
    Kąciki ust mężczyzny drgnęły lekko na te słowa. Leniwie ściągnął z nosa okulary i zawiesił je na jasnej koszulce, a potem wyciągnął dłoń w stronę Tomasa, ale ten nie miał najmniejszego zamiaru się z nim spoufalać więc ostentacyjnie wsunął dłonie w kieszenie swojej bluzy.
    Nicolas zacisnął dłoń w pięść i opuścił ją swobodnie wzdłuż tułowia. Nawet jeśli bardzo starał się zachować kamienną twarz i udawać, że wcale go to nie poruszyło, Tomas znał go na tyle dobrze, by wiedzieć, że zupełnie inaczej wyobrażał sobie ich ewentualne spotkanie i nie był zadowolony z takiego obrotu spraw.
    – Dobrze, że się spotkaliśmy, bo nie odpowiedziałeś jeszcze na mojego maila – rzucił jakby od niechcenia Nicolas, starając się za żadne skarby nie wyjść z roli, jaką sobie narzucił.
    – Chyba nie sądziłeś, że zapomniałem o wszystkim i jak gdyby nic będę z tobą mailował – odparł hardo Tomas, ciągle odważnie patrząc mu w oczy.
    – Nawet, jeśli chodzi o Irinę? Naprawdę nie obchodzi cię, co się z nią dzieje?
    Tomas zazgrzytał nerwowo zębami i zacisnął dłoń w pięść, z trudem zwalczając w sobie coraz większą pokusę przywalenia Nicolasowi. Zaśmiał się pod nosem i zmierzył go kpiącym spojrzeniem, a przez głowę z prędkością światła przemknęły mu ostatnie słowa Iriny, które do niego dotarły, a które zakorzeniły się głęboko w jego podświadomości i co jakiś czas okrutnie przypominały o tym, co się wydarzyło, a co najchętniej raz na zawsze wymazałby z pamięci.


      Zawsze kochałam Cię całym sercem i wierzyłam, że to, co nas łączy, to coś naprawdę wyjątkowego. Obiecałam, że będę na Ciebie czekać, wierzyłam, że pięć lat minie jak z bata strzelił i znowu będziemy razem. Szczęśliwi. Nie chciałam się poddać, gdy postanowiłeś mnie od siebie odtrącić. Byłam gotowa walczyć o to, co nas łączy, o Ciebie, z całym światem a nawet z Tobą samym, ale… Nie mam już siły, Tomas. Za każdym razem, gdy dowiaduję się, że nie chcesz mnie widzieć, albo gdy wyciągam ze skrzynki list, którego nie odebrałeś, czuję się tak, jakby ktoś wbijał mi nóż w serce i rozrywał je na strzępy. To tak bardzo boli, a ja… być może okażę się egoistką, ale mam już dość tego bólu i niepewności… dość walczenia o coś, czemu Ty nie chcesz dać szansy na przetrwanie.

      Żegnaj, Tomas.

      I bądź szczęśliwy, cokolwiek rozumiesz pod tym pojęciem.

      Twoja na zawsze, I.



    Gdy otrzymał tamten cholerny list, o którego wysłanie Irina poprosiła jego własną matkę, by mieć pewność, że go odbierze, z całą mocą dotarło do niego, że to, o co tak usilnie walczył, odkąd znalazł się za murami więzienia, wreszcie stało się faktem. Irina zrozumiała w końcu, że nie ma przed nimi przyszłości i pocieszyła się wreszcie w ramionach Nicolasa. Dokładnie tak, jak chciał. Nie przewidział jednak tego, jak będzie czuł się z tą świadomością. Serce bolało go bardziej niż się spodziewał, gdy o tym myślał, ale mimo wszystko był głęboko przekonany, że tak będzie po prostu lepiej. Teraz jednak nie był już tego wcale tak bardzo pewien.
    – Nie mamy o czym rozmawiać, Nick. Dostałeś ją na srebrnej tacy, a jeśli to spieprzyłeś, to już jest nie mój problem – powiedział chłodnym, opanowanym tonem wyprutym z jakichkolwiek emocji, jakby los kobiety, którą kiedyś kochał, z którą planował wspólną przyszłość i dla której dobra sam wepchnął ją w ramiona kogoś, kogo miał wówczas za przyjaciela, nie miał już dla niego absolutnie żadnego znaczenia. – Nie będę naprawiał twoich błędów i ponosił odpowiedzialności za ciebie i twoje niepowodzenia. Nie jesteśmy już kumplami, Nick i wiesz co? Myślę, że tak naprawdę nigdy nimi nie byliśmy.
    Nicolas uśmiechnął się, ale bez cienia wesołości i przeniósł spojrzenie na Angela, wyciągając dłoń w jego stronę.
    – Jesteśmy w kontakcie – rzucił krótko, a gdy Leone kiwnął mu głową na zgodę, bez słowa wsiadł w swój wypasiony samochód i ruszył z piskiem opon, pozostawiając po sobie jedynie kłęby kurzu.
    – Czym paniczyk Barosso zalazł ci za skórę? – spytał Angel, ściągając na siebie wciąż złowrogo błyszczące spojrzenie Tomasa, który zaśmiał się gorzko na te słowa i westchnął ciężko.
    – To przez niego przez pięć lat musiałem znosić twoje towarzystwo w celi obok – odparł, wpatrując się w znikającą na skrzyżowaniu furę Nicolasa i uśmiechając się przy tym złośliwe.
    Angel spojrzał na Tomasa z nachmurzoną miną, jakby zastanawiał się nad tym co usłyszał i chciał ze spojrzenia Lozano dowiedzieć się czegokolwiek więcej, chociaż przecież od dawna już wiedział jak doszło do tego, że Tomas wylądował za kratami.
    – Ścierwo… – westchnął Angel cicho i splunął na chodnik, jakby chciał w ten sposób przypieczętować swoje słowa. – Powiedz lepiej, co cię do mnie przygnało – zaczął po chwili, ściągając na siebie spojrzenie kumpla. – Po tym, co przed chwilą usłyszałem, domyślam się, że nie chodzi o tęsknotę za kumplem spod celi.
    Tomas zaśmiał się wesoło, jakby przed chwilą wcale nie odbył krótkiej, ale wciąż bolesnej wycieczki w przeszłość i spojrzał w ciemne oczy Angela.
    – Potrzebuję Harleya albo Rolls Royce’a, a najlepiej jednego i drugiego, bo jeszcze nie wiem na co się ostatecznie zdecydujemy.
    – Rolls Royce’a? – spytał zdumiony Angel, jakby nie dowierzał w to, co usłyszał.
    Tomas skinął twierdząco głową i uśmiechnął się pod nosem widząc zdziwienie, malujące się na twarzy Leone. – Najlepiej takiego z lat trzydziestych.
    – Upadłeś na głowę chyba, albo… Hajtasz się?
    Lozano roześmiał się w głos.
    – Nie ja. Mój kumpel – odparł krótko. – Więc?
    – Tak się składa, że zupełnie przypadkiem mam na składzie coś, co cię zainteresuje – odparł Angel z tajemniczym błyskiem w ciemnych tęczówkach i kiwnął głową, w stronę przejścia na tyły podwórka, dając w ten sposób Tomasowi znać, by poszedł za nim. – Chodzi ci o coś takiego? – spytał, ściągając z samochodu plandekę, a Tomas wyszczerzył się jak głupek, gdy jego oczom ukazał się biały [link widoczny dla zalogowanych]. Obszedł go dookoła, przesuwając opuszkami po gładkiej powierzchni lakieru.
    – Idealny – przyznał, nie mogąc oderwać oczu od tego zabytku techniki. – Jest na chodzie?
    – Wymaga podrasowania, ale nie jest to nic z czym sobie nie poradzę.
    – A jest czysty? – spytał prosto z mostu Tomas, spoglądając na kumpla ponad dachem samochodu i bynajmniej nie miał na myśli kurzu na tapicerce.
    – Stary! Czyściutki jak łza! – zapewnił Angel, a kiedy Tomas zmarszczył podejrzliwie czoło, uderzył się pięścią w pierś. – Przysięgam, że skończyłem z ciemnymi interesami. Serio.
    Tomas ostrzegawczo wymierzył w niego palcem i spojrzał mu prosto w oczy spod przymrużonych powiek, jakby siłą samego spojrzenia chciał mu przekazać jakąś telepatyczną wiadomość, która będzie zrozumiała wyłącznie dla niego. Angel Leone sporo miał za skórą, ale miał dobre serce i dla swoich kumpli był jak do rany przyłóż, gotów skoczyć za nimi w ogień, przynajmniej dopóki nie zajdą mu za skórę, bo wtedy budziła się w nim bestia.
    – Ile nas to będzie kosztowało? – spytał Tomas.
    – Jakoś się dogadamy po starej znajomości…

    ***

    Klął na samego siebie, bo zbyt dużo czasu spędził w warsztacie Angela, a do wyjścia zostało mu ledwie kilkanaście minut. Pośpiesznie naciągnął na siebie koszulę i zapiął kilka guzików pośrodku, gdy ktoś zapukał do drzwi. Szybko przemierzył salon, mocując się po drodze z zapięciem mankietów, otworzył drzwi, a potem zawrócił w głąb mieszkania, nawet nie patrząc na to, kto stoi za progiem.
    – Cześć – usłyszał za sobą melodyjny głos Corrie i od razu spojrzał na nią znad ramienia, uśmiechając się uroczo i niewinnie jak kilkuletni chłopiec, który właśnie chce się przypodobać rodzicom.
    – Corrine, wejdź – powiedział wyraźnie rozpromieniony, ale ona wciąż stała w progu, opierając się ramieniem o futrynę i mierząc jego wysportowaną sylwetkę gorącym spojrzeniem. – Wydaje mi się czy się właśnie na mnie gapisz? – zaśmiał się, zapinając pozostałe guziki koszuli.
    Corrie na moment opuściła głowę, ukrywając twarz za kaskadą gęstych włosów i uśmiechnęła się lekko.
    – Nie wiedziałam, że gapienie się jest opatentowane przez ciebie i tylko tobie wolno to robić – odezwała się w końcu, odważnie spoglądając mu w oczy.
    Tomas uśmiechnął się łobuzersko i odwdzięczył się jej dokładnie tym samym, mierząc jej idealną sylwetkę typowo samczym spojrzeniem. Musiał przyznać, że obojętnie czy widział ją w sportowym podkoszulku i dresowych spodniach, w sukience, czy tak jak teraz, w poprzecieranych jeansach i zwykłym, luźnym t–shircie, opadającym swobodnie na jedno ramię, zawsze wyglądała tak samo obłędnie, a on coraz częściej łapał się na tym, że coraz trudniej jest mu oderwać od niej wzrok.
    – Chyba przyszłam nie w porę – zauważyła, odchrząkując lekko, gdy niemal fizycznie poczuła na skórze gorące ślady, jakie zostawiało po sobie jego spojrzenie..
    Lozano pokręcił przecząco głową, postawił kołnierzyk koszuli i sięgnął po dwa krawaty pokazując je Corrie, a ona nie zastanawiając się nawet przez chwilę, od razu wskazała ten, który trzymał w prawej dłoni.
    – Rzeczywiście trochę się spieszę – przyznał, przewieszając krawat przez szyję. Przez chwilę bezradnie wpatrywał się w jego końce, a w końcu z rezygnacją opuścił dłonie wzdłuż tułowia i przeniósł spojrzenie na wciąż stojącą w drzwiach Corrine.
    – Chciałam tylko przypomnieć ci o piątkowym spotkaniu – powiedziała, po czym odepchnęła się od futryny i weszła do mieszkania, szybko przemierzając dzielący ich dystans.
    – Pamiętam – odparł schrypniętym głosem, gdy chwyciła za końce krawata i pociągając lekko to w jedną, to w drugą stronę z chirurgiczną precyzją usiłowała uzyskać właściwą długość. Założyła pasmo włosów za ucho i bezwiednie przygryzła dolną wargę, przypatrując się przez moment krawatowi, a w końcu z wprawą zawodowca zaczęła przeplatać końce.
    Tomas przez chwilę obserwował jak jej szczupłe palce sprawnie radzą sobie z tym ustrojstwem, którego szczerze nie znosił, potem przeniósł spojrzenie na jej twarz, a gdy zobaczył malujące się na niej pełne zaangażowanie, kąciki jego ust uniosły się w lekkim uśmiechu.
    – Gotowe – powiedziała wygładzając węzeł i dociskając go ostrożnie do szyi Tomasa. Opuściła kołnierzyk jego koszuli, starannie go układając, a potem strzepnęła z ramion jakieś niewidzialne pyłki.
    – Dziękuję – odparł zmysłowo schrypniętym półgłosem, który momentalnie bezlitośnie odbił się echem w jej podbrzuszu. Gdy odruchowo podniosła wzrok, by spojrzeć mu w oczy, uświadomiła sobie, że jego twarz jest zbyt blisko jej własnej, ale nie potrafiła poruszyć się ani o centymetr. Przeklęła w duchu, przenosząc spojrzenie z jego błyszczących łobuzersko oczu na szatańskie usta, które prowokująco wisiały nad jej własnymi, domagając się by ich skosztowała.
    – Drobiazg – odparła w końcu cicho i wsuwając dłonie w tylne kieszenie swoich jeansów, wysiliła się na swobodny uśmiech. Tomas kolejny raz obrzucił jej sylwetkę gorącym spojrzeniem, a potem jak gdyby nigdy nic, cofnął się i sięgnął po grafitową marynarkę, która leżała na oparciu kanapy.
    – Rozmawiałem z kumplem – powiedział. – Nie będzie najmniejszego problemu ani z Rolls Royce’em ani z Harleyem i po starej znajomości jedno i drugie, w zależności od tego, na co się zdecydujemy, dostaniemy za pół ceny.
    – Nie wiem jak ci się odwdzięczę – palnęła bez zastanowienia, na co usta Tomasa momentalnie rozciągnęły się w łobuzerskim uśmiechu.
    – Jest parę sposobów. Ostatnio obiecałaś mi sam na sam w twoim aucie, w najbardziej wymyślnej pozycji, jaka przyjdzie mi do głowy – przypomniał rozbawiony.
    Corrie westchnęła cicho i przewróciła oczami, kręcąc głową z niedowierzaniem. Tomas Lozano bez wątpienia był typem uroczego łobuza, który z premedytacją wykorzystywał wszystko to, co dostał w genach, by bałamucić bogu ducha winne niewiasty, a był w tym wszystkim tak czarujący, że nie sposób było nawet mieć mu tego za złe.
    – Pójdę już – powiedziała. – Szykuj się na jutrzejszy wieczór – dodała, wcelowując w niego palcem.
    – To zabrzmiało co najmniej jak obietnica nieziemskiego seksu – zaśmiał się.
    – Oberwiesz kiedyś – upomniała i choć chciała być poważną, nie potrafiła, widząc ten psotny błysk w jego błyszczących radośnie tęczówkach i uroczy dołeczek w policzku.
    – Liczę na to – odparł, mrugając do niej z rozbawieniem, ale nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na Corrie przepraszająco, a gdy skinęła mu ze zrozumieniem, dając znać, że już wychodzi, odebrał. – Cześć Mecha, jak się ma nasza królewna w tym wyjątkowym dniu? Zaraz schodzę...
    Corrie dalej nie słuchała, zamknęła za sobą drzwi i od razu poszła do siebie, a jej dobry nastrój prysł jak bańka mydlana na wietrze. Ganiąc siebie samą w myślach, weszła do mieszkania i opierając się o zamknięte drzwi plecami, przeczesała długie włosy palcami, przez krótką chwilę nieobecnym wzrokiem wpatrując się w okno w salonie. Dopiero dzwoniący z głębi mieszkania telefon wyrwał ją z odrętwienia i pomógł wrócić do rzeczywistości.
    Pospiesznie przeszła przez salon i chwyciła komórkę leżącą na niskim stoliku przed kanapą, a kiedy na ekranie dostrzegła uśmiechniętą twarz Adama, natychmiast się rozpromieniła.
    – Cześć, wariacie – przywitała się, siląc się na swobodny ton.
    – Będziesz zła – powiedział Adam bez zbędnych wstępów i westchnął ciężko po drugiej stronie linii. Corrine zmarszczyła brwi i wsunąwszy wolną dłoń w tylną kieszeni jeansów, powoli ruszyła w stronę okna.
    – O co chodzi?
    – Nie będę mógł przyjść do ciebie w piątek – oznajmił skruszony i uprzedzając jakiekolwiek pytania, szybko dodał: – Zadzwoniła do mnie Tini. Pamiętasz, mówiłem ci, chce z nami podjąć współpracę w kwestii choreografii do swojego teledysku?
    – Tak, pamiętam. Coś się stało? – spytała niepewnie Corrie i przygryzając policzek do wewnątrz, zatrzymała się przed oknem i odruchowo odchyliła delikatnie mlecznobiałą firankę, a jej wzrok niemal natychmiast padł najpierw na stojącą przed budynkiem blondynkę, którą kilka dni temu widziała przed szkołą tańca w towarzystwie Tomasa, a potem na śliczną rumianą buźkę małej Vicky, którą trzymała na rękach. Dziewczynka nagle wyraźnie się ożywiając, ochoczo wyciągnęła rączki do zmierzającego w ich kierunku uśmiechniętego Tomasa, a kiedy ten podszedł bliżej i pocałował w policzek najpierw blondynkę, a potem cmoknął czule w czoło Vicky, którą natychmiast porwał w ramiona, wszystkie puzzle same wskoczyły Corrine na właściwe miejsce.
    Przymknęła na moment powieki, a potem odetchnęła głęboko i wypuszczając z dłoni firankę, odwróciła się tyłem do okna, starając się skupić na ciepłym głosie Adama i słowach jakie płynęły do niej z drugiej strony łącza.
    – Nic takiego. Po prostu Tini będzie w piątek w Meksyku, a chciałbym dogadać z nią kilka szczegółów i dowiedzieć się przede wszystkim, czego od nas oczekuje, tak byśmy mogli dobrze się przygotować zanim spotkamy się z nią całym zespołem – wyjaśnił rzeczowym tonem.
    – Nie potrzebujesz mnie na tym spotkaniu? W razie czego mogę odwołać…
    – Nie ma takiej potrzeby, Corrie – przerwał jej Adam, a w jego głosie dało się usłyszeć rozbawienie. – To tylko zwykła rozmowa organizacyjna. Wszystko wam potem przekażę, więc się tym nie przejmuj i dobrze się baw w piątkowy wieczór – poprosił ciepłym głosem, a Corrie uśmiechnęła się tylko niewyraźnie.
    – W porządku – odparła cicho i zwieszając głowę, potarła czoło palcami.
    – Dobra, mów, co się dzieje, Skrzacie – zagadnął po chwili, nieoczekiwanie zmieniając temat. – Słyszę, że myślami jesteś kompletnie gdzie indziej. Jedynka, dwójka czy trójka? – spytał, zatroskanym głosem i choć Corrine go nie widziała mogła się założyć, że w tej chwili Adam podejrzliwie zmrużył oczy, jakby w jakiś cudowny sposób próbował wniknąć w jej myśli i dowiedzieć się wszystkiego zanim zdąży się odezwać.
    – Jedynka – odparła w zgodzie z ich tajnym kodem, który zapoczątkowali, właściwie przez przypadek, jeszcze za czasów studiów, a który z biegiem czasu stał się już znakiem rozpoznawczym ich przyjaźni.
    – Wow…. – odezwał się Adam i zagwizdał cicho. – Dawno nie wybrałaś jedynki, Corrie. Ostatni raz słyszałem to od ciebie na pierwszym roku, kiedy pokłóciłaś się z Raulem o jego nadopiekuńczość – przypomniał łagodnie.
    – To chyba znaczy tylko tyle, że nie mam życia osobistego – zaśmiała się.
    – To znaczy tylko tyle, Skrzacie, że za piętnaście minut chcę cię widzieć w naszej kawiarni w centrum, z porcją obrzydliwie słodkiego ciasta pomarańczowego z cynamonem – odparł Adam siląc się na surowy, braterski ton, choć z trudem powstrzymywał się przed roześmianiem. – Zbieraj się, piękna!
    – Za piętnaście minut – rzuciła do aparatu Corrine i nie czekając na jego reakcję, szybko się rozłączyła. Uśmiechnęła się do siebie i kręcąc głową z niedowierzaniem, pospiesznie przeszła przez salon, chwyciła torbę, skórzaną kurtkę, a potem kluczyki do auta i wyszła z mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi…


Ostatnio zmieniony przez Kenaya dnia 17:38:41 10-09-16, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze telenowele Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 7, 8, 9 ... 18, 19, 20  Następny
Strona 8 z 20

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin