Forum Telenowele Strona Główna Telenowele
Forum Telenowel
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Nunca mire detrás
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 52, 53, 54, 55, 56  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze telenowele
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5752
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 20:17:37 23-10-23    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 144 cz. 1
SILVIA/FABIAN/CARLOS/MARCUS/FELIX/JORDAN/LUCAS/ARIANA/HUGO


Pueblo de Luz, rok 2012

Dom Guzmanów był cichy jak zawsze. Na podjeździe nie było żadnego samochodu, co pozwalało mniemać, że zarówno Silvia jak i Fabian spędzali sobotę w pracy. To był idealny moment, by wreszcie dowiedzieć się prawdy. Zapukała kilka razy do drzwi wejściowych, a kiedy nikt nie odpowiedział, ze złością walnęła w nie pięścią. Tak się rozpędziła, że omal nie uderzyłaby wysokiego bruneta, który otworzył gwałtownie drzwi.
− Co ty wyprawiasz, masz pojęcie, która jest godzina? – Franklin Guzman przetarł zaspane oczy, jedną ręką chwytając Veronicę za nadgarstek, by nie mogła już dłużej walić w drzwi.
− Muszę pogadać z Jordim. Jest w domu? – Nie było czasu na wyjaśnienia, czekała cały tydzień i nikt nie pozwolił jej się z nim zobaczyć. Zupełnie jakby chcieli ją chronić, ale nie potrzebowała tego.
− Po co ci ten matołek? Przecież wiesz, że ostatnio świruje. – Franklin wzniósł oczy do nieba, nie rozumiejąc, po co nadal chciała przyjaźnić się z jego bratem. – Nie wyjdzie ci to na dobre, Vero. Nie słuchaj tego, co on mówi.
− Pozwól, że sama zdecyduję. – Veronica Serratos wyrwała szczupły nadgarstek z uścisku starszego chłopaka i spojrzała na niego w taki sposób, że nie było mowy o wyperswadowaniu jej czegokolwiek.
− Właśnie słyszałem, jak wyłaził przez okno. Jak się pospieszysz, to może go złapiesz – mruknął brunet i zamknął jej drzwi przed nosem, ale już ją to nie obchodziło.
Widziała jak gałęzie drzewa w ogrodzie Guzmanów zakołysały się złowieszczo i wiedziała, że to jej przyjaciel próbował wymknąć się z domu, by uniknąć spotkania. Nie z nią te numery.
− Jordi, zaczekaj! – krzyknęła, niemal włączając sprint, kiedy ciemny kształt przed nią przyspieszył. – Cholera, Jordan, wiesz, że nie biegam tak szybko jak ty!
Dopadła do niego i ściągnęła mu kaptur z głowy. Udał zdziwienie, wyciągając z uszu słuchawki.
− Sorry, nie słyszałem, że mnie wołasz. – Ściemniał, w słuchawkach w ogóle nie grała mu muzyka. Uciekał przed nią. – Akurat spieszę się na spotkanie z Felixem, więc…
− Och, proszę cię, Jordi, nie wciskaj mi kitu! Nie gadacie z Felixem od miesięcy, masz mnie za idiotkę? – Czternastolatka się naburmuszyła i zmusiła go, by na nią spojrzał. – Muszę wiedzieć. Powiedz mi, co widziałeś.
− Już powiedziałem wszystko policji. – Guzman wyrwał łokieć z uścisku jej szczupłych dłoni i odwrócił się. Nie zamierzał wałkować tego w kółko
− Ale nie powiedziałeś MNIE! – krzyknęła ze złością, palcem wskazującym dźgając go w pierś tak, że aż zabolało. – Theo mówi, że gadałeś coś o gościu w skórzanej kurtce. Że zabił tatę.
− Przewidziało mi się. – Jordan zawstydził się. Nie chciał o tym mówić, nie chciał nawet o tym myśleć, więc po co ciągnęła ten temat?
Ulises Serratos popełnił samobójstwo. Wszyscy tak mówili, nawet policja. Zostawił cholerny pożegnalny list, a jego psycholog potwierdził, udostępniając dokumentację medyczną, że burmistrz Pueblo de Luz miał problemy, nawet próbę samobójczą w przeszłości na swoim koncie. Dla wszystkich był to szok i każdy był roztrzęsiony, ale sprawa została zamknięta. Nikogo nie obchodził nastolatek, który widzi duchy. Nikt mu nie uwierzył i z czasem też zaczął myśleć, że to wszystko mu się przywidziało. Fabian wyniósł go z gabinetu Ulisesa na własnych rękach, bo czternastolatek nie mógł się ruszyć. Próbował mu to wszystko racjonalnie wytłumaczyć, ale Jordan mógł tylko się wkurzać i walić głową w mur, bo nikt nie chciał go słuchać i uwierzyć, że tamtego dnia w ratuszu był tajemniczy mężczyzna, który pociągnął za spust. Silvia od razu zapisała go na terapię, odgradzając od świata, żeby czasem nikt ze znajomych się nie dowiedział, że jej syn zwariował i opowiada niestworzone historie. Jordan musiał sam w to uwierzyć, jeśli nie chciał kolejnych lat spędzić na oddziale zamkniętym. Dziadek Mariano od dawna forsował szkołę wojskową. Gdyby się dowiedział, co jego wnuk wyczynia, pewnie sam zawiózłby go do wariatkowa.
− Ulises miał problemy – odpowiedział machinalnie czternastolatek, jakby recytował z pamięci. Tak często słyszał to zdanie w ostatnich dniach, że wyryło mu się w głowie. – Przykro mi, Vero, naprawdę. Ale nie powiem ci niczego, czego byś już nie słyszała.
− Niech cię diabli, Jordi! Ja muszę znać prawdę! Mój ojciec by tego nie zrobił, on nie był taki. Kochał mnie, kochał nas, nie zrobiłby tego. – Veronica się rozpłakała i było to tylko trudniejsze. Była ładna nawet z napuchniętymi oczami i coś ścisnęło młodego Guzmana za serce. – Byłeś na terapii. Wysłali cię do psychologa nie bez powodu!
− Też byś musiała iść do psychiatry, gdybyś widziała, jak twój stary strzela sobie w łeb. – Jego głos zabrzmiał nieco bardziej agresywnie niż zamierzał. – Przepraszam – dodał, odchodząc kilka kroków. – Naprawdę mi przykro, ale nie mogę ci pomóc. Też za nim tęsknię.
Odszedł zostawiając ją zrozpaczoną i zapłakaną, nienawidząc wszystkich dookoła. Tego przeklętego miasta, rodziców, którzy nigdy nie brali jego strony, a przede wszystkim tajemniczego faceta w skórzanej kurtce, który wcale nie był wytworem jego wyobraźni.

***

Obecnie

Coroczne polowanie organizowane przez Mariano Olmedo było atrakcją tylko dla niego. W rzeczywistości nikt nie rozumiał, po co ktoś chciałby samodzielnie ustrzelić dzikie ptaszysko zamiast kupić w supermarkecie, ale ojciec Silvii był człowiekiem starej daty lubiącym pokazywać, że jest prawdziwym macho. Jego wnuki od dziecka byli musztrowani w tym kierunku, a jako że Mariano miał również wielu wpływowych znajomych, zapraszał i ich, traktując polowanie jako swego rodzaju przykrywkę do robienia interesów. Ziemie niegdyś należące do Guzmanów, które teraz znalazły się w posiadaniu rodziny Olmedo były doskonałe do tego typu rozrywki. I chociaż w Meksyku nie obchodzili Święta Dziękczynienia, listopad zawsze był świetnym momentem, by zapolować na dzikiego indyka czy bażanta.
− W zeszłym roku odwołali tę imprezkę ze względu na śmierć Franklina – wyjaśnił Quen, kiedy szli przez las. Javier Reverte kroczył koło niego z niezbyt przekonaną miną. Kiedy organizator wydarzenia dał mu strzelbę, Magik grzecznie odmówił. Był tu bardziej z ciekawości niż z potrzeby upolowania obiadu. – Myślałem, że i w tym roku o tym zapomną.
− Dostałeś broń? – Felix zrównał się z nimi, patrząc z ciekawością na przyjaciela, który nie czuł się pewnie ze strzelbą.
− Coś taki zdziwiony? – Ibarra poczuł się lekko urażony. Prawdą było, że dwa lata temu omal nie postrzelił sam siebie i Rafael zabronił mu mieć przy sobie broni. – Mariano chyba zapomniał – wyjaśnił Quen, robiąc niewinną minkę. – Uważaj, Javier, gość będzie próbował cię pozyskać do swojej kolekcji.
− Kolekcji czego? – Magik zmarszczył brwi, bo nie do końca rozumiał, dlaczego obcy facet zaprosił go na tego typu zlot rodzinny. Ciekawość jednak zwyciężyła i przyjął zaproszenie, szczególnie, że Conrado Saverin otrzymał podobne.
− Do kolekcji wpływowych znajomych. Lubi mieć wokół siebie ludzi, którzy będą mu robili przysługi. Sam też jest dosyć lojalny w tym względzie. – Felix wpatrywał się w szerokie bary dziadka Olmedo kroczącego na przedzie z Fabianem, Bastym, Ivanem i Conradem Saverinem.
− Chłopcy, pospieszcie się, bażanty nie wpadną nam same pod nogi – rzucił Mariano tonem nieznoszącym sprzeciwu, a niektórzy machinalnie wyprostowali się jak struny i dalszą drogę pokonali niemal marszem.
− Dlaczego mam wrażenie, że to nie rozrywka w twoim stylu? – Julian Vazquez z lekkim uśmiechem przypatrywał się Jordanowi, który tylko wywracał oczami po każdym słowie dziadka i zdecydowanie nie chciał tam być.
− Mam lepsze rzeczy do roboty niż ukręcanie łbów ptakom, których pewnie i tak nie zjem. Ty zresztą też – zauważył rozsądnie zaciekawiony tym, że lekarz przystał na propozycję Mariano. – Kto cię tu zaciągnął? Nie odpowiadaj. – Nastolatek sam sobie odpowiedział na to pytanie, bo kilka metrów dalej kroczył Hugo Delgado.
Jako kuzyn Marcusa został zaproszony przez samego Mariano, który zawsze był wielkim fanem rodziny Delgado. Sam Hugo wolał mieć na oku kuzyna, ale nie czuł się komfortowo, więc podstępem wmanewrował w ten wypad również męża Ingrid. Na polowaniu pojawił się również Carlos, który z chęcią zaprosiłby Olivera i Oscara, ale obaj mieli inne zobowiązania, a zresztą Fuentes miał jasno sprecyzowany pogląd dotyczący polowań. Okazało się więc, że „impreza” jak to nazwał Quen Ibarra była nie tyle rodzinnym zlotem co po prostu zgromadzeniem facetów z okolicy, z pośród których niektórzy mieli pecha być spokrewnionymi z panem Olmedo, a reszta byli albo dobrymi przyjaciółmi rodziny albo mogli przynieść mężczyźnie jakieś korzyści. Doktor Osvaldo Fernandez pojawił się w towarzystwie Ignacia, ale i on nie wyglądał na zbyt zainteresowanego. Był człowiekiem raczej łagodnym i chociaż nie nazwałby siebie mięczakiem, polowanie nie było w jego stylu. Każdy miał na ramieniu strzelbę.
− Jordan, Fabian mówi, że zacząłeś staż w szpitalu. Dobrze, bardzo dobrze. – Zagadnął Mariano, odwracając głowę w stronę wnuka, który chyba miał nadzieję, że uda mu się przemknąć niezauważonym i jakoś przetrwać to niezręczne spotkanie, ale jednak się przeliczył. – Wybrałeś już specjalizację?
Jordi napotkał wzrok ojca, który patrzył na niego wyczekująco, jakby zmuszał go do odpowiedzi. Nagle tak się zirytował, że nie był w stanie ugryźć się w język.
− Myślałem o ginekologii – odpowiedział i dodał szybko, zanim Fabian zdążył go powstrzymać: – Ale obawiam się, że w końcu znudziłyby mi się kobiecie genitalia, a to niedopuszczalne, więc chyba zdecyduję się na geriatrię. Starych dziadów mam już dosyć.
− Jordan. – Fabian Guzman zawsze zwracał się do niego pełnym imieniem, wymawiając je karcącym tonem, kiedy chciał mu powiedzieć, by się przymknął. Nie chciał chyba prowokować teścia, który zwykle był dość surowy dla wnuków.
− Widzę, że jeszcze nie wyrosłeś z bezczelnych odzywek. – Dziadek Olmedo w ogóle nie zwracał uwagi na zięcia. Uwielbiał krytykować wszystko i wszystkich, a znęcanie się werbalne nad Jordim należało do jego ulubionych rozrywek. – Myślałby kto, że zmądrzejesz po ostatnich wydarzeniach, ale nie, wciąż masz pstro w głowie. Osvaldo, powinieneś być dla niego bardziej surowy na tych praktykach.
− Jordan dobrze sobie radzi na stażu. Ma podejście do dzieci. – Julian odezwał się ni z gruszki, ni z pietruszki, widząc, że palce młodego Guzmana mimowolnie zaciskają się na strzelbie, jakby sam się powstrzymywał, by nie palnąć sobie w głowę i uciec od tych irytujących rozmów. – Doktor Vazquez, jestem pediatrą w klinice Valle de Sombras – przedstawił się, kiedy starszy mężczyzna zerknął na niego niepewnie, zastanawiając się, kim on jest i jakie korzyści z tej znajomości może wyciągnąć.
− Pediatria? – Mariano prychnął, ale chyba nie czuł się na tyle pewnie, by dogryzać obcemu lekarzowi, bo zwrócił się ponownie do Jordana: – Stać cię na coś więcej. Silvia mówiła, że myślisz o tym na poważnie, więc powinieneś też wybrać odpowiednią specjalizację. Kardiochirurgia na przykład – to jest dopiero przyszłościowy kierunek. Zgodzisz się, Aldo?
− Słucham? Tak, tak przypuszczam. Ale potrzebni są zdolni lekarze w każdej specjalizacji. – Fernandez odpowiedział dyplomatycznie, ale prawdę mówiąc, jego umysł był gdzieś indziej i w ogóle nie przywiązywał uwagi do tej konwersacji.
− A ty Marcus w jakim kierunku pójdziesz? Podejrzewam, że podanie na Harvard już złożone? – Mariano przystąpił do swojej drugiej ulubionej czynności czyli chwalenia Delgado, który poczuł się lekko zakłopotany.
Quen wywrócił oczami, bo i on miał dosyć słodzenia Marcusowi przez dorosłych, którzy go uwielbiali. Akurat wyszli na polanę, gdzie mieli zapolować na dzikie ptaki i kiedy tak stali w kręgu, wszystkie pary oczu zwróciły się na wysokiego bruneta, który do tej pory zdawał się być głęboko pogrążony w rozmyślaniach na zupełnie inny temat.
− Ja… − Nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Że w nosie miał Harvard, prawo, pójście w ślady rodziców czy w ogóle edukację? Teraz martwił się o to, jak przetrwać do końca roku szkolnego, ukrywając fakt, że jest mordercą. Nie mógł im przecież tego wszystkiego wyjawić.
− Marcusem interesują się sportowi skauci. – Od odpowiedzi wybawił go kolega z drużyny Jorge Ochoa, który dostał zaproszenie po raz pierwszy razem z ojcem Gideonem.
Delgado podziękował mu wzrokiem, bo sam nie był w stanie dzisiaj kłamać. Rozmowa zeszła na tor piłki nożnej, ale oczywiście Mariano nie byłby sobą, gdyby znów nie zaczął prowokować niezdrowej rywalizacji. Kiedy jednak wspomniał zmarłego wnuka, Jordi poczuł, że cały się spina.
− Niezwykły talent, wyczyniał takie rzeczy z piłką, że aż łza szczęścia kręciła się w oku. Kto nie lubi piłki nożnej, też nigdy nie zrozumie. Franklin był wirtuozem na boisku.
Jordi wcale nie zamierzał się zaśmiać. Zwykle po prostu zignorowałby te komentarze, ale w obliczu tego, co wiedział o bracie i tego, jak inni zawsze idealizowali go ponad miarę, nie mógł się powstrzymać. Prychnięcie było tak głośne i ostentacyjne, że nikt nie mógł udawać, że go nie usłyszał.
− Coś cię bawi, Jordan? – Brwi dziadka zbiegły się w jedną grubą kreskę, a nastolatek pokręcił głową z niewinną minką.
− Po prostu mianem wirtuoza zwykle określa się kogoś, kto opanował do perfekcji grę na jakimś instrumencie. Piłka nożna to na tyle pospolity sport, że mało kto nie potrafi w nią grać. Mówię to jako gracz.
− Zazdrość ci nie służy, młody człowieku.
Jordan dał za wygraną, już dawno przywykł do tego, że ludzie myśleli, że zazdrości Franklinowi. Jeśli miał być szczery, wkurzyło go po prostu użycie przez dziadka słowa „wirtuoz”. Wątpił, by Silvia kiedykolwiek wspomniała ojcu, że jej młodszy syn jest świetnym muzykiem, a dziadek też niespecjalnie się interesował tym aspektem jego życia. Dla Mariano Olmedo muzyka była dla dziewcząt – Nelę chwalił zawsze, nawet kiedy fałszowała na wiolonczeli.
− Odpuść, po co dajesz mu pretekst do bycia fiutem? – Felix podszedł do Jordi’ego i wyszeptał mu te słowa niemal na ucho. Normalnie pewnie by nie zareagował, ale nie mógł patrzeć, jak Mariano znów poniża jego dawnego przyjaciela. Może i już się nie przyjaźnili, ale pamiętał, jak zawsze pan Olmedo go tym irytował i widać nie zmienił się ani na jotę.
− Saverin, strzelasz? – Mariano zmienił temat, zwracając się bezpośrednio do Conrada, na którego twarzy gościł uprzejmy uśmiech.
− Jeśli mogę być z panem szczery, nie należy to do moich ulubionych rozrywek. – Zastępca pani burmistrz nie był pewien, czy polubił pana Olmedo, ale bardzo był ciekawy, czy ten człowiek ma mu do zaproponowania jakiś układ. Wpływowych ludzi w swoim kręgu nigdy za wiele, a tak się złożyło, że ojciec Silvii miał mnóstwo znanych przyjaciół, którzy albo byli znajomymi Fernanda Barosso albo znali bliskie mu osoby, które wiedziały sporo na temat jego nielegalnych interesów. Nie zaszkodziło więc mu przyjść wybadać teren.
− Słyszycie? Tam są. Rozdzielmy się – zarządził Olmedo, dzieląc mężczyzn na kilka mniejszych grupek i skradając się, by ustrzelić dzikiego ptaka. – Jordan, pójdziesz ze mną.
− Nie, dzięki, wolę z Bastym – mruknął pod nosem nastolatek, ale Fabian niemal pchnął go w stronę dziadka, który jak zwykle nie tracił czasu.
− Jestem bardzo zawiedziony twoją postawą. Nie masz pojęcia, ile problemów dostarczasz rodzicom. Twoja matka staje na głowie, żeby zapewnić ci odpowiednią edukację i karierę, a ty jesteś niewdzięczny. – Olmedo mówił, a Jordan słuchał jednym uchem, a wypuszczał drugim. – Naprawdę mi za ciebie wstyd. Jesteś już prawie dorosły, a tak nieodpowiedzialny. Myślę, że ta szkoła wojskowa w stolicy to dobre rozwiązanie, nauczyłbyś się tam dyscypliny i może w końcu byś zmężniał.
Było tego jeszcze wiele: „nie wiesz, co to ciężka praca”, „nigdy niczego nie osiągniesz, jeśli będziesz tak postępował”, „lenistwo to najgorsza cecha u młodych ludzi”, „Franklin nigdy by tak nie postąpił”. Wspomnienie brata podziałało na niego, jak płachta na byka. Musiał mocno się postarać, by nie rzucić strzelby i nie wrócić do domu.
− Spróbujesz? – Olmedo wskazał na krążącego nad nimi bażanta, który aż się prosił, by go zestrzelić. Nikt z reszty grupy jeszcze go nie dostrzegł. – Celować chyba umiesz? Uczyłem was. Chyba że znów nie uważałeś na lekcji.
− Uważałem – warknął nastolatek, mrużąc jedno oko i celując bronią w ptaka tuż nad nimi. Usłyszał oddalające się kroki Mariano, który sam wypatrzył dzikiego indyka.
− Wątpię, ale zaraz się przekonamy. Marcus upolował pierwszego ptaka dwa lata temu, Franklin rok wcześniej. Ty wtedy nawet nie pojechałeś z nami. Widocznie miałeś lepsze rzeczy do roboty. Pewnie granie w gry komputerowe czy inne pierdoły.
Dłonie Jordana zacisnęły się na strzelbie z wściekłością. Trzy lata temu nie pojawił się na polowaniu nie dlatego, że nie chciał (co było zgodne z prawdą, bo nienawidził tych zgromadzeń), ale dlatego że był na przymusowej terapii, na którą wysłali go rodzice. Dziadkowi pewnie wcisnęli kit o tym, jak to ich synek jest nieposłuszny i woli zajmować się głupotami. A nie że był świadkiem „samobójstwa” przyjaciela rodziny.
− Franklin zawsze dobrze strzelał. Miał oko do ptaków.
− Tak, sam był niezłym fiutem – wyrwało się z ust Jordi’ego, czym tylko rozjuszył dziadka.
− Twój brat zasłużył na szacunek. To że zawsze byłeś od niego gorszy we wszystkim nie upoważnia cię do…
Dłonie zatrzęsły mu się ze złości i poczuł, że robi mu się gorąco, mimo że po plecach przeszedł zimny dreszcz. Przez chwilę miał wrażenie, że znów dopadnie go atak paniki, a ze wszystkich miejsc na świecie polana na ziemiach Olmedo, gdzie obecni byli wszyscy bliscy znajomi, w tym koledzy ze szkoły i Ignacio, który nie dałby mu żyć, nie była najlepszym miejscem do pokazania słabości. Po prostu stracił panowanie, ręka mu się omsknęła na spuście, kiedy ze złością szarpnął strzelbę w dół, by powstrzymać dygotanie. Czy tego żałował? Tak, było to bardzo lekkomyślne, ale nic nie mógł na to poradzić. Czy był zadowolony z efektu? Cholernie to mało powiedziane. Dziadek Olmedo runął na wysuszoną trawę na polanie z wrzaskiem, który spłoszył nie tylko tłustego dzikiego indyka, ale też inne ptactwo w okolicy.
− Co się stało, co to za wrzaski? Mariano, nic ci nie jest? – Fabian pierwszy dopadł do teścia, który trzymał się za krwawiącą pupę, niemal wgryzając się zębami w ziemię. – Co tu się stało, Jordan?
− Przepraszam, celowałem w indyka. Nie potrafię strzelać, przecież dziadek zawsze to powtarzał. Zmusił mnie. – Jordan zrobił oczy szczeniaczka, ale nie był w stanie zwieść ojca, który przeklął pod nosem.
Osvaldo i Julian podbiegli do Mariano z apteczką, opatrując jego ranny pośladek. Na szczęście stary obdarzony był parą tłustych pośladków, nie było problemu z wyciagnięciem śrutu, ale na wszelki wypadek Vazquez zaproponował powrót do miasta i wizytę w szpitalu.
− Przeklęty smarkacz, gdzieś ty celował? – syknął Mariano, kiedy mężczyźni opatrzyli prowizorycznie ranę i prowadzili do go samochodu.
− Wybacz, dziadku. Przecież sam mówiłeś, że nie uważałem na lekcji strzelania. Jestem głupi, nie potrafię rozróżnić ptactwa. A tak się złożyło, że dostrzegłem tłustą świnię. – Pierwszy szok minął, panika i uczucie ucisku w płucach ustało, a zastąpiła je tylko wściekłość na dziadka.
− Jesteś idiotą – skwitował Felix, kiedy starsza część zgromadzenia ładowała się do samochodów, a oni zostali w tyle sami.
− Odwal się, ma tak wielki tyłek, że pomyliłem go z bażantem.
− Nie będzie mógł siadać przez kolejne tygodnie.
− Więc niech to rozchodzi. – Jordan wzruszył ramionami i ruszył w zupełnie inną stronę. Nie miał ochoty jechać samochodem z pozostałymi.

***

San Nicolas de los Garza, rok 2013

Genetyka była jego ulubionym działem biologii. Ślęcząc godzinami nad książkami i przerabiając tysiące zadań, wciąż miał skrytą nadzieję na odkrycie tajemniczej adopcji. Wiele by dał, żeby Silvia Olmedo i Fabian Guzman nie byli jego rodzicami. Niestety pokrewieństwa nie mógł się wyprzeć, wyniki krzyżówki genetycznej zawsze wyglądały tak samo. Podobnie dla jego brata i siostry, więc dla nich też nie było ratunku. Dlatego tak bardzo zazdrościł kuzynowi. Quen Ibarra nie miał pojęcia, że jest adoptowany, żył w błogiej nieświadomości, ale Jordan wiedział to od momentu, kiedy zobaczył jego akt urodzenia w Veracruz. Pojechali wtedy z ojcem załatwić formalności do pogrzebu Gracie, a Jordan nie byłby sobą, gdyby nie zaczął węszyć. Ale dopiero rozszerzona biologia i program medyczny, na który zapisali go rodzice dał mu wiele do myślenia. Teraz również siedział nad zadaniami, rozwiązując je z uporem maniaka, nie przejmując się, że reszta uczniów już dawno opuściła bibliotekę.
− Jordi, ty krwawisz. – Veronica Serratos stała nad nim z przerażoną miną i naręczem książek w ramionach. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to ona, a nie jakaś inna koleżanka.
Spojrzał w dół na próbny arkusz egzaminacyjny z biologii i musiał przyznać jej rację. Nawet nie poczuł, jak ciepła ciecz o metalicznym zapachu skapnęła na papier. Dotknął nosa, wyczuwając lepką krew i nieco się zdziwił.
− Nie powinieneś się przemęczać – dodała przyjaciółka, wyciągając w jego stronę chusteczkę.
− Nie twoja sprawa – odburknął. – Ja ci nie prawię kazań, z kim powinnaś sypiać, a z kim nie.
W jej oczach stanęły łzy i już nic więcej nie powiedziała, zostawiając go samego, wkurzonego i zawstydzonego. Jordi z wściekłością przyłożył chusteczkę do nosa, nie myśląc nawet o zrobieniu sobie przerwy. Musiał przerobić te zadania do jutra.
− Odpuść jej trochę. To nie jej wina. – Franklin przysiadł się do sąsiedniego stolika. Krzesło obrócił tak, żeby móc usiąść na nim okrakiem i położyć ręce na oparciu.
− Jasne, że nie jej. Tylko twoja. – Jordan nie podniósł wzroku na brata. Czuł, że gdyby stał, pewnie by go walnął. – Jesteś starszy, powinieneś wiedzieć lepiej, że nie sypia się z dziewczynami przyjaciół. To obrzydliwe.
− Seks to seks – skwitował Franklin, wzruszając ramionami. – Nie zrobiłem nic nielegalnego. I Marcus nie jest moim przyjacielem. To rywal.
− Tak, powielaj te bzdury, które matka kładzie ci do głowy. – Jordi prychnął, zakreślając na arkuszu poprawną odpowiedź. Niektóre zadania rozwiązywał już automatycznie.
− To ona przyszła do mnie, wiesz? – Wysoki brunety oparł brodę na dłoniach, wpatrując się w próbny egzamin do góry nogami i próbując rozczytać treść zadania. – Jesteś zły, że to nie ty byłeś jej pierwszym wyborem?
− Wal się. – Tylko tyle mógł mu odpowiedzieć, bo czuł, że jeszcze chwila a wybuchnie. Wyrzucił przesiąkniętą krwią chusteczkę do kosza i zacisnął pięść tak mocno, że pobielały mu kostki. Paznokcie wbiły mu się w dłoń i zabolało, co nawet jego zaskoczyło. Spojrzał na swoje dłonie, jakby widział je po raz pierwszy w życiu. Kiedy grał na gitarze niemal bez przerwy, zawsze miał krótkie paznokcie u jednej dłoni, a nieco dłuższe u drugiej, by lepiej bić w struny. Teraz urosły tak, że zaczął się zastanawiać, kiedy ostatni raz je obcinał.
− Jak zbierzesz trochę doświadczenia z dziewczynami, to zrozumiesz. – Franklin kontynuował rozmowę jakby nieświadomy tego, co działo się w głowie młodszego brata.
− Zrobiłeś to specjalnie? Żeby dopiec Marcusowi, mimo że on nic ci nie zrobił? – Jordan odezwał się, kiedy Franklin już chciał odejść.
− Jak to nic? Całe moje życie byłem do niego porównywany, choć wcale sobie tego nie życzyłem. Myślisz, że to miłe, kiedy ojciec zawsze go chwali, a ciebie traktuje jak zło konieczne? Ciebie to nie rusza?
Nie odpowiedział, bo nie chciał skłamać. Zawsze trochę go to irytowało, ale ostatecznie Delgado zawsze był we wszystkim najlepszy, więc ciężko było nie być do niego porównywanym. Bolało bardziej Franklina, bo to on musiał doścignąć standardy, które Fabian i Silvia da niego wyznaczyli. Do niedawna Jordan mógł się cieszyć błogą wolnością, ale przeprowadzka do San Nicolas i jemu dała popalić.
− Rób dalej zadania. Może w końcu będziesz najlepszy.
− Nie chcę być najlepszy.
− I słusznie. Dla nich nigdy nie będziesz wystarczająco dobry. – Franklin uśmiechnął się gorzko, ruszając do wyjścia z biblioteki. – Ojciec kazał ci przekazać, że masz wrócić szybciej do domu. Jedziecie do Victora, chyba chce cię wyswatać z jego córką czy coś. Boże, ale się cieszę, że jestem na to za stary.
Jordan odprowadził brata wzrokiem i zerknął na zegarek. Jeszcze trochę i będzie znał te zadania na pamięć.

***

San Nicolas de los Garza, rok 2014

Wparował do pokoju starszego brata, nawet nie kłopocząc się, by zapukać. Był wściekły, mimo że nie powinno go to już obchodzić. Zerwał z Dalią tuż po swoich szesnastych urodzinach, ale nie mógł pozostać obojętny, kiedy widział, jak cheerleaderka się stacza.
− Dostarczasz Dalii dragi – wypalił, stając nad biurkiem Franklina, który akurat studiował jakieś podręczniki do prawa. Starszy z braci Guzman obejrzał się w jego stronę z taką miną, że nie było mowy o pomyłce. – Boże, ty też jesteś naćpany? Od jak dawna to trwa?
− Jakieś kilka miesięcy – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Poczęstowałbym cię, ale nie potrzebujesz.
− Cholera, Franklin, pojebało cię? Co to takiego? Amfetamina? Coś na skupienie, lepsze wyniki w nauce? Sterydy? – Zaczął przetrząsać szafki i szuflady brata, jakby miał nadzieję znaleźć tam wszystko a następnie spłukać w kiblu. – Byłeś naćpany, kiedy omal nie zabiłeś Marcusa na boisku zeszłej wiosny?
− Przesadzasz. – Brunet zatrzasnął jedną z szuflad z lekkim zniecierpliwieniem dla zachowania młodszego wkurzającego brata. – Przecież żyje.
− Tak i jego kariera sportowa legła w gruzach. Coś ty sobie myślał? – Jordan złapał się za głowę. Nie pojmował, co się działo z jego bratem. Nigdy nie byli aż tak blisko, ale jednak sądził, że gdyby miał problemy, przyszedłby z tym do niego. Franklin wolał jednak rozwiązywać swoje troski sam z pomocą kilku chemikaliów. – Skąd to w ogóle masz?
− Cyganie w okolicy mają przystępne ceny.
− Cyganie? – Jordan uniósł brwi, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Wiesz, że to towar Templariuszy? Kupa różnego świństwa.
− To tylko amfa.
− Nie słyszałeś tych plotek, że zaczynają eksperymentować? Wrzucają do towaru jakieś gów*o i wciskają niczego niespodziewającym się dzieciakom.
− Plotki to tylko plotki, Jordan. Jak widzisz mam się dobrze. I nauka lepiej wchodzi, a to najważniejsze. – Wskazał na podręcznik do prawa, który wykuwał prawie na pamięć, przygotowując się do egzaminu na pierwszym roku studiów. Jordi nie wytrzymał.
− Okej, skoro to nic takiego, to nie będziesz miał nic przeciwko, jak się poczęstuję? – młodszy z braci wyciągnął fiolkę z szuflady z prędkością światła i uniósł ją wysoko w górę, kiedy Franklin poderwał się z miejsca. – Co, jednak się boisz, że się zatruję?
− Nie, po prostu wiem, że to nie w twoim stylu. – Franklin wzruszył ramionami, ale minę miał niewyraźną. Cząstka jego bała się, że brat może ucierpieć, próbując dać mu lekcję. Jordan dobrze o tym wiedział.
− Powiem mamie. Nie żartuję. – W jego głosie dało się wyczuć determinację. Nie gadał z matką, unikał jej jak mógł, bo wciąż suszyła mu głowę o zerwanie z Dalią Bernal, ale to wymagało od niego poświęcenia.
− Nie jesteś kapusiem. A zresztą, w sumie to droga wolna. – Brunet usiadł ponownie na krześle i wskazał bratu drzwi. – Idź i jej powiedz. Ciekawe, jak zareaguje.
− Myślisz, że mi nie uwierzy?
− Nie jesteś znany z prawdomówności, braciszku. W tym jednym doścignąłeś ojca. Kto wie, może jednak kiedyś będziesz w czymś lepszy od niego.
− To nie jest śmieszne.
− Trochę jest. Ale idź, spróbuj. – Franklin znów machnął kilka razy ręką, teraz już przestając się uśmiechać. – Ale jak nazwie cię szukającym atencji gówniarzem, to nie przychodź mi tutaj z płaczem. Już starczy, że Nela beczy po nocach.
− Może gdyby twoi kumple się z niej nie nabijali, to by tego nie robiła. Zamierzasz im powiedzieć, żeby przestali, czy mam któremuś przypomnieć, gdzie jego miejsce?
− Już im mówiłem, ile można? Wiedzą, że z moją siostrą nie mogą zadzierać. Ale ty ich tylko wkurzyłeś, kiedy wybiłeś ząb Patricio.
− Zasłużył.
− Zgadzam się, ale po co się wtrącasz? Mama i tak ma to gdzieś. – Franklin wzruszył ramionami, wykorzystując nieuwagę brata i wyrywając mu fiolkę z prochami z ręki. – Pilnuj własnego nosa, Jordan. Ja ci nie wchodzę w paradę. Wybacz, ale mam ważny egzamin w poniedziałek, od którego zależy moja przyszłość.

***

Obecnie

Jako dziecko uwielbiał klocki lego, puzzle, wszelkiego rodzaju łamigłówki logiczne. Było coś odprężającego w połączeniu ze sobą pasujących elementów. Wtedy nigdy nie sądził, że kiedykolwiek zostanie policjantem, a tym bardziej agentem FBI, ale teraz miało to sens. Klocki pozwalały mu oczyścić umysł, bo zajmował się nimi zamiast nieustannie wałkować w głowie przeróżne potencjalne scenariusze. Był to jedyny czas, kiedy nie myślał o Odinie, Los Zetas, o Jasonie, Bruno czy o tym jak bardzo ma ochotę odwiedzić Joaquina i poprosić go o działkę. Mały Alec nie był zachwycony, kiedy Lucas przyniósł klocki i rozłożył je na podłodze w salonie. Chłopiec ostatnio bardzo się rozgadał i lubił gonić za Hermesem, wszędzie go było pełno. Jednak nawet on, widząc zainteresowanie wujka, przysiadł po turecku na miękkim dywanie i z językiem wciśniętym między zębami próbował dopasować wyjątkowo uparty kawałek.
− Skąd ta niewesoła mina? Nie ustrzeliłeś indyka? – Hernandez kątem oka dostrzegł przyjaciela, który zamyka za sobą drzwi wejściowe z takim zmęczeniem na twarzy, jakby przebiegł maraton.
− Indyka nie, tylko wielką świnię. – Magik założył ręce na piersi i uśmiechnął się, patrząc na synka, który miał na twarzy takie skupienie, że nie ulegało wątpliwości, że kiedyś osiągnie wielkie rzeczy. – Będzie geniuszem, mówię ci. – Javier wskazał palcem na Alexandra, jakby rzucał wyzwanie Lucasowi. Ten jednak pogłaskał chłopca po włosach i wstał z miejsca, by móc pogadać z przyjacielem.
− Nie będzie Święta Dziękczynienia w tym roku? – zapytał, wyciągając z lodówki butelkę coca-coli i nalewając sobie napoju do szklanki. – Potrzebuję cukru – wyjaśnił, kiedy Javier zacmokał cicho na widok niezdrowego picia.
− Nie czuję w tym roku ducha świąt. Nie mam za co być wdzięczny. – Magik oparł się o wysepkę w kuchni, dumając nad tymi wszystkimi okropnościami, które się ostatnio wydarzyły. – Moja żona omal nie zginęła, mój przyjaciel… cóż, omal nie zginął, mój ojciec umarł, a mój brat…
− …jest dziwny – dokończył za przyjaciela Luke, upijając kilka łyków coli.
− Atticus jest specyficzny.
− Przecież mówię.
− No w każdym razie to chyba nie jest dobry moment na świętowanie. – Javier odwrócił się i wpatrzył w blond synka, który pracował z klockami w spokoju. – Jak ci się udało go namówić, żeby usiadł w miejscu?
− Mam swój niepowtarzalny urok. – Lucas chciał usiąść, ale jego kolano podrygiwało nieustannie, więc zrezygnował i oparł się o ścianę. – O co chodziło z tym całym polowaniem?
− Daj spokój, jedna wielka bzdura. Rodzina obrzucająca się błotem i Mariano Olmedo próbujący zjednać sobie elitę. – Magik machnął ręką i przez chwilę milczał, po czym w końcu się odezwał: − Zaproponował, że zainwestuje w Nibylandię.
− Zgodzisz się?
− Nie wiem, wolałbym to najpierw przedyskutować z Victorią.
− Jasne, tak będzie najlepiej. – Lucas pokiwał głową, zastanawiając się, czy to rozmowa z nim skłoniła Victorię do powrotu do domu. Javierowi nie powiedział, że się z nią widział i podejrzewał, że blondynka też milczała w tej kwestii. Powrót Victorii oznaczał tylko jedno – znów stał się bezdomny i musiał poszukać innego lokum. Javier i Vicky powinni spędzić trochę czasu razem bez osób trzecich. – Ten Mariano Olmedo to kto to w ogóle jest?
− Facet, który ma dużo forsy i jeszcze więcej wolnego czasu. Taki typowy patriarcha, macho, głowa rodu. Byś widział, jak musztrował dzisiaj wnuka. Nie powiem, Jordi jest wrzodem na tyłku, sam się zdążyłem przekonać, ale stary działa mi na nerwy. – Javier skrzywił się na wspomnienie pana Olmedo. – Ale dodatkowy inwestor zawsze się przyda. A skoro mowa o starych dziadach, ty nie powiedziałeś mi w końcu, czego dowiedzieliście się z Evą u tego Mazzarello – zmienił temat i tym razem to Luke miał ochotę machnąć ręką. Opowiedział mu jednak o wszystkim. – Eva ma rację, ten dziedzic Odina, kimkolwiek jest, może zakończyć wojnę. Znajdę go, to nie będzie trudne. Powiedz tylko słowo. – Javier udał, że rozgrzewa palce do klawiatury, a Lucas się roześmiał.
− Nie wątpię w twoje umiejętności, ale nie wiem, czy tego chcę. Ten dzieciak jest gdzieś bezpieczny z dala od tego wszystkiego. Wplątywanie go w wojnę karteli i osadzanie na tronie to totalny egoizm.
− Nie jeśli rzeczywiście miałby zapobiec dalszemu panoszeniu się Odina i jego ludzi w miasteczku. Luke, jeśli jest jakaś szansa, to pozwól mi to zrobić.
− Pomyślę. – Hernandez pokiwał głową, obiecując, że się zastanowi. Tymczasem miał do przyjaciela inną prośbę. – Muszę skontaktować się z dziadkiem. Wybadać, ile wie na temat tego, co się tu stało. Jaki jest oficjalny powód mojego zniknięcia, czy Jason odzywał się w centrali i czy wiedzą coś na temat Odina. FBI i DEA bardziej skupiali się na Templariuszach, ale to oczywiste, że Los Zetas od dawna robili z nich kozłów ofiarnych. Nie zdziwiłbym się, gdyby to oni rozprowadzali wynalazki Joaquina i zwalali całą winę na konkurencyjny kartel.
− Mam skontaktować się z emerytowanym agentem FBI tak, żeby nikt się nie dowiedział? Bułka z masłem. Ale jestem pewny, że dziadzia cię szuka.
− Nie znasz Samuela Richmonda, Javi. – Luke się roześmiał. On i dziadek nigdy nie byli blisko. Ojciec jego matki nie okazywał nigdy cieplejszych uczuć, a on nigdy też tego nie oczekiwał.
− Gorszy od Mariano Olmedo chyba być nie może.
− No nie wiem, z tego co mówisz wynika, że chyba są po tych samych pieniądzach.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5752
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 20:19:55 23-10-23    Temat postu:

CAPITULO 144 cz. 2

San Nicolas de los Garza, rok 2014

Okropnie się pokłócili. Silvia i Franklin nigdy się tak do siebie nie zwracali, ale tego wieczora było inaczej. Nawrzucali sobie sporo. Nela nie mogła tego słuchać i zaszyła się w swojej sypialni, zakładając na uszy słuchawki i brzdąkając na skrzypcach, z których wychodziły nieczyste dźwięki. Jordan nie miał siły jej upominać. Bolały go uszy, ale postanowił sobie, że nie będzie się wtrącał. Matka wyszła z domu trzaskając drzwiami i zapewne pojechała do redakcji, tam gdzie zawsze znikała, żeby odreagować problemy rodzinne, a ojca jak zwykle nie było w domu. Pewnie znów był u kochanki, Jordan stracił już rachubę, ile ich było.
− Wychodzisz? – zapytał brata, który ze złością chwycił kluczyki do samochodu. – Już późno.
− Nie denerwuj mnie, Jordan. Idź spać.
− O co poszło?
− Zostaw mnie, do cholery.
− Znów ćpałeś?
Za te słowa zarobił cios z pięści. Zatoczył się na balustradę i omal nie spadł ze schodów, tak był zaskoczony. Franklin zbiegł szybko na dół, nie próbując dowiedzieć się, czy bratu nic nie jest. Jordi zareagował instynktownie. Niemal skokiem pokonał stopnie i już po chwili znalazł się przed domem, gdzie Franklin odpalał silnik auta. Dostał je na osiemnaste urodziny od rodziców, by mógł dojeżdżać na wykłady i praktyki. Wtedy Jordan mu zazdrościł, teraz czuł, że to przekleństwo. Dopadł do błyszczącej maski i uderzył w nią kilka razy, próbując zmusić brata, by wyłączył silnik, otworzył drzwi i z nim pogadał, ale bezskutecznie. Franklin wcisnął pedał gazu, niemal rozjeżdżając Jordana, który przeraził się nie na żarty. Kiedy brat wycofywał z podjazdu, nie wahał się ani chwili. W biegu dopadł do drzwi od strony pasażera i wsiadł do środka, dysząc ciężko i przeklinając.
− Franklin, idioto, zatrzymaj się, nie możesz tak prowadzić!
− Wysiadaj, Jordi, mówię poważnie. Chcesz, żebym cię wypchnął?
− Tylko spróbuj! Zobaczymy, czy jesteś taki silny czy to tylko prochy.
− Niech cię diabli, Jordan.
− Zwolnij! Co się dzieje? – Młodszy Guzman z niepokojem obserwował kierowcę, który jechał niemal slalomem. – Pogadaj ze mną!
− Nie ma sensu dłużej gadać, Jordi. Oni nigdy nie zrozumieją. Nigdy nie przestaną.
Jordan poczuł, że coś wielkiego i ciężkiego opada mu na dno żołądka. Jego brat, wielki chłop, który podobał się wielu dziewczynom w szkole, zawsze twardy i nieustępliwy, petarda na boisku do piłki nożnej, pilny uczeń i duma rodziców, płakał. Łzy udaremniały mu widzenie, ale parł do przodu, nie patrząc na nikogo i na nic. Dzięki Bogu ulice San Nicolas były niemal puste.
− Zatrzymaj się, proszę cię! – krzyknął w desperacji Jordan, a kiedy brat nie usłuchał, rzucił się w jego stronę, by przejąć kierownicę. Oberwał tylko łokciem w nos.
− Zapnij pasy.
− Zatrzymaj się!
− Pasy, Jordan!
Wkurzony dał za wygraną i zapiął pas, z niepokojem obserwując, co się dzieje.
− To twój plan, chcesz się zabić?
− Może tak będzie dla wszystkich lepiej.
− A ja? Mnie też zabijesz? Wiedziałem, że jesteś skurwielem, ale że aż takim? – Jordan wbił się w oparcie fotela, modląc się, by brat się opamiętał. Jego umysł był jednak zaćmiony narkotykami i bezdennym smutkiem, na które nie było lekarstwa. – Błagam cię, zatrzymaj się.
− Wiesz, może to i lepiej. Może tobie też zrobię przysługę.
− Bredzisz, Franklin. Ja nie chcę umierać, rozumiesz?!
− Nie chcesz? Ja tak. Już dłużej tego nie zniosę. Myślałem, że ty też. Chociaż z tobą jest inaczej, ojciec zawsze miał do ciebie słabość. Usprawiedliwiał twoje wybryki. To mnie się zawsze obrywało jako starszemu. Mnie zawsze obwiniał o to, że musiał ożenić się z matką zamiast zejść się z Normą Aguilar.
− Potrzebujesz pomocy, Franklin. Pomogę ci, okej? Tylko proszę, zatrzymaj się. – Jordan zacisnął dłonie na pasie bezpieczeństwa, mając nadzieję, że brat się opamięta i że nie będą one potrzebne. Wyjechali teraz z miasta i pędzili szosą, jednak Franklin nie miał żadnego zamiaru przydepnąć hamulca.
− Sam bredziłeś, że wszyscy przy tobie umierają. Może jak nam się dziś poszczęści, to ja też zginę.
− Błagam cię, Franklin, zwolnij, zabijesz nas obu!
− Nie, bracie. Dziś zginę tylko ja. Nie martw się.
Nie pamiętał, co stało się później. Był tak przerażony, że jego szesnastoletnie życie przeleciało mu przed oczami. Ogłuszający hałas, trzask łamanych gałęzi i dźwięk zbitej szyby oraz ból i ciemność.

*

San Nicolas de los Garza, rok 2014

Był bystry, ale nawet on nie rozumiał, co się dzieje, kiedy otworzył oczy i zobaczył, że jest przykuty do różnych maszyn. Bolało jak cholera i kiedy wymacał żebra tuż pod sercem, poczuł, że ma tam opatrunek. To by wiele wyjaśniało. Brat był jego pierwszą myślą. Musiał się z nim zobaczyć i upewnić się, że nic mu nie jest, ale instynktownie czuł, że słowa Franklina były prorocze. Poczuł, że nogi się pod nim uginają.
− Jordi, nie wstawaj! – To Debora podbiegła do niego i z trudem złapała go, zanim upadł, niemal siłą wciskając go do łóżka. – Dopiero co cię wybudzili. Zawołam lekarza.
− Franklin? Co z Franklinem?
Jedno spojrzenie na twarz ciotki wystarczyło, by poznał brutalną prawdę. Prawdę, którą znał, zanim tak naprawdę się obudził. Zakręciło mu się w głowie. Był nieprzytomny kilka dni, pogrzeb już się odbył, nawet nie mógł go pożegnać, nie mógł wytłumaczyć, nie mógł pocieszyć Neli, która pewnie odchodziła od zmysłów. Nie zdziwiło go, że żadnego z rodziców przy nim nie ma, do tego był przyzwyczajony i choć bolało, nauczył się już z tym żyć. Nie mógł się doczekać wyjścia ze szpitala, nigdy nie mógł usiedzieć w miejscu. Przecież nie bez powodu lekarze wmawiali mu od dziecka, że ma ADHD, ale choć jego życiu nic nie zagrażało, musiał jeszcze przejść szereg badań. Nie mógł się powstrzymać od śmiechu, kiedy lekarze nazywali go „prawdziwym szczęściarzem”. Czy naprawdę sądzili, że to szczęście? Matkę zobaczył po raz pierwszy dopiero kilka dni po wybudzeniu ze śpiączki farmakologicznej. Przyniosła mu rzeczy na zmianę, by kolejnego dnia mógł wrócić do domu w ciuchach, które nie były uwalane krwią. Nawet ucieszył się na jej widok. Jednak już z daleka widział, że ona i Debora się kłócą, dlatego postanowił udawać, że śpi.
− Zabieram Jordana i Nelę do siebie na jakiś czas – mówiła Debora, starając się brzmieć pewnie i bez emocji, ale nie pasowało to do niej. Była wściekła i chciało jej się płakać, tego nie umiała ukryć. Ich głosy brzmiały głośno i wyraźnie, kiedy rozmawiały przed salą szpitalną nastolatka. – Zasłużyli na odpoczynek.
− Dobrze wiesz, że nie ma takiej opcji. Ludzie będą gadać. – Silvia weszła do środka, gwałtownie otwierając drzwi, ale kiedy jej wzrok padł na śpiącego syna, nieco się uspokoiła, by go nie budzić. Jordan instynktownie czuł, że nie chciała, by się obudził, nie chciała konfrontacji.
− Mam gdzieś ludzi, Silvio. Te dzieciaki tyle przeszły… a wy i tak jesteście wciąż zajęci. Proszę cię, chociaż tydzień, to im dobrze zrobi.
− Nie ma mowy, mają szkołę i zajęcia pozalekcyjne. Teraz muszą wrócić do normalności możliwie jak najszybciej.
− Potrzebują czasu na żałobę.
− Proszę cię. – Silvia prychnęła, przeczesując włosy palcami. Mimo dość młodego wieku tu i tam pojawiły się siwe pasma.
− Ty też tego potrzebujesz. Weź urlop. Wyjedziemy wszyscy razem. Mam znajomego w Paryżu…
− Żartujesz? Mam pracę, zobowiązania! Nie mogę tak po prostu wyjechać sobie na wakacje. To że ty nic nie robisz i żyjesz chwilą nie znaczy, że reszta też może tak po prostu wszystko rzucić.
− Nie rozumiem cię. Straciłaś syna. Powinnaś o tym z kimś porozmawiać. Wiem jak to jest, Silvio, nie musisz przez to przechodzić sama. Jordan i Nela też nie.
− Więc może powiedz swojemu bratu, żeby z łaski swojej wyszedł z ratusza i czuwał przy łóżku syna? Jakoś nigdzie nie widzę Fabiana. Czemu to mi się zawsze obrywa i to ja jestem ta zła?!
Silvia uniosła głos, ale po chwili się zreflektowała, nie powinna robić scen w szpitalu, tym bardziej kiedy Jordan spał. Debora się zawstydziła. Prawdą było, że próbowała odbyć tę samą rozmowę z Fabianem, ale efekt był taki sam jak przy jej bratowej – jak grochem o ścianę. Każdy z nich radził sobie z żałobą na własnych warunkach.
− Porozmawiaj ze mną – poprosiła Debora, a w jej oczach zalśniły łzy. Nigdy nie lubiły się z Silvią, ale obie były matkami i obie wiedziały, jak to jest stracić ukochane dziecko. Deb nie życzyła tego najgorszemu wrogowi.
− Co chcesz, żebym ci powiedziała? – Silvia wzruszyła ramionami, dając za wygraną. – Mój syn nie żyje. Miał wypadek.
Jordan zacisnął mocniej powieki. Wypadek? Nikt nie znał prawdy? Franklin próbował się zabić. Udało mu się to. Omal nie zabił i jego, ale matka nazywała to wypadkiem.
− Pokłóciłam się z Franklinem tamtego wieczora. Wiem, że Jordan mu coś nagadał, dlatego wyszedł z domu. Zawsze potrafił go wytrącić z równowagi.
− Silvio. – Debora nie dowierzała. Czy jej bratowa naprawdę zamierzała obwiniać o tę sytuację młodszego syna? – To nie wina Jordi’ego.
− Skąd wiesz? Może go zapytajmy? A nie, on i tak skłamie, jak zawsze. Zawsze robił, co chciał. Mam już tego serdecznie dość.
− Nie pozwolę ci…
− Wyjdź, Deb. Mówię poważnie. Idź stąd, bo nie chcę cię uderzyć. – Silvia wskazała jej drzwi, a kiedy zamknęły się za szwagierką, usiadła na kanapie i ukryła twarz w dłoniach, szlochając rzewnie po raz pierwszy od czasu pogrzebu. – Dlaczego on? Dlaczego moje dziecko? – powtarzała, a Jordan miał ochotę wstać i ją przytulić, mimo że wiedział, że na pewno go odtrąci i zwymyśla, bo taka już była. Nigdy nie pokazywała prawdziwych uczuć. To u nich rodzinne. – To powinieneś być ty. Dlaczego ty przeżyłeś, a on nie? Dlaczego?
Poczuł się tak, jakby ktoś właśnie przeprowadził mu na żywca zabieg kardiochirurgiczny. Jakby mu rozpruli klatkę piersiową i zmiażdżyli serce. Nawet w największych koszmarach nie usłyszał od matki tak podłych słów. Nie był nawet w stanie się rozpłakać, za bardzo bolało.
− Ty powinieneś zginąć, nie Franklin. Nie powinieneś się w ogóle urodzić.

***

Pueblo de Luz, rok 1998

Słowa teścia dźwięczały mu w uszach jeszcze długo po tym, jak go pożegnał, udając szczęśliwą rodzinkę. Silvia obserwowała go z oddali, opierając się o framugę drzwi, w dłoniach trzymając kieliszek z winem.
− Kiedy zamierzamy im powiedzieć?
− Nie słyszałaś, co mówił twój ojciec? Chce mieć kolejną wnuczkę. Albo wnuka. – Fabian zabrał się za sprzątanie po kolacji, widząc, że jego żona niespecjalnie się tym przejmuje.
− I od kiedy nas to obchodzi? – Upiła łyk wina, ale po chwili poczuła, że mężczyzna wyciąga jej kieliszek z ręki.
− Nie powinnaś.
− A co za różna? Przecież Osvaldo zrobił mi termin. Nie spodziewam się, że się tam pojawisz, więc potrzebuję chociaż trochę się zrelaksować.
− Myślę o tym, co powiedział Mariano. Popełniamy błąd. – Fabian zatrzymał się przy kuchennym zlewie i oparł o niego dłonie, nie patrząc na żonę, ale z łatwością wyobrażając sobie jej minę.
− Nie mówisz poważnie. Ja nie chcę tego dziecka, Fabian. Umówiliśmy się, że się go pozbędziemy. Ty też go nie chcesz.
− Nie wiem, czego chcę.
− A to nowość. – Silvia roześmiała się w swoim stylu. – Powiem ci, czego chcesz – chcesz wkupić się w łaski mojego ojca. Chcesz ciągnąć tę farsę tak długo, aż będziesz miał z tego korzyści. Tatuś chce wnuczka? Pewnie, zróbmy sobie dziecko! O nie, już niestety zaliczyliśmy wpadkę. Dobrze, że mamy znajomego lekarza.
− Tak sobie myślę, że popełniamy błąd. – Guzman zignorował jej słowa i odwrócił się. W jego oczach dostrzegła coś, czego nie widziała wcześniej. Może nadzieję? Może jakieś wyrzuty sumienia? Ciężko go było rozgryźć. – Chciałaś mieć więcej dzieci, zawsze o tym mówiłaś. Franklin miałby rodzeństwo.
− Chciałam mieć więcej dzieci z mężem, który mnie kocha. Nigdy nie pisałam się na bycie inkubatorem dla twoich ambicji. Nie będę siedzieć w domu i niańczyć dzieci, kiedy ty będziesz się zabawiał na mieście ze swoimi doktorantkami.
− Silvio…
− Nie „silviuj” mi teraz, Fabian. Umawialiśmy się!
Łzy przysłoniły jej widoczność, więc wzdrygnęła się, kiedy mąż podszedł do niej i położył jej dłonie na biodrach. Było w nim coś innego, coś czego od dawna nie widziała. Może rzeczywiście chciał, żeby to wypaliło. Może choć przez chwilę chciał stworzyć rodzinę. A może po prostu wiadomość o zbliżających się narodzinach małego Marcusa Delgado Aguilar tak na niego podziałała. Wolała nie myśleć o tym ostatnim.
− Może nam się udać. – Fabian otarł jej łzy z twarzy tak delikatnie, że zdziwił chyba nawet samego siebie. – Możemy spróbować.
− A jak nie wyjdzie? To dzieci znienawidzą nas oboje.
− Nie ma rodziców idealnych.
Silvia wpatrywała się w męża z ciekawością. Zgodziła się. I była to najgorsza decyzja w jej życiu.

***

Obecnie

Śmierć ojca i wszystko, co wydarzyło się w ostatnim czasie dały mu sporo do myślenia. Wykład Emily Guerry zrobił furorę − choć wiele osób się do tego nie przyznawało, zaczynali bardziej przykładać uwagę do bezpieczeństwa a także zwracali większą uwagę na swoich sąsiadów, nie wiedząc, gdzie tak naprawdę czai się wróg. Dlatego sierżant Carlos Jimenez wpadł na pomysł zorganizowania zajęć z samoobrony w szkole. Głównie chciał pomóc młodym dziewczętom, ale również chłopcy mogliby skorzystać na kilku lekcjach. Niewielu z nich uczęszczało na zajęcia do ośrodka, gdzie on i Julian oferowali takie ćwiczenia, więc przedstawił swój projekt Oliverowi, który podłapał pomysł i odstąpił kilka lekcji wychowania fizycznego, by mogli zrobić demonstrację.
Na lekcji z czwartą klasą uczniowie zebrali się tłumnie, zarówno dziewczęta, jak i chłopcy. Pojawili się również członkowie ciała pedagogicznego, w tym Conrado Saverin i Eric DeLuna.
− Saverin, ty na lekcji z samoobrony? Myślałem, że ciebie bardziej interesuje atak. – Lalo Marquez, który asystował Carlosowi i jego znajomym, miał nietęgą minę na widok nauczyciela, który parę miesięcy temu pobił go niemal do nieprzytomności.
− Nigdy nie jest za późno, żeby nauczyć się czegoś nowego. Prawda, Ericu? – dodał w stronę Santosa, który mierzył podejrzliwym wzrokiem podgolony łeb Eduarda.
− Ja tam chętnie bym poćwiczył atak – odpowiedział, a Lalo Marquez zadrgał groźnie policzek. Ten facet go irytował.
− Jak tam ręka? – zagadnął Quen, witając się z nauczycielem, który uśmiechnął się na jego widok.
− Goi się jak na psie. A twoja? – wskazał na jego poznaczoną bliznami lewą dłoń, która lekko zadrgała.
− Pracuję nad tym – wyjaśnił oględnie nastolatek, kiwając im głową i odchodząc do swoich znajomych.
− Witajcie wszyscy. Dziękuję, że poświęciliście nam czas. Dziękuję też Oliverowi, ze udostępnił nam salę gimnastyczną. – Carlos uśmiechnął się lekko w stronę kumpla, zwracając się do wszystkich obecnych. – Razem z kolegami z remizy, doktorem Vazquezem i waszymi nauczycielami wf, zaprezentujemy wam kilka przydatnych chwytów, które mogą wam uratować życie.
− Nie jak napastnik ma garotę. – Ignacio Fernandez jak zwykle był sceptycznie nastawiony. Trudno było się z nim nie zgodzić. Nawet Rosie, która stała obok, musiała mu to przyznać.
− Albo nóż – dodała, a kilka osób pokiwało głowami z lekkim strachem.
− Nie bójcie się, pokażemy też i takie scenariusze. – Carlos kontynuował, trochę jednak zdeprymowany. Uczniowie wydawali się nie mieć woli do nauki, jakby trochę się poddali. – Marcus, zechcesz mi asystować?
− Wybacz, Carlos, ale może ja to zrobię? – Oliver zatrzymał Jimeneza, wyciągając w jego stronę rękę. – To twój brat, uczniowie mogą pomyśleć, że celowo dajesz mu fory.
Kilka osób się z tym zgodziło, a najgłośniej zaklaskał Ignacio Fernandez, za co zarobił łokciem w żebra od Quena, który udał, że po prostu przeciskał się w tłumie, by lepiej zobaczyć maty do ćwiczeń i instruktorów. Marcus wystąpił z szeregu i podszedł do Bruniego. Olivia obserwowała ich z boku ze strachem.
− To na pewno w porządku? – Delgado zwrócił się do nauczyciela, wskazując na jego lewe ramię. – Nie chcę zrobić panu większej krzywdy.
− Nie przejmuj się, Delgado, nie zrobisz. Z moim ramieniem już dobrze.
− Skoro pan tak twierdzi.
Oliver zaprezentował jakiś chwyt, a wszyscy wstrzymali oddechy, kiedy Marcus próbował się wyswobodzić. Quen i Felix wymienili porozumiewawcze spojrzenia, bo jasne było, że Bruni jest wprawiony w boju. Marcus jednak znał już ten chwyt od Juliana Vazqueza z ich indywidualnych zajęć, więc wiedział, jak się bronić. W rezultacie obaj wylądowali na macie.
− Nieźle, Delgado. Kto cię tego nauczył?
− To będę ja. – Julian uśmiechnął się lekko w stronę Bruniego, jakby wyczuł dziwną atmosferę i zarządził, by uczniowie ustawili się gęsiego przy każdym materacu.
− Guzman, chodź tu, poćwiczymy jak za dawnych lat. – Carlos uśmiechnął się serdecznie na widok Jordana, który został wepchnięty pierwszy w kolejkę do jego stanowiska.
− Wiesz, że prawdziwy napastnik na pewno się tak nie szczerzy? – zapytał z nietęgą miną szatyn, a Jimenez nieco się zmieszał. Założył mu chwyt od tyłu i po chwili przewrócił go na matę z impetem.
− Może trochę łagodniej, co? Chcesz, żebym wypluł płuca? – Jordan zakaszlał cicho, a Jimenez nachylił się nad nim i podał dłoń, by pomóc mu wstać.
− Coś ty taki delikatny?
− Jak panienka – mruknął Fernandez, ale zaraz potem przyszła jego kolej i Carlos rzucił go na matę z łatwością, jakby rzucał lalką.
Kolejka przy Oliverze Brunim coraz bardziej się skracała, a Marcus spiął się cały, kiedy zauważył, że ustawiły się tam dziewczęta. Jedne chciały poćwiczyć z przystojnym nauczycielem, inne zostały tak rozdzielone i nie były z tego powodu zadowolone.
− Idź do Pilar. – Marcus zagrodził przejście Ruby Valdez, która została ustawiona w kolejce do Bruniego i miała taką minę, jakby szła na ścięcie. Delgado wskazał na panią strażak która miała swoją matę niedaleko Carlosa.
Ruby zerknęła na wysokiego chłopaka ze strachem, ale nie było czasu się zastanawiać, bo chwilę później została pociągnięta za rękę przez Olivię, która również wolała ćwiczyć z kobietą. Instruktorzy pokazali im kilka chwytów i potencjalnie niebezpiecznych sytuacji, a następnie zademonstrowali, jak można odeprzeć atak. Uczniowie jakoś sobie radzili, głównie chłopcy, którzy od dziecka wychowywali się u Ignacia Sancheza albo którzy chodzili na boks u Juliana, ale reszta była w totalnym chaosie. Znali jednak podstawy i wkrótce nauczyciele podzielili ich na pary.
− Może ja? – Conrado sam się zgłosił do pary z Quenem, widząc, że jedynym wolnym kandydatem był jeszcze tylko Lalo Marquez.
− Serio, Saverin? Chcesz znów wylądować na podłodze tak, jak wtedy na murawie? – Ibarra zaśmiał się lekko, ale nie było to złośliwe, wręcz przeciwnie. Zdążył polubić Conrada i nawet ze śmiechem wspominał ich początki, kiedy faulował go w charytatywnym meczu wielkanocnym.
− A słyszałeś powiedzenie, że krowa, co dużo ryczy, daje mało mleka? – Na twarzy nauczyciela przedsiębiorczości pojawił się delikatny uśmiech. Trochę uraził jego dumę.
Chwilę później Saverin leżał już jednak na macie, uderzając w nią z głośnym plaśnięciem. Quen był z siebie niebywale zadowolony. Natomiast Felix miał nietęgą minę, kiedy trafił do pary z Ericiem DeLuną. Mężczyzna zdjął okulary odłożył na parapet, rozciągając kończyny, co wyglądało nieco złowrogo.
− Dawno tego nie robiłem, daj mi trochę fory. – Santos uśmiechnął się do kapitana jego drużyny pływackiej, a kilka osób stojących z boku się zaśmiało.
− Castellano i fory? Przecież on nie dałby sobie rady z moją sześcioletnią siostrą, a co dopiero z dorosłym facetem. – Ignacio Fernandez i jego kumple przypatrywali się temu starciu z wyraźną uciechą.
Felix pewnie by się zawstydził, gdyby nie to, że było w tym sporo prawdy. Zawsze był wysoki i chudy. Nie przesiadywał na siłowni jak jego koledzy, mięśnie ćwiczył raczej tylko na basenie i nie miał doświadczenia w walce wręcz. W starciu jeden na jeden pewnie by sobie poradził, zdarzało mu się bić, ale z reguły unikał konfrontacji i starał się dotrzeć do przeciwnika, używając słow. W tej materii zawsze był zupełnym przeciwieństwem swojego najlepszego przyjaciela Jordana. Ludzie śmiali się, że przypominają Basty’ego i Ivana – u nich również jeden odpowiadał za rozum, a drugi za pięści. Nie znaczyło to wcale, że młody Castellano był mięczakiem. Ci, którzy byli nad jeziorem kilka miesięcy temu widzieli, jak stracił nad sobą panowanie i pobił Lalo Marqueza, który groził jego siostrze. To był jedyny wyjątek – kiedy ktoś obrażał czy groził Elli, Felix zamieniał się w mamę niedźwiedzicę. I mówiąc całkiem szczerze, trochę go to przerażało. Podszedł jednak do Erica, próbując ignorować śmiechy za plecami i spróbował wykonać ruch, który wcześniej zademonstrował im Carlos. Silne ramiona DeLuny puściły i przewrócił się na matę, śmiejąc się w głos.
− W porządku? – zapytał nauczyciela, pomagając mu wstać. Santos wyraźnie dobrze się bawił.
− Wszystko gra. Ale popracuj trochę bardziej nad tężyzną, bo te zawody musimy wygrać.
Felix zrobił lekko obrażoną minę. Dokładnie to samo insynuował mu ojciec. Potarł swoje bicepsy, zastanawiając się, czy rzeczywiście nie powinien trochę przypakować.
− Widzieliście, jak powaliłem Saverina? – Quen opowiadał dumnie, kiedy szli korytarzem po zajęciach.
− Taaak, bo on na pewno się nie podłożył. – Lidia roześmiała się tak złośliwie, że Enrique poczuł się urażony. – No proszę cię, przecież mógłby cię położyć z palcem w nosie. Dał ci wygrać.
− Niby po co miałby to robić?
− Tak już jest z ojca…. Oj, ale mnie rozbolał brzuch. – Montes spaliła buraka i złapała się za brzuch, chwytając pod ramię Rosie, którą szybko poprowadziła do łazienki.
− A tej co jest? Co chciała powiedzieć? – Ibarra zwrócił się do Marcusa i Felixa, szukając sprzymierzeńców, ale Delgado taktownie odwrócił wzrok, a Castellano wzruszył ramionami.
− No przecież widać było, że się podłożył. Zresztą nie tylko on.
− Co masz na myśli? – Tym razem Delgado zerknął na Castellano z ciekawością.
− Wszyscy się hamowali, nie chcieli zrobić nam krzywdy – wyjaśnił brunet, ale Marcus czuł, że nie mówi mu wszystkiego.

***

Szkolna biblioteka była ostoją spokoju i miejscem, gdzie Ariana Santiago mogła w spokoju poszerzać swoje horyzonty. Nie jako pisarka, o tym na razie zupełnie zapomniała. Chodziło raczej o prywatne śledztwo w sprawie Fabiana Guzmana, które pochłaniało ją bez reszty. Profesor tak ją intrygował, że czasami łapała się na tym, że robi notatki o nim, analizując jego mimikę i mowę ciała, zamiast zapisywać ważne rzeczy do egzaminu.
− Niedługo dopiszesz tu serduszka i wasze inicjały. Trochę to żałosne, gringa. – Hugo miał na twarzy wyraz politowania, kiedy przeglądał jej notatki w zeszycie. – Co, boli, że nie zwraca na ciebie uwagi?
− Oszalałeś? Naprawdę tak niskie masz o mnie mniemanie? – Santiago wyrwała mu zeszyt, trochę urażona. Niektórzy powiedzieliby pewnie, że ma obsesję, ale ona się z tym nie zgadzała. Hugo po prostu był wyjątkowo wredny. – Może się lepiej pochwal, jak ci poszła randka z Astrid?
− Co? Skąd o tym wiesz? – Delgado lekko się zmieszał. Potarł nerwowo kark, po czym szybko schował rękę do kieszeni. Tyle przebywał z Quenem, że i jemu udzielił się ten odruch.
− Enrique lubi plotkować. I jak było? Chodzicie ze sobą?
− Ile ty masz lat? – Hugo się skrzywił. Czuł się jak na obozie harcerskim, gdzie chłopaki wymieniali się spostrzeżeniami na temat dziewczyn i chwalili się, którą udało im się pocałować. – Nie chodzę z Astrid, a zresztą to nie twoja sprawa.
− Wybacz, chciałam być miła. – Uniosła obie ręce do góry na znak, że już nie będzie go torturować, ale on wiedział, że to tylko przykrywka i w najmniej spodziewanym momencie i tak poruszy ten temat, więc wolał mieć to już za sobą.
− To nie wypali. Za dużo nas różni. Poza tym nie szukam teraz nikogo, nie nadaję się do tego.
− Do czego, do randek czy do małżeństwa? Astrid już ma pewnie wybraną suknię od czasów liceum, tak tylko mówię. – Ariana wzruszyła ramionami, ale na jej twarzy pojawił się tak złośliwy uśmieszek, że zapragnął go jej zmyć.
− Po prostu nie jestem typem takiego faceta. Siedzenie w domu z dziećmi to nie mój styl.
− Nie chcesz mieć dzieci?
− Nie powiedziałem, że nie chcę. – Zastanowił się nad tym przez dłuższą chwilę. Był dobrym wujkiem dla Jaime i Lori’ego oraz chyba dobrym chrzestnym dla Lucy, radził sobie nawet z krnąbrnymi nastolatkami, a przynajmniej z Quenem i Marcusem, ale nigdy nie myślał, że kiedyś sam będzie miał dzieci. – Nie, raczej nie chcę być ojcem. Ja? To by była katastrofa. Nie byłbym dobrym przykładem.
− Dlaczego? Jesteś dla siebie zbyt surowy, Hugo. – Ariana poczuła, że ktoś w końcu powinien mu to powiedzieć. – Dobrze radzisz sobie z dzieciakami.
− Nie z tymi z liceum. Są jak wrzody na tyłku. – Brunet wzdrygnął się i zerknął na zegarek. – To mi przypomniało, że właśnie trwa demonstracja sztuki samoobrony. Nie chciałaś iść? Komu jak komu, ale tobie by się to przydało.
− Mnie? Przecież niedawno twierdziłeś, że nikt nie tknąłby mnie nawet przez pomyłkę, chyba takich słów użyłeś. – Dziewczyna wysiliła pamięć, by przypomnieć sobie ich ostatnie docinki.
− Boże, aleś ty pamiętliwa. Szkoda, że tak łatwo nie wsiąka w ten twój móżdżek to, co mówię na temat trzymania się z daleka od spraw innych ludzi.
− Sam kazałeś mi mieć oko na Guzmana.
− Tak, ale nie kazałem ci do niego wzdychać.
− Przecież nie wzdycham!
− Dobra, niech ci będzie. Co dla mnie masz? – Zajrzał jej przez ramię do zeszytu, a ona odchrząknęła i postanowiła podzielić się wieściami.
− Fabian robi jakieś przysługi dla ordynatora, Osvaldo Fernandeza. Słyszałam jak Angelica Pascal, ich dawna nauczycielka, mówiła o tym w szpitalu z Jordanem. Podobno kryją swoje tyłki. To dziwne, prawda?
− Nie bardzo. – Hugo zmarszczył nos. Liczył, że wyniuchała jakąś większą sensację. – Ja też kryję tyłek Juliana i mogę liczyć na jego pomoc. Zwykła męska lojalność. Coś jeszcze?
− Musisz zawsze wszystko negować? – Ariana niemal tupnęła nogą, ale dala za wygraną i zajrzała w swoje notatki. – Fabian spotkał się ostatnio z Kariną de la Torre, z dala od oczu wścibskich mieszkańców.
− Możesz mówić normalnie? Po co dodawać takie bzdury? Nie piszesz powieści. – Wyrwał jej zeszyt i sam zerknął na zapisane tam hasła takie jak „przysługa”, „adwokat”, „Karina”, „opieka społeczna”. – Karina de la Torre jest tą pracownicą w opiece społecznej, kuratorką Lidii, prawda?
− Tak. I nie zgadniesz, co udało mi się ustalić! – Ariana klasnęła w dłonie. – Była też narzeczoną Barona Altamiry.
− Po co mówisz, że nie zgadnę, skoro nie dajesz mi nawet szansy? – Poczuł irytację, ale ciekawość jednak zwyciężyła. – Karina jest Romką?
− Tak. Wygnano ją z plemienia, odeszła jak miała osiemnaście lat. Ale w wieku czternastu została obiecana Baronowi, który wtedy był synem ówczesnego patriarchy. Ale… i to jest sensacja – Ariana zrobiła dramatyczną pauzę – wtedy wybuchły plotki o jej związku z gadjo z miasta. Gadjo to znaczy ktoś spoza kręgu romskiego.
− Wiem, gringa, mów dalej!
− No i zerwano zaręczyny, dziewczyna została potępiona, ale potem okazało się, że jest w ciąży. Nie wiem, co się stało z tym dzieckiem, mówią, że Romowie się tym zajęli i pozbyli się dziecka.
− Aborcja?
− Tak przypuszczam. Ale czy to nie dziwne, że Fabian spotyka się z Kariną w tajemnicy? Myślę, że zrobił jej dziecko i teraz płaci jej za milczenie, żeby jego nieposzlakowana opinia na tym nie ucierpiała, jeśli ktoś się dowie.
− Za dużo telenowel. Serio, gringa, takie rzeczy się nie zdarzają w normalnym życiu, okej? Odpuść z telewizją. – Hugo stuknął ją palcem w głowę, jakby chciał jej wybić te durne pomysły. – Nie zdążyłaś jeszcze poznać Fabiana Guzmana? To facet czysty jak łza. Owszem, lubi sobie dogadzać z kobietami, ale kto nie lubi?
− Świnia.
− Wiesz, o co mi chodzi. Nie jest na tyle nieodpowiedzialny, żeby wpaść z obcą kobietą i jeszcze przez tyle lat jej płacić za milczenie. No i nie sądzę, że Karina jest taką osobą, która by te pieniądze przyjmowała. Tu musi chodzić o coś więcej. Wspomniałaś o przysłudze dla Osvaldo…
− Myślisz, że to Osvaldo ma z nią dzieciaka?!
− Krzycz jeszcze głośnie, na sali gimnastycznej jeszcze cię nie słyszeli. – Delgado załamywał ręce. Czy naprawdę nie miał lepszych kandydatów, z którymi mógłby rozwiązać tę zagadkę? Cóż, tylko Santiago była na tyle wścibska, że była skłonna wejść w ten szalony układ.
− A ja myślę, że coś w tym jest. Wiesz, co słyszałam od dzieciaków z czwartej klasy? – Ari nakazała Hugowi nachylić się bliżej, by móc mu wyszeptać na ucho nowinki. Mimo że byli w bibliotece sami, wolała nie ryzykować. – Nacho Fernandez rozpowiada, że Jordan Guzman jest przeklęty. Wysłuchaj mnie! – dodała głośno, kiedy Hugo już ponownie wywracał oczami, tak że mogła zobaczyć białka jego oczu. – A co jeśli to nie Jordan jest przeklęty, a Fabian? Cyganie rzucili klątwę na Fabiana, który wykorzystał niewinną dziewczynę i teraz cała jego rodzina na tym cierpi? – Zakończyła swoją przemowę dramatycznym szeptem.
− Jesteś głupsza niż myślałem – skwitował bez cienia krępacji Hugo, patrząc na koleżankę niemal z litością. – Fabian Guzman nie jest pedofilem – to po pierwsze. Po drugie – nie istnieje coś takiego jak cygańska klątwa. Po trzecie – dzieciak Fabiana jest porządnie jebnięty. Takie jest moje zdanie.
− Mógłbyś być trochę grzeczniejszy, wiesz?
− Napisz do mnie, jak będziesz miała jakieś konkrety. – Machnął jej ręką na pożegnanie i wyszedł z biblioteki.
Ona jednak ślęczała nad swoimi notatkami jeszcze długo. Mimo sceptycyzmu Huga wiedziała, że jest coś więcej w tej historii i czuła, że jest ziarenko prawdy w jej przypuszczeniach.

***

Felix Castellano jako pomysłodawca, reżyser, scenarzysta i główny kompozytor szkolnego przedstawienia miał pełne ręce roboty. A to wszystko z przerwami na treningi pływackie, prowadzenie anonimowego bloga oraz poszukiwania El Arquero de Luz. Musical spędzał mu sen z powiek, jeszcze nigdy tak bardzo mu na niczym nie zależało. Chciał, żeby był to spektakl niezapomniany nie tylko dla uczniów i widzów, ale przede wszystkim dla Ricarda Pereza, którego miał nadzieję zszokować, wkurzyć i jeśli przy dobrych wiatrach dostanie małego zawału, nikt raczej nie będzie rozpaczał. Olivia opowiedziała już kolegom, że jej matka i Julian Vazquez zrobili dyrektorowi awanturę i że jego losy miały się rozstrzygnąć na kolejnym posiedzeniu rady rodziców, więc wszyscy czekali na nią z utęsknieniem, w międzyczasie kompletując obsadę musicalu i ćwicząc, głównie w domu kultury Valle de Sombras, ale niedługo mieli zacząć próby w auli wypożyczonej w San Nicolas u pani Angelici Pascal, która zgodziła się bez wahania. Miała tylko jeden warunek, który nie spodobał się niektórym osobom.
− Otwarte przesłuchania? – Sara Duarte zwiesiła głowę. Wiedziała, że nie ma szans na jedną z głównych ról, jeśli rywale z konkurencyjnej szkoły będą mogli się zgłosić. – Pewnie Veronica już ma rolę, co?
− Wybacz, Saro, to była zagrywka taktyczna. – Felix posłał jej przepraszający uśmiech.
Nie było tajemnicą, że choć tutejsze dziewczyny miały ładne głosy i potrafiły śpiewać (dla Felixa oczywiście bezkonkurencyjna była Lidia Montes, ale nie mógł być stronniczy), to Veronica Serratos biła je wszystkie na głowę. Niczego innego nie spodziewano się po byłej dziewczynie Marcusa Delgado, która niegdyś uchodziła za chodzącą perfekcję, podobnie jak jej chłopak. Ku uldze uczniów z Pueblo de Luz, więcej osób z San Nicolas się nie zgłosiło. Może mieli lepsze rzeczy do roboty, a może nie chcieli być kojarzeni z wrogą szkołą, która wypadła z czołówki – w każdym razie Veronica tak czy siak należała do klubu młodzieży w domu kultury, więc nie mieli wyjścia, a na przesłuchaniach pokazała się z dobrej strony i Felix dopasował do niej idealną rolę. I co najmniej dwie osoby go za to znienawidzą.
− A wyjaśnisz mi, Castellano, dlaczego gram starą burdelmamę zakochaną w przyjaciółce z młodości? – Rosie pomachała przyjacielowi przed oczami szkicem, który wręczył jej wcześniej, by mogła się zapoznać z krótkim rysem postaci. Siedzieli w pustej sali prób w ośrodku kultury w Dolinie. Było tylko kilka osób, bo reszta jeszcze czekała na decyzję w sprawie roli. Felix miał urwanie głowy.
− Myślałem, że będziesz zadowolona. – Castellano podrapał się po głowie, nie rozumiejąc w czym rzecz. – Chciałaś wkurzyć Dicka.
− Tak, ale… Felix, dlaczego obsadziłeś Soleil jako moją rzekomą miłość? I czy to trochę nie przesada? – Nie wiedziała, czy dobrym pomysłem jest odgrywanie romansu z przyjaciółką.
− Och, przepraszam, myślałem, że ci się podoba.
− Kto, Sol? – Rosie trzepnęła go po głowie zwiniętym w trąbkę arkuszem. – Czy ty mnie próbujesz swatać?
− Spędzacie ze sobą tyle czasu, żartujecie, lubicie się. Pomyślałem, że ci to ułatwię.
− Sol nie jest lesbijką, kretynie.
− Skąd wiesz, pytałaś ją? – Uniósł podejrzliwie brew, za co tym razem zarobił od przyjaciółki mordercze spojrzenie.
− O takie rzeczy się nie pyta, głąbie. To się po prostu czuje. Poza tym… − Wiedział, co chciała powiedzieć – nie była gotowa, nie tak szybko po stracie Jules. Nie powiedziała tego jednak i obróciła kota ogonem. – Skoro jesteś taki mądry, to może powinieneś napisać sobie romans z Lidią? Dlaczego nie macie żadnych scen w przedstawieniu?
− Bo ja gram epizod, będę reżyserował i nadzorował orkiestrę. A poza tym… − Zawahał się tak samo jak przyjaciółka. Byli ulepieni z tej samej gliny. – Lidii podoba się ktoś inny.
− Co? Niby kto? Nie szukaj wymówek. – Primrose prychnęła i założyła ręce na piersi. Wiedziała, że Felix coś kombinuje, bo po prostu bał się wyznać Montes swoje uczucia. – Nie zauważyłam, żeby podobał jej się ktoś ze szkoły.
− Bo to nikt ze szkoły. Długa historia. – Machnął ręką, mimo że Rose miała ochotę jeszcze go zwymyślać.
− Felix, jesteś skończonym kretynem, wiesz o tym? – Do sali prób wparował Jordan, zatrzymując się gwałtownie przed dawnym kumplem.
− Nie sądziłam, że kiedykolwiek zgodzę się w czymś z Jordim Guzmanem. Świat stanął na głowie. – Primrose zaśmiała się cicho na widok karcącego wzroku Castellano. – Tobie też kazał grać jakąś nierządnicę?
− Co? – Jordan zerknął z góry na koleżankę z klasy, krzywiąc się, ale zignorował jej słowa i zwrócił się bezpośrednio do Felixa. – Lubisz mnie torturować, co? Po co mówiłeś, że napiszesz mi rolę, skoro zamierzałeś odwalać coś takiego? Pewnie świetnie się bawiłeś, robiąc przesłuchania, co?
− Reżyser musi podejmować trudne decyzje. O co ci chodzi? To tylko gra aktorska.
− Nie zagram z nią. – Jordan pokręcił głową tak gwałtownie, że aż zabolał go kark. – Skoro to tylko gra aktorska to obsadź w tej roli Lidię. Nie będzie ci przeszkadzało, jak będę ją całował na scenie, prawda? To tylko teatr, Felix. – Guzman widocznie naigrywał się ze słów Castellano, na którego policzkach pojawiły się rumieńce.
− Veronica lepiej nadaje się do tej roli. Zawsze tworzyliście zgrany duet na scenie.
− Tak, dopóki nie przespała się z moim bratem. Felix, mówię poważnie. Albo ona albo ja.
− Kurczę, to jest jak wybór Zofii. – Felix pogłaskał się po podbródku, udając, że bardzo się nad tym zastanawia. – Veronica zostaje. Przez całe dzieciństwo udawałeś, że nie jesteś w niej beznadziejnie zakochany, teraz możesz wytrzymać parę godzin na scenie udając nieszczęśliwą miłość. Jesteś dobrym aktorem, wierzę w ciebie.
Poklepał go po ramieniu w bardzo protekcjonalnym geście, a Jordan wyrwał mu się, zduszając w sobie ochotę, by nie kopnąć go w piszczel.
− Potrzebujesz mnie, Felix. Wiesz, że to prawda. – Na twarzy Guzmana pojawił się jego charakterystyczny uśmieszek. – Jeśli odejdę, posypie ci się przedstawienie.
− To prawda, potrzebuję cię. – Felix pokiwał głową, ukradkiem zerkając na Rosie ze śmiechem. – Ale ty bardziej potrzebujesz mnie.
− Co ty bredzisz?
− Proszę cię, Quen krył twój tyłek, ale przecież wiesz, że on nie potrafi kłamać. To przedstawienie to twoja ostatnia szansa na stypendium i na przyjęcie na studia związane choć w minimalny sposób z muzyką. Przez ostatnie trzy lata nie robiłeś w tym kierunku nic, twoje podanie będzie gołe jak jaja Pereza na twoim rysunku.
− Obrzydliwe. – Primrose skrzywiła się i usiadła na krześle obok Sary, obserwując tę całą kłótnię i żałując, że nie ma popcornu.
− Wystąpisz w tym musicalu, bo po pierwsze – nie masz innego wyjścia. – Felix zaczął zginać palce, wyliczając wszystkie powody tuż przed nosem kolegi. – Po drugie, nie chcesz, żeby Silvia i Fabian dowiedzieli się, dlaczego tak naprawdę zapisałeś się na kółko ONZ. Tak, wiem o wycieczce do Nowego Jorku i że dziwnym trafem odbywa się ona wtedy, co przesłuchania na NYU. Teatr muzyczny? Jesteś taki przewidywalny. – Castellano prychnął, po czym zgiął trzeci palec. – I po trzecie – wbrew temu co pokazujesz, jeszcze nigdy na niczym tak bardzo ci nie zależało jak na tym musicalu. Może nie mam racji?
− Chrzań się, Felix. – Guzman warknął, ale nie sposób się było nie zgodzić. Znali się na wylot.
− To nawet urocze, że się tak ze sobą droczycie. – Sara zachichotała, przybijając sobie ukradkiem piątkę z Rosie. – I jeśli cię to pocieszy, Jordan, Veronica gra narzeczoną Marcusa. Więc chyba z dwojga złego, mogłeś trafić gorzej?
− Powaga, Felix? – Jordan był w stanie tylko pokręcić głową. – Babcia Sera nie ogląda nawet takich telenowel.
− W miłości i na wojnie… − Felix chciał chyba zabłysnąć jakimś cytatem, ale nie miał pomysłu. Zmarszczył czoło tak, że Jordan się roześmiał. Po raz pierwszy od dawna szczerze i szybko musiał się pohamować, żeby się nie zdradzić.
− Możemy już zacząć? Ivan ma po mnie przyjechać, to jest ciężkie. – Veda podkradła się do nich niepostrzeżenie, co spowodowało, że cała czwórka podskoczyła w miejscu. Dziewczyna wskazywała na wiolonczelę, a w dłoniach trzymała zeszyt z nutami.
− Dałeś jej moje nuty? Do cholery, Felix! – Tym razem Jordi czuł, że jego stary kumpel przegiął.
− Chciałeś wiedzieć, co myślę. – Castellano wzruszył ramionami. – Veda na muzyce prawie skopała ci tyłek, jest dobra, nie bez powodu dostała się na Juilliard, a poza tym uznałem, że ta piosenka lepiej będzie brzmiała na wiolonczeli. Ty i tak nie będziesz mógł grać na skrzypcach, kiedy będziesz śpiewał na scenie. No chyba, że chcesz, żeby któryś ze skrzypków z orkiestry Monterrey się tym zajął?
− Tam są same beztalencia. Wolę ją. – Jordan nawet nie spojrzał na dziewczynę, czując, że jego duma lekko ucierpiała, ale trudno było się nie zgodzić ze słowami Felixa. Rzeczywiście wiolonczela była instrumentem, który nada utworowi głębi.
− Jest strasznie dużo piosenek o seksie – stwierdziła Veda bez ogródek, paznokciem podważając okładkę od skoroszytu. – Ten musical to jaki to będzie gatunek?
− Zapytaj Jordana, napisał tyle zboczonych piosenek, że nawet Eva Medina powiedziała, że to za dużo i musimy to ocenzurować. Ktoś tu jest chyba napalony.
− Wal się, Felix. – Jordan miał ochotę pokazać w jego stronę język. Nie był jednak w stanie nic odpowiedzieć, bo Castellano znał się na tym, co robił i zawsze tworzyli zgrany duet. Te rozmowy o seksie coś mu jednak przypomniały. Spojrzał z góry na brunetkę, która wielkimi oczami studiowała nuty nieświadoma, że ktoś ją obserwuje. – A ty nie rozpowiadaj ludziom o swojej inicjacji seksualnej, dobrze? Nie masz pojęcia, kto może to wykorzystać.
− Miało być pięć faktów o mnie – odpowiedziała Balmaceda, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
− Takie fakty ludzie zwykle zostawiają dla siebie i nie wyjawiają na forum klasy. Zdradzę ci sekret, Vedo. – Schylił się lekko, jakby przemawiał do dziecka i jakby objawiał jej jakąś uniwersalną prawdę. – Kiedy chłopcy słyszą, że dziewczyna ma już za sobą pierwszy raz i nie jest to dla niej wielka sprawa, dziewczyna automatycznie staje się ich celem.
− Dlaczego celem?
− Chcą zaliczyć, okej? Jeśli ktoś mówi z taką obojętnością o seksie, to znaczy że jest gotowy pójść do łóżka z każdym. Więc nie rób tego, to może być źle zrozumiane. – Jordan nie wiedział, dlaczego daje jej tą mądrą, choć wypowiedzianą w bardzo protekcjonalny sposób, radę.
− I jeśli nic nie czułaś, to ten ktoś nie robił tego dobrze – dodała Sara, czym spowodowała, że cztery pary oczu spojrzały na nią ze zdziwieniem. – No co? Tak słyszałam. I też nie zamierzam być dziewicą do końca liceum. Także brawo, Vedo, jako feministka popieram twoje seksualne wyzwolenie.
− Naoglądałaś się American Pie? – Felix zaśmiał się w głos, za co oberwał jak zwykle od Rosie po żebrach. – Co ma feminizm do utraty dziewictwa? Zresztą teraz nazywa się to seksualnym debiutem. Pojęcie dziewictwa jest bardzo średniowieczne.
− Specjalista się znalazł. Tobie kwiatuszka nikt jeszcze nie zerwał, prawda?
Po słowach Jordana Felix miał ochotę trzepnąć go w łeb. Guzman szybko jednak spoważniał, nie chcąc kontynuować tej dyskusji. Kiwnął im głową na pożegnanie i już był przy drzwiach, kiedy coś sobie przypomniał. Był uczniem Vidala, więc schował godność do kieszeni.
− Valentin byłby dumny – mruknął, bardziej w stronę wiolonczeli niż Vedy. – Sam marzył o Juilliard, ale nigdy nie było go stać. Także… gratulacje.
− Ktoś mi powie, dlaczego sprawa Veronici tak wszystkich wkurza? – Rosie wróciła do tematu, kiedy zamykali salę i gasili światła, a Guzmana już nie było.
− Veronica była dziewczyną Marcusa i przyjaciółką Jordana. Po śmierci ojca zmieniła się i zeszła na złą drogę – wyjaśnił oględnie Felix, ale Sara nie pozwoliła mu dokończyć.
− Fel jak zwykle upraszcza fakty. Veronica zdradziła Marcusa z Franklinem. Przespała się z bratem Jordana. Wszyscy ją znienawidzili.
− Łącznie z tobą – przypomniał jej Castellano. – Byłyście najlepszymi przyjaciółkami, ale nigdy jej tego nie wybaczyłaś.
− Bo jestem w teamie Marcusa. – Sara była co do tego stanowcza. – I rozumiem, dlaczego wkurza to Jordi’ego. Też nie chciałabym z nią grać.
− Musimy się przemęczyć. Veronica ma ładny głos i będzie świetnie wyglądała z nimi na scenie. Nie ukrywam, to zagranie PR-owe, Serratos jest główną cheerleaderką w San Nicolas i na pewno sporo ludzi przyjedzie ją obejrzeć. Jest śliczna. Au!
Oberwał w głowę od Sary, ale nie miał pojęcia za co. Nie powiedział nic, co nie byłoby prawdą.
− A dlaczego ty i Jordi jeszcze się nie pogodziliście? Już moglibyście zakończyć ten głupi spór. – Primrose kontynuowała rozmowę, kiedy wyszli z domu kultury i odpięli rowery z zamiarem powrotu do Pueblo de Luz. – Droczycie się jak pies z kotem, ale znacie się jak łyse konie. Tyle porównań do zwierząt kłębi mi się w głowie. – Castelani zaśmiała się, kręcąc główką i pozwalając by włosy zatańczyły naokoło, co nieco rozbawiło Sarę, która już wsiadła na swój rower.
− To skomplikowane, nie zrozumiesz.
− To mi wyjaśnij. Nadal chowasz urazę o głupi esej? Przecież Nela ci wyjaśniła, że to Silvia wysłała go na konkurs pod nazwiskiem Jordi’ego. To było tak dawno temu, że mógłbyś odpuścić.
− Tu nawet nie o to chodzi. – Felix zagryzł nerwowo dolną wargę, prowadząc przed sobą rower. Westchnął i dał za wygraną. − Quen i Marcus są moimi najlepszymi kumplami. Ale Jordi zawsze był dla mnie jak brat. Kiedy się pokłóciliśmy o ten esej trzy lata temu, nie gadaliśmy miesiącami. W tym czasie burmistrz Serratos, ojciec Veronici, popełnił samobójstwo. Był przyjacielem rodziny Guzmanów, był ważny dla Jordi’ego. Dowiedziałem się później, że Jordan był z nim, kiedy… kiedy to zrobił. Strzelił sobie w głowę. Jordan nigdy mi tego nie powiedział.
− Nie gadaliście ze sobą, myślał, ze go nienawidzisz. – Rosie zauważyła rozsądnie i trudno się było nie zgodzić.
− Wiem, ale już nie raz mieliśmy ciche dni, ale w takich sytuacjach chyba idziesz do przyjaciela, prawda? – Castellano było trochę wstyd o tym mówić, ale trochę mu też ulżyło, że mógł to z siebie wyrzucić. Rosie i Sara słuchały z uwagą. – Nie pożegnał się.
− Co? – Primrose musiała poprosić, by powiedział głośniej, bo nie dosłyszała.
− Guzmanowie wyjechali z miasta, a on się nawet nie pożegnał. Po prostu myślałem, że nasza przyjaźń znaczyła dla niego więcej. – Felix wzruszył ramionami, jakby sam siebie przekonywał, że go to nie rusza. – Chodźcie, już późno. Odprowadzę was do domu. Teraz kiedy znam super chwyty z samoobrony, będę niepokonany.
− Niezły żart! Ja byłam lepsza na tych ćwiczeniach!

***


Pueblo de Luz, rok 2012

Siedział w strugach deszczu na schodach domu Castellano, czekając aż wrócą do domu. Wolał moknąć tutaj niż siedzieć w swoim ciepłym suchym pokoju po drugiej stronie ulicy, skąd dobrze widziałby, kiedy jego najlepszy przyjaciel wróciłby do domu. Dostrzegł Felixa, jak truchtem pokonuje ostatnie metry, które dzieliły go od podjazdu. Był przemoczony, na głowę zaciągnął kaptur, ale nie wydawał się tym faktem zrażony. Woda była jego drugim żywiołem, czy to ta w basenie czy deszczówka, nie miało to dla niego znaczenia. Dopiero na widok Jordana mina mu zrzedła, kiedy podszedł bliżej.
− Pomyliłeś domy – mruknął, szukając kluczy w kieszeniach i chcąc jak najszybciej wejść do środka, żeby uniknąć niezręcznej konwersacji.
− Nie, czekałem na ciebie – odpowiedział Guzman, dłonie zaciskając w kieszeniach. Jak miał mu to powiedzieć? Nie rozmawiali ze sobą od miesięcy, a teraz miał się po prostu pożegnać? Nigdy nie był zbyt wylewny. – Byłeś na treningu? – zagadnął, ale już widział, że Castellano nie jest skory do rozmowy.
− A co, pozycję w drużynie pływackiej też chcesz mi ukraść? – Słowa Felixa bolały bardziej, niż sądził. Nigdy niczego nie chciał mu ukraść, zawsze cieszył się z jego sukcesów. Silvia nieświadomie wbiła między nich klin, wysyłając na konkurs esej pod błędnym nazwiskiem, a Jordan nie zrobił nic, by to naprawić. I wyrzucał to sobie od tamtego czasu.
Stali tak przez chwilę w strugach deszczu, dwóch dumnych nastolatków, z których każdy prędzej zapadłby się pod ziemię niż przeprosił drugiego. Felix jednak był dobrym dzieciakiem, wiedział, że coś jest nie tak, bo znał Guzmana na wylot. Nie znał całej prawdy, ale domyślił się, że coś go trapi.
− Przykro mi z powodu Uliego. Podobno byłeś z nim, kiedy… − zaczął nieśmiało, bo rodzice zawsze mu powtarzali, że należy okazywać innym współczucie.
− Tak, dzięki – odpowiedział tylko, w ogóle na niego nie patrząc. – Ella jest w domu?
− Gdyby była, to by ci otworzyła. Nie rozumie, dlaczego się pokłóciliśmy i jest zła na mnie, ciebie zawsze ubóstwiała. – Głos młodego Castellano był pełen pretensji. Jordi wolałby, żeby przyjaciel mu przyłożył, ale Felix nigdy nie należał do tego typu ludzi. Wolał pasywną agresję. – Tata jest z nią w szpitalu, źle jej się oddychało.
− Och, mam nadzieję, że wkrótce jej się poprawi.
− Tak, ja też.
Kolejna niezręczna cisza. Obaj gapili się w swoje tenisówki, jakby w ogóle nie czując deszczu, który całkowicie ich zmoczył. Jordan chciał wreszcie się odezwać, przeprosić i powiedzieć, że wyjeżdża, ale nie było mu to dane. Z drugiego końca ulicy usłyszał donośny głos matki.
− Jordan, do domu! Jeszcze się przeziębisz!
− Zaraz! – odkrzyknął ze złością, w nosie mając przeziębienie.
− Chyba się wkurzyła. Lepiej idź. I nie pozdrawiaj jej ode mnie. – Felix wbiegł po schodkach i szybko otworzył drzwi kluczem, zostawiając Guzmana samego.
Czternastolatek smętnie powlókł się do domu, zatrzaskując za sobą drzwi. Na lśniącej posadzce zostawił mokre ślady, ale miał to gdzieś.
− Pożegnałeś się? – zapytała Silvia, rzucając mu ręcznik, by wytarł mokre włosy. – Nie możesz się przeziębić, bo stracisz sezon. W San Nicolas nie są tak pobłażliwi jak w tutejszej szkole.
Nic nie odpowiedział. Nikogo nie obchodziło, że nie chce się przeprowadzać, że ma w nosie piłkę nożną i drużynę z San Nicolas de los Garza. Że mało go obchodzi, czy jego brat zostanie kapitanem nowej drużyny. Wiedział, dlaczego się przeprowadzają i to bolało najbardziej. Oficjalnie chodziło o rozwój, nowe perspektywy, objęcie przez Fabiana posady burmistrza i awans Silvii, ale on nie był na tyle głupi, by dać się na to nabrać. Uciekali, póki jeszcze mogli. Zanim całe miasto zacznie gadać, że mają chorego psychicznie syna, który rozpowiada niestworzone historie o mordercach i duchach, który twierdzi, że Ulises Serratos nie popełnił samobójstwa, tworząc jakieś teorie spiskowe. Tak to już było w rodzinie Guzmanów. Jordan przecież próbował wciąż zwrócić na siebie uwagę, to był jego jedyny cel. Postanowił się więc zamknąć i robić, co mu każą, nie wychylać się. Może w końcu sam uwierzy w to, co mu powtarzali. Ale żal do ojca i matki tylko się pogłębił i już nic nigdy miało nie być takie samo.


Ostatnio zmieniony przez Maggie dnia 20:24:50 23-10-23, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3414
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 17:48:03 05-11-23    Temat postu:

Temporada III C 145

JULIAN/INGRID/SALVADOR/VEDA/VICTORIA/EMILY/FABRICO/EDDIE

Gdyby ktoś kiedyś powiedział mu, że będzie prowadził życie domatora, uczył dzieciaki samoobrony, miał dziecko z kobietą, która jak sądził (błędnie) nienawidzi go najbardziej na świecie. I dodatkowo zamieszka z nim jego brat i jego żony przyrodnia siostra pomyślałby, że delikwentowi poprzewracało się w głowie. Pewnie wysłałby go do psychiatry, bo Julian Vazquez stronił od zapuszczania korzeni. Do czasu aż w jego życiu na stałe nie zagościła Ingrid Lopez. Czekoladowooka dziennikarka wkroczyła w jego życie, rozgościła się w nim i ku zadowoleniu lekarza nie zamierzała znikać na kolejne lata. Julian obecnie leżał na podłodze naprzeciwko Lucy. Dziewczynka szykowała się do raczkowania. Lekarz ustawił kilka ulubionych zwierzątek na wyciągnięcie jej małych ciekawskich paluszków. Córeczka zmarszczyła nosek i chwyciła gumowego tygryska. Zadowolona z siebie przekręciła się na plecki wsuwając zabawkę do buzi.
— Czyżby na świecie miał się pojawić pierwszy ząbek? — zapytał niemowlęcia i ułożył się tak by być w zasięgu jej oczu. Lucy jednak interesowała bardziej gumowa zabawka niż tatuś więc Vazquez pogrążył się we własnych myślach. Dziś miała odbyć się połączone zebranie rady rodziców i nauczycieli bez udziału dyrektora Pereza. Na zebraniu mieli zadecydować o jego dalszym losie. Nauczyciele na wniosek rodziców mieli rozważyć czy Ricardo Perez powinien zachować stanowisko? Julian był oczywiście za odwołaniem dyrektora. Ten człowiek nie powinien mieć kontaktu z młodzieżą a już na pewno nie powinien mieć kontaktu z Ruby. Gdy żona powiedziała mu o swoich podejrzeniach i co zrobił jej Perez. Tylko płacz obudzonej i głodnej Lucy powstrzymał go od wyprucia mu wszystkich flaków i ozdobienia nimi kilku drzewek na Boże Narodzenie. Jaj też nie mógł mu obciąć bo ktoś go ubiegł. Pozbawienie go stanowiska da mu chociaż odrobinę satysfakcji.
Najgorsze w całej sytuacji było to, że wszyscy od lat coś wiedzieli, coś słyszeli. Po szkole, po mieście krążyły plotki. O jego spojrzeniu, o jego obłapianiu, o jego nieodpowiednich kontaktach z uczennicami. Jego syn według plotek popełnił samobójstwo, jedna z jego uczennic spadła z dachu przekreślając tym samym karierę tancerki, Ruby zniknęła na przeszło dwa lata nie wspominając o Julii Ortedze, którą zgwałcił i zamordował brat. A wszystko to odbyło się pod nosem Pereza. Był także jego najmłodszy syn Enzo. Chłopak regularnie uczęszczał do ośrodka i trenował z chłopakami. Był szczupły, żylasty i w przeciwnikami większymi od siebie nadrabiał szybkością i sprytem. Gdy Carlos wpadł na pomysł uczenia dzieciaków samoobrony Julian mu przyklasnął.
Pubelo de Luz i Valle de Sombras daleko było od miejsc cichych i spokojnych. Lekarz miał wrażenie, że oba miasteczka zaczyna spowijać coraz to gęstsza mgła i sytuacja nie zmierza ku poprawie wręcz przeciwnie, a do głosu dochodziły wspomnienia z przeszłości. Julian dorastał w mieście pogrążonym w chaosie wojny między kartelami. Sebastian Romo i jego małżonka na swoich rękach mieli krew wielu niewinnych ludzi. Jego przyjaciół. Nie chciał aby dzieciaki z Doliny czy Miasta światła przeżywały te same rozterki i mierzyły się z tymi samymi problemami co on będąc w mniej więcej ich wieku. Jeśli dojdzie jednak do krwawej jatki chciał dać im narzędzia dzięki, którym będą wiedzieć jak skutecznie obronić się przed napastnikami. Zamknął oczy
Julian Vazquez odkąd został ojcem ciągle się martwił. Zastanawiał się jaka przyszłość czeka jego małą córeczkę i jej ciocię? To co niewątpliwie zaskoczyło bruneta to łatwość z jaką przystosował się do obecności nastolatki w swoim domu. Mało tego był gotów pozbawić człowieka stanowiska (nie życia) aby ją ochronić. Nie uważał się za ojca Ruby był kimś w rodzaju brata czy wujka, który da się za tą dziewczynę poćwiartować. Popatrzył na zegarek. Zebranie rodziców i nauczycieli ustalono na szesnastą. Brunet usiadł i ostrożnie wziął córeczkę na ręce. Przy odrobinie szczęścia Lucy prześpi całe spotkanie. Julian wyjrzał na ulicę zastawiając się gdzie podziewa się jego żona?

Ingrid Lopez w tym samym czasie nieufnie przyjrzała się kobiecie stojącej do niej plecami. Ostrożnie wzięła teczkę do rąk i zaczęła przeglądać jej zawartość. Kartka po kartce. Były to głównie fragmenty z policyjnych kartotek. Protokoły przesłuchań, fotografie czy wyniki sekcji zwłok oraz kopie zgody na przetrzymywania i otrzymywanie informacji wrażliwych na temat uczniów. Jednego ucznia w szczególności wraz z podpisaną obietnicą poufności. Jasnowłosa wręczyła jej także kopię badań DNA potwierdzających ojcostwo Ricardo Pereza względem czwórki dzieci; Alby Flores, Rocio Chavez, Arturo oraz Vicenzo Diaza. Mało tego Ingrid mogła zobaczyć arkusz ocen Damiana Diaza z lat osiemdziesiątych, które z miernych stały się bardzo dobre. Blondynka zmarszczyła brwi.
—Skąd to wszystko masz? — zapytała Victorię. — Wiem, że niektóre dane są powszechnie dostępne wystarczy przejść się do lokalnej biblioteki, ale test na ojcostwo.
— Sama go wykonałam — odpowiedziała na to córka Pablo i usiadła na krześle naprzeciwko znajomej. — Nieoficjalnie. Zeznania, raporty czy zdjęcia z kartotek są z policyjnej bazy danych, którą kilka lat temu dygitalizowałam — wyciągnęła dysk i podała ją Lopez. — Tu masz wszystko co udało mi się zebrać. Wersja dłuższa i oficjalna. Dorzuciłam ci także nagrania z telefonu 112. Jedno dotyczy wypadku Araceli, drugie donosu na Enzo. Oba telefony wykonano z tego samego numeru. Jedno połączenie trwa trzydzieści sekund, drugie pięć minut.
— Trzydzieści sekund.
— Ricardo Perez połączył się ze 112 o godzinie 21 21, lecz mimo próśb kontaktu nie odezwał się. Dyspozytorka uznała to za żart i rozłączyła się. Araceli znaleziono następnego dnia rano. Według lekarzy była na granicy życia i śmierci. Z resztą wszystko jest w papierach. Rozmowa dotycząca szkolnego dilera jest nieco dłuższa. Perez pominął jednak fakt, że Enzo odpalał mu działkę za jego przymknięcie oka na jego handlowanie narkotykami. Małego tego wiem od Enzo, że Perez nie tylko go krył, ale także sam kupował.
—Perez jest narkomanem?
— Nie, podawał ketaminę swoim ofiarom.
— Ketaminę? — zapytała ją Lopez wstając. Nie była wstanie dłużej usiedzieć w jednym miejscu. — Ile?
— Kupował czy ile kobiet dzięki temu zgwałcił? Nie wiem. Enzo sam nie był zbyt trzeźwy w tamtym okresie i nie był wstanie podać konkretnych liczb, ale wiem że chadzał do Drabinianki, odurzał prostytutki i — urwała — reszty możesz się domyślić. Jeśli mi nie wierzysz zapytaj Hrabiego. To głównie z usług jego dziewczyn korzystał.
— I co mam z tym zrobić? Napisać artykuł?
— Myślałam raczej o bardziej radykalnych działaniach. Po mieście biega facet w rajtuzach i faszeruje ludzi strzałami, może najwyższa pora aby odwiedził i Dicka i go co nieco postraszył. Wpakował mu strzałę w oko czy cokolwiek preferuje.
— Zabrzmi to dziwnie ale są chwile kiedy tęsknię za twoją matką i jej metodami — Victoria uśmiechnęła się kącikiem ust. Brzmiało to co najmniej groteskowo. — Czarna Dalia nie myślała żeby złożyć mu wizytę? — zaryzykowała pytania.
— Czarna dalia już była u niego z wizytą. Myślisz że sam wpadł na pomysł wcześniejszego przejścia na emeryturę. Czasem nawet bydlaki potrzebują małego pchnięcia.
— A więc to prawda. Sądziłam że Giovanni przesadza, że Wendy przesadza ty naprawdę stoisz na czele Dwóch Róż.
— Dwie róże przestały istnieć gdy twój mąż spalił moją matkę — powiedziała spokojnie Victoria. Oskarżenia o to, że jest nową liderką nieistniejącej już organizacji nie zrobiły na niej wrażeni. — To jest fakt. Jedyne co dostałam po niej w spadku to ChAd i Serenissima. Nie zostałam Królową Podziemia czy o cokolwiek podejrzewa mnie Giovanni
— Wybrałeś sobie jednak nową ksywkę. Czarna Dalia, Dziedziczka Fortuny. Powiedz mi Vicky biegasz po mieście z łukiem i strzałami? — Victoria popatrzyła na żonę Juliana z niedowierzaniem i roześmiała się serdecznie.
— Jasne , a moja endoproteza zamiast to taka dywersja żeby nikt mnie nie podejrzewał — odpowiedziała. — Moja matka znalazła NN albo jak okrzyknęły ją media „Czarną Dalię” Gdy jej zdjęcia przeciekły do prasy była zbyt piękna, żeby nazywać ją Jane Doe. Tożsamości nigdy nie ustalono. Zgwałcona i uduszona.
— A miejska legenda głosi że miała dziecko — dodała — dziecko którego nikt nie zapamiętał.
— A gdybym ci powiedziała, że to dziecko nie było wymysłem starych plotkar tylko istniało naprawdę?
— A co teraz jesteś dzieckiem Czarnej Dali?
— Chciałabym. Matka zamordowana przez nieznanego sprawcę jest dużo lepszą opcją niż matka- psychopatka ale jestem córką Inez Romo i Fernando Barosso co potwierdziły testy na pokrewieństwo.
Ingrid otworzyła szeroko oczy.
— Barosso to twój ojciec? — zapytała zdumiona.
— To ostatnie liczę że w imię starej przyjaźni zachowasz dla siebie — wstała. Victorii trudno było znajdować się w jednej pozycji. — Potrzebuje przysługi.
— Przysługi?
— Chcę żeby Łucznik odwiedził Pereza i wpakował mu strzałę w oko.
— W oko?
— Jaj już nie ma. Nie mogę skontaktować się z nim osobiście.
— Chcesz mieć czyste rączki — domyśliła się Lopez.
— A grono pedagogiczne i rada rodziców chcę pozbyć się Ricardo Pereza ze stanowiska — Ingrid popatrzyła na Victorię zaskoczona. — Lubię być na bieżąco — wyjaśniła — Perez wyleci z hukiem, a gdy odwiedzi go Łucznik będzie skończony.
— Dlaczego się na niego uwzięłaś?
— Za grzechy trzeba płacić — odpowiedziała jej blondynka — Fakt posiadanie nieślubnych dzieci to nie jest powód do odwołania albo granie w gry erotyczne w godzinach pracy, ale — podeszła powoli do biurka — to — podała jej teczkę. To już sprawa zupełnie innego kalibru — Lopez sięgnęła po teczkę bezwiednie zaczęła czytać jej treść.
— Skąd to masz?
— BTC odpowiada za serwery szpitala, policji i straży pożarnej. Zapewniamy także sprawną obsługę numeru 112 — wyliczyła — i kilka pomniejszych inwestycji. Człowiek, który tuszuje samobójstwo swojego syna, obcina nogę córce żeby zatrzymać ją w domu i ma na swoich koncie kilka mniejszych grzeszków. W grze komputerowej jego awatary wyglądają jak uczennice. Ubrał dziewczęta w te same mundurki.
— Niedobrze mi — wymamrotała Ingrid. — Co jeśli zapytają skąd to mam?
— Nie pójdziesz z tym na radę pedagogiczną. Nie ty zbierzesz glorię i chwałę bez urazy Mulan ale nie masz siły przebicia. Brak ci autorytetu, ale Sylvia to babka zupełnie innego kalibru.
— Nie znosi mnie
— Ty masz kręgosłup moralny ona nie
— Będzie sądzić że wypcham ją na minę
— nie jeśli powiesz jej co sama przeszłaś z Prezem w szkolnej piwnicy. Jest hieną i raczej nie kocha swoich dzieci, ale jest kobietą i nikt nie lubi gwałcicieli i ma Zieloną Strzałę na szybkim wybieraniu.
— Co? Skąd ty o tym wszystkim wiesz? Sama do niej idź.
— Nie mogę. Pozwałam ją pamiętasz? Nie będzie skora do współpracy ze mną skoro zmusiłam ją do ugody i publicznych przeprosin na pierwszej stronie. Ingrid tu nie chodzi o twoją dumę czy mój mały odwet tylko o dzieciaki naprawdę chcesz żeby Perez uczył Ruby i jeździł z nią na wycieczki?
— Skąd wiesz, że Sylvia jest w kontakcie z Łucznikiem?
— To mężczyzna pochodzący z Valle de Sombras lub Pueblo de Luz. Wychował się w jednym z tych dwóch miast i przez lata patrzył jak zło panoszy się w mieście które uważa za swój dom. W jego życiu miało miejsce zdarzenie które spowodowało, że postanowił chwycić za łuk i strzały i wskazać winnych zbrodni o charakterze moralnym, obyczajowym, finansowym. Poszedł do tych którzy przez lata byli bezkarni, uprzywilejowani. Nikt nie krytykuje jego działań bo jest a skuteczniejszy niż policja, b ludzie uwielbiają samozwańczych mścicieli.
— C skończyłaś psychologię kryminalną?
— Nie, Emily Guerra skończyła psychologię kryminalną i uważa, że Łucznik potrzebuje wsparcia, kogoś kto będzie zbierał dla niego informacje. Sylvia jest suką to prawda ale tam gdzie on nie może ona wejdzie. Będę mieć u ciebie dług.
— Tęsknie za dziewczyną, którą znałam — wyznała Lopez będąc już przy drzwiach. — Zadzwoń gdy ją spotkasz — powiedziała i wyszła.

***
Salvador Sanchez zaparkował auto przed rodzinną posiadłością i kilka minut siedział w aucie wpatrując się w drzwi z ciemnego drewna. Ostatni raz w rodzinnym domu, w rodzinnym mieście był na pogrzebie swojego nauczyciela i mentora Valentina Vidala. Rodzice mieli mu za złe, że ledwie przyjechał i już wraca do Stanów, ale w tamtym okresie swojego życia gdy był u szczytu kariery nie mógł zrobić sobie przerwy. Palcami przeczesał czarne sterczące we wszystkie strony włosy, które stały się jego wizytówką. Salvador w chwilach największego twórczego kryzysu wyrywał je sobie garściami. Wczoraj zakończył najdłuższą trasę koncertową w swojej karierze i odebrał telefon od ojca. Bolivar Sanchez rzadko kontaktował się z synem. Mężczyźni wymieniali uprzejmości. Życia urodzinowe czy zdawkowe informacje na temat swojego życia, lecz ich relacja już nigdy nie wróciła do dawnej zażyłości. Bolivar nigdy nie wybaczył synowi, że nie zatrzymał tamtej feralnej nocy młodszego brata. Mało tego, dał mu pieniądze na wyjazd. Salvador nie mógł przewidzieć koszmarnego wypadku jaki miał miejsce między Pueblo de Luz a Valle de Sombras. Nie miał pojęcia, że German i jego chłopak Gael Perez zawarli samobójczy pakt i woleli umrzeć razem niż żyć w kłamstwie. Kilka tygodni po jego śmierci Salvador wrócił do Nowego Jorku na uczelnię. Mężczyzna podejrzewał, że tego Bolivar nie mógł mu nigdy wybaczyć. Wybrał przyszłość zamiast tkwić w rozpaczy i przeszłości. Ojciec nie wiedział, że Salvador po śmierci brata uciekł w muzykę gdyż tylko ona pomogła mu przetrwać kolejne chude miesiące. Dłonią przesunął po twarzy.
Gdy ogłosił menedżerowi, że robi sobie przerwę od koncertowania, studia i wraca do domu Matt Bukowski popatrzył na niego z rozczarowaniem. Mężczyzna zapewne sądził, że po trasie Sal wróci do studia, nagra kolejną platynową płytę, dostanie kolejne nominacje do nagród i wyjdzie w kolejną trasę koncertową. On jednak miał dość. Żył a takim trybie przez ostatnią dekadę i ostatnia trasa pokazała mu jak bardzo jest zmęczony. Jeśli miał mieć materiał na kolejny album musiał wrócić do domu. Otworzył drzwi od auta i wyszedł na zewnątrz stawiając kołnierz ciepłego płaszcza do góry. Pogoda była paskudna. Mężczyzna odwrócił do tyłu głowę spoglądając na dom usytuowany po drugiej stronie ogrodzenia i westchnął. Drzwi frontowe otworzył się i w progu stanął Bolivar Sanchez- dyrektor miejscowej kliniki dla którego kariera syna była bardziej fanaberią i rozczarowaniem niż sukcesem.
— Przyjechałeś — usłyszał na powitanie. Salvador przełknął ślinę. Mógł nie dogadywać się z ojcem, ale mając trzydzieści osiem lat nadal czuł przed nim szacunek należny rodzicowi.
— Obiecałem, że przyjadę — przypominał mu.
— Złożyłeś wiele obietnic — przypominał mu ojciec. Sal z trudem powstrzymał się od wywrócenia w odpowiedzi oczami.
— Bolivar nie trzymaj go na takim mrozie — ze środka dobiegł go głos matki. Bolivar przewrócił oczami i przesunął się w drzwiach by syn mógł wejść. Dom rodzinny niewiele się zmienił odkąd Sal ostatni raz tutaj był. W salonie na gzymsie nadal rzadko używanego kominka nadal stały fotografie jego brata. — Schudłeś — stwierdziła jego matka gdy już skończyła go przytulać.— Wiedziałam że w gazetach przesadzają z tym botoksem — poklepała go po policzku.
— Jak się czujesz?
— Jak się — Greta Sanchez odwróciła do tyłu głowę i popatrzyła na męża to na syna — coś ty mu nagadał? Że umieram?
— Nie użył dokładnie tych słów — zaczął Sanchez — ale powiedział że czeka cię poważny zabieg.
— Usunięcie tarczycy — przypominała mężowi — to nie jest aż tak poważny zabieg. Po za tym nie wybieram się na tamten świat. Chcę dożyć wnuków — oznajmiła. Salvador westchnął. Nie planował dzieci. Matka jednak nie przyjmowała tego do wiadomości. W salonie rozległ się radosny pisk. Po chwili Nieves Sanchez wpadła w jego ramiona niczym małe tornado uwieszając mu się na szyi. Mocno ją do siebie przytulił.
— Przyjechałeś — stwierdziła i odsunęła się od brata. Salvador uśmiechnął się na widok najmłodszej latorośli Sanchezów. Nieves była niewątpliwie największą dumą ojca.
— Skoro ty i ojciec stwierdziliście że mama jest umierająca
— Bez przesady nie powiedziałam że mamusia umiera
— Czeka ją poważny zabieg — zacytował siostrę — być może ostatni w życiu. Jak ty byś to zrozumiała?
— Zawsze byłeś przewrażliwiony — stwierdziła siostra i chwyciła go za rękę wciągając głębiej do domu — lepiej opowiadaj co u ciebie? Jakaś długonoga modelka czeka na ciebie w Nowym Jorku?
— Co? Nieves musisz przestać czytywać te wszystkie szmatławce — zaczął kręcąc w rozbawieniu głową — Nie sypiam z żadnymi modelkami.
— Z kobietami innych zawodów również — matka zmierzwiła mu czułym gestem włosy — inaczej już dawno byłabym babcią. Powiedz mi synku nie będzie w tym nic złego czy ty wolisz chłopców? — zapytała go śmiertelnie poważnym tonem. — Nie będzie w tym nic złego. Ja i ojciec cię kochamy.
— Jezu mamo — Nieves zaśmiała się i wstała. Wróciła po chwili z butelka wina i dwoma kieliszkami — Nie jestem gejem.
— To dlaczego mój trzydziestoośmioletni syn nie ma dzieci?
— Tak jakoś wyszło — odpowiedział biorąc od siostry wino. Upił łyk. Nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać na temat swojej bezdzietności. — Dlaczego tobie nie suszą głowy o wnuka albo wnuczkę? — zapytał siostrę.
— Mam już dziecko — przypominała mu siostra podając mu kieliszek wina. — Ucieszy się na widok wujka — zapewniła go.
— A co u niej słychać? — zapytał siostrę. Gdy ostatni raz się widzieli Nieves była w trakcie paskudnego rozwodu z mężem patałachem.
— Jest dobrze — zapewniła brata z bladym uśmiechem.— Paolo ożenił się po raz drugi — poinformowała brata. Sal rozsiadł się na kanapie.
— Wyrazy współczucia dla małżonki — odparł na to. Nieves uśmiechnęła się i usiadła obok brata— Wrócił do Włoch — wyznała — na początku twierdził że chcę przedstawić żonę rodzicom , ale minęło siedem miesięcy i wiem że już nie wróci.
— Krzyżyk mu na drogę — upił łyk alkoholu — Nieves wychowałaś piękną mądrą dziewczynkę i wychowasz ją na silną kobietę. Nie potrzebujesz tego patałacha.
— Tęskniłam za tobą braciszku — wyznała.
Dziewczynka wbiegła do salonu i bezceremonialnie wskoczyła Salowi na kolana wylewając na niego wino.
— Przyjechałeś
— Przyjechałem
— I zaśpiewasz na mojej qunsaniera
— Zaśpiewam chwila to ty masz już pietnaście lat?
Trąciła go w w ramię.
— Zaśpiewam ci tyle piosenek że ochrypnę.
***
Szkolna biblioteka była dla Vedy jednym z nielicznych miejsc gdzie odnajdowała spokój. Nie była wielką fanką czytania, lecz wśród książek panowała upragniona przez nią cisza. Tutaj mogła pozbyć się słuchawek i zaszyć wśród regałów i bez obaw czytać półgłosem książki zadane przez nauczycieli. Nikt się nie śmiał, że nie potrafi czytać. Veda po prostu czytała wolnej od rówieśników. Czytanie na głos wśród ludzi dodatkowo ją stresowało gdyż zdawała sobie sprawę z własnych ograniczeń. Wybrała zadaną przez nauczycielkę lekturę i wypożyczyła ją przy okienku. Korzystając z okienka między lekcjami usiadła z opasłym tomiszczem Anny Kareniny między półkami.
— Wszystkie szczęśliwe rodziny podobne są do siebie, każda zaś nieszczęśliwa. Jest nieszczęśliwa po swojemu — przeczytała powoli pierwsze zdanie powieści. Tołstoja. Veda o Annie słyszała same pochlebne opinie. Raz nawet chciała iść na przedstawienie, lecz cena biletów okazała się być zbyt wysoka. Wróciła do powieści nieświadoma, że po drugiej stronie półki jej czytania słucha ktoś jeszcze. Jordan Guzman sam chciał wypożyczyć lekturę zadaną przez nauczycielkę, lecz rączki Vedy okazały się być szybsze. Obecnie jednak słuchał jej spokojnego głosu nastolatki. Ocenił że gdy nikt nie słucha (gdy Veda jest nieświadoma czyjeś obecności ) czyta całkiem nieźle. Zatrzymuje się przy trudniejszych wyrazach, ale Jordan doskonale wiedział gdzie kończy się i zaczyna każde zdanie.
— Młody człowieku powinieneś być teraz na lekcjach — usłyszał głos bibliotekarki. Zaklął pod nosem i odwrócił do tyłu głowę spoglądając w czekoladowe oczy córki Jose. Veda głośno przełknęła ślinę i szybko opuściła wzrok. Słyszał jak wstanie.
— Mam okienko — warknął w stronę kobiety i również wstał ruszając za nastolatką. — Zaczekaj — wyrwało mu się za nim zdążył ugryźć się w język.
— Po co? — zapytała go. — żebyś się ze mnie ponabijał?
— Nie czytasz aż tak źle — odpowiedział na to nastolatek. — Stresujesz się gdy wiesz, że ktoś słucha, ale nie czytasz aż tak źle jak myślisz — sam nie wiedział dlaczego to powiedział. Przy niej zachowywał jak jakby inaczej. Veda mocnej przycisnęła do piersi tomiszcze. — Mamy pracować nad muzyką — zmienił temat chłopak — do przedstawienia.
— Wiem.
— Możemy popracować teraz. Oboje mamy okienka — wyjaśnił — to nasze ostatnie lekcje — Jordan miał co prawda w planach włóczenie się po okolicy niż spędzanie czasu z Vedą, ale nawet ona była lepszą opcją niż powrót do domu.
— W porządku — zgodziła się z nim nastolatka. Dwadzieścia minut później otworzyła drzwi od mieszkania Ivana. Jordan nie był w nim od lat. Przestąpił próg lokum zawieszonego w obowiązkach policjanta i rozejrzał się. W mieszkaniu panowała jednak cisza . Znał Molinę dostatecznie długo i wiedział, że nie jest on typem domatora. — Przebiorę się — oznajmiła — kuchnia jest prosto jakbyś chciał się napić wody a salon
— Wiem gdzie jest salon — wszedł jej w słowo chłopak. — Bywałem tutaj — wyjaśnił. Veda pokiwała głową i zniknęła w pokoju córki Ivana. Nastolatek głośno przełknął ślinę. Kiedyś spędzał tam mnóstwo czasu zapraszając misie na herbatkę. Wszedł do salonu i zamarł z szeroko otwartymi oczami. Wpatrywał się w ścianę. Niby zwykłą ścianę, a jednak w nutach. Policjanta nie podejrzewał o ani miłość do muzyki ani pisania nut na ścianach. Zmarszczył brwi i podszedł bliżej. Nie było to nic co znał.
— Napisałam to całkiem niedawno — oznajmiła Veda wchodząc do salonu. — Wreszcie melodia w głowie ułożyła się w nuty.
— I zapisałaś to na ścianie? — zapytał ani słowem nie komentując, że Veda Balmaceda słyszy melodie w swojej głowie.
— Była pod ręką. Ivan się nie złościł, że pomazałam mu ścianę.
Zachwycony też pewnie nie był, pomyślał. Kusiło go żeby uczulić Vedę, że Ivan bardzo rzadko podnosi głos. Nie był typem człowieka który musiał podnosić głos żeby go słuchany wystarczył odpowiedni ton i aparycja.
— Nie mam tutaj wiolonczeli, ale możemy grać na tym — Veda na podłodze położyła dziecięce organki. On nie pomyślał, żeby pójść do domu po skrzypce. — To mój pierwszy instrument — oznajmiła wyraźnie z tego powodu zadowolona. — Dźwięk może nie jest najlepszej jakości, ale da się na nich całkiem nieźle grać. Nie siadasz? — zapytała go wyraźnie zaskoczona. Jordan usiadł obok niej. — Myślę, że możemy zacząć od tego — wyciągnęła jeden arkusz — zaczęłam wczoraj nad tym pracować. — wyjaśniła mu i przysunęła się bliżej. Nuty zapisane były na czerwono, gdzieniegdzie, na żółto i zielono.
— Co oznaczają różne kolory? — zapytał.
— Zielony oznacza „rozwiązany problem”, żółty „że jestem bliska rozwiązania problemu”, czerwony „problem nierozwiązany”
— Większość na kartce jest czerwona
— Wiem — odpowiedziała i zabrała mu arkusz. — Piosenka nie ma życia — zaczęła
— Tekst jest świetny
— Nie mówię o tekście tylko o melodii — odpowiedziała mu na to kładąc się na podłodze. Bezwiednie zagrała kilka nutek. — To jest bez wyrazu. To piosenka z ich pierwszego razu? — zapytała go. Jordan niechętnie sam sam położył się obok Vedy. Przesunął organki tak żeby mógł sam po nie sięgnąć.
— Tak — przyznał jej rację.
— Powinna być wyjątkowa. Melodia. Pierwszy raz powinien być wyjątkowy.
— Pierwszy raz jest wyjątkowy tylko w książkach — odezwał się. Veda popatrzyła na niego ciemnymi oczami i zamrugała powiekami. — Tak słyszałem — dodał, a ona uśmiechnęła się pod nosem. — Co?
— Nic — odpowiedziała.
— Och nagle nie masz nic do powiedzenia? — zapytał ją zaczepnie, a Veda zachichotała. — Wykrztuś to z siebie. — Nastolatka bezceremonialnie przekręciła się na plecy.
— Lubisz romanse
— Co? Nieprawda
— Podsłuchiwałeś jak czytałam Annę Kareninę.
— To lektura szkolna — odpowiedział na to i bezceremonialnie się położył się obok niej. Podłożył rękę pod głowę i popatrzył w sufit.
— Chciałam być jak inni — odezwała się po chwili milczenia. Usiadła sięgnęła po poduszkę jedną podając brunetowi. Drugą położyła sobie pod głowę. — Chciałam być normalna.
— Jesteś normalna.
— Nie jestem — zaprzeczyła. — Jestem dziwadłem.
— Nie, masz autyzm — popatrzyła na niego zaskoczona.
— Kto ci powiedział?
— Nikt, domyśliłem się — odpowiedział na to i zamknął oczy. Veda przyglądała mu się dłuższą chwilę.
— Jak wyglądał twój pierwszy raz?
— Nie będę z tobą na ten temat dyskutował — odpowiedział spokojnie chłopak. — To sprawy osobiste.
— Bolało — wyznała. Zacisnął usta w wąską kreskę. Nie chciał o tym słuchać. Nie chciał, ale musiał bo Veda Balmaceda nie miała problemów z opowiadaniem obcemu chłopakowi o tamtej nocy. — Wiem, że to bujda — zaczęła — że to wyjątkowa noc i to musi być ktoś wyjątkowy, ktoś kto cię kocha a ty kochasz jego. Nie jestem zbyt mądra, ale znowu nie jestem taka głupia i naiwna jak wszyscy myślą. To musi być wyjątkowa melodia.
— Dla potrzymania fikcji — domyślił się Guzman spoglądając na jej profil. Miała przymknięte powieki.
— Tak, w zwolnionym tempie. Żadnego zrywania z siebie ubrań tylko powolne rozsznurowywanie gorsetu.
— Rozbieranie kogokolwiek na scenie nie przejdzie — przypominał jej. — Eva się na to nie zgodzi.
— Nie mówię wprost o rozbieraniu. Muzyka musi działać na wyobraźnię i w kulminacyjnym momencie kiedy on i ona — mrugnęła do niego znacząco — tego nie mogą zobaczyć to trzeba poczuć w sensie nie dosłownie poczuć ale poczuć. Rozumiesz co mam na myśli? — zapytała ze zmarszczonym czołem.
— Rozumiem. — nie kłamał naprawdę rozumiał co miał na myśli. — To musi być seksowne.
— Tak i z klasa. To musi być z klasa. Pianino odpada albo zostaje ale nie w takim natężeniu. Skrzynce są zbyt poważne wiolonczela nadaje się na pogrzeb więc przy jakim instrumencie można uprawiać seks? — usiadła po sekundzie. — Saksofon
— Co?
— Saksofon jest seksowny. Jazz jest seksowny.
— Zaraz jazz? — zapytał i usiadł.
— Tak, że tez nie przyszło mi to głowy wcześniej — mruknęła sama do siebie. — Jazz jest seksowny, jazz ma klasę przy jazzie można powoli rozebrać mężczyznę tak jak rozpakowuje się ulubioną czekoladkę — wstała niezwykle z siebie zadowolona i otworzyła jedno z pudeł i wyciągnęła jedną z płyt wkładając ją do gramofonu. Rozległa się muzyka. Biodra nastolatki bezwiednie zaczęły poruszać się w rytm muzyki. Odwróciła do tyłu głowę spoglądając na niego. Wyciągnęła rękę.
— Ja nie tańczę — zakomunikował. Zmarszczyła brwi zdziwiona i poruszała ramionami w rytm muzyki przypominając mu popularną zabawę dzieci. — Nie mam cykora po prostu nie tańczę. Wzruszyła ramionami i wykonała ten gest ponownie imitując kurze gdakanie. Nie był pewien czy ma się wkurzyć czy roześmiać. Veda była niezwykle rozbawiona. Westchnął i chwycił ją za rękę przyciągając go do siebie. — Cóż sama tego chciałaś — mruknął gdy zadarła głowę do góry żeby spojrzeć mu w oczy. Korki salsy przyszły same zaś Veda podążyła za nim. Dziewczyna w pewnym momencie odrzuciła do tyłu głowę i roześmiała się serdecznie. Jordan nigdy wcześnie nie słyszał jej śmiechu. Bezwiednie pod koniec piosenki odchylił ją do tyłu czując jak mocnej wbija mu palce w ramiona.
— Potrafisz tańczyć — stwierdziła nastolatka patrząc mu w oczy,.
— Oczywiście że potrafię
— Ale nie chciałeś tańczyć — przypominała mu.
— To że umiem tańczyć nie znaczy że lubię tańczyć —Veda zmarszczyła nos.
— To bez sensu jak można nie lubić czegoś co się umie robić? — zapytała. — Idę robić kolację.
— Zmywam się do domu.
— Mowy nie ma. Zostajesz zjesz z nami.
— To nie jest dobry pomysł — zauważył przytomnie Guzman
— Po pierwsze słyszę jak kiszki grają ci marsza więc nie wypuszczę cię stąd głodnego, po drugie nie otruje cię bo umiem gotować po trzecie ktoś musi pokroić mi cebulę.
— Nie będę kroił cebuli.
— Będziesz inaczej następną piosenkę napiszemy w twoim garażu i ty będziesz tłumaczył Sylvii dlaczego to robisz — odbiła piłeczkę Veda. — Po za tym dziś dzień burgerów więc włączy ABBE.
— ABBĘ?
— Tak to taki zespół
— Wiem — wypuścił ze świstem powietrze i podreptał do pudeł z płytami. Veda zniknęła w kuchni on zaczął szukać płyty ABBY. Zapowiadał się długi wieczór.


***

Salvador Sanchez zamknął drzwi od swojego starego pokoju i rozejrzał się. Rodzice nic tutaj nie zmienili. Ściany miały ten sam wyblakły odcień. Jedyne co zniknęło to zdjęcia zespołów których słuchał jako nastolatek. Mężczyzna usiadł na łóżku ukrywając twarz w dłoniach. Wino krążyło w jego żyłach podobnie jak emocje. Uciekł na górę pod pretekstem zmęczenia obawiając się że siostry wyczytają z jego twarzy wszystkie skrywane uczucia. Popatrzył na swoje dłonie które zadrżały lekko. Palce zacisnął w pięści z trudem powstrzymując się od przejścia na drugą stronę płotu i chwycenia sąsiada za fraki. Jose Balmaceda nagrabił sobie przez te wszystkie lata. Nigdy nie należał do jego fanów, ale teraz czuł jak bardzo pragnie mu przyłożyć. Bezwiednie wstał i zaczął spacerować po pomieszczeniu. Od lewej do prawej strony. Raz, dwa trzy, cztery. Oddychał głęboko w nadziei że to go uspokoi, lecz wściekle skrzypiąca podłoga po trzecim kroku. Zamarł i pad na kolana. Ostrożnie palcami podważył skrzypiącą deskę i uniósł. Nie mógł uwierzyć, że skrytka po tylu latach nadal tutaj była. Ostrożnie wsunął rękę w powstałą szparę i wyciągnął z niej niewielkie opakowania po butach. Wpatrywał się w nie kilka minut za nim odważył się otworzyć i zajrzeć do środka. To co kiedyś tak skrzętnie ukrył przed światem nadal tu było.
Listy, liściki, zdjęcia, teksty starych piosenek których nigdy nie nagrał. Wpatrywał się w szczególności w fotografię brązowowłosej kobiety. Przesunął po niej kciukiem. Zdjęcie było wyblakłe, lecz uśmiech nadal widoczny. Zrobił to zdjęcie ostatniego dnia gdy się widzieli. Był pierwszy tydzień kwietnia. Kilka godzin później z nim zerwała. On wrócił po przerwie świątecznej na uczelnię. Wrócił na chwilę pod koniec października lecz i wtedy się nie widzieli. Salvador miał ochotę pojechać do niej. Mieszkała u Ivana. On nadal pamiętał adres dawnego znajomego. Westchnął i schował zdjęcie do środka. W tamte wakacje doprowadzał wszystkich do szału godzinami grając w ogrodzie na wiolonczeli na przemian ze skrzypcami. Tamtego lata nawet Valentin uważał, że się forsuje. On z uporem maniaka grał i grał. Chciał żeby chociaż na chwilę podeszła do okna. Chciał ją zobaczyć. Nigdy tego nie zrobiła.
Nie mógł dłużej usiedzieć w pokoju nad pudełkiem pełnym wspomnień. Schował go z powrotem do skrytki i założył deskę. Przebrał się w dresy i wyszedł cicho z domu kierując się w stronę centrum miasta. Pueblo de Luz zmieniło się niewiele od czasu jego ostatniej wizyty. Biegł przed siebie aż zatrzymał się zmęczony i zdyszany przed lokalem. Był cichy i pusty. W środku zaś kręciła się Anita Vidal. Uśmiechnął się na widok starej przyjaciółki. Pchnął drzwi.
— Zamknięte
— Liczyłem że napoisz spragnionego podróżnika — powiedział. Anita odwróciła do tyłu głowę i popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
— Salvador — serdecznie uściskała starego przyjaciela.
— Cuchnę
— Delikatne niedogodności — odparła — Lata cię nie widziałam. Jak tam wielki świat? Modeli cię wypuściły
— Błagam chociaż ty nie zaczynaj i to była jedna modelka pięć lat temu
— Świat nadal pamięta
— Niech zapomni. To odgrzewany kotlet a związek był krótkotrwały — dodał i westchnął siadając na jednym z krzeseł. — Co słychać Ani? — zapytał ją.
—Co cię sprawdza?
— Mama ma operację
— Słyszałem wycięcie tarczycy.
— Tak szkoda że ojciec powiedział że jest umierająca — Anita parsknęła śmiechem — Bardzo zabawne.
— Ty i Bolivar jesteście ulepieni z tej samej gliny. Żaden nie powie że tęsknił za drugim.
— Ta tęsknił — mężczyzna prychnął Anita zaś westchnęła. — Araceli wspominała, że macie jakąś szkolną wycieczkę — zaczął mężczyzna. — Perezowi pali się — urwał — grunt pod nogami i szuka koła ratunkowego.
— Tak, a co chcesz pojechać w roli opiekuna?
— Miło że proponujesz. Bardzo chętnie
— Sal, ty nie masz pojęcia w co się pakujesz. Dzieciaki
— Och daj spokój Anita w ich wieku byliśmy tacy sami a może nawet gorsi. Co może pójść nie tak?


***

Ivan Molina na widok Jordana uniósł brwi niemal pod linię włosów. Veda siedziała na podłodze oparta plecami o kanapę on zaś siedział z książką na kanapie i czytał na głos. Zajrzał do kuchni gdzie Elena sprawdzała pracę uczniów przy kuchennym stole.
— Co tutaj robi Jordi? — zapytał kobietę.
— Pomaga Vedzie w nauce — wyjaśniła brunetka — Vedzie łatwiej się skoncentrować gdy słucha gdy ktoś czyta niż czyta samemu. Czytają szkolną lekturę. Annę Kareninę.. Myj ręce zaraz będzie kolacja.
— Nie musisz gotować.
— Nie ja gotowałam tylko Veda z Jordanem — Ivan skinął głową i poszedł do salonu gdzie Jordan czytał Vedzie. Nastolatka zmieniła pozycję i położyła się na podłodze. Jordan wyczuł na sobie jego wzrok i przerwał lekturę. Veda otworzyła oczy, uniosła się na łokciach i popatrzyła na kolegę z wyrzutem. Ivan z trudem powstrzymał wybuch śmiechu.
— To nie koniec rozdziału.
— Nie, ale kolacja jest gotowa — odpowiedział na to mężczyzna — i nie musieliście na mnie czekać.
— To drobiazg , poza tym i tak chcieliśmy skończyć rozdział. Obłoński to dupek — stwierdziła nastolatka.
— To się będę zbierał.
— Nonsens, zjesz z nami a później podrzucę cię do domu — powiedział Ivan tonem nieznoszącycm sprzeciwu.
— Po za tym napłakałeś się nad tą cebulą szkoda żebyś jej nie zjadł.
— Wcale nie płakałam nad cebulą to ty pociągałaś nosem.
— Ja zawsze płaczę czując zapach cebuli prawda mamuś?
— Prawda, siadajcie. Odniosę klasówki.
— Jordan zdał?
— Śpiewająco — odpowiedziała zaś Veda parsknęła śmiechem i poklepała miejsce obok siebie. — Zaczynamy od bułki — zaczęła tłumaczyć i położyła bułkę na jego talerzu — po bułce przychodzi czas na mięcho. Mięcho jest najlepszą częścią burgera — położyła mu mięso na bułce.
— Vedo Jordan ma dwie ręce.
— Wiem, ale burgera je się w odpowiedni sposób — później cebula nad którą płakaliśmy — wyjaśniła — im więcej ty lepiej,. Liść sałaty bo zielone też jeść trzeba, pomidor i ostra papryczka. I majonez. Smarujesz nim bułkę kładziesz przyklepujesz i jesz. Śmiało spróbuj — zachęciłą go i sama podniosła swojego burgera wbijając w niego zęby. Jordanowi nie pozostało nic innego jak usiąść zjeść podziękować i wyjść.


Felix Castellano gdy usłyszał, że na szkolną wycieczkę jedzie Salvador Sanchez ucieszył się. Nie wiedział bowiem , że mężczyzna jest w mieście. Mina mu jednak zrzedła gdy obok Salvadora w środku nocy zobaczył swoją matkę. Anita Vidal uśmiechnęła się do syna, lecz ten ostentacyjnie zaczął poprawiać sznurowadła. Rosie stojąca obok przewróciła na ten widok oczami zaś Ivan Molina zaparkował auto tuż obok auta Bastego, który odwoził Felixa na szkolny parking. W aucie była też Ella, która uparła się żeby odprowadzić brata i rodzeństwo Guzman. Gdy z auta Moliny wysiadła Veda chłopak z trudem powstrzymał wyrywający mu się z gardła chichot. Bruneta miała na szyi słuchawki, które były elementem jej stroju, lecz to nie one rozbawiły chłopaka lecz bluza. Jordan się wścieknie, pomyślał nastolatek rozglądając się za przyjacielem, który zniknął we wnętrzu szkoły.
— Cześć — Veda przywitała się z nim nieśmiało i rozejrzała się czujnie. Felix przywitał się z zawieszonym policjantem, którego wzrok padł na Salvadora Sancheza beztrosko gawędzącego sobie z Anitą.
— A ten co tu robi? — zapytał wpatrując się w dawnego kolegę.
— Jedzie z nami — oznajmił Felix. — Nikt nie chciał więc się zgłosił — Ivan zacisnął usta w wąską kreskę zaś Veda gapiła się na mężczyznę z szeroko otwartymi oczami do piersi przyciskając zeszyt.
— Salvador Sanchez ma cztery Tony, pięć statuetek Grammy. Ukończył Julliard z wyróżnieniem jako pierwszy student latynoamerykańskiego pochodzenia. Gra na skrzypcach, saksofonie i wiolonczeli — wyrecytowała. — Myślicie, że zerknie na moje nuty.
— Myślę że jego ego napuchnie jak balon — oznajmił Felix i spostrzegł, że Salvador przerwał rozmowę i ruszył w ich stronę. Chłopak zerknął na Vedę której oczy otworzyły się jeszcze szerzej gdy Sal serdecznie uściskał nastolatka klepiąc go po plecach.
— Czym cię oni karmią? Drożdżami? — zapytał mierzwiąc mu włosy. — Cześć — przywitał się z Vedą, która wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi oczami.
— Cześć — wydukała Veda mocnej przyciskając zeszyt z nutami.
— To Veda — przedstawił koleżankę Felix.
— Veda, jak ta wiolonczelistka — przypominał sobie i uśmiechnął się. — Piękne imię.
— Ojciec uważa, że dziwaczna — oznajmiła nastolatka. — Mama je wybrała.
— Twoja mama ma świetny gust — odparł na to Salvador. Do grupki zebranych podszedł Jordan i Nela. Uśmiechnął się na widok Sala.
— Zestarzałeś się — odezwał się pierwszy nastolatek. Salvador się uśmiechnął.
— Ty za to nic się nie zmieniłeś — zauważył — nadal jesteś tak samo bezczelny.
— Wy wszyscy się znacie? — zapytała zaskoczona nastolatka.
— Tak Sal i Ivan byli w tej samej klasie — wyjaśnił Guzman. — Twoi rodzice też go znają. Balmacedowie i Sanchezowie mieszkają płot w płot.
— Zaraz, Balmaceda? — zapytał zaskoczony. — Myślałem że Jose i Elena mają syna.
— Mieli — poprawiła go Veda. — Mój brat nie żyje ojciec go zabił.
— Chryste — wyrwało się Felixowi. Salvador popatrzył na Ivana.
— To długa historia — odezwał się niechętnie
— Nieprawda — zaprzeczyła nastolatka. — Zbudował most, most się zawalił i Jose zginął — wyjaśniła. — A do tego — zaczęła
— Musimy wsiadać — przerwał jej Felix. Salvador nie potrzebował wykładu z „ostatnie wydarzenia w miasteczku”. Chwycił lekko Vedę za łokieć — chcesz ze mną usiąść? — zapytał nastolatkę.
— Chętnie — odpowiedziała brunetka. Dzieciaki zaczęły wsiadać do autobusu. Ivan podążył za nimi uważnie obserwując Salvadora, który wpatrywał się w czubek głowy nastolatki. Wsiadł za mężczyzną. Na widom Ivana Anita zmarszczyła brwi.
— Jadę za Elenę — wyjaśnił zerkając jeszcze raz w stronę Vedy, która pomachała do niego wyraźnie zadowolona z towarzysza podróży. Jordan był mniej zadowolony i wcale nie dlatego, że siedział z siostrą, ale dlatego że Veda nosiła identyczną bluzę, którą on ubrał tego dnia. Nie dość że zabierała mu przestrzeń to też styl. Podróż zapowiadała się na długą i męczącą. Gdy siedzący na tyle autobusu Fernandez włączył techno Veda wcisnęła na uszy słuchawki. Julietta popatrzyła to na siedzącego obok niej dyrektora to na nauczycielkę od muzyki i Salvadora Sancheza. Żadne z nich nie zamierzało poprosić Fernandeza o wyłączenie tego co w jego mniemaniu było muzyką. Zirytowana poprosiła kierowcę o mikrofon.
— Fernandez jeśli natychmiast nie wyłączysz tego wycia które wy młodzież nazywacie muzyką obniżę ci ocenę ze sprawowania — muzyka ucichała kobieta zaś wstała — Świetnie skoro przykułam uwagę was wszystkich czas na lekcje.
— Jakie lekcje? Pani profesor jesteśmy na szkolnej wycieczce.— przypominała jej Rosie.
— Tak jesteśmy na szkolnej wycieczce, ale to nie znaczy że spędzicie osiem godzin na bezczynnym gapieniu się w swoje telefony. — Panie Sanchez mogę prosić pana kapelusz? — Salvador podał jej okrycie głowy — żeby było uczciwie wszyscy oddacie komórki. — uczniowie niechętnie oddali swoje telefony. Felix zrzucił z głowy Vedy słuchawki które z plaśnięciem opadły na jej szyję. — Świetnie czas na mały quiz. W autobusie rozległ się jęk zawodu. — Podziękujcie za to koledze — oznajmiła kobieta. — Zacznę od czegoś łatwego. — Data ataku na Pentagon?
— 11 wrześnie 2001 roku o godzinie 9 37 — odezwała się ku zaskoczeniu wszystkich Veda. Julietta również zaskoczona popatrzyła na uczennicę która na jej lekcjach siedziała jak trusia. — Tamtego dnia były cztery skoordynowane ataki. WTC, Pentagon.
— Co ona bredzi? — Anna odezwała się pierwsza przerywając koleżance w pół zdania — Samoloty rozbiły się trzy.
— Cztery — poprawiła ją Veda. — Uprowadzono cztery samoloty. Dwa uderzyły w WTC, trzeci uderzył w Pentagon czwarty rozbił się na polu w Pensylwanii. Służby prognozowały, że czwarty z uprowadzonych samolotów miał uderzyć w Kapitol lub Biały Dom.
— Veda ma rację. — odezwała się zaskoczona. — Kiedy zginął Martin Luther King?
— 4 kwietnia 1968r.
— Atak na Perl Habor?
— 7 grudnia 1941
— Dlaczego nigdy nie odzywasz się na lekcjach?
— Bo mnie pani przeraża. — wyznała nastolatka. Kilka osób parsknęło śmiechem. Veda i jej bezpośrednie odpowiedzi wprawiały w konsternację nawet nauczycieli.
— Tak historia jest ważna — zaczął Salvador wstając ze swojego miejsca — ale jeśli chcę nam pani robić wykład z historii drugiej wojny światowej to umrzemy z nudów za nim dojedziemy na miejsce. — wziął od niej mikrofon. — Dobrze młodzieży — zaczął — liczę że nie muszę się przedstawiać.
— Pozer — powiedziała Anita a on roześmiał się serdecznie. — Za naszych czasów w telewizji leciało takie show Tak to leciało więc ja ma skrzypce i gitarę zgarnąłem też saksofon Ani ma gitarę więc będziecie mieć dobrą zabawę. I nie będę pytał kiedy założono Julliard
— `1905
— Miło jednak że ktoś wie — popatrzył na Vedę. — No dobrze zaczniemy od kawałka dzięki któremu jedno z was jest na świecie albo w tym roczniku
— Sal
— Co? Po niemal siedemnastu latach nie rozumiem dlaczego to mnie twój ojciec ganiał po ogrodzie z beisoblem. Byłem tylko kierowcą.
— Sal.
— Tak, piosenka.
— Mój ojciec ganiał cię wtedy po ogrodzie z powodu tych dwóch blondynek nie mojej ciąży
Sal popatrzył na nią zaskoczony i zmarszczył nos.
— Tak, nie tylko wy się dobrze bawiliście na tamtym koncercie w 97. ja też przywiozłem ze sobą garść dobrych wspomnień, ale nie dziecko.
— Salvadorze masz trzydzieści osiem lat a nadal nie nauczyłeś się że pewnych rzeczy nie mówi się głośno? — odezwał się Dick. — To są dzieci i bardzo prywatne sprawy ich rodziców.
— Chwila ty i i Basty nigdy nie powiedzieliście synowi że urodził się 9 miesięcy po koncercie Martina w stolicy? — zapytał. Widząc jej zaciekła minę — Pamiętaj tylko że moje ręce są warte fortunę. — i zaczął śpiewać Living la vida loca. — Felix pomyślał tylko jedno „ że kumple nigdy mu tego nie zapomną i że znalazł się w swoim prywatnym piekle. Nie dość że spędzi z matką osiem godzin w autobusie to jeszcze wujek Sal którego miał za równego gościa i kumpla opowiada na forum publicznym wierutne bzdury. Usta zacisnął w wąską kreskę nie mając zamiaru dołączać do śpiewających kolegów i koleżanek, którzy byli nim zachwyceni.
Sal sięgnął po skrzypce, Anita zaś grała na gitarze siedząc obok Ivana. Nauczycielka muzyki i muzyk skakali z gatunku na gatunek, z piosenki na piosenkę. Raz wybierali coś z współczesnego repertuaru raz ze starych przebojów których słuchali ich rodzice. Brunet zwrócił uczniom komórki a po autokarze krążył jego kapelusz z zamówieniami na piosenki. Ricardo Pereza czekało najdłuższe osiem godzin w jego życiu.

***

— Bywasz kiedyś w domu? — Ingrid Lopez zatrzymała się w drzwiach gabinetu ramieniem opierając się o framugę. Sylvia popatrzyła na nią zaskoczona. — Ochroniarz mnie wpuścił — wyjaśniła. Weszła do gabinetu koleżanki po fachu i rozsiadła się na krześle dla petentów
— Co ty tutaj robisz? — zapytała ją Sylvia. — Jeśli Jordan coś nawywijał
— Wiesz mi twój syn to wrzód na d***e — odpowiedziała — na zajęciach doprowadza mnie do szału, ale jest jedyną osobą w ekipie gazetki, którego nazwisko ma odpowiednią siłę przebicia. I jeśli cię to interesuje jest dobry. Wie które informacje zachować a które pominąć i nie zbacza z tematu, nie próbuje chwycić kilku srok za ogon i nie mów mu tego. — uśmiechnęła się lekko — żadna z nas nie chcę żeby za bardzo obrósł w piórka.
— Skoro nie przyszłaś rugać mnie za błędy mojego syna to po co? — zapytała ją wprost żona Fabiana. Ingrid bez słowa sięgnęła do torby i wyciągnęła teczkę. Położyła ją przed Sylvią.
— Mam dla ciebie temat.
— Ty dla mnie? Wiesz co to konkurencja prawda?
— Masz reputację suki a twoja gazeta szmatławca, żerującego na tragediach innych — odpowiedziała na to Lopez. — To idealny temat dla ciebie i twojego czasopisma. — zaciekawiona kobieta otworzyła teczkę i zaczęła czytać. Z każdą kolejną stroną jej oczy robiły się większe i większe. Korzystając z okazji Lopez wstała i nalała sobie szklankę wody. Upiła łyk.
— Zdajesz sobie sprawę że to sterta niesprawdzonych informacji? Bez urazy Lopez, ale nie jestem tablicą ogłoszeń. I pozdrów o de mnie Victorię.
— Przekaże, ale przerzuć kilka kartek. — Sylvia przekartkowała teczkę natrafiając na fotografię. — Ricardo Perez gra w fabularyzowaną grę erotyczną i nie ma w tym nic złego. Na pewnym etapie życia każdy to przerabiał — Sylvia popatrzyła na nią z uniesionymi brwiami — ale ubieranie uczennic w mundurki , które łudząco przypominają te z gry? — zacmokała z dezaprobatą. — Twoja córka nosi taki mundurek. Być może głosowałaś za zmianą — dodała perfidnie Lopez.
— Byłam przeciw — odpowiedziała jej na to Sylvia i westchnęła. — Posłuchaj nie wiem czego o de mnie oczekujesz? To stek informacji o których większość osób już słyszała i sprawy rodzinne.
— Miałaś takie same wątpliwości gdy publikowałaś artykuł o Anicie? — zapytała ją. — Perez jest gwałcicielem, który wykorzystał wiele młodych kobiet i prawdopodobnie nigdy nie poznamy dokładnej liczby. To człowiek, który nie powinien mieć kontaktu z dzieci niezależnie od ich płci. Za każdym razem jak widzi Marinelę w munduru.
— Przestań — warknęła kobieta — to poszlaki, plotki
— Próbował mnie zgwałcić — wyznała. Nie planowała tego mówić nie jej. — I jestem pewna, że zgwałcił Ryby Valdez przyczynił się do śmierci Jules Ortegi. To przez niego Araceli spadła z dachu — wyliczyła.
— Próbował?
— Miałam więcej szczęścia od pozostałych. Wiedziałam jak się bronić , a i tak w pierwszej chwili zamarłam. Ufałam mu, one wszystkie mu ufały.
— Kiedy to było?
— Miałam siedemnaście lat — wyznała — To było w piwnicy, w sali której odbywają się zajęcia z kreatywnego pisania. Za każdym razem gdy tam chodzę — urwała i wzięła głęboki oddech — to jak wehikuł czasu, a ja za każdym razem powtarzam sobie, że jestem bezpieczna.
— Nikomu nie powiedziałaś — domyśliła się Sylvia.
— Valentin Vidal wiedział. Wiedział także, że Araceli spadła przez Pereza z dachu. Odurzył ją ketaminą i zgwałcił. Być może w piwnicy, być może na kanapie w swoim gabinecie. Moją siostrę wykorzystał na tylnym siedzeniu swojego samochodu , a po wszystkim zmusił ją do wypicia butelki wódki. A teraz jest na wycieczce szkolnej z twoją córką i Ruby. — odstawiła pustą szklankę na blacie. — Wiem, że nie jesteś zbyt współczującą osobą, ale — urwała — postąpisz słusznie — powiedziała i wyszła z gabinetu Sylvii.

***
Uczniowie klasy czwartej o profilu humanistycznym byli grupką młodzieży którą ciężko było utrzymać w rydzach gdy jeden z opiekunów posiadał u nich zerowy autorytet i wszyscy ignorowali jego polecenia zbywając je machnięciem ręki. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że twarz Salvadora Sancheza była powszechnienia znana więc jako opiekun młodzieży był bezużyteczny. Ivan wywrócił na ten widok oczami i wziął ciężar dyscypliny na siebie. Doprawdy nie rozumiał co strzeliło Anicie żeby zabrać ze sobą tego klowna? ZOO samo w sobie nie robiło wielkiego wrażenia. Było tłoczne, głośne. Ivan raz na jakiś czas zerkał na Vedę, która szła obok Felixa z mocno skupioną miną. Molina był blisko na wypadek gdyby potrzebna była interwencja. Nie dało się jednak ukryć że spora grupa uczniów uznała, że woli prywatne zwiedzania i każde udało się we własnym kierunku. Dla szeryfa było to nie do pomyślenia zaś Ricardo Perez pomysłodawca całego wyjazdu miał to gdzieś.
Dzień zapowiadał się na długi i ciepły. Większość uczniów pozbyła się bluz czy kurtek przewiązując je w pasie. Olivia Bustamante korzystając z okazji przebrała się w strój zdecydowanie wygodniejszą na tak ciepłą pogodę sukienkę. Koleżanki z klasy poszły za jej przykładem. Juliatta na widok przebranych nastolatek pokręciła jedynie z niedowierzaniem głową. Dziewczyny najwyraźniej miały w swoich plecach coś więcej niż kanapki z masłem orzechowym i galaretką. Nauczycielka od historii popatrzyła z niesmakiem na dyrektora, który wpatrywał się tylko w jedną uczennicę. Ruby Valdez szła pod rękę z Olivią i w przeciwieństwie do koleżanki nie przebrała się w sukienkę. Została w swoim stroju przewiązując jedynie bluzę przez biodra. Zwierzęta nie wywoływały w nich zbyt wielkich emocji.
— Miło że zaszczyciłeś nas swoją obecnością — odezwał się do Salvadora Ivan spoglądając na dawnego znajomego z irytacją. — Po cholerę zgodziłeś się pojechać na tę wycieczkę skoro rozdajesz się autografy i uśmiechy do zdjęć zamiast pilnować dzieciaków.
— To część mojej pracy — Ivan prychnął z pogardą. — I co ci strzeliło do łaba, żeby w całym autobusie obwieszczać, że Felix urodził się po koncercie Martina w stolicy?
— A niby skąd miałem wiedzieć, ze Anita mu nie powiedziała? Ja tam uważam że to urocze.
— Urocze? Felix może i będzie tak myślał za dwadzieścia lat nie mając siedemnaście. Kumple nie dadzą mu żyć. Takich rzeczy się nie zapomina i o takich rzeczach się nie rozpowiada.
— W życiu bym nie zgadł że pewnego dnia Ivan Molina będzie miał kij w d***e — odpowiedział na to Sanchez ponownie poprawiając zsuwające mu się z nosa okulary.
— Jeden z nas musiał dorosnąć — dogryzł mu zawieszony policjant. Salvador w odpowiedzi prychnął.
— O co chodzi ze śmiercią brata Vedy? — zapytał go zmieniając temat. Ivan opowiedział mu o katastrofie na moście, o rannych i tych którzy stracili życie. — Zawsze wiedziałem, że z Jose to konował — skomentował to piosenkarz i kompozytor i odnalazł wzrokiem Vedę. — Anita wspominała, że ich córka idzie do Julliard. Przeskoczyła jedna klasę, gra na wiolonczeli — wyliczył.
— Zaraz, jakie przeskoczyła klasę? — Ivan zmarszczył brwi i popatrzył na Vedę to Salvadora. — Veda niedawno miała siedemnaste urodziny.
— Siedemnaste? — powtórzył głucho mężczyzna.
— Coś taki zdziwiony? — zapytał gdy Salvador zatrzymał się w miejscu.
— Nic, po prostu nie zauważyłem żeby Elena była w tamtym czasie w ciąży — odpowiedział mu.
— Nic dziwnego. Nigdy nie zauważałeś niczego poza czubkiem własnego nosa. Cała miasto zmusiłeś do słuchania twojego rzępolenia które nazywałeś muzyką.
— Ja przynajmniej coś osiągnąłem
— Sypianie z modelkami Victoria Secret to żadne osiągnięcie Sal — rzucił Ivan. — chociaż byłem zaskoczony bo w szkole byłeś straszną jąkałą — przypominał mu. Za nim Sal zdążył wymyślić ripostę Ivan przepchnął się do uczniów i ujął Vedę pod ramię. Nie tylko nastolatka chciała zobaczyć pandy.


Ostatnio zmieniony przez Sobrev dnia 17:55:49 05-11-23, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3414
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 17:50:42 05-11-23    Temat postu:

cz2

Fabricio Guerra podniósł wzrok na żonę siedzącą na kanapie z plikiem dokumentów oznaczonych logiem Federalnego Biura Śledczego. Kilka godzin wcześniej Emily otrzymała przesyłkę dostarczoną przez pracownika ambasady amerykańskiej jako „poczta dyplomatyczna” Guerra podejrzewał, że to kopie akt sprawy o której raptem wczoraj jego żona dyskutowała przez telefon. Dziś spędziła cały poranek przerzucając dokumenty z jednej kupki na drugą, ze słuchawkami wetkniętymi w uszy i okularami do czytania na czubku nosa. Blondyn po stokroć wolał gdy prasowała maciupeńkie ubranka i składała je w kosteczkę niż oglądała makabrę miejsc zbrodni. Nie mógł jej tego zabronić gdyż każde z nich z rychłym rozwiązaniem radziło sobie na swój sposób.
Lekarka zajmująca się Emily wprost powiedziała, że chłopcy przyjdą na świat zapewne jeszcze w tym miesiącu. Nie mogła zaplanować cesarskiego cięcia gdyż szesnasty listopada i dni późniejsze były zdecydowanie zbyt wczesnym terminem dla bliźniąt. Chłopcy potrzebowali czasu aby urosnąć. Czasu, który diametralnie skurczył się do dni nie tygodni. Nakazano im myśleć pozytywnie a jego żonie unikać stresów. Cóż nic nie stre3sowało jej mniej i nie uspokajająco bardziej jak obcowania ze zmarłymi i psychopatami. Westchnął i spojrzał na liczby wyświetlone na ekranie. O jego spokój nikt nie dbał. Cóż nie on miał w sobie dwóch łobuziaków pchających się na świat o siedem tygodni za wcześnie. Emily wstała z kanapy i podeszła do lodówki wyciągając ze środka dzbanek soku pomarańczowego. Przelała napój do wysokiej szklanki wyciągając słuchawki z uszu.
— Przerwa? — zapytał ją Fabricio.
— Tak — odpowiedziała i upiła łyk. Odwróciła się w stronę męża zamyślając się na chwilę. — Nie mogę zrozumieć dlaczego z nastolatek przerzucił się na kobiety po trzydziestce?
— Takie rzeczy się zdarzają — zaznaczył Guerra.
— nie, w kryminalistyce bardzo rzadko gwałciciel zmienia typ ofiary. Jeśli już mówimy o zmianie typu ofiar to młodnieją nie starzeją o piętnaście do dwudziestu lat. Coś musiało tę zmianę wywołać. Celował w uczennice katolickiego collage. Osiem gwałtów, cisza na pół roku i zgwałcił kobietę po trzydziestce. To po prostu nie ma sensu — blondynka palcami przeczesała jasne włosy gdy od strony ogrodu rozległo się pukanie do drzwi. Do środka wszedł Conrado Severin z teczką w rękach.
— Mam dla ciebie te kwity — poinformował go brunet wręczając mu teczkę. — Cześć Emily — przywitał się z żoną przyjaciela. — Jak się czujesz?
— Jak wielka tykająca bomba — odpowiedziała mu wymijając go — czekająca na wielkie bum.— Severin zerknął na przyjaciela, który uśmiechnął się kącikiem ust. — Czuje się fantastycznie — dodała i usiadła na kanapie — i czułabym się lepiej gdybym rozgryzła dlaczego sprawca nagle zmienia mundus operandi?
— Być może to wyznanie? — zasugerował ostrożnie jej mąż. Emily podniosła na niego zaskoczone spojrzenie. Bardzo rzadko pomagał jej przy śledztwach. Tolerował jej pracę ale jej nie lubił.
— Może — odpowiedziała — Gdzie Lidia ?
— Na szkolnej wycieczce — odpowiedział Severin. — Jej klasa pojechała do ZOO i Oceanarium — doprecyzował brunet — wrócą wieczorem. Dyrektor chcę żeby kasa się bardziej zintegrowała z nową uczennicą. — Emily przyjrzała mu się zaintrygowana. — Wysłał ich więc na wycieczkę.
— Perez ma mniej rozumku niż pewien miś z kreskówki — odpowiedziała. — Nie pojechałeś? —
— Nie moglem, mam też inne zobowiązania — zaznaczył zastępca burmistrz.— dziś odbyły się kolejne obrady komisji.
— I do jakich wniosków doszliście?
— Do powołania trzech zagranicznych ekspertów, którzy mają zbadać miejsce katastrofy. Przesłuchaliśmy także kilku pracowników biorących udział przy wyborze wykonawcy. Żaden z nich nie stwierdził, że Faernando Barosso wskazał zwycięscę.
— Gdyby Victoria miała chociaż cień podejrzeń, że Fernando oficjalnie wskazał zwyciescę nie zgodziłaby się na obrady komisji. Sądziłam, że zdajesz sobie z tego sprawę? — zapytała go zaskoczona. — Jeśli sądziłeś, że Barosso stanie przed sądem to również jesteś mężczyzną o małym rozumku.
— Emily — Fabricio spojrzał karcąco na żonę.
— Stwierdzam fakty — mruknęła blondynka. — Prawda jest taka że sprawcę masz przed nosem i twoja nienawiść do Barosso przyćmiewa twój osąd. Jose Balmaceda zbudował ferelny most, most się zawalił , jest winny i ponosi odpowiedzialność karną . Gdyby sprawa rozgrywała się w Londynie czy jakimkolwiek innym mieście nie potrzeba by było obrad komisji żeby to udowodnić tylko grupy śledczych. I jeśli Perez myśli że wycieczka zintegruje Vedę z klasą to jest imbecylem. Nie żeby wcześniej grzeszył rozumem. Szkoda tylko dziewczyny.
— Dlaczego?
— Veda ma autyzm — odpowiedziała mężowi Emily — mogłam zerknąć w jej szkolne akta.
— Santos nie powinien — domyślił się Severin.
— ale to zrobił. Dlaczego nauczyciele na to pozwoli? Nie macie tam psychologa który by wam wyjaśnił że w przypadku jej zaburzeń szkolna wycieczka w zatłoczonym głośnym autobusie w zatłoczone głośne miejsce to dla niej będą tortury.
— Byłem przeciwko — zaznaczył. — Tego Santos ci nie powiedział?
— Nie rozmawiałam z nim — odezwała się Emily. — w tym tygodniu — dodała. Fabricio zacisnął usta w wąską kreskę. Bezwiednie pogładziła swój brzuch. Chłopcy jak co dzień urządzili sobie zapasy w jej wnętrzu. Ostrożnie wstała z kanapy. — Veda różni się od rówieśników — zaczęła — co pewnie zdążyłeś już zauważyć. Zabranie jej na wycieczkę nie zintegruje jej z klasą jedynie ją rozstroi i zdołuje. Nie lubi wysokich dźwięków więc drogę spędzi w słuchawkach obserwując jak wszyscy świetnie się bawią. Śmieją się i żartują czy przepychają więc skazaliście niewinne dziecko na wielogodzinne tortury. Idę się położyć.
— Emily
— Nie rodzę — warknęła do męża. — Boli mnie kręgosłup i muszę się położyć a ty weź go na spacer — zwróciła się do Severina — świeże powietrze mu nie zaszkodzi.

Fabricio posłuchał żony i przyjaciela udając się z nim na spacer po okolicy. Ręce wcisnął w kieszenie spodni gdy w milczeniu szli przed siebie. Guerra łypnął na Conrado to na wstęgę drogi przed nimi.
— Emily nie chciała — zaczął — jest kłębkiem nerwów — wyjaśnił — cała ta sytuacja z chłopcami — urwał — siedzimy jak na szpilkach.
— Poród może zacząć się w każdej chwili? — zapytał go Severin. Guerra przytaknął skinieniem głowy. — Trochę na to za wcześnie — zauważył.
— Powiedz to swojemu chrześniakowi — zaczął Guerra. Severin zatrzymał się i popatrzył na niego nie wiedząc co powiedzieć. Bizensmenowi zdarzało się to niezwykle rzadko. — Mieliśmy to zrobić bardziej oficjalnie, z pompą ale sytuacja — przeczesał palcami włosy — Conrado zostaniesz ojcem chrzestnym mojego pierworodnego?
— Będę zaszczycony — wykrztusił. Fabricio uśmiechnął się lekko. — Jak się czujesz?
— Jestem przerażony — przyznał — nie ma ich jeszcze na świecie. No wiesz tak oficjalnie, a ja już nie mogę spać po nocach i nie mogę pozbyć się tego lęku nieważne ile statystyk przejrzę między jednym ich kopnięciem a drugim — Guerra westchnął. — Mogłeś mi powiedzieć.
— Ale co?
— Że już zawsze będę się bał. Przepraszam — w roztargnieniu przeczesał włosy, które odrastały mu zaskakująco szybkim tempie układając się w fale.
— Nie przepraszaj i nawet jak będą mieć po siedemnaście lat to do końca życia będziesz się o nich martwił
— Nie pomagasz.
— A przepraszam miałem? — zapytał obejmując go ramieniem. — Gdy się zacznie masz do mnie zadzwonić.
— Ściany są cienkie więc nie sądzę żebym musiał — odpowiedział na to blondyn. — Usłyszysz.
— Wiesz Guerra że twoje włosy pod światło są rude? — zapytał go nagle przyjaciel. — Rude loczki.
— Wal się Severin
Nauczyciel parsknął śmiechem zadowolony, że widzi uśmiech na twarzy przyjaciela. Obaj ruszyli w drogę powrotną do domu.


***

Filiżanka wyślizgnęła się spomiędzy jego palców i z łoskotem uderzyła o podłogę rozbijając się w drobny mak. Siedzący przed jednym ze stolików Camillo podniósł wzrok na młodszego brata doktorka ze zmarszczonymi brwiami. Ten dźwięk nie zwiastował niczego dobrego. To była trzecia filiżanka tego dnia. Właściciel lokalu miał nadzieję, że etap tłuczenia wyposażenia kawiarni mają za sobą. Eddie kręcił się wokół własnej osi zapewne szukając zmiotki. Zatrzymał się i popatrzył na Camillo z żałosną miną.
— Przepraszam — wykrztusił mężczyzna palcami przeczesując ciemnobrązowe włosy. — Odbijesz mi to z wypłaty.
— To tylko filiżanka — zaczął mężczyzna i podszedł do baru. Usiadł na wysokim barowym stołku opierając łokcie na blacie. Kawiarnia była już zamknięta. — Co się z tobą dzieje? Zapytał.
— Nic — odpowiedział wymijająco i sięgnął po szufelkę i miotełkę, którą miał pod nogami. Zaczął ostrożnie szkło. Camillo cierpliwie czekał palcami uderzając o blat baru.
— Gdyby wszystko było w porządku trzy filiżanki nadal byłby w asortymencie kawiarni.
— Oddam ci za te cholerne filiżanki! — wrzasnął Eddie ciskając szkło od kosza na śmieci. — Przepraszam — cisnął przedmioty na podłogę i usiadł. Camillo podniósł deskę oddzielającą go od wnętrza baru i zaczął przygotowywać napój. Siedzący na podłodze Eddie podniósł wzrok na mężczyznę.
— Nie powinieneś się przemęczać — zaczął dwudziestoparolatek. — Jesteś przed przeszczepem.
— Przyrządzanie kawy mnie nie męczy — zapewnił go Arango. — Podnoś tyłek z podłogi i bierz się za mycie podłogi — Eddie popatrzył na niego zaskoczony. — Myjąc podłogę niczego nie stłuczesz.
— Co cię gryzie? — zapytał wprost Camillo. Chłopak był cichy i markotny. Nie był sobą. Szatyn przeczesał palcami ciemne gęste włosy i westchnął. Bezwiednie zaczął obracać w palcach filiżankę gorącego napoju. Ojciec Hugo czekał cierpliwie aż Eddie się odezwie.
— Nigdy nikomu o tym nie mówiłem — zaznaczył Eddie i głośno przełknął ślinę — kilka lat temu brałem udział w wypadku samochodowym — wyznał i wypuścił ze świstem powietrze. — Oboje chcieliśmy uciec. Ja od mamy, ona od wiecznie wtrącającego się w jej życie ojca. Namówiłem kumpla żeby zawiózł nas do stolicy — urwał i upił łyk napoju który okazał się być gorącą czekoladą. Gdy się ocknąłem samochód się palił z Juanito w środku.
Camillo zmarszczył brwi szukając w pamięci informacji o wypadku samochodowym. Nic jednak mu nie przychodziło do głowy. Eddie uśmiechnął się smutno.
— Miała na imię Blanca — zaczął uznając, że powinien cofnąć się do początku. — chodziliśmy razem do szkoły. Byliśmy na jednym roku nie w jednej klasie. Ona miała iść na prawo albo medycynę ja miałam skończyć liceum. Matka nie miała żadnych wygórowanych ambicji biorąc pod uwagę moje wyniki w nauce nie liczyła że pójdę na jakiekolwiek studia. Chciałem, ale wszystko się spieprzyło.
— Przez wypadek? — pokiwał głową.
— Była moją najlepszą przyjaciółką — wyznał — i jedyną jaką miałam. Rozmawialiśmy na różne tematy i od słowa do słowa okazało się że Blanca nie chcę iść na medycynę ani na prawo tylko na anglistykę. Chciała zostać tłumaczką ja miałem pójść na bibliotekoznawstwo.
— co?
— To taki kierunek studiów. Chciałem być bibliotekarzem wyznał nieco zawstydzony ze swoich młodzieńczych planów. — Kocham czytać książki — dodał bez cienia skrępowania. Camillo zauważył że pod barem zawsze jest jakaś książka ale podejrzewał Arianę która pracowała od czasu do czasu w kawiarni albo Nicholasa nienadrabiającego zaległości. Jechaliśmy na studia gdy zdarzył się wypadek. Juanito zginął na miejscu mnie i Blanca przewieziono do szpitala. Tam Gdybym ojciec kazał uciąć jej nogę.
— Eddie żaden ojciec — zaczął Camillo w głowie łącząc fakty. Blanca Perez, córka Ricardo Pereza i Palomy miała wypadek krótko po zakończeniu szkoły. Cała okolica była w szoku.
— Dick mu kazał — powiedział z naciskiem — słyszałem. Wyszedł z sali i szukałem jej chciałem ją zobaczyć. Ona chciała jechać pociągiem, ale ja namówiłem ją na jazdę autem.
— Eddie — Arango nagle zrozumiał — to nie była twoja wina.
— Gdybym jej posłuchał — wydusił spoglądając na niego pełnymi łez oczami — nic by się nie stało. Miała by obie nogi studiowała anglistykę i tłumaczyła książki tak jak zawsze chciała. Pociągnął nosem — ja pracowałbym w bibliotece. Pewnie zarabiałbym grosze ale u ciebie też nie zarabiam kokosów więc na jedno by wyszło. Nie rozmawiałem z nią od lat, ale jej pomogłem.
— Pomogłeś?
— Potrzebowała protezy. Nowej bo stara się już do niczego nie nadawała — wyznał — żeby móc chodzić i funkcjonować normalnie wiem bo w internecie znalazłem zbiórkę więc sprzedałem nerkę — pokiwał głową jakby sam siebie chwalił za ten niezbyt mądry pomysł. — to było za mało więc dogadałem się z Joaquinem i od niego też trochę pożyczyłem.
— Pożyczyłeś pieniądze od Templariuszy? — zapytał — na protezę dla Blancki?
— Tak, dostała je. Wiem od Joaquina brakuje mu czasem piątej klepki ale dotrzymuje umów. Ja przemycałem dla niego narkotyki on dawał moją dolę Balnce.
— Balncka wie co dla niej zrobiłeś?
— Co? Nie, oczywiście że nie wie. Uznałaby że kompletnie mi odbiło.
— I miała by racje Eddie
— Nie zwariowałem — zaprotestował gwałtownie. — Potrzebowała pomocy. — przełknął ślinę. — Ja ją zostawiłem całkiem samą, na pastwę losu, na pastwę Dicka więc chociaż to mogłem dla niej zrobić. Chociaż tyle. Tylko nie mów mojemu bratu — poprosił pociągając nosem. — Jeszcze wysłałby mnie na terapię.

&&&

Veda Balmaceda niepewnie zanurzyła stopy w chłodnej wodzie wlepiając oczy w delifina kręcącego się wokół Ivana Moliny. Szeryf uśmiechnął się do niej zachęcająco. Nie była najlepszą pływaczką, ale zawsze chciała popływać z delfinami. Były takie urocze. Ostrożnie zsunęła się z pomostu zanurzając się po pas w wodzie. Poczuła jak Ivan ostrożnie bierze ją za rękę. Ścisnęła go za palce czując jak śliskie ciało ociera o jej. Pisnęła wtulając się w bok Ivana. Delfin zagwizdał i trącił Vedę w dłoń. Nastolatka roześmiała się bezwiednie przesuwając palcami po pysku zwierzęcia. Kilka osób zerknęło w jej stronę. Śmiech Vedy był dla nich czymś zaskakującym i nowym.
— Jesteś słodziutki — stwierdziła Veda przytulając twarz do jego pyszczka. Delfin zagwizdał odsunął się od nastolatki i wykonał w powietrzu fikołka rozchlapując wodę. Veda chwyciła piłkę i podrzuciła ją do góry. Delfin zatrzymał ją na swoim nosie odbijając ją w stronę nastolatki. Ivan odsunął się siadając na pomoście. Uważnie obserwował córkę Eleny, która uśmiechała się od ucha do ucha kręcąc się u bok nowego przyjaciela. Ivan nie był jedynym który spoglądał w kierunku nastolatki. Salvador Sanchez siedział w oddaleniu z brodą opartą na kolanach i spoglądał w kierunku siedemnastolatki za ciemnych okularów. Pomyślał, że ma uśmiech swojej matki.
— Gapisz się na nią — Anita usiadła obok niego. Salvador podskoczył. — Co jest Sal?
— Nic — odpowiedział — po prostu nie wiedziałem, że Elena ma jeszcze jakieś dziecko. Kojarzyłem jej synka Jose.
— Urodziła Vedę w roku w którym wyjechałeś — przypominała sobie Anita. — Nie zauważyłeś że jest w ciąży? Wiem że histeryzowałeś przed obroną.
— Ja wcale nie histeryzowałem — zaprzeczył gwałtownie Sanchez.
— Wcale — Anita uśmiechnęła się — ćwiczyłeś dniami i nocami, że nawet Valentin uważał, że przesadzasz i jeszcze ta piosenka. Jaki nosiła tytuł?
— Kołysanka — odpowiedział machinalnie.
— Nigdy jej nie nagrałeś — zauważyła przytomnie kobieta.
— Nie było okazji — odparł wymijająco uczeń Vidala. —Powiesz mi co się dzieje? Felix zachowuje się jakby cię nie znosił.
— Sal — zaczęła — nie tutaj i nie teraz.
— Przy drinku? Gdy wrócimy?
— Nie pije — odparła na to kobieta. — Porozmawiamy, ale nie dziś.


***
W jednej z sal lekcyjnych panowała napięta atmosfera. Zebrani w pomieszczeniu nauczyciele i rodzice spoglądali na siebie wyczekująco. Nikt nie zabrał jeszcze głosu, ale wszyscy zebrani czekali aż vice-dyrektorka da im szansę na zabranie głosu. Julian położył doń na podskakującym kolanie żony i lekko ścisnął. Lopez posłała mu pełen wdzięczności uśmiech a do środka weszła spóźniona Sylvia, która jeszcze ani razu nie pojawiła się na zebraniu.
— Korki — wyjaśniła oglądnie opadając na jedno z wolnych krzeseł. Upiła łyk kawy na wynos z logiem Gry Anioła. — Zaczynajmy nie mam całego wieczoru. — Elodia odchrząknęła.
— Tak, jesteśmy na nadzwyczajnym zebraniu rady pedagogicznej i rady rodziców aby porozmawiać o sytuacji w szkole. Jak następstwo wiecie spadliśmy w rankingu placówek oświatowych na czwartą lokatę.
— Elodio nie przyszliśmy omawiać tutaj statystyk — weszła jej w słowo Sylvia — spadliśmy w rankingu ponieważ dyrektor nie potrafi utrzymać sprzętu w spodniach.
— Sylvio — oburzona Violetta Conde popatrzyła na koleżankę. — To co przytrafiło się dyrektorowi jest straszne
— I zasłużone — weszła jej w słowo kobieta. Sylvia westchnęła. Miała lepsze rzeczy do roboty niż siedzenie w dusznej klasie i wykłócenia się z grupą upartych bab i kilkoma facetami. — Wszyscy znamy jego reputację.
— To plotki
— Ty jak mało kto powinnaś wiedzieć że w każdej plotce jest ziarno prawdy Viola i przestań mi przerywać — poprosiła ostrym tonem dziennikarka. — W ciągu ostatnich tygodni moja redakcja prowadziła intensywne śledztwo na temat dyrektora Pereza i jego umiejętności zarządzania placówką. — kolano Ingrid przestało drżeć od stołem. Julian popatrzył na żonę to na Sylvię to na żonę. Miał wrażenie że coś mu wyraźnie umyka. — I dotarłam do szeregu informacji, które mnie zaszokowały — wyjaśniła — Rzadko to robię. Nigdy tego nie robię — poprawiła się — ale tym razem dla dobra naszych dzieci jestem skłonna wstrzymać artykuł nad którym pracuje i przekazać materiały bezpośrednio wam i gronu pedagogicznemu gdyż matką jestem w pierwszej kolejności — rozdała pliki kartek przedstawiających szereg nadużyć Ricardo Pereza. — Swoją żonę Palomę poznał będąc jej nauczycielem — zaczęła — Rozmawiałam z dyrektorką tamtejszej placówki która w tamtym okresie była młodą nauczycielką i powiedziała mi nieoficjalnie oczywiście że przyczyną odejścia Pereza z tamtej szkoły był jego romans z uczennicą. Para wzięła ślub doczekała się jak wiemy trójki dzieci.
— Wpadka to nie zbrodnia — Conde skrzywiła się z niesmakiem.
— Masz rację Violu wpadka to nie zbrodnia, ale seks z uczennicą i zrobienie jej dziecka już tak. Uwiódł uczennicę i ją zapłodnił kilka lat po objęciu tutaj stanowiska nauczyciela biologii. Mało tego przekonał jednego ucznia by wziął odpowiedzialność na siebie w zamian za promocję do następnej klasy. W ciągu kilku tygodni Damian Diaz z miernego ucznia stał się bardzo dobrym. Wierzę, że ludzie potrafią się zmienić, ale nie w ciągu miesiąca. Wszyscy wiemy, że Enzo Diaz jest jego synem. Podobnie jak pozostała trójka dzieci z Renatą.
— To oburzające.
— Tak w rzeczy samej Violu oburzające i dalsze informacje ani trochę nie poprawią ci humoru. Za czasów pełnienia przez niego stanowiska jedna uczennica spadła z dachu , jedna zaginęła a jeszcze inna została brutalnie zamordowana przez własnego brata — wyliczyła. — I tak wiem te sprawy dzielą lata ale seksualni drapieżnicy to cierpliwe bestie. Jedna z nich ubiera nasze córki w mundurki ze swoich fantazji.
— Niedobrze mi — wymamrotała Antonia Castelani głośno przełykając ślinę — Przepraszam — wstała i wybiegła z sali.
— Mówisz o jej ojcu — przypominała jej Viola.
— Sądzę, że Antonia wie jakim bydlakiem jest jej ojciec. W końcu sprzedał ją jej pierwszemu mężowi jak kawałek tuszy. — zerknęła na Araceli, która siedziała wpatrując się w wykaz połączeń numeru alarmowego — Zostawił cię na pewną śmierć żeby ukryć fakt że cię zgwałcił.
— Sylvio — Julian Vazquez odłożył wykaz dokumentów — myślę że wszyscy powinniśmy się na chwilę zatrzymać — spojrzał na matkę Guzmana — i rozwiązać tę sprawę na nikogo nie wskazując palcem a zwłaszcza na osoby poszkodowane. — do środka wróciła blada Antonia. Conrado ustąpił jej miejsca, Santos wręczył szklankę wody. — to delikatna sprawa.
— Nie musicie się powstrzymywać przez wzgląd na mnie — zaznaczyła — wiem jakim człowiekiem jest mój ojciec chociaż nie spodziewałam się, że skala problemu jest tak duża. Naiwnie sądziłam że Renata Diaz to druga rodzina którą założył. Nie wiedziałam
— Nikt cię nie obwinia — zaznaczyła łagodnie Sylvia uznając że nie będzie wyżywać się na kobiecie w ciąży. — Sprawę trzeba rozwiązać. Perez musi odejść.
— Odchodzi na emeryturę za dwa miesiące — przypominała zebranym Vioetta
— To za mało — odezwała się jedna z matek. — Moja córka nie będzie go spotykać na lekcjach ani tym bardziej nosić mundurka.
— Przypominam ci Cassie że sama głosowałaś żeby te mundurki zmienić — przypominała jej Conde
— Przyganiał kocioł garnkowi. O ile dobrze pamiętam byłaś wierną orędowniczką Dicka. Ciebie też zbałamucił?
— O wypraszam sobie z dyrektorem nigdy nie łączyły mnie żadne niestosowne relacje twoje insynuacje nie obrażają
— Drogie panie — odezwał się Julian — to nie targ gdzie możecie się kłócić o cenę jajek
Santos nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Conrado kopnął go pod stołem.
— Przepraszam to zabawna gra słów biorąc pod uwagę wszystko co spotkało dyrektora w ostatnim czasie — urwał — ale ja jestem tutaj nowy i mam najmniej do powiedzenia.
— Poza tym jaką mamy pewność ze to wszystko to prawda? — zapytała Sylvie Viola Sylvia popatrzyła na Conde to na Ingrid.
— Dlatego że na szali stoi moja reputacja. Jestem hieną z wątpliwym kręgosłupem moralnym moja droga ale nigdy nie kłamię. I uprzejmie daje szkole wybór. Usunięcie dyrektora ze stanowiska lub skandal obyczajowy który odbije się echem na pewno wstanie nie mówiąc już o perspektywie całego kraju. Jeśli szkoła chcę być ta która umywa ręce — wstała.
— Nikt niczego nie umyje — zapewnił Sylvię Severin — jestem zdania że należy podjąć kroki aby odizolować dyrektora od młodzieży
— A dziewczętom zmienić mundurki — odezwała się Cassie — przywróćmy stare.
— Problem nie leży tylko w mundurkach — wtrącił się Julian i odłożył tekst szkolnego regulaminu — czy te zmiany były naprawdę konieczne? — Zapisy w szkolnym regulaminie nie tylko są seksistowskie ale także nie mają sensu.
— Co pan sugeruje doktorze?
— Sugeruje że rozsadzenie chłopców i dziewcząt od siebie na zajęciach nie powstrzyma ich przed uprawianiem seksu — odparował Vazquez.
— No wie pan co? — oburzyła się Conde. — takie rzeczy opowiadać
Julian wzniósł oczy do nieba.
— Przepraszam myślałem że wszyscy tu jesteśmy dorośli. Zapisy w regulaminie są absurdalne.
— Były koniczne
— Bo jedna z uczennic okazała się być w ciąży? Może by to się nie stało gdyby nauczyciel od biologii nie rumienił się jak pensjonarka na dźwięk słowa „seks” i nie wmawiał uczennicom że czosnek w pępku to metoda antykoncepcyjna.
— O przepraszam to pańska córka zaginęła na dwa lata, tego wątku nie poruszymy bo jesteśmy zbyt delikatni.
— Po pierwsze Ruby to siostra mojej żony nie moja córka a po drugie moja córka — odchrząknął — Ruby nie musiałby uciekać z domu gdyby dyrektor Perez jej nie zgwałcił
— Co?
— A jeśli mówimy już o uczennicach to naucz córkę gryźć się w język Eleno bo jeszcze inne dziewczęta wezmą z niej przykład. Na przykład moja Annie.
— Zaraz o czym ty mówisz? Veda mówi co myśli
— Veda podając fakt o sobie na forum klasy obwieściła że nie tylko mąż cię bije ale także że nie jest już dziewicą — Santos popatrzył na Conrado i żałował że nie wziął pocronu.
— Co powiedziała Veda
— To co słyszałaś.
— To musi być jakaś pomyłka — zaczęła i westchnęła. To nie była pomyłka jej córka mówiła to co myślała nie bacząc na konsekwencje.
— Ale jak sobie córeczkę wychowałaś
— Jak wychowałam? Z tego co słyszałam to twoja córka mówi co popadnie nie zważając na to czy to prawda czy nie
— Moja Annie to dobra dziewczyna i na pewno jest dziewicą nie jakąś puszczalską.
Santos wsunął palce do ust i przeciągle zagwizdał.
— Dziękuje Erciu — Sylvia uśmiechnęła się do niego — od twoich pisków Conde rozbolała mnie głowa. Co za różnica co powiedział kto i komu. Nie zebraliśmy się tutaj po to żeby roztrząsać czyjeś umiejętności rodzicielskie tylko podjąć decyzję w sprawie przyszłości dyrektora więc kto jest za odwołaniem go ze stanowiska i wysłaniem go na zwolnienie lekarskie do dnia emerytury. Bezpłatne zwolnienie lekarskie. — doprecyzowała — podnieść rękę. — Sylvia uniosła dłoń po niej pojawiły się kolejne. — świetnie widzę że chociaż raz rada rodziców jest jednogłośna.
— Kto jest za przywróceniem starego projektu mundurów?
Uniosły się w górę dłonie.
— Świetnie znowu jednomyślni.
— Przewrócenie regulaminu do pierwotnego kształtu? — ponownie jednomyślna decyzja. — Idealnie jest coś jeszcze co powinniśmy ustalić?— nikt się nie odezwał — W takim razie będę się zbierać mam numer do zamknięcia. Artykuł o Ricardo ukaże się pod koniec miesiąca. Do widzenia. Rodzice również wyszli. Zostali tylko nauczyciele.
— Jest jeszcze jedna kwestia którą powinniśmy omówić — Anita Vidal zabrała głos ostrożnie dobierając słowa. Głupio jej było mówić o tym przy Elenie — chodzi o Vedę.
— Ona mówi co myśli.
— I dobrze, przyda się trochę szczerości chodzi o to co możemy zrobić jako szkoła żeby jej pomóc. Veda nie może spędzać czasu na przerwach w słuchawkach ponieważ przytłacza ją hałas. Musi mieć kontakt z dzieciakami w swoim wieku także po zajęciach.
— Veda musi uczęszczać do centrum korepetycji — odezwała się Leticia — o ile jestem wstanie przymknąć oko na treść wypracowania co chcesz robić za pięć lar to napisanie podczas analizy wiersza że myśli że martwego już od ponad stu lat autora nie obchodzi co ona myśli na temat jego twórczości już nie.
— Jordan pomaga jej w nauce — odezwała się Elana.
— Jordan? — zapytała ją Anita.
— Tak wspólnie czytają Annę Kareninę” Vedzie łatwiej jest kogoś słuchać gdy czyta i śledzić tekst niż czytać. — Eva i Anita popatrzyły na siebie. Veda i Jordan być może pracowali razem ale na pewno nie nad czytaniem Kareniny. Żadna z kobiet nie odezwała się jednak bo na ustach Leti pojawił się uśmiech. Najwyraźniej ta wiadomość ją ucieszyła.
— Rozumiem że Veda ma specjalne potrzeby ale nie zmienimy dla niej infrastruktury całej szkoły — odezwała się przytomnie Julietta — Mamy wydać polecania uczniom żeby byli cicho na korytarzach nie biegali i nie hałasowali bo przeszkadza to jednej uczennicy. Rozumiem że Veda ma autyzm ale to czego oczekujcie jest niewykonalne.
— Niczego nie oczekuje od szkoły — odezwała się jej matka.
— Szkoła jako placówka nie może zignorować jej potrzeb — odezwał się Conrado Severin. — Veda w szkole musi mieć swoją strefę ciszy. To nie jest zdrowe aby całe przerwy spędzała w słuchawkach wyciszających. Elodio czy w szkole jest miejsce gdzie będzie mieć odrobinę więcej swobody?
— Wymyślimy coś, pytanie co zrobimy z Ricardo?



***
Jordan Guzman grywał na cmentarzu. Dla siebie, dla Grace. Zmarli na cmentarzu w Pueblo de Luz byli jego widownią. Nie krytykowali, nie marudzili, słuchali. Nie żeby Guzman przejmował się opinią umarlaków, ale na cmentarzu zawsze odnajdywał spokój. Tej nocy było dokładnie tak samo. Ostatnio bowiem wszystko wyprowadzało go z równowagi. Matka, ojciec, kochanka ojca i koleżanka z klasy, którą z całych sił starał się ignorować, lecz zawsze gdzie nie spojrzał była w zasięgu jego wzroku. Wargi zacisnął w wąską kreskę. Na szkolnej wycieczce, na szkolnym korytarzu, w klasie, w domu była dosłownie wszędzie więc gdy wracając dostrzegł siedzącą młodą kobietę przy jednym ze świeżych grobów pomyślał, że zmęczony wzrok płata mu figle lub co gorsza że zwariował. Zrobił krok do przodu. Siedziała na ziemi z długimi czarnymi włosami opadającymi na plecy i kolanami podciągniętymi pod brodę.
— Tęsknie za tobą okrutnie — usłyszał. Wiedział, że to co mówiła i z kim rozmawiała nie było przeznaczone dla jego uszu, ani nikogo innego, ale nie był wstanie się ruszyć. On nie był na grobie Franklina. Ona siedziała na ziemi, na grobie brata pociągając nosem. — Dlaczego? — zapytała płaczliwym drżącym głosem. — Dlaczego musiałeś umrzeć? — zapytała. Jose Juan Balmaceda nie mógł jej odpowiedzieć. — Jak mam żyć w świecie którego nie rozumiem? — padło kolejne pytanie. W świetle księżyca widział jak wyciera mokre od łez policzki. — W szkole jest ciężko — wyznała bratu. — Nikt nie chcę ze mną rozmawiać, ani siedzieć na stołówce — powiedziała powoli — zjadłam ci lunch w toalecie — wypuściła ze świstem powietrze. — Tylko tam było cicho — wykrztusiła nastolatka. — Rozmawiały o mnie i to nie były miłe rzeczy. I miały rację. Jestem dziwadłem — ze świstem wypuściła powietrze z płuc. — Dziwolągiem, który nosi wielkie słuchawki. Mają rację. Nic dziwnego, że nikt mnie lubi skoro nikt nie może mnie poznać, ale ja nie przetrwam bez nich dnia — wykrztusiła z trudem. — Nie zniosę tego szumu, krzyków i wrzasków. Jest za głośno. Świat jest za głośny — łzy toczyły się po policzkach. — To ja powinnam była umrzeć nie ty — wykrztusiła. Jordan zrobił krok do tyłu. Usłyszał wystarczająco dużo, lecz gdy strącił skrzypcami jeden ze zniczy na grobie. Szklany przedmiot rozbił się z łoskotem. Veda podskoczyła przestraszona i odwróciła do tyłu głowę.
— Jose — wydukała nie ruszając się z miejsca. — Jesteś na mnie zły?
— To tylko ja — Jordan nie miał ochoty się ujawniać, ale jeśli Veda Balmaceda pomyśli, że to wiadomość od brata i zrobi coś głupiego. Nie chciał mieć jej na sumieniu. — Jordan.
— Co robisz nocą na cmentarzu? — zapytała go i stała. Nastolatek zamarł. Koleżanka z klasy miała na sobie piżamy na cienkich ramiączkach z wizerunkiem Bambi i męskie bokserki. Miał tylko nadzieję że gatki z wizerunkiem Tuptusia nie pochodzą z szuflady Ivana.
— Mogłabym o to samo zapytać ciebie — odbiła piłeczkę nastolatka podchodząc do niego. — Co ty tu robisz? Ja rozmawiam z bratem — wskazała na prosty nagrobek. Popatrzyła na niego wyczekująco.
— Gram na skrzypcach — odpowiedział i wskazał na trzymany instrument. Veda zmarszczyła brwi.
— Dlaczego grasz na skrzypcach na cmentarzu skoro masz dźwiękoszczelny garaż? — zapytała go przytomnie łącząc fakty. Westchnął. Nie chciał odpowiadać na to pytanie. Veda jakby wyczuwając jego brak chęci wyminęła go i ruszyła do wyjścia.
— Zaczekaj — dogonił ją — odprowadzę cię do domu.
— Znam drogę — zapewniła go.
— W to nie wątpię — odpowiedział spoglądając na brunetkę idącą obok niego. Ivan powinien z nią porozmawiać. Nie powinna włóczyć się po miasteczku ubrana cóż tak jak była ubrana. Ściągnął przez głowę bluzę i podał ją jej. — Załóż ją — polecił. Popatrzyła na niego zdziwiona i bez słowa protestu ją założyła. — Nie powinnaś włóczyć się sama po mieście. Zwłaszcza nocą. Tutaj nie jest bezpiecznie. Ten który skrzywdził Victorię Diaz de Reverte nadal jest na wolności — przypominał jej.
— On mi nic nie zrobi — zapewniła go. Zacisnął usta w wąską kreskę.
— Nie byłby tego taki pewien — odpowiedział dyplomatycznie.
— A ja jestem pewna że nie jest na tyle obłąkany żeby zgwałcić własne dziecko — odpowiedziała a on zatrzymał się jak rażony piorunem. Veda również zatrzymała się cztery kroki przed nim. — Idziesz? — zmusił swoje nogi do zrobienia kilku kroków.
— Jose? — zapytał nie mogąc się powstrzymać
— Tak mi się wydaje — odpowiedziała mu Veda. — Tamtej nocy nie było go w domu — wyjaśniła —gdy wrócił grałam w salonie Dziadka do orzechów. Był wściekły. Gdy zapytałam gdzie był wściekł się jeszcze bardziej i złapał wiolonczelę. Roztrzaskał ją o ścianę i spalił w kominku. Zmusił mnie do patrzenia. — Nienawiść do Balmacedy urosła gwałtownie. Nastolatka pociągnęła nosem.
— Grasz na cmentarzu, żeby twoja mama nie wiedziała? — zapytała go zaskakując go tym samym. — Felix wspominał, że się nie lubicie.
— Felix użył delikatnych słów — odpowiedział na to dziewczynie. Ona pokiwała głową i wcisnęła ręce do kieszeni jego bluzy.
— Chciał być lekarzem— odezwała się nieśmiało Veda. — Jose studiował medycynę. Nie dla ojca, ale dla siebie. Chciał pomagać dzieciom takim jak ja — przełknęła ślinę — dziwadłom.
— Nie jesteś dziwadłem — zaprzeczył Guzman. — Jesteś inna. To wszystko. Było by ci łatwiej znaleźć przyjaciół wśród żywych gdybyś czasem ściągnęła słuchawki.
— Nie mogę— wykrztusiła — próbowałam, ale nie mogę. Jest za głośno.
— Nie rozumiem, grasz na wiolonczeli, a przesadza ci hałas szkolnych korytarzy?
— Wiem, że to dziwne, ale tak właśnie mam. Wiolonczela — urwała — muzyka jest czymś co kontroluje, hałas na szkolnym korytarzu i inni ludzie już nie. — zatrzymali się przed wejściem do bloku Ivana. Veda popatrzyła na drzwi.
— Nie wzięłaś kluczy — domyślił się i wzniósł oczy do nieba. Jak ta dziewczyna chciała przetrwać w Nowym Jorku?
— Zapominałam
Guzman westchnął sięgając po telefon. Już miał wybierać numer Moliny gdy dostrzegł go idącego w ich stronę. Schował aparat do kieszeni. Ivan popatrzył to na jedno to na drugie z osłupiałą miną.
— Co wy dwoje tu robicie?
— Stoimy — odpowiedziała. Jordan parsknął śmiechem.
— Spotkałem twoją Bambi na cmentarzu i odprowadzam do domu — dodał Guzman. — Sarenka nie wzięła kluczy. Ivan podał jej swój komplet i obserwował jak dziewczyna znika na schodach. — Pilnujcie jej lepiej — zaczął gdy obaj usłyszeli tupot stóp. Veda wróciła z jego bluzą w dłoniach. — Nie dałeś mi swojego numeru telefonu — powiedziała — jak umówimy się na korepetycje — wyciągnęła w jego stronę aparat. Jordan dość niechętnie wpisał jej swój numer. Poczuł wibracje telefonu gdy Veda puściła mu strzałkę. Zapisał jej numer pod jedną krótką nazwą. Bambi. Zaśmiała się i zapisała jego numer wyraźnie z tego zadowolona.
— Jak go zapisałaś? — Ivan zaśmiał się mimowolnie. — Tuptuś?
— Czy ja ci wyglądam na Tuptusia?
— Nie ale gdzie się nie obejrzę tam jesteś. Łazisz za mną jak Tuptuś za Bambi.
— Nieprawda jest wręcz odwrotnie.
— Nieprawda — to tym razem ona zaprzeczyła i dzięki — rzuciła w stronę chłopaka oddając mu okrycie — do zobaczenia w szkole.
Jordan skinął głową i zaczekał aż usłyszy charakterystyczny dźwięk zamykanych drzwi.
— To Balmaceda? — zapytał Ivana. Zawieszony w obowiązkach policjant popatrzył na niego niezrozumiałym wzrokiem. — To on zrobił to żonie Magika? — doprecyzował pytanie. —Veda mi powiedziała — wyjaśnił swoją wiedzę. Ivan westchnął.
— Nie rozpowiadaj o tym nikomu.
— Nie zamierzam i Ivan ona nie może biegać po mieście w tym czymś — machnął ręką. — nawet jeśli te gadki które miała na sobie są twoje.
— Co? Nie nosze bielizny w króliczki z kreskówek. Chociaż skarpety mi zabrała.
Guzman roześmiał się i poklepał mężczyznę po ramieniu.
— Przyzwyczaj się. Ciuchy będę ci ginąć ale spójrz na to z tej strony — zaczął oddalając się — przynajmniej nie nosi twoich majtek — uciekł za nim Molina zdążył go chwycić.


Ostatnio zmieniony przez Sobrev dnia 18:03:37 05-11-23, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5752
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 13:12:59 07-11-23    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 146
SILVIA/IVAN/JORDAN/ANITA/FELIX/MARCUS/QUEN/LIDIA/ŁUCZNIK


Silvia Olmedo nie sądziła, by kiedykolwiek mogła przyzwyczaić się do niezapowiedzianych wizyt Łucznika. Zawsze był ją w stanie zaskoczyć, kiedy zjawiał się późnym wieczorem lub pod osłoną nocy. Tym razem również pojawił się w jej gabinecie w redakcji, ale nie zajął już jej fotela. Zamiast tego przysiadł wygodnie na parapecie i zastanawiała się, czy po prostu chciał mieć możliwość szybkiego zniknięcia, kiedy poczuje, że rozmowa schodzi na niewłaściwe tory.
− Nie, jeszcze nie znalazłam nic na Fernanda, jeśli po to przyszedłeś – odpowiedziała na niezadane pytanie.
− Nie szkodzi, mam inną sprawę. A właściwie obie się ze sobą łączą. Potrzebuję informacji o rodzinie Mazzarello. – El Arquero mówił swoim zmodulowanym mechanicznie głosem. Zaintrygował ją.
− Mazzarello? To śliskie typki, od lat krążą dziwne pogłoski, ale nigdy nie wyrządzili nikomu krzywdy. Lubią kasę, jak wszyscy ludzie w tej okolicy. Stary Marcelo dorobił się nielegalnie na swojej sieci lodziarni, podobno prał brudne pieniądze, ale nic mu nie udowodniono. Po co ci to? Zamknęli ostatnią lodziarnię sześć lat temu.
− Interesują mnie powiązania Mazzarello z Barosso i z Los Zetas.
− Ach, więc o to chodziło w ten wieczór w El Paraiso? – Silvia zaśmiała się cicho, nagle układając sobie wszystko w głowie. – Nienawidzisz Templariuszy, ale skoro Los Zetas chcą ich dopaść, to nagle widzisz w nich sojuszników?
− Nie układam się z przestępcami. Wieczór w El Paraiso to był moment słabości. Nudziło mi się. – Sam nie wiedział, po co jej to mówi. Przecież i tak nie to ją najbardziej interesowało. – Nie zamierzałem pomagać kartelowi, tak po prostu wyszło.
− Tak, nie zamierzałeś też ratować córki ordynatora. Po prostu jesteś bohaterem z przypadku. – Redaktorka zaczęła mu bić brawo, kiwając głową z uznaniem. – Jesteś dziwny, El Arquero. Siejesz zamęt i ścigasz przestępców, ale nie możesz pozostać obojętny wobec przypadkowych ofiar. Policja niespecjalnie chciała rozmawiać z prasą, ale przyjaźnię się z Rebecą Fernandez, więc wiem to i owo z pierwszej ręki. Podobno kazałeś opatrzyć Jonasa Altamirę, mimo że to gnida.
− Każdy zasłużył na uczciwy proces.
− Proszę cię. – Silvia machnęła ręką, patrząc na niego z politowaniem. – Jesteś idiotą? Nie ma czegoś takiego jak uczciwy proces w tej dziurze zabitej dechami, ale chyba już o tym wiesz. Adam Castro to prawnik, który specjalizuje się w obronie najgorszych kryminalistów. Jest drogi, bardzo drogi i Barona Altamiry nie stać na takiego obrońcę dla syna, a jednak Castro zdecydował się go reprezentować. Myślisz, że proces będzie obiektywny? – Olmedo ponownie się roześmiała. – Nie wiem, czy bardziej chce mi się śmiać czy żal mi ciebie i twojego niepoprawnego idealizmu.
− Jeśli Jonas Altamira się z tego wywinie, przestrzelone strzałą kolano będzie jego najmniejszym zmartwieniem – odpowiedział dyplomatycznie Łucznik, ale choć zgrywał spokojnego, kobieta zauważyła, że był tą sytuacją zirytowany.
− Nie udawaj, El Arquero. Nie byłbyś w stanie zabić człowieka.
− Skąd ta pewność? Nie wie pani, czy już nie zabijałem.
− Widzę to. – Silvia założyła ręce na piersiach i zmierzyła wzrokiem ciemny kształt przy oknie. Prawdą było, że nie miała okazji mu się porządnie przyjrzeć. Może właśnie na tym polegał sekret Łucznika. Nie sposób było dokładnie określić jego postury czy wzrostu. Jedni twierdzili, że jest wysoki i umięśniony, inni że dość niski i chuderlawy, jeszcze inni twierdzili, że to kobieta. Krążyły legendy, a on był specjalistą w maskowaniu swojej tożsamości. – Mając do wyboru ściganie mordercy i członków kartelu, wybrałeś ratowanie życia niewinnej sześciolatki. Nie jesteś mordercą, El Arquero. Bardzo bym się zdziwiła, gdybyś miał na swoim koncie trupa.
− Nie muszę się tobie tłumaczyć. – Łucznik przeszedł na ty, czym ją rozbawił. Wyglądał na naprawdę zirytowanego, jakby na siłę próbował udowodnić, że jest gorszy niż w rzeczywistości.
− Widzę, że w takim razie nie ma sensu proponować ci układu. Są osoby, których nazwisk nie wypowiem, a które bardzo chciałyby, żeby Ricardo Perez dostał strzałę prosto w oko. – Silvia przyjrzała się od niechcenia swoim paznokciom, sądząc, że rozbudzi w ten sposób ciekawość Łucznika. On jednak nie wydawał się zainteresowany. – Ale skoro nie krzywdzisz ludzi…
− Bez oka można żyć. Ale masz rację, to nie w moim stylu. Kimkolwiek są te osoby, niech zajmą się tym same, ja działam solo. – Srebrny Strzelec poruszył się lekko przy oknie.
− Więc pewnie to też cię nie zainteresuje? – Silvia sprawiała wrażenie, jakby go sprawdzała, kiedy rzuciła mu teczkę z papierami, którą dostała od Ingrid. Złapał ją w locie i otworzył, by przejrzeć zawartość. – No i? – zapytała, kiedy zamaskowany człowiek przez pewien czas milczał, studiując to wszystko.
− Stek bzdur – skwitował i oddał jej teczkę. – Garść nielegalnych dowodów, których żaden prokurator, nawet ten przekupiony, nie może użyć w sądzie. Test DNA zrobiony bez niczyjej wiedzy? Nie wiedziałem, że żyjemy w telenoweli.
− Nikt nie mówił o angażowaniu prokuratury czy policji. Te informacje są wystarczające, by ukrócić praktyki Pereza.
− W jaki sposób? Publikując artykuł na łamach prasy? Pani redaktor… − Pomimo zmodulowanego głosu dało się słyszeć w głosie Strzelca pewne rozczarowanie. – Widzę, że pozwy pani w ogóle nie ruszają, jest pani gotowa stawić czoła Perezowi w procesie o zniesławienie? Tego, co tutaj pani ma, nikt nie udowodni, chyba że wszyscy świadkowie zaczną zeznawać, a jest ich… cóż, tych którzy jeszcze żyją, niewiele. Do tej pory milczeli, więc dlaczego mieliby teraz puścić farbę? Nie wspomnę o narkomanie, którego zeznania z tamtego czasu są dosyć wątpliwe.
− Jesteś bardzo sceptyczny. Myślałam, że zależy ci na sprawiedliwości. Podaję ci ją na tacy. Idę z tymi informacjami na zebranie rady rodziców i pozbędziemy się Dicka ze szkoły, ale potrzebujemy też pozbyć się go z naszego życia raz na zawsze.
− Pani redaktor… − Sposób w jaki wypowiadał te słowa był tak protekcjonalny, że lekko ją rozzłościł. Do tego przeciągał te słowa, jakby napawał się wyższością. – Ricardo Perez jest jak opryszczka, jego nie jest tak łatwo się pozbyć. I uprzedzając pani pytanie, wolę inne metody działania. Powolne tortury, o to na co zasłużył Dick.
− Strzała w oko nie, ale tortury już tak? Bardzo humanitarne. – Kobieta prychnęła, trochę zawiedziona, że nie udało jej się zainteresować go informacjami od Ingrid.
− Są różne rodzaje tortur, nie tylko fizyczne. Ja chcę, żeby ten mężczyzna cierpiał, skręcał się w męczarniach i był uwięziony w klatce własnego umysłu. Tak jak torturował swoje ofiary, które już nigdy nie będą takie same po tym, co im zrobił, a które tkwią w tym więzieniu od lat. Tak jak cierpią krewni tych ofiar.
− Co więc masz na myśli? Cytacik z Biblii już pewnie wybrany?
− Nie muszę cytować mu Biblii. To religijny fanatyk, zna Pismo Święte na pamięć. – Łucznik odpowiadał zdawkowo i widać było, że Silvia nie wyciągnie z niego więcej informacji. Zamiast tego postanowiła zmienić strategię.
− Mam pewną teorię, chcesz posłuchać?
− Teorie w stylu Silvii Olmedo de Guzman… to będzie ciekawe. Słucham. – Udał, że zamienia się w słuch i podobnie jak ona założył ręce na piersi. Wyglądało to groteskowo – zamaskowany ciemny kształt czekający na to, co powie mu dziennikarka.
− Myślę, że wiem, dlaczego ukrywasz twarz.
− Naprawdę? Szalona teoria spiskowa – dlaczego ktoś, kto wymierza w miasteczku sprawiedliwość miałby ukrywać się pod kominiarką? To jest zagadka na miarę Archiwum X. – Zakpił z niej, ale nic sobie z tego nie robiła.
− Jesteś albo bardzo szpetny albo jesteś kimś, kogo znam.
− To jest twoja teoria? Tylko dwie opcje bierzesz pod uwagę? Cóż za polot, spodziewałem się po tobie czegoś więcej. – Zamaskowany mężczyzna się zaśmiał, a jego oczy zabłyszczały w ciemności. – Ty znasz wszystkich w tym mieście, więc ta druga hipoteza jest co najmniej śmieszna.
− To nie do końca prawda. Wiele się pozmieniało, kiedy mieszkałam w San Nicolas de los Garza, nie znam każdego mieszkańca Doliny i Miasta Światła. Ale… czyżbyś potwierdził zatem, że jesteś brzydki i dlatego się przede mną kamuflujesz?
− Kwestia gustu. – Łucznik wstał i miał zamiar wyjść, bo znudziła go nieco ta rozmowa. – Wrócę, jak będziesz dla mnie miała konkrety, a nie plotki rodem z tabloidów.
Silvia się roześmiała, sprawiło jej to niemałą frajdę. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz jej praca była taka przyjemna. Czuła, że jej przymierze z Łucznikiem może przynieść wszystkim wiele korzyści. Nie wiedziała jeszcze tylko jakich.

***

Ivan Molina zawsze był fajnym wujkiem, który pozwalał na dużo więcej niż rodzice czy troskliwe ciocie i przyjaciółki rodziny jakimi były chociażby Norma czy Anita. To on nauczył chłopców pływać, on pierwszy pokazał jak zmieniać biegi w samochodzie, objawiał tajniki pierwszych miłostek. Krył ich tyłki, kiedy wracali do domu późnym wieczorem albo kiedy coś przeskrobali. Jednak kiedy było trzeba, potrafił wymusić na chłopcach posłuszeństwo i miał u nich autorytet. Tak też było i tym razem − zaprzągł młodego Guzmana do pracy i przypatrywał się mu się kątem oka w trakcie gdy ten mył ze złością naczynia po obiedzie, na który niespodziewanie zaprosiła go Veda Balmaceda. Chciał wracać wcześniej, ale nikt nie chciał go słuchać, a Ivan wyraźnie dobrze się bawił, rozkazując młodemu wykonanie drobnych prac domowych, by nieco odciążyć niewiasty. Jordana najbardziej nie wkurzał fakt szantażu Vedy (owszem, było to irytujące, bo dziewczyna mogła w każdej chwili wypaplać jego matce nad czym tak naprawdę pracują), ale to, że Molina zdawał się go prześwietlać wzrokiem detektywa. Szeryf natomiast wycierał mokre talerze, które Jordan odstawiał gwałtownie na bok tuż po umyciu, jakby to one były wszystkiemu winne.
− Powinieneś jej trochę odpuścić, wiesz? Ona nie jest taka jak ty czy inne dzieciaki – zagadnął w końcu, czując, że to już odpowiedni moment i nerwy trochę opadły. – Nie rozumie, dlaczego jesteś zły na nią za coś, co zrobił jej ojciec.
− Oszczędź mi tego, Ivan. Widzę, że i ciebie owinęła sobie wokół palca tak, jak moją matkę.
− A więc o to chodzi? Jesteś zazdrosny?
Szeryf szybko pożałował tych słów, bo Jordi posłał mu tak piorunujące spojrzenie, że miało się wrażenie, że zaraz rzuci mokrymi talerzami o ziemię.
− Pozwala jej na wszystko. Udostępniła garaż, dała wiolonczelę, zaprasza Elenę na herbatkę, jakby nic się nie wydarzyło. A mój ojciec nie jest lepszy. Sam ma jego krew na rękach.
Ostatni talerz został odłożony z głośnym brzdękiem i Jordi wyłączył wodę w zlewie. Ivan rzucił mu ścierkę, by mógł wytrzeć dłonie. Wspomnienie Gilberta i bezsilności, którą czuł, czuwając przy nim na brzegu rzeki i czekając na pomoc, która nie nadeszła na czas, wróciło ze zdwojoną siłą.
− Fabian nie budował tego mostu. – Glos Ivana brzmiał spokojnie, ale w gruncie rzeczy on też był zły. Jordan od miesięcy powtarzał, że ta inwestycja to jedna wielka ściema, ale nikt go nie słuchał. Gdyby gubernator zablokował budowę, a miał taką możliwość gdyby Fabian zainterweniował, Gilberto Jimenez mógłby nadal żyć.
− Nie, ale przyzwolił na to. A ja jak zwykle wyszedłem na głupka, bo łudziłem się, że choć raz mnie posłucha. Zresztą nieważne. – Guzman wpatrzył się w swoje czyste i suche już dłonie, żeby nie musieć patrzeć wujowi w oczy. – Najgorsze jest to, że nie mogę iść do Balmacedy i złoić mu skóry. Akurat w tym mnie ubiegłeś.
− Nie jestem z tego dumny.
− Dziwne, podobno Basty’emu powiedziałeś coś innego.
− Basty’emu mówię różne rzeczy. – Policzek Ivana zadrgał lekko, kiedy odkładał ostatni wysuszony talerz na równy stosik na półce. – Nie powinieneś wyładowywać się na Vedzie za to, co zrobił jej ojciec. Veda potrzebuje przyjaciół, kogoś kto się będzie o nią troszczył. Nie ma tutaj nikogo oprócz matki. Ona jest inna. Więc zjedzenie cholernego burgera to dosłownie minimum, które możesz dla niej zrobić. Tak się ucieszyła, że może dla nas przygotować obiad, a Elena mówi, że jej to pomaga, kiedy czytasz na głos. Zawsze miałeś ładny głos. Tylko nie mów Felixowi, że to powiedziałem – dodał szybko Molina, jakby obawiał się, że jego chrześniak może uznać go za wroga.
− Masz mnie za idiotę, Ivan? Wiem, że Veda ma autyzm. Praktycznie wyjawiła przy całej klasie, że… nieważne. – W porę się opamiętał, zdając sobie sprawę, że nie są to informacje, które Molina musiał znać. − Wiem, że to nie jej wina, okej? – Nastolatek oparł się o zlew i dla odmiany wpatrzył się we własne stopy. – Nic na to nie poradzę, że jak ją widzę, to przed oczami mam tylko Balmacedę. I tak, wiem, że jej też jest ciężko, w końcu straciła brata, nie musisz mi o tym przypominać.
− Ty też straciłeś brata.
− Tylko nie zaczynaj. – Jordi wywrócił teatralnie oczami, czując, że wie, co nadchodzi.
− Gadałeś z kimś o tym? – Molina był autentycznie zatroskany. Pierwszy raz od dawna miał okazję porozmawiać szczerze z bratankiem byłej żony. Widział, że to go trapi, znał go na tyle dobrze, by wiedzieć, kiedy cierpi, ale z jakiegoś powodu chłopak nie chciał o tym mówić. Zresztą zawsze taki był – radził sobie z problemami sam, żeby nikogo innego tym nie obarczać.
− Z kim? Z terapeutą? Na tym etapie mam już zniżkę. – Guzman prychnął i założył ręce na piersi. – Wiedziałeś w ogóle? O tym, że byłem w tym samochodzie z Franklinem? Nie mówili o tym, nikomu nie powiedzieli.
− Słyszałem od Debory po waszym powrocie z Paryża. Gdybym wiedział, przyszedłbym cię odwiedzić w szpitalu. Wierz lub nie, byłem wtedy wściekły i uciąłem sobie pogawędkę z twoim tatusiem.
− Mam nadzieję, że mu przywaliłeś.
− Nie musiałem, był w totalnej rozsypce, Jordi.
− Proszę cię! – Nastolatek prychnął ponownie, bo jego ojciec nie należał do typów, którzy łatwo się załamują. − Jedyny raz, kiedy widziałem ojca w rozsypce, to kiedy miałem jakieś sześć czy siedem lat, a Norma Aguilar powiedziała sakramentalne „tak” po raz drugi, bynajmniej nie do Fabiana. – Nastolatek uśmiechnął się półgębkiem. Dobrze wiedział, że ojciec nigdy nie przestał kochać matki Marcusa, było to tak oczywiste, że nie musiał go o to nawet pytać.
− Tak, był załamany – Ivan kontynuował, ignorując niedowierzanie na twarzy chłopaka, który tylko roześmiał się gorzko. – Dopiero co stracił syna, drugi omal nie umarł. Fabian Guzman nie pokazuje uczuć, jesteście siebie warci. Ale jestem cholernym szeryfem i umiem poznać, kiedy ktoś mnie oszukuje. Nawet jeśli jest to tak wytrawny gracz jak mój ex szwagier. Albo ty.
− Nie przyszedł do szpitala ani razu. – Jordan dopiero teraz spojrzał na Ivana i wypowiedział na głos coś, co dręczyło go od roku. – Gdybym zginął w tamtym wypadku, pewnie nawet by nie zauważył. Matka też nie.
− Nie mów tak, to nieprawda. – Molina pokręcił głową. Nie przepadał za Silvią i mógł być przeciwnikiem metod wychowawczych Guzmanów, ale wiedział, że kochali swoje dzieci i nigdy nie życzyli im źle.
− Prawda, przecież to wiem. Matka zresztą sama mi powiedziała. – Widząc zaskoczone spojrzenie Ivana, uśmiechnął się krzywo. – Myślała, że śpię. Płakała za Franklinem i powiedziała mi, że to ja powinienem zginąć w tym wypadku. Że w ogóle nie powinienem był się urodzić.
− Jordi…
− No co? Przecież ma rację. – Nastolatek wzruszył ramionami, jakby chciał sprawiać pozory, że wcale go to nie obeszło. Minęło już tyle czasu, że zdążył się z tym oswoić. – Nie chciała mnie, przecież to wiem. To żadna tajemnica w naszej kochającej się rodzince. Nelę jeszcze mogła przeżyć, bo mała księżniczka dobrze wyglądałaby w jej CV. Ale bliźniaki? Nie, tego nie było w planach.
− To nie znaczy, że cię nie chciała.
− I nie umówiła się na aborcję u znajomego Osvalda? Proszę cię, Ivan, mam siedemnaście lat, a nie siedem. Zawsze szybko łączyłem fakty. Prędzej zrozumiałem, skąd się biorą dzieci niż Franklin. – Jordan był lekko zirytowany, że wuj próbuje wmówić mu coś, co nie było prawdą. Nie był już dzieckiem, nie trzeba się było obchodzić z nim jak z jajkiem. – Ale jednak coś mam z matką wspólnego. – Tym razem na jego ustach pojawił się smutny uśmiech.
− Co takiego?
− Wszyscy przy mnie umierają, Ivan. Mówiąc całkiem szczerze, ja też wolałbym się nie urodzić.

***

Powiedzieć, że Dickowi Perezowi grunt osuwał się spod nóg było lekkim niedomówieniem. Wszystko na co tak pieczołowicie pracował przez wiele lat, teraz mogło legnąć w gruzach. A wszystko za sprawą Eleny Victorii Diaz de Reverte, która śmiała go szantażować. Wiedziała zdecydowanie zbyt dużo, a miał wrażenie, że nie zdradziła mu nawet połowy tego, co udało jej się ustalić na jego temat. Do tego spotkanie z Angelicą Pascal wyprowadziło go z równowagi. Stara wiedźma insynuowała, że również wie sporo o jego grzeszkach, co wcale nie było takie głupie, biorąc pod uwagę, że przyjaźniła się z Valentinem. Vidal zawsze był podejrzliwy wobec Pereza i na pewno zdążył przekazać jej swoje chore teorie, zanim umarł. Na szczęście tego kochającego muzykę durnia nie było już wśród żywych i mu nie zagrażał, ale Dick Perez był zbyt mądry, by sądzić, że jest bezpieczny. Nie był bezpieczny i zaczynał już popadać w paranoję. Czuł, że jest obserwowany, gdziekolwiek się udaje − zupełnie jakby ktoś podążał za nim jak cień. „Nie znasz dnia ani godziny” powiedziała ta krowa Angelica. Czy tak to miało wyglądać? Wynajęła kogoś, żeby go torturował czy może to sprawka Victorii Reverte? A może miały jakąś umowę między sobą? Takie myśli kołatały w głowie Dicka Pereza, kiedy wracał do domu i nawet teraz czuł, że coś jest nie tak.
Dopadł do drzwi domu, w pośpiechu wyciągając klucze, by uciec od tego okropnego uczucia. Odetchnął z ulgą, kiedy już znalazł się w zaciszu domowym. Kiedy miał zamiar przebrać się na kolację i wszedł do sypialni, wiedział jednak, że wcale nie był bezpieczny. Ogarnął go dziwny chłód i ze zdumieniem stwierdził, że okno jest otwarte na oścież, wpuszczając do środka zimne powietrze. Nie pamiętał, by zostawiał je otwarte, być może Paloma wietrzyła pomieszczenie. Ale wtedy jego wzrok padł na komodę i poczuł, że zasycha mu w gardle.
Srebrna strzała kołysała się wbita w błyszczący dębowy mebel, sugerując, że właśnie w jego domu przebywał intruz. Dick odpiął kilka guzików koszuli, czując, że robi mu się gorąco i podszedł do komody, bojąc się, co takiego może tam zobaczyć. Kolejny cytat o gwałcie, morderstwie, zboczeniach? Nic z tych rzeczy. Na komodzie leżała fotografia przebita srebrną strzałą. Drżącymi palcami wyciągnął strzałę i zamrugał powiekami, chwytając w dłonie zdjęcie. Musiał podejść do okna, by lepiej widzieć, co takiego przedstawiała i kiedy zdał sobie w końcu sprawę, co to takiego, omal nie wypuścił kawałka papieru z rąk.
Było to zdjęcie wyrwane ze szkolnej kroniki i to nie byle jakiej. Przedstawiało uczennicę w szkolnym mundurku, wszyscy uczniowie mieli takie zdjęcia. Araceli Falcon uśmiechała się z fotografii, ale wyglądało to groteskowo, bo na jej czole widniała dziura po strzale. Dick Perez momentalnie zreflektował i wyjrzał przez okno. Po drugiej stronie ulicy w cieniu drzew dostrzegł ciemny kształt i przeszedł mu dreszcz po plecach. A więc nie wydawało mu się. Ktoś rzeczywiście go śledził, ktoś chciał sprawić, że będzie stale czujny i że nigdy nie odetchnie z ulgą. El Arquero de Luz był ubrany cały na czarno i nie widać było jego twarzy ani żadnych innych detali, ale łuk i kołczan nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Miał wrażenie, że ich spojrzenia się spotkały i ręka Dicka automatycznie zacisnęła się na fotografii Araceli. Łucznik uniósł jedną dłoń i Perez miał ochotę się schować, sądząc, że ten człowiek zaraz pośle w jego stronę śmiertelny pocisk, ale nic takiego nie miało miejsca. El Arquero zasalutował mu, wyraźnie się z niego naigrywając, po czym zniknął tak szybko, że dyrektor nie zdążył nawet tego zarejestrować.
Nie tylko Victoria Reverte znała jego grzeszki.

***

Słowo się rzekło i Felix Castellano musiał poradzić sobie z konsekwencjami swoich decyzji. Otwarte przesłuchania oznaczały, że nie miał już żadnego powodu, by odrzucić kandydaturę Anity Vidal. Eva Medina i Ariana Santiago wspólnie stwierdziły, że nauczycielka muzyki idealnie nadaje się roli w musicalu, nieważne nawet kogo będzie grała, była po prostu tak dobra. Młody reżyser mógł tylko zgrzytać zębami, wmawiając sobie i znajomym, że to nie jest dobry pomysł, ale prawdą było, że i on wiedział, że jej potrzebują. Może właśnie dlatego nieświadomie przypisał jej rolę, którą wiedział, że polubi? Kiedy jednak jego ciotka Valentina również zaczęła ubiegać się o angaż, w dodatku do jednej z ról, których chyba wolałby nie obsadzać członkami rodziny, miał kategoryczne stanowisko w tej sprawie.
− Mowy nie ma! To dziwne i chore. I nielegalne – dodał, jakby to przesądzało sprawę.
− Nie do końca prawda jeśli jest zgoda po obu stronach, a poza tym to tylko gra aktorska, Fel. – Valentina wywróciła oczami, nie mogąc zrozumieć, dlaczego jej siostrzeniec, który był dla niej bardziej jak młodszy wkurzający kuzyn, jest tak pruderyjny. – To tak jakbym całowała brata. Zobacz. − Dziewczyna chwyciła niczego nie spodziewającego się Quena Ibarrę, ścisnęła mu oba policzki tak, że wyglądał jak ryba wyjęta z wody, po czym cmoknęła go głośno w usta. Nastolatek był w szoku i spalił buraka, a Felix westchnął tylko, widząc, że nic nie ugra.
− Jeżeli cieszy się całowanie brata, to coś jest z tobą nie tak – zauważyła Primrose, która robiła notatki z ostatnich przesłuchań, gdzie Felix miał wyłonić pozostałe role. Castellano podziękował jej wzrokiem za tę uwagę.
− Felix, no proszę cię! Nie chcę przez całe życie śpiewać w barze! Przecież chyba dobrze śpiewam, nie? – Tina niemal tupnęła nogą. Z powodzeniem mogła uchodzić za nastolatkę mimo swoich dwudziestu jeden wiosen.
− To zupełnie nie o to chodzi. Śpiewasz świetnie, ale… − Castellano zagryzł dolną wargę tak jak miał w zwyczaju, kiedy się denerwował. – To rola latawicy. Na pewno nie masz nic przeciwko? – Spojrzał na ciotkę z lekkim wahaniem, jakby bał się jej to proponować.
− Ej, a mnie nie pytałeś, czy chcę być damskim alfonsem. – Rosie wydęła wargi, trochę rozbawiona, a trochę ciekawa jego wymówek.
− Bo ty się nadajesz do tej roli idealnie.
− Aha, dzięki, przyjacielu.
− No weź, Fel, dla mnie to serio nie jest problem. – Valentina odrzuciła do tyłu długie włosy. – Mogę się całować z twoimi kolegami ile wlezie. Tylko najlepiej z tymi przystojnymi. Bez obrazy, Quen.
− No wiesz! – Ibarra zrobił obrażoną minę, ale Tina posłała mu promienny uśmiech, dając znać, że się zgrywa.
− To obrzydliwe. – Felix się skrzywił, ale jednocześnie nie mógł powstrzymać się od spojrzenia pełnego troski.
Jego ciotka była cztery lata starsza, ale miała okropne dzieciństwo. Przeżyła więcej niż niejedna dorosła kobieta i lata w poprawczaku ją zahartowały. Martwił się o nią, nie wiedział, czy to aby na pewno dobry pomysł, by pokazywała się na scenie w wyzywających strojach i kusiła chłopaków, którzy przecież przechodzili prawdziwą burzę hormonów w tym wieku. Wiedział, że Marcus i Jordan byli inni, ale martwił się o grono mniej dojrzałych uczniów. Nie rozumiał wszystkiego, co działo się w głowie Tiny Vidal – czy był to mechanizm obronny? Czy ubierała się tak i zachowywała się tak prowokacyjnie właśnie po to, by odstraszyć innych czy pokazać, że nic nie jest jej już straszne? Nigdy nie mówili o tym, co zrobił jej Baron i jego świta i Felix sam nie wiedział, czy chce znać szczegóły. Wiedział jedynie, że jego ciotka była petardą na scenie i prawdopodobnie nie znajdzie nikogo innego, kto lepiej pasowałby do tej roli. A nakłonienie koleżanek ze szkoły, by zagrały damę do towarzystwa też graniczyło z cudem. Nawet Sara Duarte odmówiła, mimo że rola przewidywała tak przez nią wyczekiwane sceny pocałunków z kilkoma kolegami z klasy.
− Niech będzie. Przyjdź na próbę w przyszłym tygodniu – powiedział w końcu, dając za wygraną, a Tina rzuciła mu się na szyję, krzycząc radośnie.
− Felix – powiedziała jeszcze zanim wyszła z domu kultury, kiedy już nieco się uspokoiła po swoim przesłuchaniu. – Dzięki, że odpuściłeś Anicie. To dla niej wiele znaczy, że pozwoliłeś jej zagrać.
− Nie ja, tylko Eva i Ariana. Podziękuj Venetii Capaldi, że ją tu przyprowadziła – burknął tylko, odwracając wzrok, bo nie miał zamiaru kontynuować tej dyskusji.
− Jestem z ciebie dumny, Felix – oświadczył Enrique, symulując pompatyczny ton, kiedy wracali we trójkę do domu. Poklepał wyższego kolegę po plecach z uznaniem. – Chowasz osobiste pretensje do kieszeni i skupiasz się na dobru ogółu. Twój dziadek zrobiłby tak samo.
− Taaak, obym tego nie pożałował. – Castellano miał szczerą nadzieję, że jego miękkie serce nie obróci się przeciwko niemu.
− Nie, serio, Felix, daj sobie trochę luzu. – Quen musiał to powiedzieć. Rzadko rozmawiali na poważne tematy, ale to był jeden z tych momentów, kiedy trzeba było to zrobić. – Nawet ja doceniam to, co zrobiłeś. Nie tylko dla Anity i Tiny, ale przede wszystkim dla Jordi’ego. To miło, że napisałeś dla niego rolę.
− Byłem mu coś winny, nic wielkiego. – Castellano wzruszył ramionami. – Nie ująłem go jako autora piosenek do poprzedniego musicalu, zapomniałem, że to on napisał niektóre melodie.
− Czyli pożyczyłeś sobie jego dzieła, tak? – Rosie uniosła brwi, pijąc do afery z ukradzionym esejem, ale przyjaciel tylko dał jej kuksańca, żeby nie zaczynała tematu.
− Pasuje do tej roli, poza tym to jego ostatnia szansa, jeśli chce zabłysnąć w podaniach na studia, a wiem, że marzy o Broadwayu nawet dłużej niż ja. – Felix wzruszył ramionami.
− A ty? Nie chcesz zabłysnąć? Broadway to twoje marzenie. Jeśli musical odniesie sukces większy od poprzedniego, a na to się zanosi, to będziesz miał spore szanse. – Enrique myślał zapewne, że go podbudował, ale Felix tylko uśmiechnął się smutno.
− Nie, raczej nie. Skupiam się na tu i teraz. I tak nie mam szans na studia za granicą, nie stać mnie. Zadowolę się czymkolwiek, ważne, żeby się dostać.
− Powinieneś mierzyć wysoko. – Rosie poklepała go po ramieniu podobnie jak Quen, ale wszyscy czuli tę niewyobrażalną presję związaną ze składaniem podań i wyborem kariery.
− Wiem, ale czasami mam wrażenie, że tu po prostu jest moje miejsce.

***

Leticia mogła sądzić, że dobierając uczniów w pary i zlecając im wzajemne poznanie się, robi dobrze, jednak prawda była taka, że większość uczniów nie chciała się integrować. Znali się już długo, chodzili razem do szkoły przez lata, większość razem się wychowała i jeśli do tej pory nie byli najlepszymi przyjaciółmi, to marne szanse na to, by zaczęli się tolerować do końca roku szkolnego. Quen uważał, że otrzymał wyjątkowo paskudne zadanie, bo do duetu trafił z Ignaciem, a rozmowa z synem ordynatora sama w sobie była udręką – nie szło przez nią przebrnąć bez chociażby pięciu wyzwisk i przekleństw ze strony obu chłopców. Pod pewnymi względami nauczycielka miała rację – Enrique był chyba rzeczywiście jedyną, poza Marcusem, osobą, która mogła znieść Fernandeza, ale tylko dlatego, że sam miał cięty język i nie skąpił brzydkich słów pod adresem kolegi. Jednak tego dnia miarka się przebrała.
− Mam dosyć, odpadam. Nie zrobię tego zadania, to niewykonalne – oświadczył, totalnie rezygnując i opadając na trawę. Reszta jego przyjaciół korzystała ze słonecznego dnia i spędzała przerwę na placu przed szkołą. – Leticii chyba miłość pomieszała w tej ślicznej główce. Co to ma być? „Zdradź partnerowi sekret” – czy wy widzieliście kiedyś, żeby Nacho się komuś zwierzał? Niby jak ja mam go do tego nakłonić? Poza tym to matoł, nie ma żadnych tajemnic, nie udaje mu się ukryć, że jest totalny dupkiem…
− Każdy ma jakieś tajemnice – mruknął Felix, dokańczając zadanie domowe z włoskiego, nie za bardzo zainteresowany projektem na godzinę wychowawczą, bo on i Nela już mieli to za sobą.
− Czyżbyś znał jakieś mroczne sekreciki Ignacia? – Ibarra pochylił się w stronę przyjaciela ciekaw, co ten ma do powiedzenia, ale Felix postanowił dotrzymać obietnicy i trzymać język za zębami.
− Po prostu myślę, że Leticii nie chodziło o żadnego trupa w szafie. Raczej intymną rozmowę, szczerość, bez żadnych docinek i głupich tekstów.
− Z Ignaciem? Powodzenia. – Ibarra roześmiał się gorzko. – Żałuję, że nie poszczułem Nacha moim kuzynem. Mam wrażenie, że tylko Jordi może mu wybić głupie pomysły z tego wielkiego łba. Wiecie, co Ignacio wymyślił? Cały czas mi docinał z tego powodu, kiedy spotkaliśmy się, żeby odwalić ten projekt. Zaprosił Carolinę na randkę, dacie wiarę?
− No pewnie, to ładna dziewczyna. Byłby głupi, gdyby jej nie zaprosił – skomentowała Sara, odkładając na bok książki, bo potrzebowała przerwy od nauki. – Jak tak bardzo ci to przeszkadza, to powinieneś sam wziąć sprawy w swoje ręce i zaprosić ją pierwszy. Czeka na to od czasu musicalu.
− Co? Mówiła coś? – Quen zainteresował się słowami koleżanki, ale po chwili zdał sobie sprawę, że brzmi jakby za bardzo się podekscytował, więc odchrząknął i udał luzaka. – Nie to, że mnie to interesuje, ale…
− Och, dałbyś już spokój. Podoba ci się Caro, to jasne jak słońce. Albo jak to, że Felix leci na Lidię i nie robi nic, żeby jej powiedzieć, co czuje. – Rosie rzuciła wymowne spojrzenie Castellano, który miał zamiar oponować, ale właśnie podeszła do nich panna Montes. Minę miała taką samą jak Enrique kilka minut wcześniej.
− Poddaję się, to przypadek beznadziejny. Twój kuzyn sprawi, że zawalę szkołę. – Brunetka wymierzyła oskarżycielsko palcem w Quena, jakby to była jego wina, że Jordan nie chce współpracować. Enrique miał ochotę wytłumaczyć kuzyna, ale zbyt dobrze wiedział, jak to jest się użerać z nastoletnim Guzmanem. – Nawet nie podjął żadnej próby, żeby znaleźć termin na spotkanie. Wiecie, co powiedział? Że mam sama coś wymyślić, bo wszystko mu jedno. Fakt, że Leti może kazać nam przedstawiać na lekcji to, czego się o sobie nauczyliśmy, w ogóle go nie obchodzi. W nosie mam taką współpracę.
− Bez przesady, to tylko godzina wychowawcza. – Rosie machnęła ręką.
− Łatwo ci mówić, ty i Soleil już dobrze się poznałyście. – Lidia klapnęła na trawę obok przyjaciółki. – Dlaczego nie mogłam trafić do pary z tobą albo z Felixem? Mam pecha. Teraz muszę się namęczyć, żeby powymyślać odpowiedzi na pytania dotyczące Guzmana. „Zdradź sekret partnera” – mogę napisać, że jest bufonem, czy myślicie, że Leti mnie ochrzani?
− To nie jest żaden sekret. – Quen zaśmiał się cicho. – I też mam z tym problem, bo mój partner Ignacio nie chce mówić na intymne tematy.
− Po prostu chciałabym wiedzieć, o co tak naprawdę chodzi Leticii. – Lidia westchnęła głośno, załamując ręce nad pustą kartką papieru, gdzie miała sama wymyślić fakty z życia Guzmana. – Ulubiony film, piosenka, kolor, twoje największe marzenie… okej, kumam, to bardzo oklepane, ale rozumiem. Ale sekret? Chodzi o coś w stylu „popalam na boku maryśkę” czy raczej „mam piercing albo tatuaż w intymnym miejscu”?
− Intymne. To by się zgadzało. – Quen przyklasnął koleżance, sam zapisując coś na kartce i postanawiając wymyślić coś upokarzającego dla Fernandeza.
− Jordi nie popala zioła, gardzi narkotykami. Między innymi dlatego nigdy nie dogadywał się z Roque. Nadal pamiętam jak mu przyłożył w ogródku Guzmanów. – Felix przypomniał sobie stare czasy, od razu ostudzając zapał Lidii. – I nie ma żadnych tatuaży ani kolczyków.
− Skąd wiesz? Nie gadacie ze sobą, wiele się zmieniło przez ostatnie lata. – Sara zauważyła rozsądnie, ale Felix dobrze wiedział, że ma rację.
− Wiem na pewno, Jordi nienawidzi mieć czegoś na ciele. Z tego samego powodu zawsze nosi też luźne ciuchy, bo denerwuje go, kiedy za bardzo przylegają do ciała. Pamiętam, że zawsze nabijaliśmy się z Templariuszy, że naznaczają się tymi oczywistymi tatuażami jak bydło. Jordi woli raczej naturalny look. Myślicie, że dlaczego wymyśliłem, żeby pofarbować mu włosy do musicalu? Żeby go wkurzyć.
Koledzy spojrzeli na Felixa z uniesionymi brwiami, kiedy roześmiał się radośnie, czego nie robił od bardzo dawna. Widocznie perspektywa irytowania byłego kumpla bardzo go rozbawiła.
− I ty się dziwisz, że ludzie myślą, że jesteś gejem? – Quen wywrócił oczami.
– Tak dobrze go znasz, to może odpowiedz na te pytania za mnie, a ja się zdrzemnę? – Lidia spojrzała na przyjaciela z nadzieją, ale on musiał sprowadzić ją na ziemię.
− Nie mogę, muszę odwalić esej dla Gorgonzoli. Nie mogę dać mu pretekstu do tego, żeby dał mi złą ocenę.
− Dlaczego?
„Bo to członek włoskiej mafii, który współpracuje z jednym z najniebezpieczniejszych karteli w okolicy i nie chcę mu podpaść” – miał zamiar to odpowiedzieć, ale w porę się opamiętał. Nie było sensu siać paniki. Poza tym szczerze wątpił, że Giacomo Mazzarello da mu niską ocenę, nie od dziś było wiadomo, że bardzo go lubił. Może ze względu na dziadka Valentina, a może na babcię Felicię, która w końcu miała włoskie korzenie − w każdym razie Castellano czuł się pewnie na jego zajęciach. Jeśli miał być całkiem szczery, chciał napisać dobry esej, żeby dostać wyższą ocenę od Jordana. Guzman ostatnio otrzymywał sporo pochwał od nauczyciela włoskiego, co trochę podminowało Felixa, który jak dotąd był pupilkiem z tego przedmiotu.
− Okej, zrobię to, ale teraz muszę lecieć. Quen, idziesz?
− Idę, idę. – Ibarra podniósł się do pionu i razem ruszyli w stronę szkoły. – To co, kiedy to zrobimy?
− Co masz na myśli? – Felix zmarszczył nos, trochę zdumiony nagłym dziwnym pytaniem.
− Kiedy powiemy dziewczynom, że nam się podobają! – Quen uderzył Felixa w ramię, jakby chciał go zmusić, by za nim nadążał. – Rosie i Sara mają rację, nie ma co zwlekać. Jak będziemy dłużej robili podchody, to tacy Ignaciowie sprzątną nam laski sprzed nosa.
− Zabrzmiało bardzo romantycznie. – Castellano skrzywił się, bo chociaż wiedział, że Ibarra się zgrywa i wcale nie traktuje dziewczyn tak przedmiotowo, zabrzmiało to co najmniej niesmacznie.
− Wiesz, co mam na myśli. – Ibarra wywrócił oczami. – Ty też uważasz, że już dawno powinienem był zaprosić Carolinę na randkę? To było tak oczywiste?
− Nie wiem, Quen, może zapytaj kogoś innego. Bardziej… doświadczonego. – Felix zatrzasnął swoją szafkę, z której uprzednio wyciągnął podręcznik.
− Kogo? Może mojego kuzyna? Żeby nasłuchać się o tym, jak to zostanę prawiczkiem do czterdziestki, bo nie umiem normalnie rozmawiać z dziewczyną, która mi się podoba? – Ibarra skrzywił się na samą myśl, że miałby się narażać na takie upokorzenie. – A może z Marcusem, który nigdy nam nic nie mówi, nawet kiedy bzyka dziewczyny na obozach piłkarskich albo kiedy postanawia zostać samozwańczym ojcem cudzego dziecka?
− To było wredne. – Felix skarcił go, jasno dając kumplowi do zrozumienia, że nie podziela jego zdania. Chociaż prawdą było, że ani Marcus ani Jordi nie byli odpowiednimi ludźmi do proszenia o radę. Pierwszy był za nadto wyrozumiały i pewnie poradziłby słuchać tego, co podpowiada rozum, drugi kazałby iść na całego, słuchając głosu serca.
− Wiesz, o co mi chodzi. Marcus jest w swoim świecie od czasu śmierci Gilberta. Ostatnie czego potrzebuje to plotki o dziewczynach.
− Może właśnie tego Marcus potrzebuje.
− Czego Marcus potrzebuje?
Obaj podskoczyli w miejscu na szkolnym korytarzu, kiedy Delgado zaszedł ich od tyłu, zadając to pytanie i mówiąc o sobie w trzeciej osobie. Przypatrywał im się zaciekawiony i nie mogli udawać, że wcale go nie obgadywali.
− Dziewczyny. Marcus potrzebuje dziewczyny – odpowiedział machinalnie Felix, bo Quen nie potrafił kłamać i wymyślenie wymówki zajęłoby mu zdecydowanie zbyt dużo czasu. – Uważamy, że okres posuchy po Veronice już minął i czas najwyższy, żebyś sobie kogoś znalazł.
− Miałem dziewczyny po Veronice – przypomniał Delgado, a obaj Quen i Felix musieli połknąć uśmiechy. – Co wy dwaj kombinujecie?
− Nic takiego. – Ibarra machnął ręką. – Ty i Adora to serio tylko przyjaciele?
− To zaczyna się robić nudne – skwitował Delgado i założył ręce na piersi, wyczekując na to, co chcą mu powiedzieć.
− Co powiesz na randkę?
− Wybacz, Quen, nie jesteś w moim typie. – Wysoki brunet wysilił się na żart, Castellano to podłapał, a Quen zaczął tupać niecierpliwie nogą, czekając aż koledzy przestaną się z niego nabijać.
− W tej szkole jest mnóstwo dziewczyn, jeśli jeszcze nie zauważyłeś, więc czas najwyższy, żebyś sobie jakąś znalazł. To nie będzie trudne, większość na ciebie leci. Jako świeżo upieczony „tatuś” też zyskałeś kilka punktów, choć żadna z nich się nie przyzna, że je to kręci. – Ibarra zmierzył krytycznym wzrokiem kilka koleżanek Anakondy, które otwarcie krytykowały Marcusa, ale w łazience na przerwie, kiedy Anna nie mogła ich usłyszeć, wzdychały do niego i podziwiały jego odpowiedzialne zachowanie względem Adory. − Weź idź na podryw, a jak już to zrobisz, to przetrzyj szklaki dla nas.
− Więc chodzi ci o to, żebym znalazł dziewczyny dla was? – Marcus musiał się upewnić, że dobrze czyta między wierszami. Zaczynał być trochę skonfundowany tą całą dziwną rozmową.
− Nie, my już mamy dziewczyny! Nadążaj, Delgado! – Ibarra miał ochotę uderzyć się w czoło.
− Macie dziewczyny? Ciekawe. Z tego co się orientuję, ty robisz podchody z Caroliną od miesięcy, a od czasu premiery musicalu w ogóle zachowujesz się dziwnie, zamiast w końcu zaprosić ją do kina. A ty... – Delgado przeniósł wzrok na kapitana drużyny pływackiej. – Ty przez większość ostatniego czasu udajesz geja, zamiast przyznać się do własnych uczuć i powiedzieć Lidii, że nie jest dla ciebie tylko przyjaciółką.
Castellano burknął coś pod nosem, a Ibarra pożałował, że w ogóle zaczął ten temat. Marcus, kiedy chciał, potrafił być brutalnie szczery. Zwykle starał się nie ranić niczyich uczuć, ale ostatnio trochę go poniosło. Nie było sensu jednak się z nim spierać, bo utrafił w samo sedno. Obaj musieli w końcu wziąć sprawy w swoje ręce.

***

Julietta oddawała ostatnie sprawdziany z historii z prawdziwą udręką. Jeszcze nigdy nie spotkała tak wymagającej klasy, mieli ogromne braki a ona jako prymuska na swoim roku załamywała ręce sprawdzając klasówki. Marcus Delgado i Carolina Nayera jak zwykle nie zawiedli, ale reszta prac była uzupełniona albo połowicznie albo wypisane w nich były totalne bzdury.
− No i jest oczywiście gwiazda wieczoru. – Santillana mruknęła cicho, ale i tak każdy ją słyszał, kiedy spojrzała na Jordana. – Nie stawiłeś się na sprawdzianie. To oznacza zero punktów bez możliwości poprawy.
− Przeżyję, choć z ciężkim sercem. – Nastolatek złapał się za klatkę piersiową, udając, że ubolewa nad złą oceną.
− Jest i kolejna prymuska. – Julietta wyciągnęła ze stosu arkusz opatrzony numerem identyfikatora ucznia. Zawsze miała lepszą pamięć do liczb niż do nazwisk. – Jak mogłaś pomylić rewolucję francuską z lutową? – Spojrzała na dziewczynę, która skuliła się w sobie w swojej ławce. – Masz pojęcie, że przeskoczyłaś o dwa wieki? Co z tobą? Nie chcesz skończyć szkoły?
Nela Guzman spuściła głowę, czując, że palą ją policzki. Nawet Nacho Fernandez dostał dwóję i teraz naigrywał się z wszystkich innych. Kilka osób zaśmiało się z głupoty Marianeli.
− Niektórzy nie potrzebują do szczęścia dat rewolucji. Może pani z łaski swojej pochwali się swoimi ocenami ze studiów? – Jordan zaciskał dłoń w swojej kieszeni, nie mogąc już dłużej znieść zniewag, którymi raczyła jego wrażliwą siostrę. – A nie, przepraszam. – Roześmiał się złośliwie tak, że kilka osób spojrzało na niego zaskoczonych. – Pani nie musiała dostawać dobrych ocen, wystarczyło przespać się z odpowiednim profesorem.
Sara Duarte wciągnęła ze świstem powietrze, Anna Conde sama zrobiła się czerwona jak burak, nie dowierzając, że kolega z klasy mógł insynuować tak obrzydliwe rzeczy, a Julietta Santillana wstrzymała oddech, jakby zamarła w miejscu. Była wściekła, a jego to niezmiernie ucieszyło.
− Nie tak się pani dostała na Cambridge? Możemy zapytać profesora Saverina. Chociaż to dżentelmen, pewnie nie powie zbyt wiele. Ale jestem przekonany, że daty rewolucji były ostatnią rzeczą, o której pani myślała na tych studiach.
Julietta uderzyła dziennikiem o ławkę, sprawiając, że szepty w sali ucichły. Podeszła do ławki Guzmana, a jej klatka piersiowa dla odmiany podnosiła się i opadała bardzo szybko.
− Da mi pani klapsa? – zapytał Jordi, odchylając się na krześle i patrząc na nią bezczelnie, zagryzając zakrętkę od długopisu. Bawiło go to. Julietta nie mogła nic zrobić. Fabian już jej powiedział, co myśli, a ona widocznie bała się skandalu. Ale Jordan nie zamierzał pozwolić jej bezkarnie upokarzać uczniów. Może ona nie widziała w tym nic złego, ale na ławkę Neli już opadały grube krople łez, a na to nie mógł zezwolić.
− Do… dyrektora – wyjąkała tylko, próbując opanować drżenie rąk, a on westchnął, wzruszając ramionami.
− Do czego to doszło, że wizyta u dyrektora jest przyjemnością w porównaniu z pani lekcją. – Zaśmiał się cicho, zabrał rzeczy i wyszedł z uwagą zapisaną na kwitku.
− Nie rozumiem go. Po co ją prowokuje? Mógłby napisać ten sprawdzian z palcem w tyłku, a specjalnie nie przyszedł i jeszcze ją obraził. – Quen próbował zbadać motywy kuzyna, kiedy siedzieli w klasie na przerwie i czekali na kolejną lekcję.
− Stanął w obronie Neli, przecież go znasz – nie umie trzymać języka za zębami – wyjaśnił Marcus, choć w gruncie rzeczy wiedział, co było prawdziwym powodem wybryku Jordi’ego – sam w końcu mu powiedział, że Fabian kiedyś miał romans z nauczycielką historii. Nie zamierzał jednak rozgłaszać tych plotek dalej, w dodatku Anakonda słuchała, więc lepiej było dmuchać na zimne.
− No ale mimo wszystko. Nie przepadam za moim kuzynem, to nie jest żadna tajemnica, ale prawdą jest, że sobie grabi. Jest dobry we wszystkim, ma świetne oceny, a celowo sobie robi wroga w Santillanie. Po co mu to? Na pewno nie pomoże w podaniu na studia. Historię tak czy siak musi zdać, egzamin obowiązuje go jak każdego innego. Jak chce do niego podejść bez podstawowej wiedzy?
− To nie jest dla niego problem – wtrącił się Felix, podnosząc wzrok znad swojego wypracowania z włoskiego. – Od zawsze był autodydaktykiem.
− Czym? – Ibarra zmrużył oczy, sądząc, że się przesłyszał.
− Samoukiem.
− To mów od razu. – Enrique wywrócił oczami.
− Jordan zawsze miał awersję do szkoły, nie lubił się uczyć z książek, na lekcjach się nudził, bo uważał, że to niepotrzebny bełkot. Uczył się sam, najlepiej poprzez praktykę. Tak samo było z instrumentami. Dziadek Val dał mu skrzypce i nauczył postaw, ale sam to opanował. Gitary praktycznie nauczył się sam, podobnie było z perkusją. Zawsze się tym różnili z Marcusem.
− Czyli czym?
− Obaj są dobrzy we wszystkim, ale Marcusa autentycznie wszystko ciekawi i jest głodny wiedzy, chętnie sięga po książki z różnych dziedzin i nauka przychodzi mu z łatwością. Jordan zawsze wybierał to, co najbardziej go interesowało, ale to nie znaczyło, że nie miał pojęcia o innych rzeczach. Chociaż Mariano Olmedo głosił teorię, że jego wnuk ma ADHD.
− Mariano to w ogóle idiota. Jakaś część mnie cieszy się, że oberwał w to tłuste dupsko. – Quen uśmiechnął się do własnych myśli.
− Nie mów tak, Quen, Jordi zrobił to nieumyślnie – wtrąciła się siedząca nieopodal Nela, słysząc dokładnie o czym rozmawiali. Oczy miała napuchnięte i wyglądała, jakby zaraz znów miała się rozpłakać.
− Założę się, że bardzo umyślnie, ale niech ci będzie. – Ibarra dał za wygraną. – Nie cierpię dziadka Olmedo. Wiecie, co mi powiedział na polowaniu? Że ma nadzieję, że ojciec jakoś się trzyma i że wysłał mu paczkę do więzienia. Myślałem, że mu strzelę w ten głupi pysk. A ty dokąd? – zwrócił się do Felixa, który zabrał rzeczy i wstał z miejsca. – Zaraz druga wiedza o społeczeństwie, Bazyliszek wpisze ci uwagę.
− Muszę coś załatwić. – Castellano ruszył przed siebie, doskonale wiedząc, gdzie znajdzie byłego przyjaciela.
Domyślał się, że nie zamierzał stawiać się w gabinecie dyrektora, więc pozostawała tylko biblioteka. Przywitał się z Arianą, przekraczając próg cichego miejsca i odnalazł wzrokiem Jordana przy jednym ze stolików.
− Musimy pogadać. – Felix przysiadł się do kolegi i wpatrzył się w niego intensywnie, czekając na jakąś reakcję.
− Nagle ze sobą gadamy poza próbami do musicalu? A to nowość. – Guzman nie podniósł wzroku znad książki.
− Przyłóż się trochę do nauki, okej? Totalnie olałeś projekt do Leticii i przez ciebie Lidia boi się, że zawali.
− Nie idzie zawalić godziny wychowawczej. Zdajesz sobie z tego sprawę?
− Tak, ale ona naprawdę się tym przejmuje, zaczęła się bardziej udzielać i przykładać do nauki. Projekt do Saverina też robisz ostatnio na odwal – dodał zły Castellano, starając się nie patrzeć na dawnego kumpla. Rzeczywiście, Jordi ostatnio dosyłał swoją część projektu mailowo i nie pojawiał się na spotkaniach grupy, a jak już to tylko na chwilę.
− Ty tak na serio? – Jordan uniósł jedną brew i nie wiedział, czy ma się śmiać czy walnąć kumpla w potylicę, by nieco otrzeźwiał. – Myślisz, że olewam projekty, bo mam gdzieś oceny? Nie przychodzę na nasze spotkania, bo chciałem wam dać nieco prywatności, głąbie.
− Jak to?
− Tak to, idioto. Lecisz na Lidię, to oczywiste dla wszystkich, którzy dobrze cię znają, poza chyba nią samą. – Jordan zatrzasnął książkę i spojrzał na Castellano z politowaniem. – Możesz z nią spędzić więcej czasu sam na sam i zamiast mi podziękować, robisz mi wyrzuty?
− A projekt do Leticii? Zadanie na integrację nie ma nic wspólnego ze mną. – Felix oddał pałeczkę, trochę jednak zawstydzony, że go oskarża, podczas gdy Guzman chciał dobrze.
− Mojemu urokowi tak ciężko się oprzeć, że wolę nie kusić losu i nie spędzać z nią za dużo czasu. Bo jeszcze się zakocha, a na ciebie nigdy nie spojrzy – odpowiedział śmiertelnie poważnie, a kiedy Felix zrobił wielkie oczy, roześmiał się. – Żartuję, głąbie. Nie cierpię gadać o sobie, przecież wiesz. Projekt do Leticii to jedna wielka ściema, która ma nas zintegrować, a ja tego nie potrzebuję. Mam w nosie ludzi z klasy i nie zamierzam ich poznawać teraz, kiedy jedną nogą jestem już poza liceum. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Proponuję jednak, żebyś wziął byka za rogi i w końcu wyznał Lidii, jak beznadziejnie jesteś w niej zakochany, bo to się robi naprawdę żałosne.
− To było wredne.
− Miało być.
− Kim ty w ogóle jesteś, żeby mi dawać rady miłosne? Nie masz przecież dziewczyny, a poza tym już się nie przyjaźnimy.
To zabolało, ale Jordan nie dał po sobie poznać. Zabrał rzeczy i spakował do plecaka.
− Na razie, Felix. Nie schrzań sprawy z Lidią.

***

Przyszedł do baru El Gato Negro tuż przed otwarciem. Jego przyjaciółka z młodości wreszcie dorobiła się własnego biznesu. Nigdy nie było to jej ambicją, ale sam pomysł posiadania miejsca, gdzie ludzie mogą przyjść i bawić się przy dobrym jedzeniu i muzyce, jednocześnie sami próbując własnych sił na scenie, był na pewno czymś, o czym często dyskutowali. Valentin Vidal planował otworzyć taki lokal po przejściu na emeryturę i Salvador był pewien, że Anita zrealizowała to marzenie ojca po jego śmierci.
− Dobrze wykorzystałaś spadek po Valu – stwierdził, rozglądając się po barze. Kiedy był tu po raz pierwszy nie było okazji, by porządnie się wszystkiemu przyjrzeć.
− Spadek? Nie dostałam ani centavo. Ale nie narzekam. – Anita roześmiała się, bo w końcu oszczędności, które zgromadził jej ojciec i które odłożył na naukę Valentiny, zostały wydane w niezbyt mądry sposób przez Esmeraldę i jej nowego partnera.
– Masz nawet saksofon! – Ucieszył się Sal, z daleka rozpoznając instrument Valentina. – Nadal boli to wgniecenie. Że też Jordan go upuścił!
− Nie raz, nie dwa. Zawsze powtarzałam ojcu, że to za duży instrument dla dziecka.
− Dla Vala nie było rzeczy niemożliwych. – Sanchez się rozmarzył, po czym jego wzrok padł na drinka, którego przyjaciółka postawiła przed nim na podkładce. – Pina colada? Czy ty też, podobnie jak moja matka, masz mnie za geja?
− Nie byłoby w tym nic złego, ale nie. Raczej testuję na tobie bezalkoholowe drinki. Nie sprzedajemy procentów do godziny osiemnastej.
− To zbrodnia w biały dzień!
− Przychodzi tu młodzież, chcę, żeby każdy czuł się tutaj dobrze. Powiesz mi wreszcie, o co chodzi? – Kobieta oparła przedramiona na blat i znacząco wpatrzyła się w przyjaciela. – Dlaczego tak mnie wypytywałeś o Vedę i Elenę podczas szkolnej wycieczki?
− Bez powodu. Po prostu wiele się pozmieniało. – Sal wzruszył ramionami, upijając łyk drinka. – Dobre, ale przydałoby się coś z kopem.
− Możesz mieć nagrody Tony i Grammy, Sal, ale na Oscara to raczej prędko nie masz szans. – Anita zacmokała cicho, węsząc nieszczerość. – Czy ty i Elena…?
− Ani, czy ty bawisz się w terapeutę?
− Cóż, jestem barmanką. – Kobieta przewiesiła sobie przez ramię ścierkę i uśmiechnęła się szeroko. Wtedy jego wzrok padł na łańcuszek na szyi, na którym miała zawieszoną ślubną obrączkę. – Poza tym byłam na tylu terapiach, że chyba weszło mi to w krew.
− Co ty mówisz? – Salvador zapytał, ale kobieta w tym samym czasie wyciągnęła w jego stronę ręce. Na jej nadgarstkach dostrzegł tatuaże – na jednym był to klucz wiolinowy, a na drugim kilka ozdobnych nutek. Nie dało się jednak ukryć, że tatuaże miały zamaskować blizny po cięciach. – Ani… − jęknął cicho i złapał ją za dłonie. – Dlaczego?
− To długa historia.
− Mam czas.
− W skrócie – próbowała zabić siebie i córkę, potem trafiła na oddział zamknięty, rozwiodła się, poszła na odwyk, próbowała się zabić po raz drugi, zdiagnozowano u niej chorobę dwubiegunową, wyszła na prostą, otworzyła bar, syn jej nienawidzi, a ona naucza teraz w jego szkole. Wcale nie taka długa historia. – Z zaplecza wyszła kelnerka w fartuszku z logiem Czarnego Kota. – Cześć, Sal! Kopę lat.
− Boże, Tini? – Salvador musiał wytrzeszczyć oczy, by w końcu wyjść z szoku. – Co wy wszyscy piliście, jakieś eliksiry z drożdżami? Gdzie ty tak wyrosłaś, Tini?
− W poprawczaku. Cztery lata. – Valentina uśmiechnęła się tak, że Sal nie wiedział, czy sobie z niego żartuje, czy jednak mówi prawdę.
− Długo mnie nie było. Ale… jak? Za co?
− Ponownie w skrócie – zły Cygan, brudne łapska, nóż kuchenny, obcięty sprzęt.
− Aha. Zaraz, co? – Sal zamrugał szybko oczami, a Tina tylko roześmiała się perliście. – Ale się zestarzałeś, Sal.
− Dlaczego wszyscy mi to mówią?
− Zostaniesz na dłużej? Felix przygotowuje musical, w którym zagramy razem z Anitą. – Valentina mrugnęła do siostry oczkiem, niezwykle zadowolona z siebie, że jej siostrzeniec zgodził się dać jej angaż.
− Zaraz, ty też? – Starsza z sióstr zdziwiła się, słysząc te słowa, a Valentina odrzuciła do tyłu włosy w swoim stylu.
− No pewnie, że tak. Miałabym przegapić taką okazję? Ale Felix świruje, bo mam mieć sceny łóżkowe z jego kolegami.
− Oni są niepełnoletni, no nie? Czy nie było mnie dłużej niż myślałem? – Salvador podrapał się po głowie, a Anita pokiwała głową, przyznając mu rację.
− A widziałeś ostatnio Marcusa Delgado? Ma prawie osiemnaście lat i na pewno nie wygląda jak siusiumajtek. Poza tym to tylko gra aktorska.
− Mój syn i sceny łóżkowe? Felix by tego nie napisał. – Anita wyglądała na głęboko wstrząśniętą. Znała ogólny zarys musicalu i chociaż krążyły różne plotki, nikt nie widział jeszcze ostatecznego scenariusza.
− Pewnie, że nie, nie ma aż takiej wyobraźni. Ale Jordan dodał swoje trzy grosze.
− No pewnie, ta dwójka nicponi zawsze jak się dobrała, to mogła roznieść całą chatę. – Salvador zaśmiał się, upijając łyk pina colady. – Pewnie nadal dokazują.
− Nie za bardzo, bo od trzech lat ze sobą nie gadają. Wow, naprawdę cię długo nie było, Sal. – Tina skwitowała, po czym poklepała Sancheza po ramieniu, jakby chciała mu dodać otuchy.
− No, na to wygląda.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5752
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 15:15:08 07-11-23    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 147
FELIX/JORDAN/FABIAN/NORMA/MARCUS/CONRADO/LIDIA


Wycieczka szkolna byłaby miłą odskocznią od dusznego budynku szkoły, gdyby nie fakt, że rodzinne sekrety ujrzały światło dzienne w autokarze. Podróż z całą klasą w towarzystwie matki, ojca chrzestnego oraz przyjaciela rodziny, który zawsze był jak dobry wujek, nie należała do przyjemności, a przynajmniej nie dla Felixa. Mógł przeżyć komentarze o swoim poczęciu, ostatecznie Anita i Basty zawsze byli dość otwarci w tych tematach, ale nie przy całej klasie, w dodatku przy Ignaciu Fernandezie, który nie szczędził mu złośliwych uwag w trakcie całego pobytu w zoo i oceanarium. Gryzł się w język za każdym razem, kiedy Nacho mu dogryzał, bo w końcu sam był w posiadaniu jego największego sekretu, ale miał zasady moralne, których zdecydowanie brakowało synowi ordynatora. Felix żałował, że nie ma wygłuszających słuchawek jak Veda, mógłby się odciąć od środowiska i w ogóle o nikim nie myśleć.
Balmaceda była dobrym kompanem podróży, mówiła dużo i bezpośrednio. Nie miała filtra i pod wieloma względami była jak on. Z tą jednak różnicą, że Felix wiedział, kiedy przekracza granicę i jak jego słowa mogą wpłynąć na innych. Bardzo dziwił go widok Ivana, bawiącego się z Vedą i delfinami. Molina zawsze był rozrywkowy, ale po śmierci Gracie bardzo się zmienił – stał się gburem i niewiele rzeczy było go w stanie rozbawić, może tylko niebieskie włosy Felixa albo przeinaczanie słów Elli, której zdarzało się czasem mylić w ortografii. Musiał przyznać, że podobał mu się taki szeryf i miał wrażenie, że Veda też tego potrzebowała, takiego opiekuna, który nie ocenia i który pozwala być ci tym, kim naprawdę chcesz być. Pod tym względem Ivan Molina zawsze był bardzo wspierający.
Kiedy Felix był mały, nauczył go pływać. Zachęcał go i pomagał, mówiąc, że nie ma rzeczy niemożliwych. Strach przed wodą powoli ustąpił miejsca fascynacji, a potem prawdziwej pasji. Woda była jego żywiołem. Nie bez powodu ojciec mawiał, że ma parę skrzeli jak ryba. To była ta jedna jedyna rzecz, w której zawsze był najlepszy w dzieciństwie. Nie dlatego że miał parcie czy czuł presję, by iść w ślady chrzestnego. Po prostu to uwielbiał. Kiedy Jordan panicznie bał się wody, a lekcje Ivana nie przynosiły zamierzonych rezultatów, to Felix przekonał go, by wszedł do basenu. Całą wiedzę, którą przekazał mu Molina, on przekazał przyjacielowi. Od tamtej pory wiedział, choć byli tak mali, że pewnie nie zaprzątali sobie głowy takimi sprawami, że skoczyłby za kumplem w ogień i wiedział, że on zrobiłby to samo. Zresztą kiedy podczas jednych wakacji, gdy mieli po dwanaście lat, Felixa złapał skurcz na środku jeziora, Jordan nie wahał się, tylko wskoczył mu od razu z pomocą. Było to głupie i lekkomyślne, a później oberwało mu się od matki, ale pewnie zrobiłby to jeszcze raz, bo taki właśnie był, choć teraz łaził po oceanarium ze słuchawkami wciśniętymi w uszy, woląc być gdzie indziej.
Kiedy autokar po powrocie na szkolny parking powoli pustoszał, Jordan był pierwszym, który wyprysnął na zewnątrz, jakby już nie mógł usiedzieć i potrzebował świeżego powietrza. A Felix akurat zauważył, że z plecaka wypadł mu notes.
− To chyba nie twoje? – zauważyła Veda, kiedy dłoń Felixa powędrowała do notesu w czarnej oprawce pozostawionego na siedzeniu w autobusie.
− Nie, zamierzam oddać właścicielowi – usprawiedliwił się, co było zgodne z prawdą.
− Tylko nie czytaj. Nie wolno czytać cudzych pamiętników.
Wyszła z Ivanem i odjechali spod szkoły, a Felix miał ochotę się roześmiać. Jordi i pamiętnik? Prędzej piekło zamarznie. Nie gadał o uczuciach i zdecydowanie też o nich nie pisał. Chyba że w formie piosenek. Castellano od dawna czuł, że teksty, które przekazał mu dawny przyjaciel nie odzwierciedlają jego prawdziwych myśli. Jasne, były rozrywkowe, melodie wpadały w ucho i potrzebowali tego do musicalu, ale brakowało im „tego czegoś”. Duszy.
Wziął ze sobą notes i zasiadł do niego w domu przy fortepianie. Oczywiście, że miał zamiar to przeczytać! Byłby głupcem, gdyby tego nie zrobił. Jeśli mógł tutaj znaleźć więcej tekstów podobnych do tego, który Jordan oddał kiedyś na zajęcia z kreatywnego pisania anonimowo, miał zamiar zaryzykować. I już po przekartkowaniu pierwszych stron wiedział, że było warto. Jordan zwykle miał ładne pismo, zupełnie niepasujące do jego charakteru, ale przy tych piosenkach często bazgrał, pisząc szybko, jakby chciał uchwycić słowa, zanim nie uciekną. To samo było z nutami. Castellano miał problem, by pozbierać wszystko w całość, bo niektóre piosenki były rozbite na kilka stron i dokańczane gdzieś na marginesach. Ale to wystarczyło, by wiedzieć, że piosenki były dobre.
− Ale to ładne! Co to? – Ella zbiegła po schodach zwabiona muzyką pianina, kiedy Felix składał jedną z melodii Jordana.
− Moich piosenek tak nie chwalisz – obruszył się starszy brat, ale po chwili się uśmiechnął, przesunął na siedzisku i poklepał miejsce obok, by siostra do niego dołączyła.
− To pismo Jordi’ego. Ukradłeś mu piosenki?! – Trzynastolatka się oburzyła, ale kiedy Felix chciał się tłumaczyć, sama chwyciła za notes z wypiekami na twarzy. – Romantyczne, prawda? – Wczytała się w tekst rozmarzonym wzrokiem.
− Tak, to prawda – przyznał Castellano, trochę żałując, że sam nie ma takiej wyobraźni, by pisać romantyczne teksty. Prawdą było, że przy musicalu „Świt Nadziei” miał sporo pomocy od Marcusa i Sary, no i posiłkował się starymi pracami Jordana. – Ta mi się podoba. Myślisz, że nada się na piosenkę dla głównej pary?
− A kto gra główną parę?
− Quen i Carolina.
− Quen w musicalu? On zje cię żywcem! Przecież on nie umie śpiewać. – Panna Castellano roześmiała się, a w jej oczach pojawiły się wesołe błyski. Zagrała kilka nutek na pianinie i dostała gęsiej skórki. – Nie wiedziałam, że Jordi pisze też na pianino.
− Ja też nie. – Felix przekartkował notes. Było tu wiele piosenek na różne instrumenty, choć skrzypce i gitara wiodły prym. Ale Jordan myślał wielowymiarowo i wiele z utworów zaprojektowanych było do wykonania przez orkiestrę. – Pomyślał o wszystkim.
− Nawet kiedy pisze jest złośliwy. – Ella się roześmiała i postukała jedną kartkę w notesie. Był to krótki tekst i melodia opatrzone rysunkiem akordeonu i harmonijki z dopiskiem „dlaczego to gów*o brzmi jak ludowa przyśpiewka?”. – Jordi nie cierpi akordeonu. Pamiętasz? To jedyny instrument, którym dziadek nigdy go nie zainteresował.
− Pamiętam. – Felix wpatrywał się w tekst. – To Samotność.
− Bez przesady, co ma piernik do wiatraka?
− To ta piosenka. „La Soledad” z kółka dziennikarskiego. Nieważne. – Felix wymruczał coś pod nosem, bardziej do siebie niż do Elli, po czym zagrał na pianinie kilka dźwięków. – Może się nadać.
− I kto tu teraz jest złodziejem?
Oboje rodzeństwa podskoczyło w miejscu, kiedy zdali sobie sprawę, że od paru chwil są obserwowani przez sąsiada. Na głowie miał kaptur czarnej bluzy a na twarzy wymalowane coś, co rzadko się widywało – wstyd.
− Bambi twierdzi, że miałeś mi oddać „pamiętnik”. – Zakreślił w powietrzu cudzysłów, bo takiego słowa użyła Veda, kiedy odprowadzał ją do domu z cmentarza. − Jakoś zguby nie widać, więc przyszedłem – wytłumaczył się, witając się z Ellą lekkim uśmiechem, ale Felixa obdarzając chłodnym spojrzeniem.
− Jak tu wszedłeś?
− Wiem, gdzie trzymacie zapasowe klucze.
− Pora zmienić miejscówkę.
− Wtedy wszedłbym oknem. Do cholery, Felix. Co ty wyprawiasz? – Jordi wpatrzył się w dawnego kumpla wyczekująco. Miał wrażenie, że Castellano celowo robi mu na złość.
− Nie złość się, chciał dobrze. – Ella stanęła w obronie brata, ale słabość do Jordana nie pozwalała jej wziąć całkowicie strony Felixa. Kiedy zdała sobie sprawę, że to nie jej sprawa, postanowiła wycofać się do swojego pokoju, ale obaj wiedzieli, że będzie podsłuchiwała na szczycie schodów.
− Masz tupet, Felix, wiesz? Mogę prosić o zwrot mojej własności? – Wystawił w kierunku bruneta otwartą dłoń, ale Felix tylko bliżej przygarnął notes.
− To jest dobre, Jordi. Czemu mi tego nie pokazałeś? Zamiast tego dałeś mi jakieś teksty o seksie w Puerto Rico.
− Felix, jesteś głupi czy jak? – Guzman przestąpił kilka kroków bliżej. – Dałem ci teksty, które napisałem w pięć minut. Nie mają być głębokie, tylko mają szokować. Czy nie o to właśnie chodziło? Tak, rymy są jak z podstawówki, ale co z tego? Melodia jest chwytliwa.
− Nie o to chodzi, tamte piosenki też są dobre, choć trudniej je zaaranżować na orkiestrę. Ale te są z głębią. Tego potrzebujemy. Nie wiedziałem, że umiesz tak pisać.
− Wielu rzeczy o mnie nie wiesz. Ale nie jesteśmy przyjaciółmi, prawda? Sam tak mówiłeś. Więc nie mam w obowiązku ci niczego mówić. Oddaj mi to. Proszę. – Guzman wyciągnął raz jeszcze dłoń.
− Dlaczego nie chcesz pokazać, że jesteś wrażliwy? To takie straszne, co sobie ludzie pomyślą? Czy chodzi o Silvię?
− To nie ma nic wspólnego z moją matką, Felix.
− A z kim, z dziadkiem Mariano?
− W d***e mam dziadka Mariano i jego opinie na temat muzyki. – Jordan przymknął na chwilę oczy, jakby sam próbował się uspokoić. – To są osobiste rzeczy, Felix. Nie powinieneś tego czytać.
− Nie, to prawda. Ale cieszę się, że to zrobiłem. Coś ci powiem. Chodź tutaj, kretynie – warknął w jego stronę, pociągając go za rękaw na siedzisko, żeby usiadł obok niego. Zagrał kilka dźwięków wyjątkowo przejmującej melodii, którą napisał Guzman, jakby chciał mu coś zademonstrować. – Słyszysz, jak to brzmi? To ma duszę. Chcesz dostać stypendium i zainteresować skautów, rozumiem, ale te piosenki, które dałeś mi wcześniej, choć są świetne i idealnie pasują do tematu, bardziej przypominają radiowe przeboje Pitbulla niż coś, czym zainteresowałby się rekruter NYU.
− Felix, ty naprawdę masz mnie za idiotę? Przecież to wiem. Ale ja nie chcę iść na kierunek z zakresu produkcji muzyki. Jasne, to też jest super, ale zupełnie nie o to mi chodzi.
− Wiem, o co ci chodzi. Chcesz wkurzyć matkę i pokazać jej, że jej synalek lubi dokazać. Ale przecież taki nie jesteś.
− Nie wiesz, jaki jestem. Nie znasz mnie.
− Znam cię lepiej niż ty sam siebie.
− Szczerze wątpię. Może kiedyś, ale nie teraz. – Jordan spojrzał na niego takim wzrokiem, że po raz pierwszy od dawna Castellano się zawstydził. Przez trzy lata żaden z nich nie potrafił schować dumy do kieszeni i wysłać chociażby smsa z życzeniami urodzinowymi. Teraz wydawało się, że jest już za późno, by wrócić do tego, co było.
− No to mi powiedz, o co chodzi? Bo już całkiem zgłupiałem. – Felix przekartkował dziennik Jordana i westchnął. – Masz nawet tekst po włosku. Wiesz, jak długo pracuję nad piosenką dla Elli w tym języku? I wciąż nie wychodzi.
− Bo jesteś dobry z gramatyki, ale masz mały zasób słownictwa. Właśnie dlatego Giacomo tak mnie uwielbia, jestem lepszy w konwersacjach.
− Zamknij się. – Felix musiał zacisnąć usta, by się nie uśmiechnąć. Dogryzali sobie prawie jak za dobrych starych czasów. – Chcę to wykorzystać. Kilka z tych piosenek na pewno. Zastanów się. Myślę też, że Salvador chętnie pomógłby z aranżacją na saksofon. Veda wspomniała mi o swoich pomysłach. Ty już nie grasz?
− Nigdy nie przepadałem za ideą grania z wielką rurą w ustach. – Jordan odpowiedział machinalnie, a Felix już nie mógł dusić w sobie śmiechu i parsknął. – Daj mi jakikolwiek instrument to ci zagram, byle nie na głupim akordeonie.
− Ale potrafisz.
− Jasne, że potrafię, ja umiem wszystko, ale to nie znaczy, że mam na to ochotę. Naprawdę muszę to ostatnio wszystkim tłumaczyć?
− Więc przemyślisz to? – Felix zagrał kilka dźwięków na pianinie, by zająć czymś ręce i nie musieć na niego patrzeć.
− Tak. Ale piosenki o seksie w Puerto Rico zostają. I sam nagram moją partię na skrzypcach, bo ci skrzypkowie z Monterrey są żałośni. Tego nie chcę na wiolonczeli, nie pasuje.
− Okej, powiem Vedzie.
− A tutaj zagram na gitarze solo, bo ten gitarzysta z Monterrey…
− Tak, wiem, nie umywa się do ciebie, panie wszechświata. Czy twoje ego może być jeszcze większe? – Castellano wywrócił oczami, a Jordi się roześmiał, bo się zgrywał.
− Jakby się tak zastanowić, to niby nie gram głównej roli, ale całe przedstawienie jest praktycznie o mnie. Więc kto pielęgnuje moje ego? Sam pan reżyser.
− Nie jest o tobie, po prostu masz ciekawą postać. No i żaden z chłopaków nie wyciągnie takich wysokich dźwięków, a Quena nie zamierzam prosić, żeby zapisał się na lekcje śpiewu.
− Quen i śpiewanie? Zostawmy to profesjonalistom. – Guzman zgodził się, kiwając głową. – Mam też idealną melodię dla Marcusa. Myślę, że Veda może mi z tym pomóc. Wejście czarnego charakteru będzie epickie.
− Na to liczę. Sam niewiele napisałem. Mam blokadę.
− Nie masz blokady, po prostu wiesz, że moje piosenki są lepsze.
− Wcale nie!
− Wcale tak, zazdrośniku.
− Jak dzieci – skwitowała Leticia, która wróciła do domu z zakupami, a za nią Basty połykał uśmiech, słuchając jak jego syn i chrześniak sobie dogryzają.
− Zostaniesz na kolacji, Jordi? – zagadnął zastępca szeryfa, który aktualnie pełnił funkcję Ivana, a Guzman lekko się zmieszał. Prawdą było, że wolał zostać tutaj niż wracać do domu, ale nie chciał stawiać Felixa w niezręcznym położeniu − nawet po chwilowym zawieszeniu broni nadal było niezręcznie.
− Jestem na diecie – wypalił, po czym pożegnał się z Leticią i ruszył do drzwi. – Pa, Ella, nie podsłuchuj tyle na schodach! – zawołał, nawet nie patrząc w tamtym kierunku, bo dobrze wiedział, że siostra przyjaciela wcale nie poszła do swojego pokoju tylko siedziała na szczycie z kolanami podciągniętymi pod brodę i hamowała parskanie śmiechem.

***

Pueblo de Luz, rok 1987

Sala od biologii była pusta, nie licząc jednej uczennicy. Norma Aguilar była jedną z jego ulubienic. Zawsze przygotowana do zajęć, bardzo inteligentna i ambitna, ale przy tym zawsze kulturalna i dobrze wychowana. Nigdy nie powiedziała mu złego słowa i zawsze nosiła się z prawdziwą elegancją, której niektóre koleżanki ze szkoły mogły jej pozazdrościć. Kołnierzyk od mundurka zawsze był wyprasowany, a spódnica miała odpowiednią długość, bo Normie nigdy przez myśl by nie przeszło, by dokonywać jakichś zmian. W kościele pojawiała się co niedzielę w towarzystwie matki i śpiewała wszystkie psalmy, aż miło było popatrzyć i posłuchać. Była piękna taka jaka była, nie musiała się stroić i nie potrzebowała wyzywającego makijażu. Wystarczyło jej spojrzenie bystrych zielonych oczu, by chłopcy oferowali jej noszenie książek albo zapraszali do kina. Teraz również wyglądała imponująco, nachylając się nad mikroskopem i co jakiś czas notując coś w zeszycie, zakładając kosmyk pofalowanych włosów za ucho.
− Masz do tego talent, moja droga – stwierdził Ricardo Perez, podchodząc do swojej najlepszej uczennicy i nie mogąc się oprzeć, oparł jej dłoń na plecach.
− Niespecjalnie, wciąż nie widzę tego, co jest opisane w książkach. – Norma poczuła się niekomfortowo. Wyprostowała się jak struna, ale ostatecznie dyrektor nie robił przecież nic złego, dawał jej wskazówki do egzaminu i pomagał się przygotować. – Ale mówił pan, że tego nie będzie na sprawdzianie – wskazała na mikroskop, próbując się odsunąć, ale on nadal był blisko i jej to udaremniał, a jego ręka na plecach nie drgnęła nawet o centymetr.
− Och, nie, nie będzie. Pomyślałem, że może cię to zainteresuje i zmienisz zdanie. Byłabyś świetnym lekarzem.
− Pan wybaczy, ale wybrałam prawo. Dona Angelica panu nie powiedziała?
Spojrzała na niego zaskoczona tymi błyszczącymi zielonymi oczami. Niedługo kończyła siedemnaście lat, była już dojrzałą kobietą, a nie jakąś nastolatką myślącą o niebieskich migdałach. Wspomnienie Angelici Pascal podziałało mu jednak na nerwy i zepsuło cały czar. Pogładził Normę po plecach, zjeżdżając ręką nieco niżej.
− Zawsze możesz zmienić zdanie, moja droga. – Uśmiechnął się w jego mniemaniu czarująco, ale sprawił tym tylko, że poczuła się jeszcze bardziej niekomfortowo.
− Norma nie zmieni zdania, ja też nie. – W progu sali od biologii, gdzie niedawno skończyło się kółko małego biologa, stanął wysoki nastolatek. Biła od niego powaga i dojrzałość jak na siedemnaście lat, ale też coś poza tym – jakby gniew i pogarda w jednym.
Fabian Guzman nigdy nie był dzieciakiem, który łatwo się irytował czy miewał ataki agresji. Podobnie jak Norma zawsze był inteligentny i kulturalny. Miał tylko jedną wadę − nienawidził jednego nauczyciela. Mimo że Perez go chwalił i traktował jak jednego ze swoich złotych uczniów, Guzman zawsze był nieufny. Nie zapisał się na koło małego biologa, mimo że całkiem nieźle radził sobie na zajęciach z Dickiem. Nigdy też nie zgłaszał się do dodatkowych projektów na biologii, bo po prostu tego nie potrzebował – miał inne aspiracje, a wchodzenie w tyłek nauczyciela nie należało do jego priorytetów.
− Skończyłaś już? – Podszedł do swojej dziewczyny, stając między nią i opiekunem kółka, przerywając kontakt fizyczny ku wielkiej uldze nastolatki. – Odprowadzę cię do domu.
− Tak, muszę tylko oddać książkę do biblioteki.
− Idź, spotkamy się przed szkołą.
Norma zabrała zeszyty, pożegnała się z nauczycielem i wyszła. Dick chciał się odwrócić i zrobić to samo, ale wtedy poczuł, że szczupłe palce ucznia zaciskając się na jego ramieniu.
− Fabian, to chyba niestosowne – upomniał przewodniczącego szkoły obruszony jego brakiem taktu. Chłopak nigdy tak nie postępował.
− To jest niestosowne? TO? – Guzman zacisnął palce jeszcze mocniej, lekko wbijając paznokcie w staromodną marynarkę nauczyciela. – Nie będę się powtarzał – nie życzę sobie, żeby pan dotykał Normę. Już panu mówiłem.
− Chłopcze, masz jakieś przywidzenia. Byłem dla niej miły, ona dla mnie również. Nie zrobiliśmy nic złego.
− Nie obchodzi mnie, co dla pana znaczy „bycie miłym”. Może inne uczennice tak pan nagradza, nie interesuje mnie to. Ale od mojej dziewczyny proszę się trzymać z daleka.
− Fabian, przekraczasz granicę! – Ricardo Perez wiedział, że Guzman od dawna mu się przygląda. Miał oko na Normę, przychodził po nią zawsze po lekcjach, chcąc się upewnić, że nigdy nie była sam na sam z nauczycielem zbyt długo. Podejrzewał go o niecne zamiary. Był bezczelny. Przecież Perez nigdy nie skrzywdziłby Normy!
− Jeszcze jej nie przekroczyłem i mam nadzieję, że mnie pan nie zmusi, żebym to zrobił. – Fabian uwolnił ramię biologa z uścisku, a w jego oczach pojawił się złowrogi błysk. Zwykle taki nie był, nie okazywał tak emocji.
− Nie mam pojęcia, co sobie ubzdurałeś, ale nie myślę o Normie w ten sposób, to moja uczennica.
− Tak jak pana uczennicą była Renata? Litości. – Guzman pokręcił głową, mając dość wymówek. – Ludzie lubią plotkować. To że nie powielam treści z niesprawdzonych źródeł, nie oznacza, że są mi obojętne.
Renata była uczennicą w tym liceum mniej więcej w tym samym czasie co jego starsza siostra Ofelia, więc siłą rzeczy słyszał to i owo. Kiedy Renata zaszła w ciążę w wieku piętnastu lat, w szkole pojawiło się mnóstwo pogłosek, które nie ucichły wraz z jej odejściem. Były powielane przez kolejne roczniki, a widząc jak Perez rozbierał wzrokiem niektóre uczennice, nie trudno było się domyślić, że coś jest na rzeczy. W końcu w każdej plotce jest ziarenko prawdy. Fabian Guzman nigdy nie był plotkarzem i niespecjalnie interesowały go zboczenia nauczyciela, ale jeśli jego wzrok błądził odrobinę za nisko albo jego ręka śmiała zbliżyć się choć o centymetr do ciała jego dziewczyny, nie zamierzał puścić tego płazem. Nawet jeśli to „bycie miłym” i pomoc w nauce dla najzdolniejszej ulubienicy były jego wymówką.
− Cieszę się, że mamy jasność. – Fabian odebrał milczenie biologa jako kapitulację i wyszedł, zostawiając go samego.
Od tamtej pory Dick nigdy już nie próbował urobić sobie Guzmana, po prostu go omijał, nie chcąc go prowokować.


***

Sala od historii przywoływała mnóstwo wspomnień. To tutaj odbywały się pasjonujące dyskusje i rekonstrukcje wydarzeń. Doktor Angelica Pascal była niesamowitą nauczycielką, pełną pasji i zaangażowania. Mimo że w tamtych czasach podejście do edukacji było dosyć tradycjonalne, ona przecierała szlaki. Zamiast czytać nudne rozdziały z książek i nakazywać wykuwanie na pamięć dat, zachęcała do rozmów, skłaniała do refleksji. Tak samo było na lekcjach wiedzy o społeczeństwie i założonym przez nią kole modelu Organizacji Narodów Zjednoczonych, co na tamte czasy było innowacyjne w Meksyku. Niektórzy uważali ją za szaloną, kiedy po raz pierwszy wyszła z tym pomysłem, ale wkrótce okazało się to strzałem w dziesiątkę, kiedy pierwsi uczniowie zaczęli zdobywać sukcesy nawet na arenie międzynarodowej.
Norma Aguilar skorzystała z okazji, by rozejrzeć się po szkole, kiedy skończyła się wywiadówka. Ostatnie zebranie rady rodziców i nauczycieli spowodowało pewne zmiany i drzwi otwarte były konieczne, by zatroskane matki i ojcowie mogli dowiedzieć się czegoś więcej o uczniach i ich ocenach. Norma z nostalgią przyglądała się fotografiom na ścianach. Oprócz słynnych historycznych postaci była tutaj również gablotka z kołem ONZ. Rocznik 1988 miał najwięcej odznaczeń i dyplomów. Kobiecie zachciało się śmiać na widok siebie w szkolnym mundurku z wypiekami na twarzy, dzierżącej puchar w jednej dłoni. Drugie ucho pucharu trzymał Fabian zadowolony z siebie jak nigdy.
− Wspominasz czasem stare czasy? – Mężczyzna wślizgnął się do pomieszczenia niezauważony i oparł się o biurko nauczycielskie.
Norma odwróciła się w stronę Fabiana z lekkim błyskiem w oku.
− Czasami. To były dobre czasy – dodała, bo mile wspominała tamten okres. – Nie spodziewam się, że ty jesteś taki sentymentalny. – Zaśmiała się cicho, trochę się z niego nabijając. Fabian nie należał do osób, które zbierają pamiątki, nieważne czy materialne, czy te w postaci wspomnień. Zwykle wyrzucał z głowy niepotrzebne rzeczy, był zbyt mądry, by zaprzątać sobie rozum bzdurami, a przynajmniej tak zawsze twierdził.
− Tej sali nigdy nie zapomnę. Tyle razy pokonałem cię tutaj w dyskusji, że moje zdjęcie powinno wisieć na ścianie koło tych prezydentów. – Wskazał palcem na kilka fotografii i uśmiechnął się zupełnie szczerze. – Jest też kilka innych powodów.
− Na przykład? – Norma usiadła na biurku obok niego. Miała czterdzieści pięć lat, ale przez chwilę poczuła się znów jak nastolatka. Tęskniła za tym.
− Żartujesz? – Fabian był zaskoczony jej pytaniem. Z jego oczu wyczytała, że ma lekką pretensję. – Nie pamiętasz?
− Tego, że zawsze musiałeś mieć ostatnie słowo w każdej debacie i że zawsze sprawiałeś, że czułam się jak kompletna kretynka? – Norma się zaśmiała.
− Auć. – Guzman pogłaskał się po piersi. Trochę zabolało. – Naprawdę nie pamiętasz, co jeszcze się działo w tej sali?
Nawet kiedy się z nią kłócił, zawsze były to jego najlepsze momenty. Z utęsknieniem czekał na lekcje historii i wiedzy o społeczeństwie, by posłuchać, co miała do powiedzenia na temat najnowszych wydarzeń. Jej umysł był niesamowity, a przy tym była pełna pasji i miała niezwykłą wrażliwość, której jemu często brakowało. To że była ładna niewiele dla niego wtedy znaczyło. Owszem, jako nastoletni chłopiec doceniał jej walory, ale jego bardziej ujął jej umysł. I skłamałby, gdyby powiedział, że nigdy nie ustąpił w debacie, żeby tylko zobaczyć uśmiech na jej twarzy. Zdarzało mu się to później coraz częściej, a raz nawet odważył się na coś więcej. I nie wierzył, że nie pamiętała.
− Pocałowałem cię tutaj po raz pierwszy – przypomniał jej, wskazując palcem na regał po drugiej stronie pomieszczenia. – O, tam. Było wtedy zimno, najzimniejszy dzień roku. Nigdy nie znosiłaś takiej pogody. Założyłaś taki gruby niebieski sweter. To ten jeden jedyny raz, kiedy pogwałciłaś szkolny regulamin, ale nawet Perez cię nie upomniał, bo ślicznie wyglądałaś. A ja wpadłem jak śliwka w kompot i wiedziałem, że od tamtego momentu będę częściej przegrywał w debatach, żeby tylko zobaczyć, jak się uśmiechasz.
− Chabrowy.
− Słucham?
− Sweter był chabrowy i założyłam go, bo Viola Conde wspomniała, że przewodniczący szkoły na zajęciach ZPT mówił, że to jego ulubiony kolor.
− Pierwsze słyszę. – Fabian udał, że kompletnie tego nie pamięta. – I na pewno nie miało to nic wspólnego z tym, że widziałem cię w tym swetrze w kościele. Do dzisiaj nie wiem, co ja robiłem w kościele, skoro rodzice powiedzieli, że nie muszę chodzić. No dobrze, kłamię. Wiem, co tam robiłem. Byłem chyba zboczony jak Perez, bo chciałem się na ciebie pogapić i posłuchać jak śpiewasz te pompatyczne pieśni religijne.
− A ja się zawsze zastanawiałam, dlaczego taki ateista jak ty przychodzi po rozpoczęciu mszy i wychodzi tuż przed zakończeniem. – Norma się roześmiała. Ich romans może nie był jak z bajki, ale mieli piękną młodość i nie dało się tego ukryć.
− Po prostu wierzę w to, co można naukowo udowodnić. – Fabian również się uśmiechnął. Kiedy tak na nią patrzył w tej sali od historii, z tym samym błyskiem w oczach, znów miał ochotę ją pocałować, a nawet więcej, choć wiedział, że to kompletnie nie na miejscu.
− Przepraszam, nie przeszkadzajcie sobie. Wrócę później.
Oboje wzdrygnęli się w miejscu, odskakując od siebie, bo ich twarze znalazły się niebezpiecznie blisko, podczas gdy Marcus Delgado z rozczarowaniem na twarzy wycofywał się na korytarz.
− Marcus, to nie tak jak myślisz. – Norma wybiegła za nim, z trudem dotrzymując mu kroku, bo na swoich długich nogach pokonywał ten sam dystans znacznie szybciej niż ona.
− Nie, naprawdę, nie przejmuj się. Wracaj do niego. Szybko zapomniałaś o Gilbercie, ale kogo by to obchodziło.
− Marcus! – Norma zatrzymała się na korytarzu, a w jej zielonych oczach pojawiły się łzy.
Wyczuł, że powinien również wyhamować, więc to uczynił i odwrócił się bokiem, nie mogąc całkowicie spojrzeć jej w twarz.
− Minęło niewiele ponad miesiąc, mamo. Serio? Takiej cię nie znałem.
− Wiem. Niczego nie zrobię, Marcus. Nie znasz mnie?
− Nie wiem, ostatnio cię nie poznaję.
− To jest nas dwoje, bo ja już od dawna nie widziałam mojego syna. Teraz widuję tylko rano jakiegoś gbura, który nie chce z nikim rozmawiać i nawet nie je śniadania z matką. Co się dzieje, Marcus?
− Dlaczego odwracasz kota ogonem? Nie o mnie mówimy a twoim spoufalaniu się z żonatym facetem. – Delgado wskazał palcem na salę do historii, w której Fabian Guzman zapewne nadal był i doskonale ich słyszał. – Teraz będziesz przychodziła na wywiadówki, żeby robić sobie z nim schadzki w waszych dawnych miejscówkach? Ivan Molina wybierał trybuny na basenie, tam zaciągał dziewczyny. Widocznie rewirem Guzmana była sala do historii, jakże romantycznie.
− Nie musisz być złośliwy. Wiem, że to złe. Dlatego więcej tego nie powtórzę. Ale nie pozwolę ci mówić do mnie takim tonem. – Norma podeszła bliżej i ostrożnie obróciła głowę syna w swoją stronę, by na nią spojrzał. Był tak wysoki, że nawet kiedy spuszczał wzrok widziała jego smutne ciemne oczy. – Wiem, że ci go brakuje. Ich obu. – Wiedziała, że strata zarówno Gilbera, jak i Roque w tak krótkim czasie musiała być dla siedemnastolatka przytłaczająca. – Ale nie możesz się tak zamykać w sobie. Wiesz, że zawsze możesz ze mną porozmawiać, prawda?
− Mamo. – Miał prawdziwą ochotę się rozpłakać, podobnie jak wtedy na ślubie Basty’ego i Leticii, kiedy Hugo kazał mu udawać, że nic się nie stało. Teraz było jeszcze gorzej. Wtedy był w szoku, a dzisiaj zdążył już wszystko porządnie przemyśleć, przerobić w głowie setki scenariuszy. – Zrobiłem coś strasznego.
− Nic się nie stało, Marcus. Fabian na pewno nie ma pretensji.
− Nie o to chodzi. Nie rozumiesz mnie. − Urwał, nie wiedząc jak kontynuować. Jak powiedzieć matce, która zawsze go idealizowała, że wcale nie jest perfekcyjny? Że daleko mu do ideału tak bardzo, jak to tylko możliwe. – Ja… zrobiłem coś złego. Bardzo złego. I nie sądzę, że kiedykolwiek mi wybaczysz. Ja sam nie potrafię…
Patrzyła na niego ze strachem, gładząc go po ramieniu, by się uspokoił. Nie płakał, ale niewiele brakowało i dawno go takim nie widziała. Czekała cierpliwie, aż się przed nią otworzy. Był ostatnim, co jej pozostało i kochała go ponad własne życie. Serce się krajało, kiedy widziała, że cierpi. Marcus podjął decyzję, zdecydował, że to zrobi. Nawet jeśli matka już nigdy więcej nie będzie mogła na niego normalnie patrzeć, nawet jeśli będą musieli się widywać przez więzienne kraty. Musiał to zrobić, bo oszaleje.
I wtedy jego wzrok natrafił na Huga, który opuszczał jedną z sal lekcyjnych w towarzystwie Olivera Bruni’ego. Skończyli wywiadówkę z rodzicami. Hugo tyle ryzykował, by mu pomóc. Hugo dokładnie mu wyjaśnił, co ma robić. A Oliver tylko czekał na jego potknięcie. Chciał go zmusić do zeznań, chciał go zastraszyć i Marcus był pewien, że nie cofnie się przed niczym, nawet przed skrzywdzeniem jego matki.
− Nie złożyłem podania na Harvard – wymsknęło się z jego gardła, nim zdążył się porządnie zastanowić. – Zapomniałem, przegapiłem termin. Przepraszam.
− Kochanie, nic się nie stało. – Norma uśmiechnęła się tak szeroko, że od razu można było poznać, że jej ulżyło. Nie spodziewała się takiego wyznania. – Jest jeszcze wiosenna rekrutacja, nic straconego. Poza tym pamiętaj, że nie musisz iść w ślady moje czy ojca. Wybór należy do ciebie. Oczywiście, będę zawsze polecała Harvard, ale jest mnóstwo innych opcji, świat stoi przed tobą otworem, możesz być kimkolwiek chcesz, Marcus, wierzę w to i zawsze wierzyłam.
Nic nie odpowiedział, czując ucisk w gardle. Kimkolwiek chciał? Chciał być niewinny. Nie chciał być mordercą, ale na to już było za późno. Teraz już nie wiedział, kim chce być. Matka go przytuliła, a on wpatrzył się w słabo oświetlony korytarz, gdzie trener i jego zastępca żywo dyskutowali na jakiś temat, kiedy z sali od historii wyszedł Fabian Guzman.
− Panie Guzman, ma pan chwilę? Chodzi o pańskiego syna. – Oliver od razu wyłapał sekretarza gubernatora i postanowił wykorzystać okazję.
− Co tym razem? – Fabian nawet nie udawał, że jest zdziwiony. Wiedział, że Jordan chodził swoimi ścieżkami i robił, co chciał, a prowokowanie nauczycieli należało do jego ulubionych czynności.
− Opuścił trening, zresztą nie pierwszy raz. Obawiam się, że jego postawa osłabia morale drużyny. No i chyba nie muszę wspominać o braku szacunku i złośliwościach pod adresem nie tylko kolegów, ale też ciała pedagogicznego? – Bruni brzmiał jak prawdziwy nauczyciel. To odkrycie niespecjalnie zszokowało Delgado. Od dawna wiedział, że to dobry aktor, który przekonująco grał swoją rolę. Zdołał nawet omamić Carlosa i Huga, którzy nie widzieli, że to wilk w owczej skórze.
− Porozmawiam z nim. – Guzman przyjął wieść o synu ze stoickim spokojem. Niczego innego się po nim nie spodziewał.
− Nie chciałbym sadzać go na ławce rezerwowych. To zdolny zawodnik i drużyna go potrzebuje, ale po ostatnich zmianach chyba stracił motywację, co źle odbija się na wszystkich.
− Zmianach? – Fabian przetarł zmęczone oczy, patrząc na Bruni’ego z lekkim zniecierpliwieniem. Nie lubił, kiedy ktoś nie przechodził do sedna.
− Syn nie wspominał? – Hugo zmarszczył brwi i pomógł Oliverowi. – Zmienił pozycję i jest teraz środkowym napastnikiem. Chyba nie bardzo mu się ta decyzja spodobała.
− I słusznie, bo to pozycja Marcusa Delgado. – Fabian patrzył na Huga, jakby nie rozumiał, po co pracownik Barosso wtrąca się w nie swoje sprawy i kto w ogóle go zatrudnił do pomocy drużynie, skoro ewidentnie nie miał żadnych kwalifikacji. – Dlaczego podejmuje pan tak lekkomyślne decyzje? – Ponownie zwrócił się do byłego marines, ignorując Huga. Oliver wyglądał na lekko zdumionego, że ktoś kwestionuje jego prowadzenie drużyny.
− To decyzja oparta na ostatnich doświadczeniach drużyny. Mecz wyjazdowy sporo nas nauczył, trzeba zmodyfikować grę zespołu…
− Rozumiem. – Fabian pokiwał głową, ale w rzeczywistości dało się wyczuć w jego tonie głosu ironię. Marcus, który obserwował tę scenę z daleka, był zaintrygowany. – Czyli pojawia się pan znikąd, przejmuje drużynę, którą przez lata prowadził doświadczony zawodnik i trener, Jose Manuel Rodriguez, którego mój ojciec osobiście pamięta z meczów na wielkich imprezach, po czym zmienia pan ją całkowicie, próbując zrealizować swoje… niespełnione ambicje? – dodał na koniec, akcentując wszystko w formie pytania.
− Panie Guzman, chyba się nie zrozumieliśmy. – Na twarzy Olivera pojawił się lekki grymas. Nie był przyzwyczajony do takiego traktowania. Większość rodziców jadła mu z ręki, o czym właśnie się przekonał podczas drzwi otwartych, rozmawiając z uśmiechniętymi matkami i potakującymi ojcami, którzy chwalili jego podejście do dyscypliny w szkole.
− Ależ nie, rozumiem doskonale. Pana nazwisko? – Fabian wpatrzył się wyczekująco w mężczyznę, a ten otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. Jeszcze go nie znał? Był w końcu trenerem i nauczycielem wf w szkole jego dzieci nie od dziś.
− Oliver Bruni – przedstawił się, jakby dopiero rozpoczynali rozmowę.
− I zapewne ma pan jakieś referencje, kogoś, kto pana polecił na to stanowisko…?
− Sam Josema Rodriguez. – Bruni przekrzywił nieznacznie głowę, a Marcus poczuł, że zaczyna się robić ciekawie. Guzman widocznie pomyślał dokładnie o tym samym.
− Ciekawe. – Fabian zmrużył oczy, jakby do końca nie dowierzał. – Utnę sobie pogawędkę z Josemą. Wnioskuję też, że wcześniej uczył pan w jakiejś innej szkole, co jest dosyć dziwne, biorąc pod uwagę, że jest pan byłym amerykańskim żołnierzem.
− Nie wie pan, jak się nazywam, ale zna pan takie szczegóły? Zdumiewające.
− Zdumiewające jest to, że ma pan na przedramieniu tatuaż marines i ma mnie pan za idiotę. Nie lubię się chwalić, ale mam doktorat, a spostrzegawczość i umiejętność logicznego łączenia faktów to coś, czego uczą się już dzieci w podstawówce. Dziękuję, że zwrócił pan moją uwagę na niesubordynację mojego syna. Upewnię się, czy jego postawa nie jest spowodowana brakiem kompetencji u ciała pedagogicznego. W razie czego skontaktuję się z panem. Do widzenia. – Fabian kiwnął głową i odszedł szybkim krokiem, a wszyscy obecni na korytarzu patrzyli za nim ze skonsternowanymi minami.
− Przynajmniej wiemy, po kim Jordan ma taki temperament. – Hugo poklepał Olivera po plecach ze śmiechem, zupełnie nieświadomy tego, co działo się w głowie trenera.
Oliver machinalnie potarł lewe ramię, zjeżdżając coraz niżej w stronę tatuażu, który był lekko widoczny pod jego podwiniętym rękawem. Zaczynał być podejrzliwy wobec starszego Guzmana.

***

Conrado był bardzo zapracowany, ale nieważne jak wiele czasu poświęcał na obrady komisji do sprawy katastrofy mostu czy pertraktacje z miejscowymi Romami i spotkania z rodzicami jako opiekun czwartego roku w liceum, sprawa Lidii była dla niego w tym momencie najważniejsza. Mimo tego, kiedy Karina de la Torre co jakiś czas napomykała o adopcji, on za każdym razem zmieniał temat. Był już w tym mistrzem, ale sądził, że tak inteligentna kobieta jak opiekunka z opieki społecznej na pewno już go przejrzała. Prawdą było, że nie sądził, by adoptowanie Lidii było dobrym pomysłem. I chociaż ani on, ani Fabricio nie rozmawiali na ten temat na głos, miał wrażenie, że Guerra myśli podobnie, choć z zupełnie różnych powodów. Przyjaciel uważał, że powinien skupić się na biologicznym synu i w pierwszej kolejności wyjawić mu prawdę.
− Coś wyjątkowo starannie się ubierasz, jak na spotkanie z opieką społeczną – zauważył złośliwie Fabricio, przyglądając się, jak Conrado schodzi ze schodów i poprawia spinki do mankietów. – Ta Karina jest podobno niezła.
− Słucham? – Saverin wytężył słuch, sądząc, że się przesłyszał, a Fabricio się roześmiał.
− Lidia tak mówiła. Podobno macie się ku sobie. To prawda?
− Lidia ogląda za dużo filmów z Rosie i Felixem – skomentował tylko Saverin. Tak, przyznał, że panna de la Torre była piękną kobietą, ale w ogóle nie był nią zainteresowany. Montes miała chyba nadzieję go wyswatać. – Ty nie w poradni?
− Wolę mieć oko na Emily. Lepiej, żeby Santos nie musiał znów zawozić jej do szpitala. Nie zmieniaj tematu. Idziesz na randkę? – Guerra podejrzliwym wzrokiem wywiercał dziurę w głowie przyjaciela, który tylko spojrzał na niego z politowaniem.
− Idę na spotkanie w sprawie Lidii. A zaraz potem umówiłem się z Fabianem Guzmanem.
− A to nowość. Twój nowy kumpel? – Guerra oparł łokcie o kuchenny blat.
− Nie powiedziałbym. Mamy podobne stanowisko co do katastrofy mostu, wiem, że mam w nim sprzymierzeńca jeśli chodzi o obrady komisji. Poza tym to krewny Fernanda, wolę go trzymać blisko. Może się przydać.
− Nie wątpię. A co z tą drugą sprawą? – Fabricio czekał, aż Conrado sam podchwyci temat, ale ten milczał, więc w końcu dał za wygraną i wywrócił oczami. – Kiedy zamierzasz powiedzieć Quenowi, że jesteś jego ojcem? I nie mów, że to nie jest dobry moment albo że chłopak nie jest na to gotowy. Jego adopcyjny ojciec siedzi w pace i czeka na apelacje, a matka jest w stanie terminalnym. Przecież o tym wiesz, prawda?
− To…
− Nie mów, że to skomplikowane, bo ci przywalę. – Fabricio zacisnął groźnie pięść, ale chwilę później ją rozluźnił. Minęły czasy, kiedy miał ochotę naprawdę przyłożyć Saverinowi, chociaż ostatnimi czasy sam się o to prosił. – Ja zdecydowanie za późno dowiedziałem się prawdy o moim biologicznym ojcu. Ukrywanie tego i przeciąganie w czasie nie sprawi, że będzie ci łatwiej. Chyba że…
− Chyba że co? – Conrado spojrzał na przyjaciela takim wzrokiem, że Guerra był już przekonany, że ma rację.
− Nigdy nie zamierzałeś mu powiedzieć, prawda? – Po słowach Fabricia zapadła cisza, która tylko bardziej go upewniła. – Cholera, Conrado. Więc po co to wszystko? Po co szukałeś go latami? Kiedy w końcu go znalazłeś, tchórzysz.
− Tak. I nic wam do tego. Ani tobie, ani Hugowi, ani nikomu innemu – odpowiedział stanowczo brunet, a na twarzy miał wymalowany taki wyraz, że od razu można było poznać, że nie zmieni zdania.
− Jak to nie? Pomagałem ci przez lata. Czy nie po to było to wszystko? Żeby znaleźć twoje dziecko?
− Nie. Od zawsze chodziło tylko o zniszczenie Fernanda. I zrobimy to, obiecuję.
− Chrzanisz. Po prostu tchórzysz.
− Quen ma tutaj ułożone życie, nie potrzebuje mnie ani dodatkowych kłopotów. Barosso mógłby go tylko wykorzystać.
− Chyba sam w to nie wierzysz. Ułożone życie? Pewnie, dzieciak ma przekreśloną karierę, bo Fernando nigdy nie spocznie i zawsze będzie próbował go wykorzystać przeciwko tobie. Czy nie lepiej, żeby był na to gotowy i żeby miał ciebie, który go obroni?
− Proszę cię, Fabricio. Skończyłem już ten temat. Spieszę się na spotkanie. – Saverin zarzucił na siebie marynarkę i chwycił neseser, a Guerra wiedział, że to koniec dyskusji, bo kiedy jego przyjaciel się czegoś uparł, trudno było mu wybić to z głowy. Widział jednak, że Conrado ma tę charakterystyczną zmarszczkę między brwiami, jego również to dołowało.
− Musimy pogadać. – Do domu Conrada wszedł Santos DeLuna, czym sprawił, że obaj mężczyźni zerknęli na niego jak na karalucha. – Przeszkadzam?
− Ty zawsze przeszkadzasz, DeLuna. Jak tu wlazłeś? – warknął Guerra, nawet nie mając siły, by go strofować.
− Znam kod do drzwi. – Informatyk machnął ręką i zwrócił się do Saverina. – Pogadamy?
− Nie teraz, spieszę się. Wyślij mi wiadomość.
− To jest temat na spotkanie twarzą w twarz.
− Więc zadzwoń na face time, ale później. – Conrado uciął wszelkie dyskusje i po chwili już go nie było.
− A temu co? – Eric wskazał kciukiem na zamykające się drzwi.
− Nie pytaj. Co to za ważny temat niecierpiący zwłoki? Może ja mogę… pomóc. – Ostatnie słowo z trudem przeszło przez gardło Fabricia. Bardzo starał się zachowywać poprawnie w towarzystwie dawnego wroga, ale czasami było to po prostu niewykonalne.
− Nic takiego, chciałem zapytać Conrada, czy już widział się z księżulkiem.
− Z księdzem? A po co mu ksiądz – żeni się po raz kolejny czy tym razem organizuje pogrzeb? No bo chyba nie chrzciny, spóźnił się ponad siedemnaście lat.
− Z nowym księdzem w miasteczku, jest u nas nauczycielem religii. Zaraz… − Na twarzy Erica powoli zaczęło pojawiać się zrozumienie. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, uśmiechnął się od ucha do ucha. – Ty serio nie wiesz?
− O czym nie wiem? Nie wkurzaj mnie, DeLuna. – Fabricio miał ochotę rzucić w młodszego mężczyznę jabłkiem, ale opanował w sobie ten odruch.
− Proszę, proszę. A jednak Starsky i Hutch mają jakieś tajemnice. – Santos zaśmiał się ponownie, po czy pomachał na pożegnanie w bardzo protekcjonalnym geście i wyszedł z domu Saverina, zostawiając Guerrę tylko bardziej zirytowanego.

***

Karina de la Torre nie podejmowała już tematu adopcji, widocznie zdając sobie sprawę, że Conrado ma teraz ważniejsze rzeczy na głowie. Za to przedmiotem ich spotkania był konflikt z Romami i zbliżający się proces Jonasa Altamiry, który został między innymi oskarżony o próbę zabójstwa Saverina. Karina niepokoiła się, że wpłynie to na nastroje wśród pobratymców Jonasa oraz że Lida, jako niedoszła żona syna patriarchy, zostanie za to obwiniona. W końcu Romowie zaczęli interesować się Conradem tuż po tym, jak zainterweniował i spłacił długi Ceferino Montesa, tym samym zabierając nastolatkę pod swoje skrzydła i wzbudzając oburzenie u patriarchy i jego ludzi.
Conrado obiecał Karinie, że przy nim nie spadnie Lidii z głowy nawet włos. Pilnował jej cały czas, prosił Santosa, by odwoził nastolatkę do domu, kiedy sam nie mógł tego akurat zrobić. Zadbał o wszystko, a przynajmniej takie miał wrażenie. De la Torre wydawała się usatysfakcjonowana jego odpowiedziami, kiedy żegnali się w jednej z lokalnych jadłodajni w Pueblo de Luz. Kiedy podawali sobie dłonie, do stolika który zajmowali podszedł powoli Fabian Guzman.
− Jestem za wcześnie? – zapytał uprzejmie, a jego wzrok spoczął nieco dłużej na Karinie, która na jego widok zrobiła niewyraźną minę.
− Ależ skąd, panie Guzman, właśnie kończyłem spotkanie. Znają się państwo? To Karina de la Torre, opiekunka Lidii Montes z opieki społecznej, a to…
− Proszę się nie trudzić, Conrado. Znam Fabiana Guzmana bardzo dobrze. – Brunetka ucięła wpół słowa, mrużąc oczy na widok niewzruszonego sekretarza gubernatora. – Jak się pan ma, Fabian? Nadal sprząta pan po znajomych?
− Panie Saverin, czy nasze spotkanie potrwa długo? Nie ukrywam, że się spieszę. – Fabian nie odpowiedział Karinie, a zamiast tego zwrócił się od razu do zastępcy burmistrza.
− Rozumiem, jestem niewidzialna, kiedy mamy świadków. Dobrze, bardzo dobrze. Do widzenia, Conrado. Skontaktuję się z tobą innym razem. – Kobieta się pożegnała i zostawiła mężczyzn samych.
Conrado uważnie obserwował Guzmana, wskazując mu krzesło, na którym wcześniej siedziała Karina. Intrygowało go, skąd ta dwójka się znała i dlaczego panna De la Torre pałała do niego jawną niechęcią, ale nie zapytał o to – byłoby to w końcu okropnym nietaktem. Czuł jednak, że sekretarz gubernatora nie jest tak kryształowy jak go malowali i warto mieć go na oku. Fabian odmówił, kiedy Saverin zaproponował lunch albo kawę, więc przeszedł do rzeczy.
− Chodzi o pańskie dzieci. Nie miałem okazji przyjść na ostatnią wywiadówkę, sam pan wie, że sprawy w ratuszu potrafią zawładnąć całym grafikiem. Spotykam się jednak z rodzicami, by omówić progres uczniów i pomóc też w wyborze przyszłej kariery. – Conrado wyciągnął teczki bliźniaków, które położył na stoliku.
− Znam oceny moich dzieci, panie Saverin. Są bez zarzutu. – Fabian mówił z takim przekonaniem, jakby miał akta bliźniaków w małym paluszku. Conrado jednak szczerze wątpił, by kiedykolwiek mężczyzna się zainteresował tym, co naprawdę Nela i Jordan chcieli robić w przyszłości.
− Owszem, w przypadku Jordana oceny są celujące. Gorzej u niego z zachowaniem, ale o tym pan chyba już wie. Ma dość nietypowy temperament.
− Obiło mi się o uszy, że ma to po matce.
− Ja słyszałem, że po panu i proszę mi wybaczyć, kiedy z panem rozmawiam, mam wrażenie, że plotki mają swoje podstawy. – Brunet uśmiechnął się lekko, bo rzeczywiście lekceważący stosunek, który dało się wyczuć w głosie Guzmana chwilami przypominał styl mówienia jego syna. – Natomiast z Marianelą jest inaczej. Mam pewne obawy, które podzielają też inni nauczyciele. Jeśli chodzi o oceny to w porównaniu do brata różnica jest wręcz kolosalna, a wśród innych uczniów plasuje się raczej na środkowej, przeciętnej pozycji. Jeśli chodzi o jej zachowanie, to całkowite przeciwieństwo Jordana, jest bardzo grzeczna i nigdy nie sprawia problemów, ale właśnie to nas martwi.
− Martwi was, że moja córka jest grzeczna? – Fabian uniósł kącik ust, czym tylko bardziej przypomniał Conradowi jego syna. – Mogę jej powiedzieć, żeby od czasu do czasu poszła na wagary z bratem, jeśli o to panu chodzi.
− Panie Guzman, Nela nie asymiluje się z resztą klasy. Stroni od ludzi i wydaje mi się, że może mieć fobię społeczną.
− Jest nieśmiała. Od dziecka taka była. I uprzedzając pańskie pytanie – tak, bywała u psychologa dziecięcego, nie stwierdził w jej zachowaniu nic niepokojącego. Niektóre dzieci tak już po prostu mają.
− Być może, nie jestem psychologiem. Zastanawiałem się jednak, czy może pan albo pana żona próbowaliście z nią porozmawiać i dowiedzieć się, co jest źródłem tej nieśmiałości? Mam wrażenie, że to zamykanie się w sobie i brak wiary w siebie bardzo ją ograniczają. Może z tego względu pańska córka nie zapisała się na żadne koło zainteresowań, a wybór dodatkowych przedmiotów ograniczyła do niezbędnego minimum. Martwię się, czy na pewno będzie przygotowana do życia po liceum, czy ma jakiś sprecyzowany cel czy ścieżkę, którą chce podążać.
− Nela potrzebuje czasu, żeby znaleźć coś, w czym jest dobra. Proszę się nie martwić. Czy to wszystko? Niestety jestem umówiony z gubernatorem. – Fabian wstał od stolika i wpatrzył się wyczekująco w nauczyciela przedsiębiorczości i opiekuna ostatnich klas.
Conrado również wstał i podał mu dłoń, dziękując za rozmowę. Miał szczerą nadzieję, że Guzman to sobie przemyśli.

***

Lekcja jeszcze się nie zaczęła, a na korytarzach panował zbyt wielki harmider, więc skorzystała z okazji i ukryła się w klasie, rozmyślając z długopisem zawieszonym nad wyrwaną kartką z zeszytu. Była zdeterminowana, bo naprawdę zależało jej, by jak najwięcej osób dowiedziało się o bohaterstwie El Arquero de Luz. To nie w porządku, że miejscowa policja ogłosiła nagrodę za głowę złodzieja, przecież nie robił nic złego. Lidia Montes była przekonana, że to dobry człowiek. Wsadzając Jonasa Altamirę za kratki, zrobił jej niemałą przysługę. W końcu ojciec i ciotka od dawna kombinowali z patriarchą, jak tu wydać siedemnastolatkę za mąż za tego kretyna.
− Pierwszy raz widzę, żebyś poświęcała przerwę na naukę matmy – zagadnął ją Felix, wchodząc do klasy i siadając obok koleżanki. – Nie odrobiłaś zadania?
− To nie praca domowa, w nosie mam matmę. Od czego mamy kalkulatory? – Lidia machnęła ręką. – Robię listę potencjalnych kandydatów na Łucznika dla autora bloga „Kryształowy Głos”.
− Co takiego? – Quen, który wszedł zaraz za Felixem razem z grupką znajomych, rozłożył się na ławce obok i wziął od niej kartkę papieru, ale zdziwił się, widząc że jest pusta. – Spisujesz listę osób, które mogą być Łucznikiem? Po co?
− Bo La Voz de Cristal próbuje się skontaktować ze Srebrnym Strzelcem, żeby przeprowadzić z nim wywiad, nie czytaliście bloga? – Lidia wyrwała Enrique kartkę i wpatrzyła się w nią intensywnie, zagryzając wargę i zastanawiając się, od czego zacząć. – Autor bloga podłapał mój pomysł i chce pokazać ludziom, że Łucznik jest niewinny. W ostatnim poście poprosił Strzelca o kontakt. Problem w tym, że nie sądzę, żeby ktoś tak zajęty jak El Arquero czytał anonimowe wiadomości w Internecie, więc chcę podesłać blogerowi wszystkie tropy.
− On zajęty? Niby czym − rabowaniem i strzelaniem ludziom w kolana? – Ignacio Fernadez podsłuchał ich rozmowę i wybuchnął głośnym śmiechem, pokazując, co o tym wszystkim myśli. – To ewidentnie jakiś bezrobotny albo ktoś obrzydliwie bogaty, kto nie musi pracować i ma mnóstwo wolnego czasu.
− Przymknij się, Ignacio. – Sara Duarte rzuciła w jego stronę papierową kulkę i pochyliła się nad Lidią, by odczytać listę kandydatów. – Nic jeszcze nie masz? Jakie masz tropy, czym się kierujesz, wybierając kandydatów? Może ci pomożemy.
− No proszę, Lidio, pochwal się, czym się kierujesz. – Felix nie mógł się powstrzymać. Trochę mu pochlebiało, że chciała mu pomóc, nawet jeśli nie zdawała sobie sprawy, że Kryształowy Głos to właśnie on. Ale trochę go też irytowało jej niezdrowe zainteresowanie Złodziejem z El Tesoro. – Lidia buja się w Łuczniku – wyjaśnił w stronę wszystkich znajomych, kiedy brunetka nic nie odpowiedziała.
− Zabiję cię, Felix. Co ty opowiadasz za bzdury? – Montes uderzyła go piórnikiem. – Powiedziałam tylko, że dobrze mu patrzy z oczu.
− Powiedziałaś, że ma oczy ładne jak sarenka i piękne długie rzęsy – sprostował Felix, nie ukrywając złośliwej nuty w głosie. Trochę go to bolało. Osobiście uważał, że on sam ma całkiem ładne oczy, ale na nie nikt nie zwracał uwagi.
− Nic podobnego! – Lidia teraz była już prawdziwie oburzona, a na jej śniadej cerze pojawił się lekki rumieniec. – Podziwiam tego faceta, robi kupę dobrego w mieście. I tak, dobrze mu patrzy z oczu. Tylko je widziałam w ciemności.
− Wiesz, co to jest? – Quen zastanowił się nad tym głęboko. Wszyscy czekali aż objawi im świętą prawdę. – To syndrom sztokholmski. Zaczynasz sympatyzować z oprawcą. Polubiłaś go, bo odbiera bogatym i daje biednym, a do tego źli ludzie dostają od niego nauczkę, więc dopowiedziałaś sobie, że ma ładne oczy. Równie dobrze facet może mieć zeza.
− Cicho, Quen! – Olivia Bustamante wydarła się, czym sprawiła, że kilka osób podskoczyło w miejscu. – Kogo podejrzewasz, Lidio?
− A tobie do czego to potrzebne? – Felix zmarszczył czoło. – Masz interes do Łucznika?
− Nie, ale jestem ciekawa, kto to może być. – Blondynka wzruszyła ramionami, ale widać było, że z chęcią poprosiłaby El Arquero o pomoc w wymierzeniu sprawiedliwości. Tym bardziej teraz, kiedy wiedziała, że Oliver Bruni ewidentnie boi się zamaskowanego strzelca.
− Kryształowy Głos na blogu insynuował, że to ktoś z miasteczka. – Montes zawiesiła ponownie długopis nad papierem, zastanawiając się, czy może wpisać na listę nazwisko Fabiana Guzmana. Nie śmiała jednak wypowiedzieć na głos tego imienia, bo do klasy akurat weszły bliźnięta Guzman. – Gdybym tylko mogła zobaczyć go z bliska… może rozpoznałabym te oczy.
− To da się załatwić. Uderzaj do biura gubernatora albo od razu na komendę policji i sprawdź oczy wszystkim policjantom, łącznie z szeryfem. – Ignacio naigrywał się z koleżanki z klasy. Ta cała sytuacja trochę go bawiła. − Skoro Veda może mieszkać pod jednym dachem z Ivanem Moliną, szeryf pewnie nawet nie zauważy jak i ty się do niego wprowadzisz i poprosisz, żeby zajrzał ci głęboko w oczy. Widocznie lubi mieć w pobliżu nastoletnie dziewczyny. Zresztą Conrado Saverin również – dodał złośliwie i wszyscy, łącznie z Quenem Ibarrą, zmrozili go wzrokiem po tych słowach.
− Odwal się, Nacho. – Lidia z wściekłością zacisnęła dłoń na kartce papieru.
− Słyszałam, jak moja mama gadała z posterunkowym Sanchezem o strzelaninie w El Paraiso. – Sara zwróciła tą informacją uwagę wszystkich zebranych. – Sanchez to niezły partacz, ale lubi sobie pogawędzić. Podobno znaleźli w barze soczewkę kontaktową. Łucznik nosi soczewki lub okulary. Prawda, Felix? – zwróciła się do przyjaciela, który trochę się zmieszał. Miał wrażenie, że ojciec celowo zatajał przed nim niektóre informacje, żeby nie rozbudzać w nim ciekawości i zapędów do prywatnych śledztw.
− To już trochę przesada. Skąd pewność, że soczewka należała akurat do Łucznika, a nie do żadnego z Templariuszy? – Quen zaczął kręcić głową, jakby nie do końca mu się podobała ta teoria. – Mamy zrobić listę wszystkich osób w tym miasteczku, które mają wadę wzroku? Idź do biblioteki po spis ewidencji ludności, będzie szybciej. Przecież to miasto starych ludzi, tutaj co druga osoba nosi pingle! Bez obrazy, Nela – rzucił szybko w stronę kuzynki, która powoli przemierzała drogę do ławki. Kiedy brat zaoferował jej wolne miejsce obok siebie, grzecznie odmówiła.
− Dziewczyny nie mogą z chłopakami – szepnęła przerażona i usiadła tuż przed nim w ławce z Vedą.
− Dick jest na wylocie, nie słyszałaś? Szykują się zmiany regulaminu. Podobno wasza mama maczała w tym palce – poinformowała ją Sara, ale Marianela wolała dmuchać na zimne.
− Jezu, to twój brat, naprawdę musisz być taka nudna? – Nacho wywrócił oczami, za co pewnie zarobiłby od Jordana, ale akurat do sali wszedł przewodniczący szkoły.
− Wpisz tutaj Erica DeLunę. – Rosie postukała w kartkę, dając znać Lidii, że to potencjalny kandydat. Wszyscy zerknęli na nią zdumieni. – No co? Lubię go, ale mój ojciec chrzestny mu nie ufa, więc musi mieć jakiś powód. Eric nie jest wcale niepozornym nauczycielem informatyki. Jest też dobrym hakerem i umie pozyskiwać informacje. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby był Łucznikiem.
− A wy skąd o tym wiecie? – Nacho zwęszył jakiś podstęp, przestępując kilka kroków bliżej, by wybadać, o co im chodzi.
− Nie twoja sprawa. – Rosie zasłoniła mu plecami kartkę, na której Lidia dopisała nazwisko nauczyciela.
− Eric jest po kontuzji kolana, nie dałby rady tak szybko biegać – przypomniał jej Castellano, ale miała na to gotową odpowiedź.
− Jest wysportowany, a poza tym w przypływie adrenaliny wszystko jest możliwe. No i to by wyjaśniało, dlaczego przestrzelił Jonasowi Altamirze kolano. Wiedział, gdzie strzelać, żeby nie spowodować trwałego uszczerbku na zdrowiu. Fabricio mówi, że DeLuna umie strzelać z łuku.
− A księdza Ariela masz? – Quen wgryzł się w jabłko, sprawiając, że kilka osób się skrzywiło, bo dźwięk był niebywale głośny. – On też nosi okulary, więc pasuje do waszej teorii. I ma ładne oczy, może Lidia później sprawdzi na modlitwie i potwierdzi.
− A co ty się gapiłeś księdzu w oczy? – Na twarzy Felixa pojawił się lekki uśmiech. – Nie mów, że widziałeś w konfesjonale, jak się spowiadałeś.
− Ksiądz nie nosi okularów. – Primrose kontynuowała rozważania, kompletnie ignorując docinki przyjaciela.
− Nosi, widziałem go na plebanii. Mówił, że to do czytania. Jak tak teraz o tym myślę, to miał też parę obcisłych portek łudząco przypominających te, w których paraduje El Arquero. Przypadek? Nie sądzę. – Ibarra popatrzył po wszystkich, jakby się spodziewał, że mają jakieś kontrargumenty.
− Ariel pojawił się w mieście niedawno, a pierwszy atak Łucznika był dużo wcześniej – zauważył rozsądnie Felix.
− A co to za problem? Był w seminarium w Monterrey, mógł w każdej chwili dojechać. – Quen miał gotową odpowiedź. – Lubię tego ojczulka, jest całkiem spoko. No i umówmy się, kto jak nie ksiądz znałby tak dobrze Biblię? Nie słyszeliście, co ostatnio mówił na religii? Że jak potrzebuje jakiegoś cytatu, to sięga do Internetu. Pasuje jak ulał.
− Na pewno nie o to mu chodziło. – Olivia pokręciła głową, a loki, które tego dnia zakręciła, odbiły się jak sprężyny od jej ramion. Zagryzła wargę, dumając nad tym głęboko. Chciałaby znaleźć Łucznika, zanim dopadnie go Oliver. Może byłby w stanie jej pomóc i pozbyć się go z miasteczka.
− Jak chcesz, ja tam stawiam na księżulka. – Ibarra był przekonany co do słuszności swojej nowej teorii. − I jeśli o mnie chodzi, to może kolejną strzałę wpakować prosto w gładkie jak u lalki Kena krocze dyrektora. Dlaczego jeszcze nie dopadł Pereza? Przecież to jasne, że Dick to świnia i ma dużo za uszami. Gdyby tak nie było, Silvia pewnie by nie zainterweniowała na radzie rodziców.
− Marcus, co o tym sądzisz? – Olivia zwróciła się bezpośrednio do Marcusa, jakby był jakąś wyrocznią i jego opinia była święta. Od dłuższego czasu milczał, co nieco ją zdziwiło, bo zawsze potrafił dawać dobre argumenty. Tym razem się jednak pomyliła. Marcus Delgado nie był zainteresowany tą bzdurną kwestią. Wyglądał nawet na lekko zirytowanego.
− Chcesz szukać El Arquero? – Przewodniczący szkoły zwrócił się bezpośrednio do Lidii. − Droga wolna. Ale musisz zdawać sobie sprawę, że choć ma wielu fanów, jest też mnóstwo ludzi, którym zależy, żeby się go pozbyć, a ostatnia strzelanina w El Paraiso na pewno tylko pogorszyła sytuację. Jeśli jesteś mu wdzięczna i jeśli uważasz go za bohatera, tak jak twierdzisz, to powinno leżeć też w twoim interesie, żeby go ochronić, a nie podawać go na srebrnej tacy jego wrogom.
− Nie chcę go wydawać policji. – Montes się zawstydziła, bo sporo prawdy było w tym, co mówił Delgado, ale jakoś nigdy się nad tym porządnie nie zastanowiła.
− Policji? Będzie miał szczęście, jeśli na policji się skończy. Wkurzył wielu niebezpiecznych ludzi, a ty swoją postawą tylko utrudniasz mu pracę. – Marcus był stanowczy w tej sprawie.
− Od kiedy to jesteś takim obrońcą łamania prawa, Trzynastka? – Jordan odezwał się po raz pierwszy, z ciekawością wyciągając z uszu słuchawki, by posłuchać. Od Marcusa biła jakaś dziwna aura.
− Nie łamania prawa, a sprawiedliwości. Skoro system nie może podołać, trzeba wymyślić nowy. – Delgado zadumał się przez chwilę. Kiedyś byłby stanowczo przeciwny zachowaniu Łucznika, mimo że zawsze miał silne poczucie sprawiedliwości. Uważał jednak, że wszystko powinno być załatwiane zgodnie z prawem. Wszystko jednak się zmieniło od śmierci Roque. Desperackie czasy wymagały drastycznych rozwiązań.
− Nie przyszła góra do Mahometa, Mahomet przyszedł do góry. – Sara Duarte podchwyciła słowa przyjaciela, kiwając głową, jakby dokładnie rozumiała, co miał na myśli.
− Co ty opowiadasz, zapisałaś się na to kółko z kultury islamu? – Quen skrzywił się, nie rozumiejąc, co koleżanka chciała przekazać. – Co to znaczy?
− To oznacza, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, tak jak wy teraz, kiedy rozdam wam sprawdziany. Skończcie już rozmowy, jest po dzwonku. Siadajcie na miejsca i wyciągnijcie długopisy. Kalkulatory i telefony proszę schować. – Elodia Fernandez przystąpiła do rozdawania arkuszy, a wszyscy ze smętnymi minami zasiedli w spokoju w ławkach.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5752
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 15:39:04 07-11-23    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 148
LIDIA/SANTOS/JORDAN/SILVIA/JULIETTA/DEBORA/IVAN


Lidia Montes postanowiła przełknąć dumę. Felix ją olał, a przynajmniej tak sądziła, zbyt zajęty nauką włoskiego i przygotowaniami do musicalu, by pomóc jej w projekcie na godzinę wychowawczą, więc musiała sama stawić czoła młodemu Guzmanowi. Znalazła go w bibliotece po lekcjach. Bez przywitania rzuciła na stolik swoją torbę i klapnęła na krzesło, próbując go onieśmielić swoją postawą byłej dilerki, ale nikogo nie mogła zwieść. Nie była już tą przerażającą dziewczynką na posyłki Joaquina, która nosiła się na czarno i przesadzała z eyelinerem. Zmiękła i teraz pluła sobie w brodę, że brakowało jej autorytetu. Za bardzo spoufalała się z uczniami i dlatego jej nie szanowano.
− Słuchaj, powiem ci, jak będzie – odpowiesz na moje pytania, spiszemy to i oddam projekt Leticii. Nie będę wymyślała nic sama, bo ani mi się nie chce, ani nie mam na to czasu. To że ty masz w nosie oceny, bo masz wpływowego tatusia, nie znaczy, że wszyscy są tacy sami. – Powiedziała to wszystko na jednym wydechu, ale pożałowała, że nie wymyśliła nic lepszego.
Jordan podniósł na nią wzrok znad podręcznika do biologii z taką miną, jakby była wyjątkowo natrętną muchą bzyczącą mu nad uchem. Sięgnął do uszu i wyciągnął z nich słuchawki, a ona miała ochotę zapaść się pod ziemię, kiedy zdała sobie sprawę, że nie słyszał ani słowa.
− Mówiłaś coś?
− Tak. Odwalisz ten projekt na Leticię czy tego chcesz czy nie. Proszę. Masz dziesięć minut na uzupełnienie kwestionariusza – wypaliła, przesuwając po blacie kartkę z pytaniami.
− To jest żałosne, zdajesz sobie z tego sprawę? – Jordi wziął ze spokojem kartkę i przyłożył do niej długopis, pisząc szybko, co mu przyszło do głowy i nie rozpisując się za bardzo na pytania.
− Rozgryzłam cię, Guzman. – Lidia obserwowała go ze zwycięską miną, odchylona na krześle, jakby była panią biblioteki. Jej dawna dilerska energia wreszcie powróciła i czuła, że ma go w garści. – Pozujesz na takiego, którego nic nie obchodzi, ale stajesz w obronie Felixa, a dla Neli zrobiłbyś wszystko. Nie rozumiem, dlaczego nie możesz czasami zacisnąć zębów i iść na kompromis, zamiast na siłę powodować problemy.
− Ja też cię rozgryzłem. – Jordi nie podniósł na nią wzroku, pisząc zawzięcie lekko poirytowany tą sytuacją. – Z trójkowej uczennicy, która bawiła się w naukowca z Templariuszami, nagle zainteresowałaś się maturą. Próbujesz nadrobić zaległości i myślisz, że dostając dobre oceny i kończąc głupie projekty na godzinę wychowawczą, zapewnisz sobie dom.
− Co ty bredzisz?
− Daj spokój, czy nie o to właśnie chodzi? – Jordi uśmiechnął się półgębkiem. Wiedział, że ma rację. – Stajesz na głowie, bo boisz się, że Saverin się ciebie pozbędzie, jak nie będziesz idealna. Czujesz, że odstajesz, bo pochodzisz z innego środowiska niż on, nie masz takiej klasy i ogłady, stale się przejmujesz, co on i jego znajomi o tobie pomyślą. Myślisz, że czwórka z historii czy piątka z chemii to zmienią? Sama nakładasz na siebie presję.
− Zamknij się, Guzman – warknęła, ale prawdą było, że tak właśnie czuła, choć nikomu o tym nie powiedziała.
− Utrafiłem w czuły punkt. Boisz się, że jak Saverin wreszcie powie synowi… − Jordan w porę się opamiętał i zmienił tor wypowiedzi. − To znaczy, kiedy będzie miał własne dzieci, to o tobie zapomni.
− Hej, co chciałeś powiedzieć? – Nie uszło uwadze Montes, że jej kolega z klasy szybko urwał. – Czy ty coś wiesz?
− A ty? – Jordan oderwał się od kwestionariusza i zaczął przypatrywać się badawczo Lidii.
− Nic nie wiesz. – Lida zaśmiała się, choć bez przekonania. – Inaczej byś mu chyba powiedział, prawda? To twój kuzyn.
− Nie mój cyrk, nie moje małpy. Mam ważniejsze rzeczy na głowie – odparł i wręczył jej kartkę. – Tyle wystarczy czy mam ci jeszcze podać numer buta? Obwód bicepsa, rozmiar majtek…?
− Nie musisz być złośliwy. Wystarczy. – Lidia ze złością wzięła kartkę, a po chwili z ciekawością zerknęła na jego arkusz. Wiedziała, że nie napisał prawdy, tylko to, co pierwsze przyszło mu do głowy. Jako ulubiony film wpisał jakiś podrzędny horror z Evą Mediną, wyraźnie się nabijając. – Zostawiłeś pole z marzeniem. Jakie jest twoje największe marzenie?
− Wymyśl coś, naprawdę nie mam na to czasu.
− Gotowa? – Do stolika, przy którym siedzieli podszedł Santos DeLuna, przypatrując się bojowej minie nastolatki z ciekawością. – Conrado kazał cię odwieźć. Już skończyłaś, prawda?
− Jeszcze nie, ale nic więcej tutaj dzisiaj nie ugram. – Montes wrzuciła kartkę do plecaka i zapięła go zdecydowanie zbyt gwałtownie, bo rozwaliła zamek.
Tymczasem Santos przypatrywał się Jordanowi z lekkim śmiechem. Nie wiedział, jak zacząć ten temat, ale czuł, że musi to powiedzieć.
− Słyszałem, co się stało ostatnio na lekcji u Julietty i… − Sam nie wierzył, że zachowuje się jak dzieciak, ale nie mógł się powstrzymać. – Zrobię to tylko raz. No, dalej. – DeLuna uniósł w górę dłoń i czekał na gest ucznia.
− Mam ci przybić piątkę? – Jordan skrzywił się, nie bardzo rozumiejąc, jaki w tym DeLuna ma interes. Lidia patrzyła od jednego do drugiego, nie rozumiejąc, o co im chodzi i dlaczego naigrywanie się z nauczycielki sprawia informatykowi taką frajdę.
− Słyszałem, że nagadałeś Julie, a jako, że sam jej nie cierpię, muszę to uczcić. Szybko, żeby żaden nauczyciel nie widział. – Eric przybliżył dłoń w stronę nastolatka, a ten przybił mu piątkę nadal lekko zmieszany.
− Julie? Cóż za zdrobnienie. Też studiowałeś na Cambridge, że ją tak dobrze znasz? – Guzman prychnął, bo wolał nie myśleć o kochance ojca, a tymczasem wciąż gdzieś się pojawiała albo ktoś o niej wspominał.
− Ja? Skąd! – DeLuna się roześmiał, ale zaraz potem się opamiętał. Przecież w końcu miał sprawiać wrażenie, że ma dyplom i licencję do nauczania. – Znamy się ze starych czasów i powiem tylko tyle – dobra robota.
− Okej. – Jordan nadal był lekko skonsternowany reakcją nauczyciela informatyki, który zagarnął Lidię i już ich nie było.
DeLuna zajechał pod dom Saverina. Miał wielką ochotę wejść i zapytać, jak się czuje Emily, ale Alice była jeszcze w szkole i nie miał pretekstu, a Fabricio zjadłby go żywcem, więc wolał nie kusić losu. Czekał więc aż Lidia zabierze swoje rzeczy i chciał odjeżdżać, kiedy z zepsutego plecaka nastolatki wypadł zeszyt z notatkami.
− Wypadło ci coś – powiedział, a jego oczy zmrużyły się automatycznie kiedy zobaczył wyrwana kartkę z zeszytu z kilkoma nazwiskami, w tym swoim własnym. – Co to niby jest? Lista kogo masz zabić?
− Dlaczego zabić? – Montes zatrzymała się z dłonią na klamce i otworzyła szeroko oczy.
− Bo widzę tu nazwisko Guerry. – Santos popukał w papier i zerknął na nastolatkę, szukając wyjaśnień.
− Ach, to. – Lidia machnęła ręką, śmiejąc się pod nosem. – Wpisałam Fabricia na listę podejrzanych, bo Sara powiedziała, że pasuje do rysopisu, ale zrobiłam to na odczepnego. Guerra ma jasne oczy, no i nie sądzę, że byłby w stanie biegać po mieście po operacji mózgu. W dodatku był z Conradem, kiedy ja spotkałam Łucznika na El Tesoro.
− Lidio, chyba ci mówiłem, co o tym sądzę. Miałaś zostawić tę sprawę w spokoju. – DeLuna miał minę, jakby naprawdę się rozczarował jej zachowaniem. Pewnie byłoby jej wstyd, ale bardziej ją to zaintrygowało. W końcu sam również znajdował się na liście. Poinformowała go o tym w taki sposób, jakby się usprawiedliwiała. – Och, jak miło, że i o mnie pomyślałaś.
− Coś w tobie mnie wkurza, Eric. Nie wiem co to, ale jest w tobie coś podejrzanego. Rosie ma rację.
− Rosie, chrześniaczka Guerry, który mnie nienawidzi? Rosie, która kazała mi znaleźć brudy na swojego dziadziusia? Lidio, wy dzieciaki we wszystkich widzicie podejrzanych. Czy nie lepiej skupić się na nauce?
− Skupiam się przecież! Ale jeśli mogę zrobić coś dobrego i pomóc Łucznikowi, to też z chęcią to zrobię. I wiesz co? – Lidia spojrzała na niego tak przewiercającym wzrokiem, że aż się odsunął. – Myślę, że albo jesteś El Arquero albo doskonale wiesz, kto to taki. I z jakiegoś względu go chronisz.
− Zabawne.
− Nawet gdybyś nim był, to byś mi nie powiedział, prawda?
− Racja.
− Więc skąd mam wiedzieć, czy nie kłamiesz?
− Nie możesz tego wiedzieć. Jestem oszustem, Lidio, żyłem z tego przez lata. Ale jedno powiem ci na pewno – odpuść. Zbyt wiele osób próbuje dopaść El Arquero, narobił sobie wielu wrogów. Każdy jego sprzymierzeniec jest w potencjalnym niebezpieczeństwie.
− Wiem to, Marcus Delgado już mnie uświadomił. – Lidia zastanowiła się nad tym przez chwilę. – Myślisz, że powinnam dopisać Marcusa do listy? Podobno ma lekką wadę wzroku…
− Zmykaj do domu i lepiej nie powtarzaj tego Conradowi, bo się wścieknie. – DeLuna zacmokał z niezadowoleniem, czując, że i tak nie wyperswaduje jej tych pomysłów z głowy.

***

Matka znów suszyła mu głowę – nie było w tym nic dziwnego, zdążył się już przyzwyczaić. Problem w tym, że za nią nie nadążał. Raz chciała, żeby zapisał się na koło dziennikarskie, raz by zgodził się na staż u Osvalda, innym razem prosiła o zakolegowanie się z Romeo Estradą i oprowadzenie Amelii po miasteczku. Teraz uparła się, że powinien być milszy dla Eleny Balmacedy i jej córki. Czuł, że Ivan maczał w tym palce i strasznie go to zirytowało. Kiedy jednak wróciła z jego ostatniej wywiadówki, skonfrontowała go w zupełnie innej sprawie. Siedziała na stołku kuchennym z jedną nogą założona na drugą, obie ręce skrzyżowała na piersi i stukała paznokciami w ramię ciekawa, czy zauważy, co chce mu pokazać.
− Nowy manicure? – zapytał Jordi, zamykając drzwi do lodówki, skąd wyciągnął butelkę wody. – Co tym razem? Nikogo nie pobiłem, policja mnie nie aresztowała… jeszcze – dodał na koniec, uśmiechając się lekko, jakby sam pomysł prowokowania policji był bardzo kuszący, byle tylko wkurzyć matkę.
− Twoje oceny. – Silvia wskazała na raport przytwierdzony do lodówki magnesem, a on zerwał kartkę, by odczytać, w czym rzecz.
− „Brawo, synku, jestem z ciebie taka dumna!” – udał, że parodiuje jej głos. Tylko raz usłyszał od niej podobne słowa, choć oczywiście nie tak uprzejme, i było to wtedy, kiedy sama przypisała mu zasługi za esej Felixa. – Jestem za****sty, więc w czym rzecz?
− Nie popisuj się, Jordan. Spójrz na oceny z historii.
Na raporcie były wyszczególnione wszystkie przedmioty z podziałem na obowiązkowe i nieobowiązkowe oraz widniała tam lista dodatkowych kół zainteresowań. Były też punkty z zachowania. Ku zdziwieniu Guzmana wcale nie były one minusowe, jak się spodziewał po licznych spóźnieniach – widocznie nauczyciele sami dali za wygraną i nie wpisywali mu wszystkich uwag. Podejrzewał też, że Anita i Leticia celowo wpisywały mu pozytywne punkty, by jakoś to wyrównać. Cóż, nie potrzebował ich łaski. Oceny miał świetne, nie było do czego się przyczepić. Gdyby ktoś zerknął tylko na raport podsumowujący ostatnie dwa i pół miesiąca nauki, uznałby go za wzorowego ucznia, którym zresztą praktycznie był, przynajmniej w swoim mniemaniu. Silvia Olmedo zawsze jednak była w stanie znaleźć coś, do czego mogła się przyczepić. Tym razem było to wielkie tłuste „0” ze sprawdzianu z historii.
− Historia mnie nudzi – odpowiedział tylko, wzruszając ramionami i odkładając kartkę na stół. – Spokojnie, nie obleją mnie dlatego, że nie poszedłem raz na sprawdzian.
− Nie poszedłeś? – Silvia złapała się za nasadę nosa. Rozmowa z Jordanem przypominała częściej modlitwę o cierpliwość. – Zdajesz sobie sprawę, że nawet takie małe „0” może zaważyć na twoim podaniu na studia?
− Idę na medycynę, nie na prawo – przypomniał jej, woląc nie mówić, że właściwie nie wybiera się na żaden z tych kierunków. Niech wierzyła w to, póki mogła.
− To nieważne! Uczelnie patrzą na wszystko, nawet na twoje głupie szóstki z muzyki.
− Dzięki, mamo.
− Najgorsze jest to, że robisz mi wstyd u gubernatorowej. Wiesz, ile masz uwag w dzienniku tylko od niej? Sześć! A dopiero zaczęła tu pracować.
− Mogłaś mówić od razu! – Jordan odchylił głowę do tyłu, śmiejąc się, bo dopiero zrozumiał, o co tak naprawdę chodziło jego matce. – Martwi cię, że nie jestem pupilkiem Julietty, a co za tym idzie twoja próba wyswatania mnie z córką gubernatora skończy się fiaskiem.
− Nie bądź śmieszny, nigdy nie chciałam swatać cię z Amelią, za kogo ty mnie masz? To jeszcze dziecko – dodała, bo chyba sama zdała sobie sprawę, że Mia Estrada przy jej synu była jak rozkapryszona małolata. – Chciałam, żebyś zrobił dobre wrażenie, zaprzyjaźnił się. Nawet tego nie potrafisz.
− Przykro mi, ale nic z tego nie będzie. Julietta mnie nie cierpi, zresztą ze wzajemnością – oświadczył, nie będąc tym faktem ani trochę zawstydzony. Od kiedy poznał pannę Santillanę, wiedział, że źle jej patrzy z oczu i po prostu jej nie znosił. Fakt, że miała kiedyś romans z jego ojcem był tylko niemiłym dodatkiem.
− Zrozum, to poważna kobieta. Studiowała na Cambridge, jest obyta w świecie, będzie żoną Victora. Takich znajomych warto mieć. – Silvia jakby nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby nie lubić panny Santillany. Tak naprawdę dobrze jej nie znała i nie obchodziło jej, jakim ta kobieta jest człowiekiem. Bardziej liczyła się jej pozycja i wpływy.
− Tak, bardzo obyta. Nie tylko na Cambridge studiowała, wiesz? – zagadnął niby od niechcenia, ale nie mógł się powstrzymać, by nie wbić matce szpilki. – No i umie naprawdę nieźle spoliczkować.
Zawsze ją chronił. Kiedy dowiadywał się o romansach ojca, rozprawiał się z tym sam. Konfrontował Fabiana, nawet jego kochanki, czasami powodując, że same zostawiały w końcu Guzmana, nie mogąc sobie poradzić z wrednym synalkiem. Wątpił, czy Silvia zdawała sobie z tego sprawę. Wątpił, czy wiedziała, że bolało go, kiedy widział, jak ojciec bezczelnie ją zdradzał. Wiedział, że cierpiała, choć zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Jej pozorna obojętność była najgorsza.
− Co masz na myśli?
− Nieważne. – Zakręcił butelkę wody i chciał wyjść z kuchni, ale wstała i złapała go za łokieć, zmuszając go, by na nią spojrzał. Zdziwiła go tym gestem.
− O co ci chodzi, Jordan? Uderzyła cię?
− Tak – przyznał, czując, że nie ma sensu kłamać. Ojciec nie powiedział jej o tym z wiadomych względów. Niespecjalnie go to dziwiło. – Jakiś czas temu. Nazwałem ją „pierwszą lepszą ladacznicą” i straciła panowanie.
− Co zrobiłeś?! – Silvia złapała się za głowę. Nagle fakt, że nauczycielka spoliczkowała jej syna wydał się drugorzędny. – Jak mogłeś?
− To nie było trudne – pomyślałem, co chcę powiedzieć, połączyłem głoski w słowa, słowa w zdania i same wypłynęły. Słyszałaś kiedyś o ośrodku Broki albo Wernickiego? Neurologia jest fascynująca. – Zmienił temat, udając, że bardzo go te zagadnienia interesują. Wiedział, że nie chodziło jej o aparat mowy per se, ale nie mógł się powstrzymać, by znów nie odpowiedzieć sarkazmem.
− Masz pojęcie, co zrobiłeś? Ta kobieta powie o wszystkim Victorowi! Będziemy spaleni w tym środowisku.
− Przesadzasz. – Nastolatek machnął ręką. Nie rozumiał, co w tym złego, że nie będą lubiani w towarzystwie bogatych snobów, którzy znają się tylko na polityce i udawaniu filantropów. Po chwili z ciekawością spojrzał na matkę. – Nie zapytasz mnie, dlaczego nazwałem ją ladacznicą i dlaczego straciła panowanie?
− Sama bym cię uderzyła, gdybyś mnie tak nazwał – odpowiedziała Silvia, chowając twarz w dłoniach ze wstydu, zastanawiając się jak mogłaby naprawić tę sytuację zanim Julietta do reszty znienawidzi ich wszystkich.
− W porządku. To zapytaj ojca, dlaczego ją tak nazwałem, wyłuszczy ci to w bardziej naukowy sposób.
Znów poczuł, jak jej palce zaciskają się na jego łokciu, kiedy chciał odejść. Widocznie ją zaintrygował. Uśmiechnął się sam do siebie. Choć raz może ujdzie mu na sucho brak kultury.
− Czy ona i twój ojciec…?
− Tak, była jego doktorantką na uczelni w San Nicolas. Nie wiedziałaś? Lata temu. Potem ze wstydu musiała wyjechać do Europy. – Jordi mówił lekkim tonem, ale prawdą było, że na samą myśl się skręcał. – Wcale nie jest taka obyta w świecie i dobrze wychowana. To zwykła latawica, która myślała, że złapała przyszłego męża, ale niestety tatuś już miał rodzinkę.
− Oszczędź mi tego, Jordan. – Silvia rozmasowała skronie, czując, że zaczyna ją boleć głowa. – O wilku mowa – mruknęła, kiedy Fabian przekroczył próg domu, a za nim weszła Debora, zasypując go jakimiś informacjami, które wlatywały mu jednym uchem a wylatywały drugim.
− Wow, wszyscy o tej porze w domu? Gdybym was lepiej nie znał, pomyślałbym, że się stęskniliście za dziećmi i chcecie zjeść wspólny obiad. – Jordan zrobił rozanieloną minę, składając dłonie jak do modlitwy, a po chwili na jego twarz powrócił zwykły złośliwy grymas.
− Co tym razem? – Fabian Guzman przetarł zmęczone oczy i zwrócił się bardziej do żony niż do syna. Silvia chyba też już miała dość.
− Nic takiego, tak sobie rozmawiamy o tym, że twoja była kochanka uczy dzieci w szkole. Aha, i to narzeczona Victora, o czym chyba przypadkiem zapomniałeś mi powiedzieć.
Fabian westchnął i spojrzał z wyrzutem na Jordi’ego, jakby to była jego wina, że wypaplał. Mógł to zachować dla siebie. Myślał, że w tej kwestii zrozumieli się tamtego dnia. Guzman co prawda nigdy nie potwierdził, że syn miał rację co do jego romansu z nauczycielką historii, ale młody nie był głupi. Czasami Fabian wolałby mieć syna idiotę, a nie takiego, który łączy fakty szybciej niż on sam.
− Porozmawiajmy na osobności – rzucił Fabian w stronę żony, a głośne prychnięcie nastolatka sprawiło, że wszystkie trzy dorosłe osoby spojrzały na niego karcąco.
− Jordan, uspokój się. – Debora zwróciła uwagę chrześniakowi, czując, że jej brat i bratowa muszą wyjaśnić kilka kwestii sam na sam.
− „Jordan, uspokój się”, „Jordan, przestań”, „nie gadaj głupstw”, „znów coś zmyślasz”. – Siedemnastolatek wywrócił teatralnie oczami, wymieniając zwroty, którymi często raczyli go dorośli. Miał tego wszystkiego powyżej uszu. − Wszyscy jesteście cholernymi hipokrytami i śmiecie mi zwracać uwagę, że jako jedyny mówię prawdę? Boli was to, że żadne z was nie potrafi przyznać się do błędów otwarcie?
− Nie zachowuj się jak dziecko – warknęła Silvia, nadal rozmasowując skronie, bo migrena była coraz silniejsza.
Jordi tym razem już się nie uśmiechał. Był po prostu zmęczony tym wszystkim. Frustracja, która narastała od ponad roku i która osiągnęła apogeum niedawno, kiedy w końcu zdecydował się powiedzieć matce, co tak naprawdę stało się w dniu wypadku Franklina (w co przecież i tak nie uwierzyła), teraz znów osiągnęła szczyt.
– Może i zachowuję się jak dziecko, ale wiecie co? Ja jeszcze jestem dzieckiem, a i tak potrafię być poważniejszy niż niejedno z was. Matka obwinia mnie o wszystko, co się wydarzyło, nie zadając sobie trudu, by choć przyjrzeć się bliżej faktom, ojciec bzyka co popadnie, a ty Deb… ty nie jesteś wiele lepsza.
− A co to niby ma znaczyć? Co ja ci takiego zrobiłam? – Ciotka spojrzała z wyrzutem na chrześniaka, który już jedną nogą był na schodach na górne piętro. Poczuła się bardzo niesprawiedliwie, bo zawsze stawała po jego stronie.
− Mnie? − Policzek lekko mu zadrgał, ale nie uśmiechnął się. Temat był zbyt poważny. – Ja nic do ciebie nie mam, ale może z łaski swojej powiesz wreszcie Quenowi prawdę, zamiast robić z niego idiotę?
− O czym ty mówisz? – Debora była w autentycznym szoku.
− Proszę cię. – Chłopak wywrócił oczami, wchodząc kilka schodków na górę. Zerknął na ciotkę, która musiała ostro zadrzeć głowę, by na niego spojrzeć. – Oglądasz z nim stare nagrania, torturujesz go, choć nawet sobie nie zdaje z tego sprawy. Ogarnij się wreszcie i wyznaj mu prawdę.
− Jaką prawdę, Jordan? – Guzmanówna miała pustkę w głowie, nie rozumiejąc o co chodzi bratankowi. Na ten widok chłopakowi opadły ręce.
− Nie no naprawdę, czy tylko ja w tym domu mam mózg? – Pytanie wypowiedział bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego i zanim Debora zdążyła o coś jeszcze zapytać, przeskoczył kilka stopni i zniknął w swojej sypialni na górze, trzaskając drzwiami.
− Ach te nastolatki – mruknęła Silvia, po czym wzrokiem nakazała Fabianowi wyjście do ogrodu. – To prawda, co mówi? Spałeś z jego nauczycielką? Kolejną? – zapytała dobitnie, kiedy oboje znaleźli się z dala od domu. Nie była zła, bardziej zawstydzona, że znów postawił ją w takiej sytuacji.
− To było dawno temu. Nie sądziłem, że to będzie problem.
− Nie sądziłeś, że będzie problemem, kiedy będę robiła z siebie idiotkę i prosiła tę kobietę o zaprzyjaźnienie się ze mną? – Silvia roześmiała się histerycznie. Jej mąż nie przestawał jej zadziwiać. – Chrzań się, Fabian, wiesz jak mnie upokorzyłeś? Gdybym wiedziała, że ta ladacznica to twoja była kochanka, w życiu bym do niej nie poszła. Cholera, nawet poprosiłam Saverina o to, żeby mnie polecił.
− Saverina?
− To jej znajomy z Cambridge. W przeciwieństwie do ciebie nie spał z nią, to akurat widać. Conrado to dżentelmen. – Silvia dorzuciła ostro, jakby chciała mężowi dopiec. Nie udało się, miał to gdzieś. – Victor wie? – zapytała, czując, że w tej chwili to bardzo poważna kwestia. Nie chciała, żeby wieloletni przyjaciel i gubernator znienawidził jej męża. Mimo wszystko.
− Nie i nie dowie się. Możesz być spokojna. Nikt się nie dowie.
Sposób w jaki wypowiedział te słowa sprawił, że dreszcz przebiegł Silvii po plecach. Wystarczyło, że wiedział Jordan, a zaraz mogło wiedzieć całe sąsiedztwo. Co prawda jej syn nie był plotkarzem, to jedno mu się nie udzieliło, mimo że wychował się w domu dziennikarki. Martwiło ją jednak, że plotki się rozejdą, a ich reputacje na tym ucierpią.
− Uderzyła go? Aż tak ją wkurzył? Musiałeś jej naprawdę złamać serce. – Poruszyła tę kwestię, mimo że tak naprawdę nie miała ochoty. Jednak intrygowało ją, dlaczego kobieta światowa, przyszła gubernatorowa, miałaby tracić nad sobą panowanie w taki sposób i policzkować ucznia, zamiast wysłać go do dyrektora, dać naganę czy po prostu zadzwonić po jego matkę. No chyba że nie chciała konfrontacji z matką nastolatka, co było dosyć zrozumiałe.
− Proszę cię. Nikt nikomu nie złamał serca, to pewne. – Lekkie prychnięcie wydobyło się z gardła Fabiana, a potem mężczyzna posłał żonie tak wymowne spojrzenie, że przez chwilę nie wiedziała, czy ma się roześmiać czy się rozpłakać.
− To ona, Fabian? Nie mówisz poważnie. Ta kobieta to ta doktorantka, która chciała, żebyś mnie zostawił, mimo że mieliśmy małe dziecko, a kolejne w drodze? – Przypomniała jej się nagle studentka, która próbowała uwieść jej męża i poczuła potężną falę wstydu i nienawiści. Łzy stanęły w jej oczach, zanim zdążyła je powstrzymać. – Serio, Fabian? To naprawdę ta suka?
− Nie wiedziałem, że zaręczyła się z Victorem. Dowiedziałem się, że wyjechała i myślałem, że już więcej jej nie zobaczę. Co mam ci powiedzieć? Nie miałem wpływu na jej przyjazd tutaj.
− Jak zwykle źle myślałeś. Nie mogę uwierzyć, że spośród wszystkich twoich kochanek, to musi być akurat ona! – Silvia otarła wierzchem dłoni łzy, które spływały jej po twarzy. – Nie mogę na ciebie patrzeć.
− Silvio…
− Nie „silviuj” mi teraz. Dawaj kluczyki.
− Po co?
− Bo moje auto jest w warsztacie.
− Co chcesz zrobić?
− A jak myślisz? Nakopać tej suce.

***

Kiedy usłyszała dzwonek u drzwi swojego wynajmowanego apartamentu, nieco się zdziwiła, bo nie czekała ani na gości, ani na kuriera. Victor wciąż pytał ją, kiedy się do niego przeprowadzi, ale wolała nie prowokować plotek i poczekać z tym do ślubu. Tym bardziej, że Estrada mieszkał w Monterrey, a stamtąd miałaby dalej do tutejszej szkoły. Julietta Santillana zdecydowanie nie spodziewała się ujrzeć na swoim progu rozjuszonej Silvii Olmedo de Guzman, a już na pewno nie przewidziała siarczystego policzka, który kobieta jej wymierzyła. Głowa odskoczył jej na bok, a włosy, które tak misternie układała tego ranka, wywinęły się we wszystkie strony.
− To za mojego męża – powiedziała Silvia, uśmiechając się niemal serdecznie. Gdyby nie wściekłe błyski w jej oczach i drżąca prawa dłoń, można było się pomylić. – A to za mnie – dodała, doprawiając kobiecie z drugiej strony.
Julietta w totalnym szoku zachwiała się i wpadła na framugę drzwi. Spojrzała przerażona na kobietę, doskonale rozumiejąc, dlaczego dostała po twarzy, ale na pewno nie rozumiejąc, dlaczego teraz.
− A to za mojego syna.
Santillana jęknęła z bólu, kiedy pięść Silvii uderzyła ją w twarz. Dziennikarka nie miała wprawy, zabolało ją równie mocno, ale było warto. Widok czerwonej ze złości, bólu i upokorzenia nauczycielki był wart wszystkiego.
− Jeszcze raz uderzysz mojego syna, to będziesz miała szczęście, jeśli znajdziesz pracę gdziekolwiek jako woźna, a nie nauczycielka. Zniszczę cię, dziewczynko, rozumiesz? Nie prowokuj mnie. Trzymaj się z dala od MOJEJ rodziny.
− Mówi pani zupełnie jak Fabian. – Julietta rozmasowała kość jarzmową, odrzucając do tyłu włosy. Próbowała zachować godność, ale kiepsko jej szło.
− W tym jednym się z nim zgadzam. Nie wchodź mi w drogę. Tak się składa, że może mój mąż nie jest gubernatorem, ale mam dużo wpływowych znajomych i jedno moje słowo może sprawić, że spadniesz na samo dno. Rozumiemy się? Czy się rozumiemy?! – dodała głośniej, a jej dłoń drgnęła niekontrolowanie, jakby chciała uderzyć ją raz jeszcze.
− Tak. – Julietta nasączyła to słowo jadem, a kiedy Olmedo już chciała odchodzić, rzuciła jeszcze na odchodnym: − Rozumiem też, że prośba o przyjaźń już nieaktualna?
− Dziewczynko, nie chcę nawet na ciebie patrzeć, a co dopiero pić herbatkę w twoim domu. Będę cię tolerować dla dobra Victora i jego dzieci, które nie wiedzą, jaką łachudrą jesteś. Uznaj to za szczyt mojej łaski.
− Wie pani, że jestem od pani tylko o parę lat młodsza? Nie jestem dziewczynką. – Widocznie ten zwrot bardzo ją obraził, a tym samym sprawiło to przyjemność Silvii.
− Dla mnie takie jak ty nie zasługują na miano kobiety. Oby nie do zobaczenia – dodała z krzywym uśmiechem i po raz ostatni zmierzyła ją wściekłym wzrokiem, po czym zostawiła ją samą, obolałą, upokorzoną i przede wszystkim – przestraszoną.

***

Debora była głęboko wstrząśnięta, kompletnie nie rozumiała słów bratanka. Miała wrażenie, że kręci jej się w głowie. Weszła do jego pokoju bez pukania, nie bardzo przejmując się, że łamie jego prywatność.
− Hej, mogłem być nagi – powiedział nastolatek, ale nie miał do niej pretensji. Spodziewał się, że będzie oczekiwała wyjaśnień, kiedy w nerwach powiedział o parę słów za dużo.
− Wszystko już widziałam, zmieniałam ci pieluchy setki razy – odpowiedziała, a on się zmarszczył.
− Mogłem się masturbować.
− Jordan…
− No co? Mam siedemnaście lat, jestem tylko głupim dzieciakiem. O co chodzi? – zapytał, wpatrując się w nią wyczekująco, a ona widziała, że jest rozdrażniony. Na pewno znów chciał się wykraść z domu, korzystając z tego, że rodzice zajęci byli własnymi sprawami, ale musiała dowiedzieć się, co miał na myśli.
− O co ci chodziło, kiedy mówiłeś, że mam powiedzieć Quenowi prawdę? I proszę cię, nie owijał w bawełnę, jestem w nerwach, nie myślę trzeźwo. – Debora usiadła na równo zasłanym łóżku bratanka. W jego pokoju zawsze panował porządek, zupełnie nieodpowiedni do jego wieku.
− Naprawdę nie wiedziałaś? – Chłopak oparł się o komodę i założył ręce na piersi. Nie czuł się odpowiednią osobą, by uświadamiać ciotkę, ale słowo się rzekło. – Ma takie samo znamię pod obojczykiem, widziałem na nagraniu ze ślubu. Po prostu wydało mi się to zbyt dużym zbiegiem okoliczności.
− Znamię?
− Jak Andrea Bezauri. Miała na ślubie sukienkę z odkrytymi ramionami. Quen ma znamię dokładnie w tym samym miejscu.
− To nic nie znaczy, Jordi. Mnóstwo ludzi ma takie znamiona, ja mam pieprzyk na łopatce. Ty też masz – wskazała na jego twarz, a on złapał się za nos, na którym widniał mały pieprzyk, prawie niewidoczny gołym okiem z daleka.
− To tylko pieprzyk, to co innego. – Jordan nie wiedział, jak jej to wytłumaczyć. – Leczyłem się u dermatologa i chyba zapomniałaś, że Astrid potrafi gadać jak najęta o różnych chorobach skóry i takich tam. Czasem słucham, wbrew temu, co myślą inni. – Skrzywił się lekko na wspomnienie kuzynki dermatolog, której buzia podczas wizyt lekarskich nigdy się nie zamykała. Miał niezawodną intuicję i to było jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo. Wiedział, że ma rację. – Saverin zapłacił za leczenie jego ręki. Uratował go przed nadjeżdżającym samochodem. Naprawdę tego nie widzisz? Właściwie to ci się nie dziwię… jakim cudem taki łebski facet jak Conrado Saverin miałby mieć syna o tak niewielkim rozumku jak Quen?
− Jordi. – Debora skarciła go, ale nie miała siły nic więcej powiedzieć. Złapała się za głowę, próbując przetworzyć nowe informacje, nadal do końca tego nie pojmując. – Ariel chyba nie wie. A może?
− Ariel? Ten ksiądz? – Jordan zmarszczył brwi, a po chwili na jego twarzy pojawiło się zrozumienie. – No nie, to wcale nie jest dziwne, że wujaszek przyjechał odwiedzić siostrzeńca. Deb, czy ty naprawdę nic nie wiedziałaś? Ten Saverin sobie leci w kulki. Dlaczego nie powie Quenowi prawdy?
− A bo ja wiem! – Debora wstała z miejsca i zaczęła przechadzać się po pokoju chrześniaka, myśląc na zwiększonych obrotach. To wszystko było przytłaczające. – Może z tego samego powodu, dla którego wyjechał w dzień po śmierci Andi. Może z tego samego powodu, dla którego nie dawał znaku życia przez ponad siedemnaście lat i dla którego nigdy nie powiedział mi prawdy, że Andrea tamtej nocy urodziła dziecko, a nie zginęła przed porodem.
− Czyli z jakiego?
− Chce zemsty na tym, kto jej to zrobił. A brednie o tym, że to kartel ze stolicy są jego wymysłem, który powtarzał przez lata. – Debora oddychała szybko, będąc jednocześnie sfrustrowana, wściekła i przerażona tym nagłym odkryciem. – Conrado chce to załatwić sam, bez udziału policji czy sądów.
− W takim razie jest głupi – skwitował Jordan, obserwując z niepokojem ciotkę, na której twarzy wykwitły rumieńce. – Więc może wcale nie tak daleko pada jabłko od jabłoni.

***

Nigdy nie uważał, że przesiadywanie w laboratorium może być ciekawe, ale może dlatego, że zawsze większości rzeczy uczył się w teorii. Kiedy nauczyciele w San Nicolas kazali im pracować w grupach przy mikroskopie, nawet nie wiedział, czego tak właściwie szuka, mógł posiłkować się tylko wiedzą zdobytą z książek, to samo było na wykładach na uniwerku. Doktor Vazquez tłumaczył mu jednak wszystko dokładnie i co mu się podobało to to, że zawsze mówił, jaki jest w tym cel, co tak naprawdę próbują zrobić i dlaczego.
− Jak było na szkolnej wycieczce? – zagadnął lekarz, niby niepozornym tonem, ale w gruncie rzeczy chciał wypytać, jak sobie poradziła Ruby.
− Kompletna strata czasu – odpowiedział Guzman znudzonym tonem. – Ruby trzyma się przy Olivii, nikt jej nie nagabywał.
− Nie o to pytałem. – Julian podniósł wzrok od mikroskopu, a Guzman westchnął, jakby dawał za wygraną.
− Ale chciałeś. Masz wymalowaną troskę na twarzy. Sam jestem starszym bratem, więc znam to. Jak jakiś gość zbliża się do Neli, to musi liczyć się z tym, że porachuję mu kości.
− Nie powinieneś być dzisiaj u doktora Juareza? – Julian uśmiechnął się lekko po tych słowach. Trochę mu pochlebiało, że chłopak wolał pracować z nim niż z doświadczonym starym wygą.
− To konował – wyjaśnił Jordan, zmieniając lekarza przy mikroskopie, by lepiej się przyjrzeć. – Poza tym leczy moją byłą nauczycielkę, wolę na to nie patrzeć, żeby się nie wkurzać. Widzę, że wszystkie buty masz w podobnym stylu – dodał po chwili, kiedy jego wzrok pobłądził od okularu mikroskopu w stronę podłogi i zobaczył parę obuwia lekarza. – Koleś, musisz się wybrać na zakupy.
− Koleś, jeszcze raz powiesz do mnie „koleś”, to następny staż odbędziesz w kostnicy. – Vazquez wziął od niego mikroskop z lekką irytacją, kiedy Jordan połykał uśmiech zadowolenia. – Trzymaj. – Julian wyciągnął z szuflady jakiś plik spiętych kartek. – Najnowszy artykuł o przeszczepach nerek u dzieci. Tak jak mówiłem, Izan w końcu się doczekał. Z samego rana operacja. Jeśli rodzice cię puszczą ze szkoły, mogę cię wpuścić na galerię. Pewnie się ucieszysz, że stracisz kółko kreatywnego pisania z moją żoną.
− Z chęcią zarobiłbym kolejny szlaban za wagary, ale tym razem spasuję. – Jordan chwycił dokumenty i przejrzał je wzrokiem.
− Boisz się, że zemdlejesz? – Vazquez odłożył mikroskop i posprzątał.
Jordan nie odpowiedział. Co miał mu powiedzieć? Że był przeklęty i wszyscy przy nim umierali, więc nie chciał ryzykować życia niewinnego dziecka? Osoba tak racjonalna jak doktor Vazquez tylko uznałaby go za wariata. Zresztą nie on pierwszy i nie mógłby go za to winić, bo sam wiedział, że to niedorzeczne. A jednak wolał nie kusić losu. Skupił się na artykule, który mentor mu podał i kiedy wrócili do jego gabinetu, oddał mu go.
− Już skończyłeś? – Julian uniósł podejrzliwie jedną brew. – Jeśli cię to nie interesuje, to po prostu powiedz.
− Kurs szybkiego czytania – wyjaśnił, wzruszając ramionami. – Matka miała rabat. Wyślij jednego syna, drugi może przyjść gratis. Nieważne. – Guzman machnął ręką, ale chwilę później skrzywił się, kiedy do gabinetu lekarza wparowały dwie rozwrzeszczane dziewczynki.
− Doktor Julian! – krzyknęła starsza z nich, owijając rączki wokół kolan Vazqueza i witając się z nim czule.
− Wybacz, Julian, ale jak dowiedziały się, że jeszcze jesteś w pracy, to chciały cię zobaczyć. – Osvaldo przywitał się z pediatrą, podając mu rękę, a Jordanowi skinął głową.
− Fajna panda. – Deisy dopadła do Jordi’ego i zaczęła go ciągnąć za kitel przyozdobiony maskotką od Vazqueza. – Zostaniesz lekarzem? Przebadasz mnie?
− A co ci dolega? – Jordan ukucnął przy Deisy, zdjął stetoskop, który zwinął dla draki, żeby wkurzyć pielęgniarkę Clementinę i udał, że osłuchuje sześciolatkę. – Doktorze, mamy tu poważny przypadek – dodał grobowym tonem w stronę Vazqueza, kiedy coś go zaniepokoiło w odsłuchu. Deisy Fernandez wstrzymała oddech, bojąc się, że coś jej się stało, ale wtedy dostała pstryczka w nos od Jordi’ego. − Ktoś tu zjadł cukierki zamiast obiadu, chociaż miał uważać na słodycze. I jeszcze zwędził na potem. – Wskazał na jej wypchane kieszenie sukienki, a dziewczynka się zawstydziła. Widząc karcący wzrok ojca, wyciągnęła wszystkie słodkości i odłożyła grzecznie na biurko.
− Ale zęby mam zdrowie – dodała dla jasności, wyszczerzając się w stronę młodego Guzmana, którego dobrze znała jako kolegę z klasy Ignacia oraz syna Fabiana.
− Deisy, nie wolno ci jeść tyle słodyczy, przecież wiesz. – Aldo wywrócił oczami i pogłaskał ją po główce, kiedy próbowała wkupić się w jego łaski i wtuliła się w jego nogi. – Julian, zerknąłbyś na nią? Może jestem przewrażliwiony, ale od czasu tego incydentu pod El Paraiso wydaje mi się, że słabiej widzi na jedno oko. Ciągle je mruży i dziwnie drga jej powieka. Wolę się upewnić. Chanelle przy okazji też możesz zrobić badanie, nie zaszkodzi być przezornym. Zrobiłbym to sam, ale zostałem uświadomiony, że to ty jesteś ich pediatrą. – Osvaldo udał, że ma obrażoną miną, co wywołało śmiech u jego córek.
− Jasne, nie ma problemu. Deisy, bolą cię oczka? – Julian posadził dziewczynkę na kozetce i zajrzał jej delikatnie do oczu, po czym lekko poświecił latarką.
− Trochę szczypie. Ale nie boli – przyznała sześciolatka, a jej lewe oko zaczęło łzawić.
− Guzman, chcesz spojrzeć? – Julian odsunął się, wręczając młodemu latarkę, a ten podszedł bliżej i przyjrzał się oczom Deisy. Widząc, że dziewczynka zaczyna gwałtownie mrugać, podał jej pluszową mini pandę, którą Vazquez przypiął mu już na stałe do kitla, żeby czymś ją zająć. – Widzisz coś?
− Odruchy w normie. Wygląda to na podrażnienie od dymu i pyłów. Może jakieś mikrouszkodzenie oka. – Jordan wsadził ręce do kieszeni, patrząc ze śmiechem jak Deisy podrygują nogi, kiedy bawi się pluszową pandą.
− Co byś zalecił?
− Wizytę o dobrego okulisty. Bez obrazy – dodał w stronę Vazqueza, a Osvaldo udał atak kaszlu za ich plecami, żeby się nie roześmiać. Następnie Jordan pochylił się nad sześciolatką i zwrócił się bezpośrednio do niej: – Deisy, pan doktor wkropi ci specjalne magiczne krople do oczu i cię przebada, zobaczysz takie światełko, ale potem będzie już po wszystkim. I nie pójdziesz tego dnia do szkoły, bo potem może być ci ciężko czytać – dodał nastolatek półszeptem, mrugając do dziecka porozumiewawczo, jakby robił jej przysługę.
− Bez przesady, umówię ją na popołudnie. – Aldo poklepał Jordana po plecach z miną „niezła próba”.
− Jeszcze ja, jeszcze ja! – Chanelle wgramoliła się na kozetkę obok siostry, żeby i ją Julian mógł zbadać, a w tym czasie Jordan zabrał Deisy kawałek dalej, gdzie na ścianie wisiała tablica Snellena służąca do badania ostrości widzenia.
− I jak, już wiesz, co miałem na myśli? – Osvaldo zniżył głos do szeptu, by syn Fabiana nie mógł ich usłyszeć. Patrzył z lekkim śmiechem, jak Vazquez bada jego starszą córkę, a kątem oka zerka na podopiecznego ciekawy, jak ten radzi sobie z młodszą pacjentką. – Wiem, że Jordan sprawia, że przez trzy czwarte czasu masz ochotę go zamordować, a przez jedną czwartą czujesz się przez niego jak totalny idiota. Ale jest cholernie zdolny. I wiem, że nie powinienem tego mówić, w końcu pobił mojego Ignacia i prawie zmasakrował mu twarz, ale… − Chanelle zrobiła po tych słowach wielkie oczy, co uniemożliwiło dalsze badanie. Aldo pogłaskał ją po głowie, wciskając w dłonie cukierka, żeby nic nie mówiła.
− Proszę dokończyć. – Julian był ciekaw, co takiego ordynator w sobie dusi.
− Powiesz, że jestem bezduszny.
− Nie powiem. Pewnie pomyślę, ale zduszę to w sobie – obiecał Vazquez, a kąciki jego ust zadrgały.
− Kiedy operowałem Ignacia, myślałem tylko o tym, jak bardzo czysty był to zabieg. Dosłownie − nos był złamany tak, że idealnie mogłem poskładać syna, używając fragmentu chrząstki z żebra. Nie powiem, ten zabieg trochę mnie podekscytował. Był doskonały. Żadnych odłamków, żadnej brudnej roboty. Było łatwo i przyjemnie. Dawno nie miałem tak odprężającej operacji. Już możesz mi mówić, że jestem wyrodnym ojcem, bo podziwiam sposób, w jaki syn Fabiana złamał nos mojemu. – Aldo dał przyzwolenie, ale Julian nie zamierzał się z niego nabijać.
− Jesteś też lekarzem. I to dobrym – powiedział tylko i oświadczył Chanelle, że wszystko z jej oczami w porządku.
Tymczasem Jordan i Deisy badali wzrok. Dziewczynka była przestraszona, kiedy kazał jej stanąć przy przeciwległej ścianie, zakryć jedno oko dłonią i przeczytać rządek cyfr.
− To nic trudnego, zobacz. – Jordi uklęknął obok niej i zakrył prawe oko, odczytując liczby. – Widzisz?
− Znasz to na pamięć, przyznaj się! – rzuciła z lekką pretensją, a on był w stanie tylko się uśmiechnąć.
− Ta wizyta u okulisty to nie jest wcale zły pomysł, Aldo. Wspomniałeś, że Deisy miała problem z podwyższonym cukrem? – Julian przyglądał się, jak dziewczynka niepewnie odczytuje liczby z tablicy. – Lepiej to monitorować. Jak szybko zareagujemy, w najgorszym wypadku czekają ją okulary korekcyjne.
− Okulary? Nie chcę! – Sześciolatka pobladła i pokręciła głową.
− Nie przejmuj się, to nie takie straszne. Nie wiadomo, czy będą konieczne, ale na pewno będziesz wtedy lepiej widziała – uspokoił ją Jordan, ale nie była przekonana.
− Ale ja nie chcę, będą się ze mnie nabijać jak z chłopca z mojej klasy. – Deisy wygięła usta w podkówkę, przestępując z nogi na nogę.
− To przyjdziesz do mnie, powiesz kto ci dokucza, a ja dam mu nauczkę. – Nastolatek wzruszył ramionami, jakby to nie było nic wielkiego.
− Jordi, wystarczy. – Osvaldo wywrócił oczami i wyciągnął rękę w stronę córki, która, mimo tego że słowa Guzmana absolutnie pocieszające nie były, wyglądała jakby miała poprawiony humor.
− Ładnie pachniesz, Jordi. Co to za zapach? – zmarszczyła nosek, kiedy z ojcem już wychodzili z gabinetu.
− Mydło. Spróbuj czasem. – Zaśmiał się cicho na widok plamy po czekoladowym cukierku na jej jasnej sukience.
Zarobił w potylicę od Juliana, który zamaskował ten ruch, machając na pożegnanie córkom ordynatora. Jordan rozmasował obolałe miejsce i wrócił do pracy. Może zawód pediatry nie była wcale taki nudny, jak twierdził jego dziadek.

***
Złamany kciuk bolał jak cholera, ale Silvia Olmedo miała nadzieję, że byłą kochankę męża bolało bardziej. Nawet nie chodziło o limo pod okiem, a jej dumę – musiało ją boleć to, że Fabian wybrał jednak żonę, wybrał rodzinę. Może dlatego przeniosła swoje ambicje na innych wpływowych mężczyzn. Conrado Saverin był zbyt mądry, by wpaść w jej sidła, ale niestety Victor Estrada nie grzeszył inteligencją. Gubernator nie był głupkiem, ale nie od dziś było wiadomo, że to typ romantyka, brunet był strasznie kochliwy i czasami myślał sercem, a nie rozumem.
− Skończył pan już? To boli – Silvia warknęła w stronę doktora Sotomayora, który usztywniał jej kciuka i dawał instrukcje, jak postępować.
− Tak, już skończyłem. I będzie bolało, jeśli będzie pani nadwerężać dłoń – zauważył, spoglądając na nią lekko poirytowany. Nie przyjechała na pogotowie od razu po urazie, zamiast tego chodziła ze złamanym palcem, bo miała lepsze rzeczy do roboty, jak na przykład dopinanie na ostatni guzik sprawy Pereza. Jednak w końcu kciuk zsiniał i ból stał się zbyt silny, by można go było ignorować.
− Jestem dziennikarką, zarabiam pisaniem. Jak mam nie nadwerężać dłoni? Co za konował – dodała nieco ciszej, bardziej do siebie niż do Sergia, który jednak doskonale ją usłyszał.
− Słyszałaś kiedyś o dyktowaniu głosowym? – W drzwiach gabinetu zabiegowego stanął jej syn w lekarskim kitlu z pluszową pandą przypiętą do kołnierza. – Albo o czymś takim, co zwykle nazywa się zwolnieniem lekarskim albo urlopem?
− Ja nie biorę urlopu, Jordan – syknęła przez zaciśnięte zęby, bo usztywnienie na dłoni dawało jej się we znaki.
− Wiem, zauważyłem. Nawet na pogrzeb nie wzięłaś wolnego dnia, tylko pracowałaś po południu. Tak mówiła Nela.
− Proszę się nie przemęczać, umówię panią na kontrolny roentgen. Zobaczymy, czy wszystko dobrze się zrośnie. Nie powinna pani pracować przy komputerze, nawet lekki ruch przy klawiaturze może spowodować mikrouszkodzenia, przez co kciuk nie zagoi się odpowiednio. Radzę posłuchać syna z tym głosowym wprowadzaniem tekstu, a najlepiej co najmniej dwa tygodnie zwolnienia. – Sotomayor pochował sprzęt i uśmiechnął się lekko, bo wiedział, jaka będzie odpowiedź pacjentki.
− Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś. Przywaliłaś Juliecie? – Nastolatek był tym faktem wyraźnie ucieszony i kiedy lekarz opuścił pomieszczenie, nie mógł się powstrzymać, by nie uśmiechnąć się półgębkiem, zapewne wyobrażając sobie tę scenę. − Szkoda, że tego nie widziałem.
− Nie śmiej się. I ani słowa nikomu! – Silvia skrzywiła się, próbując podnieść receptę leżącą na blacie, ale było to trudne z opatrunkiem.
− Że moja matka podbiła oko narzeczonej gubernatora? Żartujesz? Powinienem to sobie wypisać na czole. – Guzman zgrywał się. Nie zamierzał nikomu o tym rozpowiadać. To była sprawa rodzinna i nikt nie powinien o tym wiedzieć. – Jak ty musiałaś zaciskać tę pięść, że złamałaś kciuka? Nigdy wcześniej nikomu nie przyłożyłaś?
− Pięści to twoja domena, Jordan, ja działam słowami.
− No pewnie. Pokaż. – Nakazał jej zacisnąć zdrową dłoń w pięść i zacmokał cicho, widząc, gdzie matka popełniła błąd. – Nie możesz tego tak robić. Popatrz. – Zacisnął swoją dłoń, demonstrując, jak powinno się to robić poprawnie. – Musisz uderzać tą stroną, tymi kostkami. Kciuk powinien opierać się na tych palcach, żeby za bardzo nie wystawał. Przecież to podstawy.
− Jak, w ten sposób? – Silvia spróbowała wykorzystać jego wskazówki, ale po chwili się opamiętała. – Po co mi to pokazujesz, nie zamierzam już jej bić. Nie zamierzam bić nikogo.
− Szkoda. Przydałoby ci się odreagować, żebyś nie była taką zołzą. Przepraszam – dodał szybko, kiedy matka zmroziła go wzrokiem. – Jeśli to ci poprawi humor, Julietta ma limo aż miło popatrzeć. Ale ukrywa pod toną makijażu.
− Poprawia mi to humor, ale tobie nie powinno. Nie prowokuj jej, Jordan. Mówię poważnie. – Złapała syna zdrową ręką za łokieć, jak to zwykle miała w zwyczaju, kiedy się od niej odwracał. Na więcej czułości z jej strony nie mógł liczyć. – Nie zbliżaj się do niej, nie rozmawiaj z nią, nie wspominaj przy niej o ojcu…
− A sarkastyczne uwagi mogą być? – zapytał szybko, wchodząc jej w słowo, trochę tym wszystkim rozbawiony.
− Jordan. – Skarciła syna, a on wywrócił oczami.
− Jak to sobie wyobrażasz? Jest moją nauczycielką. Jak mam jej unikać i z nią nie rozmawiać? To niewykonalne. Poza tym teraz, kiedy jej przywaliłaś będzie jeszcze bardziej cięta na mnie i na Nelę.
− Co zrobiła Neli? – Silvia się przestraszyła, a Guzman zmarszczył brwi.
− Nic, ale przy całej klasie wytknęła jej błędy ze sprawdzianu i totalnie ją upokorzyła. A to było zanim zabawiłaś się w Rocky’ego Balboa. Myślę, że ona nawet nie wie, że Nela jest moją siostrą. Zachowuje się tak, jakby wszyscy uczniowie byli numerkami w dzienniku. Jest szurnięta. Mówimy na nią Bazyliszek.
− I dobrze. W ogóle nie wchodźcie jej w paradę.
− Okej, okej. Ale dlaczego? Ustawiłaś kobietę do pionu, niech wie, gdzie jej miejsce. Ja jej nie znoszę, mamo. Nie… ja jej organicznie nienawidzę. Wiesz co to znaczy?
− Wiem, Jordan, ale opamiętaj się. Nie prowokuj jej. Proszę cię. Twój ojciec ma zbyt wiele do stracenia, nie możemy sobie pozwolić na skandale.
− Ojciec nie zostanie gubernatorem przynajmniej przez kolejne sześć lat. Chyba że Victor wykorkuje i nagle zarządzą nowe wybory.
− Jordan! – Silvia patrzyła na niego takim wzrokiem, że nie było mowy o żadnej dyskusji.
− Dobrze, mamo. Nie będę prowokował Bazyliszka.

***

Podjechał pod stary dom, na którego widok poczuł mrowienie w lewym barku. Zresztą, nie tylko tam. Miał wrażenie, że pamięć ciała była tak silna jak bóle reumatyczne na zmianę pogody, o których zawsze opowiadał Leopoldo Guzman. Były teść go nie cierpiał, ale akurat pod tym względem sympatyzował z Ivanem. To nie było przyjemne uczucie. Molina zgasił silnik i odetchnął kilka razy, zanim wysiadł, zabierając po drodze zakupy w papierowej torbie. Przyjeżdżał tu raz na jakiś czas, bardziej z poczucia obowiązku niż konieczności. Tym razem jednak cicha okolica nieco go zdziwiła. Zerknął w dół ulicy w stronę domu Balmacedy, który widoczny był nieopodal na horyzoncie, jakby to była jego wina, że mieszkańcy pochowali się w swoich domach. Przed jego rodzinnym domem oprócz starego auta, którym ojciec jeździł chyba od lat osiemdziesiątych, dostrzegł jeszcze nowsze auto i bez trudu rozpoznał rejestrację.
− Po kiego czorta Fabian odwiedza mojego ojca? – wyrwało mu się przez zaciśnięte zęby, kiedy szybkim krokiem podszedł bliżej. Wielkie było jego zdziwienie, kiedy zamiast ex szwagra zobaczył Silvię Olmedo. – Do cholery, co ty tu robisz?
− Witaj, szwagrze – odezwała się prześmiewczo, opierając dłonie na uchylonych drzwiach auta, które pożyczyła od męża. – Nie musi cię to interesować.
− Ale interesuje. Jestem szeryfem.
− Zawieszonym w pełnieniu obowiązków. Nieźle urządziłeś Jose. – Kobieta próbowała mu zaklaskać, ale usztywniony kciuk jej to udaremnił.
− Co ci się stało?
− Ostre pióro potrafi wyrządzić wiele szkód.
− Anita i jej dzieci coś o tym wiedzą – mruknął, pijąc do obelżywego artykułu sprzed lat, ale Silvia nie była osobą, którą by to zainteresowało, czy która odczułaby wyrzuty sumienia. – Odwiedzasz mojego ojca? Po jaką cholerę?
− Nadużywasz słowa „cholera”.
− Bo nie chcę wyrazić się dosadniej. Co to ma znaczyć?
− Antonio wisiał mi małą przysługę. – Olmedo wsiadła za kierownicę, żegnając się z ex szwagrem tajemniczym uśmiechem. – Nie musi cię to interesować i jako szeryfa, nawet zawieszonego, raczej nie powinno.
− Jeśli potrzebujesz informacji to je zdobądź, a nie posiłkuj się detektywem. Idziesz na łatwiznę?
− Kto powiedział, że szukam informacji? Ja? – Silvia udała zaskoczoną, kiedy wyglądała przez otwarte okno auta. – Im mniej wiesz, tym lepiej. Pozdrów Elenitę, Ivanku. To miłe, że dbasz o nią i Vedę, ale nie dbaj za bardzo, bo ludzie gadają.
− Jak o Fabianie i sekretarce z krzywymi nogami? Tak, Ella też ma długi język. – Chciał jej dopiec, ale tylko szerzej się uśmiechnęła.
− Na razie, Ivan.
Odjechała, a on wkurzony powlókł się do domu ojca, nie próbując nawet sprawiać pozorów. Otworzył sobie drzwi, jakby wchodził do siebie i od razu udał się do kuchni, by położył zakupy na stoliku. Kilka dań gotowych z paczki umieścił w lodówce, a mrożonki włożył do zamrażarki. Zgrzewkę wody ustawił w widocznym miejscu, a kilka innych produktów powypakowywał do szafek.
− Korona by ci nie spadła z głowy, gdybyś choć raz się przywitał. Jestem stary, ale nie głuchy. – Antonio Molina stanął w progu kuchni z wykałaczką wciśniętą między zęby.
− Przyszedłem tylko z zakupami i spadam.
− Nie jestem zniedołężniały, umiem chodzić do sklepu, wiesz?
− Wiem, ale wolę dmuchać na zimne. Nie mam zamiaru płacić ci alimentów, jak nagle stwierdzisz, że ci się należy opieka od jedynego syna. – Ivan nie patrzył na ojca, zamiast tego omiótł wzrokiem blaty i ze zdziwieniem stwierdził, że jest tutaj względnie czysto. – Posprzątałeś?
− Czasem to robię. Chyba nie sądziłeś, że Silvia Olmedo wpadła mi wypucować kible?
− Prawdę mówiąc, mam to w nosie, po co tu przyszła.
− Łżesz jak pies, aż cię skręca, by się dowiedzieć. – Antonio zaśmiał się ochryple. – Napijesz się czegoś?
− Burbona? Wódki? Tequili? Nie, dziękuję. Prowadzę. – Szeryf dopiero teraz spojrzał ojcu prosto w oczy.
Matka zmarła parę lat temu i Antonio został sam. Dyscyplinarnie zwolniony z policji, zaczął działalność jako prywatny detektyw. Ivan odwiedzał go od czasu do czasu i przynosił zakupy, czasem prześwietlał, by sprawdzić, czy płaci rachunki na czas. Nie chciał mieć z nim nic do czynienia, ale nie chciał też, żeby narobił mu wstydu i wolał go mieć na oku.
− Nie piję od jakiegoś czasu – poinformował stary Molina, ale w jego głosie nie dało się wyczuć dumy.
− Powinszować. – Ivan zgiął papierową torbę na pół i odłożył z boku. – Nadal dorabiasz na boku jako informator i detektyw. Stoczyłeś się. Powinieneś zdjąć ze ścian te odznaczenia, są teraz gów*o warte. – Ivan wskazał na ściany, na których wisiały w ramkach dyplomy i odznaki. – Trzymaj się. Nie zapij się na śmierć, bo nie mam czasu na organizowanie pogrzebu.
− Ivan! – Antonio wyszedł za nim kilka kroków, kiedy ten już schodził po schodach. Szeryf odwrócił się z głębokim westchnieniem. – To prawda, co mówią o Łuczniku? Jest aż tak dobry?
Ivana zaskoczyło to pytanie. Jego ojciec nigdy nie interesował się takimi rzeczami. Samozwańczy bohater robiący sobie wrogów w miejscowej elicie? Antonio uznałby go raczej za wrzód na tyłku. Teraz w jego głosie usłyszał nutkę podziwu i zaczynał sądzić, że to sprawka Silvii Guzman.
− Nie – odpowiedział i ruszył do samochodu. – Jest lepszy.

***

Dziennikarka dotrzymała niepisanego słowa danego Ingrid Lopez i rozprawiła się z Perezem w swoim stylu. Rzadko bywała w szkole i udzielała się w radzie rodziców, ale desperackie czasy wymagały drastycznych rozwiązań. Perez grabił sobie od dawna i jeśli miała być całkiem szczera, nigdy za nim nie przepadała. Na szczęście kiedy była uczennicą w szkole, nie musiała spędzać z nim wiele czasu, biologia nigdy nie była jej mocnym kierunkiem. Sam Dick wolał spoglądać w stronę ulubienic w stylu Normy Aguilar. Silvia Olmedo była zbyt krzykliwa i miała zawsze swoją opinię na każdy temat, nigdy nie była konformistką, a to nie podobało się konserwatywnemu biologowi. Silvia nie zaprzątała sobie głowy tym, co działo się w szkole, dopóki nie dotykało to bezpośrednio jej dzieci, ale rozmowa z Ingrid dała jej do myślenia.
− I jak, wystarczająco dosadnie jak na sukę ze szmatławca? – zapytała kobieta, opierając się o samochód męża.
Spotkały się z Ingrid nad jeziorem, z dala od wścibskich mieszkańców.
− Wystarczająco. Dziękuję. – Lopez z trudem przeszło przez gardło to słowo. – Rozumiem, że Perez już wie, że czeka go zwolnienie lekarskie do końca roku?
− Powiedzmy, że ostatnie badania kontrolne w szpitalu wykazały pewne szmery w płucach, którym trzeba się przyjrzeć. – Olmedo uśmiechnęła się, machając ręką, jakby to była drobnostka.
− Co ci się stało? – Ingrid skrzywiła się na widok wielkiego usztywnionego kciuka.
− Ach, to? – Silvia przyjrzała się prawej dłoni lekceważąco. − Byłam na rybach.
− Ty na rybach? – Ingrid podejrzliwie uniosła brwi. Jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić dziennikarki w dniu wolnym od pracy przebywającej na łonie natury.
− Tak, polowałam na flądry. – Silvia nie zamierzała wdawać się w szczegóły. – Twój mąż przejął stery i zajął się resztą, więc chyba mnie już nie potrzebujesz. I Ingrid, przekaż swojej przyjaciółce, żeby się tobą nie wysługiwała. Jeśli nie chce pobrudzić sobie rąk, to jej sprawa, ale nie będziemy za nią odwalać czarnej roboty.
− Przekażę. – Ingrid uznała, że nie ma sensu się spierać, że to właśnie pani Reverte dostarczyła odpowiednie dowody.
− I przekaż jej coś jeszcze – w nosie mam, co ją łączy z Fernandem Barosso, już naprawdę mam to gdzieś. I można mnie uważać za sukę pozbawioną skrupułów i kręgosłupa moralnego, ale mam też bardzo dobrą pamięć. Pamiętam, że na tym moście były moje dzieci, pamiętam, że zginął dobry człowiek, mój przyjaciel, a także syn przyjaciółki. Więc niech Victoria bawi się dalej w obrady komisji, niech sobie tworzy iluzję, że to Balmaceda był wykonawcą. Prawda jednak w końcu sama się obroni, a prawda jest taka, że to burmistrz wydał rozkaz, to burmistrz zlecił budowę po kosztach i ustawił przetarg, jeszcze przed wyborami. Co do samych wyborów, też są obawy – nie wygrał ich uczciwie, wiem to na pewno. Więc może i gonię za sensacją, ale ja przynajmniej nie kłamię i nie chronię przestępców. A jeśli Victoria przymyka na to oko, to jest współwinna.
− A co ze sprawą Łucznika? – Ingrid tylko pokiwała głową, nie chcąc wdawać się w dyskusje.
− Łucznik to dobry człowiek. Nie układa się z przestępcami.
− Ale co powiedział, kiedy pokazałaś mu akta Pereza?
− Właśnie ci to mówię – nie układa się z przestępcami. A jako że według mnie pani Diaz de Reverte obecnie ma krew na rękach, myślę, że to jasno i wyraźnie przekreśla współpracę. – Silvia uśmiechnęła się po raz kolejny i uznała tę rozmowę za zakończoną. Kiedy wsiadała do auta, odwróciła się jeszcze w stronę młodszej koleżanki po fachu, absolwentki tego samego liceum. – Przykro mi, Ingrid, z powodu twojej siostry i tego, co przeszła. I z twojego powodu również. To nie miało prawa się wydarzyć. Wiem, że to marna pociecha, ale Valentin naprawdę próbował zdyskredytować Pereza, brakowało mu tylko dowodów.
− Więc może teraz dokończymy to, co zaczął.
− Tak. Ale zgodnie z prawem, Ingrid. Można o mnie powiedzieć wiele rzeczy, ale nie łamię prawa.
− Pozew Victorii pod twoim adresem się z tym nie zgodzi.
− Naginam je czasem, ale nigdy nie łamię. A jak trafi na niewinnego, to przeproszę. – Silvia zatrzasnęła drzwi samochodu i odjechała, zostawiając Mulan samą.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5752
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 20:33:03 09-11-23    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 149 cz. 1
ŁUCZNIK/JORDAN/MARCUS/QUEN/OLIVIA/IVAN



Araceli Falcon opuściła budynek szkoły późnym wieczorem. Rada rodziców i nauczycieli, na której Silvia Guzman praktycznie wprost wyznała wszystkim, że dyrektor Perez jest zwyrodnialcem, który przed laty zgwałcił szkolną psycholog i przyczynił się do jej upadku z dachu, nie należała do najprzyjemniejszych. Ostatnie dni były pełne napięcia i oczekiwania, ale też wypełnione złymi wspomnieniami, które wracały jak bumerang. Dlatego nie myślała trzeźwo, przemierzając szkolny parking, zbyt pochłonięta myślami o przeszłości. Wtedy podskoczyła w miejscu, kiedy jakiś kształt przeleciał kilka metrów od niej.
Srebrna strzała zadygotała wbita w tablicę ogłoszeń przed szkołą, a konkretniej w zawieszony na niej plakat reklamujący zajęcia grupy wsparcia Girl Power. Araceli rozejrzała się wokół, zakrywając głowę, jakby w obawie, że kolejna strzała mogła być wycelowana w nią. To nie miało sensu. Dlaczego Łucznik miałby ją atakować? Ona była ofiarą, nie zrobiła nic złego. To Perez, to zawsze był Perez. Ciekawość zwyciężyła – podeszła do tablicy i oderwała kawałek papieru przymocowany do grotu. Rozwinęła go i przeczytała dwa cytaty z Biblii:

”Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć.” (Ewangelia wg św. Łukasza 12:2)
”Czynienie sprawiedliwości i sądu bardziej się podobają Panu niż ofiara” (Księga Przysłów 21:3)

Była ofiarą, ale najwidoczniej Łucznik był zdania, że to za mało. Powinna coś powiedzieć, powinna wyznać prawdę, powinna zapobiec późniejszym zbrodniom Dicka Pereza. Może gdyby zeznała, co się wtedy stało i ktoś by jej uwierzył, inne dziewczyny mogłyby być bezpieczne, może nigdy nie spotkałby ich ten okropny los. Ale tego już nikt się nigdy nie dowie.

***

Uśmiech zadowolenia nie schodził z twarzy Angelici Pascal, kiedy ukradkiem spoglądała na swojego młodego opiekuna. Jordan Guzman uparł się, że będzie do niej zaglądał i sprawdzał, czy pielęgniarki dobrze ją traktują, więc nie było sensu się z nim spierać – i tak w większości przypadków mówienie do niego było bezcelowe, jak rzucanie grochem o ścianę. Koniec końców i tak robił zawsze to, co chciał.
− Będziesz na operacji? – zapytała znienacka, powodując, że na jego twarzy pojawił się krzywy grymas.
− Chyba sobie pani żartuje.
− Dlaczego? Nie mam nic przeciwko. Jeśli ordynator potrzebuje jakiejś zgody czy coś takiego, to podaj mi długopis. – Angelica Pascal wygięła się na łóżku i Jordan musiał ją mocno przytrzymać, by nie wyrwała elektrod.
− Nie chodzi o to, że nie mam uprawnień, choć to też prawda. Ale dobrze pani życzę, dlatego kiedy ten konował…
− Doktor Bermudez Juarez – poprawiła go nauczycielka, a on tylko westchnął, dając za wygraną.
− Kiedy doktor Juarez będzie przeprowadzał operację, ja będę daleko stąd, żeby wszystko dobrze się udało.
− Jordan.
− No co?
− To nie była twoja wina.
Jordi udał, że sprawdza jej kroplówkę, bo nie chciał na nią patrzeć. Wiedziała, że od lat się obwiniał, ale nic co by powiedziała, nie było w stanie sprawić, że poczułby się lepiej czy zmienił zdanie.
− Valentin miał tętniaka. Esmeralda mówiła, że cierpiał na migreny od dawna. Ja też mu powtarzałam, żeby poszedł się przebadać. Stres robi swoje. To po prostu się stało. Tętniak pękł akurat, kiedy z nim byłeś. – Angelica ze smutkiem obserwowała, jak młody Guzman trochę za długo poprawia jej kołdrę.
− Tak, Valentin miał tętniaka, Gracie została zastrzelona, Ulises popełnił samobójstwo, Franklin wjechał na drzewo, a Gilberto został przebity przez metalowy pręt i przygnieciony wielkim klockiem betonu. A stara ciotka Sabina umarła ze starości, akurat kiedy czytałem jej książkę na dobranoc. – Mówił niefrasobliwym tonem, ale ona wiedziała, że go to boli. – Wszyscy mieli jednak wspólny mianownik. – Wskazał na siebie palcem, jakby jeszcze się nie domyśliła, co ma na myśli. − Jeśli mogę pani pomóc, to po prostu wolę się do pani nie zbliżać, przynajmniej do czasu po operacji, jak wszystko się zagoi.
− Ja nie umieram, Jordi. To rutynowy zabieg wymiany zastawki. Nawet taki lekarz jak Juarez nie może tego spartaczyć. Co ty robisz, Jordan, weź już usiądź! – dodała ze złością, kiedy nastolatek chwycił jej kartę.
− Sprawdzam pani d-dimery. – Uważnie studiował jej kartę, by nie spojrzeć jej w oczy.
− Robiło to już dwóch lekarzy.
− Wiem, ale co trzy pary oczu to nie dwie, wolę się upewnić. Pracują po tyle godzin dziennie, że coś im mogło umknąć. Ale… zaraz… pani chyba sobie kpi. – Jordan wpatrzył się w kartę, jakby nie dowierzał. – Co to ma znaczyć, że podpisała pani klauzulę o braku resuscytacji? Chyba panią pogięło!
− Jordan, proszę cię, mógłbyś się chociaż lepiej wyrażać.
− Teraz pani zwraca uwagę na mój język? Pieprzę to. Proszę natychmiast to wycofać.
− Przecież mówiłam ci, że to prosty zabieg…
− Więc po co podpisywała pani DNR? – Jordan z wściekłością spojrzał jej w oczy po raz pierwszy od kiedy przyszedł ją odwiedzić. Dłonie zacisnął na karcie, mając ochotę wywalić ją przez okno.
− Bo mam znajomych, którzy zostali warzywami nawet po rutynowych zabiegach, nic wielkiego. Po prostu dmucham na zimne. – Angelica wzruszyła ramionami.
− Jest pani okrutna.
− Och, przestań, Jordi. Sam nie chciałbyś, żeby matka zmieniała ci pampersa do końca życia. Moja jeszcze żyje i nie jest w stanie zmienić swojego. – Pani Pascal zaśmiała się cicho, ale wbrew oczekiwaniom nie rozśmieszyła tym ulubionego ucznia.
− Mnie matka oddałaby do jakiegoś ośrodka. Nawet z chęcią bym się nie obudził, żeby utrzeć jej nosa i żeby musiała płacić rachunki na szpital.
− Nie mówisz poważnie.
− Nie. Wolałbym, żeby musiała się męczyć i smarować mi odleżyny, ale oboje wiemy, że Silvia Olmedo nie jest z tych. – Jordan dał za wygraną. Wiedział, dlaczego Angelica to robiła, ale i tak go to zezłościło. Czuł, że to zły omen.
− Nie w porę? – Do sali szpitalnej wszedł Fabian Guzman, niosąc kwiat doniczkowy, który postawił na stoliku przy łóżku. Przywitał się z doną Angelicą cmoknięciem w policzek. – Co się stało, ktoś umarł?
− Jeszcze nie, ale Jordi wróży coś niedobrego.
− Wcale nie! Jezu. – Guzman naburmuszył się. Był trochę wkurzony, że jego ojciec musiał przyjść akurat w takim momencie.
− Ty nadal o tej klątwie? – Fabian przysunął sobie krzesło do łóżka dawnej mentorki. – Przecież to brednie, Jordan. Jesteś mądry, nie wiem, dlaczego wierzysz w takie bzdury.
− Tak? To może odwiedzę jakąś Cygankę i każę jej rzucić urok na ciebie? Najlepiej niech sprawi, że uschnie ci ptak, to przynajmniej nie będziesz już mógł zdradzać mamy. Co jest, uderzyłem w czuły punkt? Dosłownie i w przenośni. – Jordan uśmiechnął się złośliwie, ale jego ojciec tak już był przyzwyczajony do takich komentarzy, że nie bardzo go to obeszło.
− Jordi, zostaw nas, proszę cię. – Angelica połknęła uśmiech i wzrokiem wskazała nastolatkowi drzwi.
− Zamierzacie spiskować? Mówcie otwarcie – i tak się wszystkiego dowiem.
− Żadne spiskowanie nam w głowach, chcę pogadać ze starym uczniem, muszę ci się tłumaczyć? Naprawdę, Jordi, doceniam twoją troskę, ale idź się przewietrzyć i coś zjeść, bo dzisiaj chyba nie tknąłeś obiadu, od rana jesteś na nogach. Wróć jutro.
− Ale…
− Żadnego „ale”, Jordi. Idź do domu, przejdź się. Dobrze ci zrobi spacer.
− Jestem rowerem.
− Więc jedź rowerem, w czym problem? – Fabian Guzman wtrącił się do rozmowy i wpatrzył się w syna tak zniecierpliwionym wzrokiem, że nastolatek już wiedział, że nic tam nie ugra.
Ze złością zatrzasnął drzwi do pokoju, zduszając w sobie ochotę, by podsłuchać pod drzwiami, co takiego ważnego miała do przekazania dona Angelica jego ojcu. Nie zamierzał jednak wracać do domu. Wiedział, że ojciec nic mu nie powie, więc zamierzał wrócić do nauczycielki i wypytać ją później, o czym rozmawiała z Fabianem. Wydawało mu się dziwne, że ją odwiedził, w końcu nie należał do osób sentymentalnych, więc na pewno nie chodziło o wspominanie starych czasów. Jordi chciał więc przeczekać, być może kręcąc się przy doktorze Vazquezie, by zabić czas. Kiedy jednak zapytał pielęgniarkę Renatę Diaz, czy Julian jest jeszcze w pracy, dowiedział się, że właśnie wyszedł.
− Świetnie – mruknął pod nosem, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. – A jest tu jakiś lekarz, który nie jest totalnym partaczem?
Renata wydała z siebie bliżej niesklasyfikowany dźwięk, nawet nie mając siły upominać aroganckiego nastolatka. Zerknęła w grafik lekarzy, by zobaczyć, czy jest ktoś, kto mógłby przygarnąć młodego Guzmana pod swoje skrzydła.
− Doktor Sotomayor kończy zaraz zespolenie złamania otwartego na dwójce. Możesz iść na galerię, jeszcze zdążysz – poinformowała go pielęgniarka.
− Nie, dzięki. Wolę łamać kości niż je składać. – Był poirytowany, bo tak naprawdę w ogóle nie chciał tu być. Miał wrażenie, że to kolejna kara od rodziców.
− Doktorze Del Bosque, a pan jeszcze nie na operacji wszczepienia by passów? – Renata kompletnie zignorowała nastolatka i zwróciła się do przechodzącego przez recepcję mężczyzny w średnim wieku i białym kitlu. – Jest pan wpisany jako anestezjolog u doktora Juareza. Pacjenta zaraz wiozą na salę.
− Juarez nic nie wspominał. – Matias Del Bosque spojrzał od niechcenia na zegarek, jakby był zły, że musi wziąć udział w kolejnym zabiegu zamiast wracać do domu.
Jordi poczuł się zirytowany. Jeśli wcześniej sądził, że w klinice Valle de Sombras pracują same konowały, to tym razem tylko się w tym upewnił. Anestezjolog miał minę, jakby ktoś podstawił mu pod nos coś o brzydkim zapachu, a kiedy przeszedł koło Guzmana, nastolatek sam się skrzywił.
− Kto to? – zapytał Renatę, mimowolnie napinając wszystkie mięśnie.
− Anestezjolog, doktor Del Bosque.
− I on ma usypiać pacjenta?
− Tak, zwykle to należy do obowiązków anestezjologa. – Pielęgniarka Diaz westchnęła, ale nie miała czasu dłużej użerać się z bezczelnym dzieciakiem, bo czekali na nią pacjenci.
Powiedzieć, że Jordan był wkurzony to prawie nic nie powiedzieć. Ze złością wszedł na salę operacyjną, gdzie Del Bosque już umył się do zabiegu i usypiał pacjenta.
− Jordan, co tu robisz? – Na twarzy Bermudeza Juareza pojawiło się uprzejme zdziwienie. Wiedział, że nowy stażysta jest synem Fabiana Guzmana, wiec wolał nie podskakiwać. – Może za parę lat poproszę cię, żebyś asystował, ale teraz mogę zaoferować tylko galerię. – Zaśmiał się cicho, a kilka pielęgniarek asystujących zachichotało.
− Doktorze Del Bosque, muszę prosić, żeby odsunął się pan od pacjenta. – Guzman kompletnie zignorował Juareza, który w końcu był chirurgiem wykonującym zabieg. Wszyscy patrzyli na niego jakby oszalał.
− Del Bosque, co to ma znaczyć? – Bermudez wpatrywał się w kolegę po fachu, pozwalając, by pielęgniarka założyła mu fartuch i rękawiczki.
− Doktor Del Bosque jest pod wpływem alkoholu. Nie powinien być w pracy, a co dopiero na sali operacyjnej – wyjaśnił Jordan, zaciskając w kieszeni kitla dłoń i żałując, że nie ma w nim swojego kluczyka od motoru. Paznokcie wbiły się boleśnie w skórę.
− Słucham? Co to za brednie? Kim w ogóle jest ten dzieciak, Juarez? – Anestezjolog włączył tryb obronny, niemal wstając z miejsca. – Nie pozwolę się obrażać.
− Śmierdzi od pana jak z gorzelni. – Guzman wydawał się niezrażony. – Doktorze Juarez, proszę o odsunięcie doktora Del Bosque.
Juarez wyglądał, jakby znalazł się w kropce. Sam nie wyczuł nic niepokojącego, Matias był jego kolegą po fachu i profesjonalistą, w dodatku nie wyglądał na pijanego ani trochę. Dzieciak coś wymyślał i musiał niestety go o tym uświadomić. Jordan nie zamierzał jednak usłuchać. Kiedy kardiochirurg odprawił go z kwitkiem, ruszył prosto do sali operacyjnej numer dwa.
− Doktorze Sotomayor, ma pan chwilę? – Dopadł do zmęczonego ortopedy, który właśnie mył się po zabiegu.
Kilka minut później wrócili na salę doktora Juareza. Sotomayor podał mu maseczkę ochronną, sam przykładając ją sobie do ust, zanim weszli, a Guzman uczynił to samo.
− Na litość boską, Sotomayor, ty też? – Del Bosque wkurzony odłożył krzyżówkę, którą zajął się w momencie, kiedy Juarez przystąpił do otwierania klatki piersiowej. – Pozwalacie, żeby rządził wami jakiś dzieciak? Myślałem, że to poważna placówka, ale widać jak przyjaciele Osvalda posmarują kasą, to można i przyjmować nieuków na staże.
− Doktorze Del Bosque, ma pan coś przeciwko, żeby na chwilę wyjść z sali? – Sergio był niezrażony. Zaniepokoił się, kiedy Jordan przybiegł do niego poruszony i jego moralnym obowiązkiem było sprawdzenie tej informacji.
− Matias, idź, bo nie mogę pracować. Załatwcie to szybko. – Juarez zmarszczył nos pod maseczką zły, że ktoś śmie przeszkadzać mu w zabiegu.
− Nie, nie jestem pijany. Nie wiem, skąd ten gówniarz wpadł na tak idiotyczny pomysł. – Anestezjolog wytłumaczył się, kiedy stanęli na korytarzu.
− Czuć od pana alkohol – zauważył rozsądnie Sergio. Zaangażowanie go było dobrym pomysłem, mówił ze spokojem i używał solidnych argumentów. Jordan pewnie przywaliłby lekarzowi, zanim zdążyłby się powstrzymać.
− Owszem, bo od samego rana miałem dyżur na izbie przyjęć, bo brakuje personelu i Aldo mnie tam wysłał. Przyjąłem dziś tylu pijanych bezdomnych, że nawet nie zliczę. Nie zliczę też, ile razy mnie obrzygali i oblali swoimi trunkami, a jestem tak zapracowany, że nie mam nawet czasu się przebrać. Więc z łaski swojej, Sotomayor, przyjdź tutaj z alkomatem albo zejdź mi z drogi i daj mi w spokoju pracować, bo wyobraź sobie, że chciałbym wrócić dzisiaj do domu o normalnej godzinie!
Sotomayor zmierzył lekarza od stóp do głów. Rzeczywiście na jego butach widniały plamy, ponieważ nie zdążył się przebrać. Prawdą było, że lekarze w klinice Valle de Sombras byli przepracowywani i zmęczeni, nie dało się tego ukryć. Sergio odsunął się w miejscu, by przepuścić z powrotem Matiasa na salę operacyjną, ale Jordan zagrodził mu drogę.
− Od kiedy to bezdomnych stać na drogi koniak? Nie czuć od pana tanią wódką. Wczorajsza impreza się przedłużyła i jeszcze nie zdążył pan do końca wytrzeźwieć?
− Z drogi!
− I pan tak po prostu pozwoli mu tam wrócić? – Jordan wpatrywał się zszokowany w Sotomayora.
− Choć, pokażę ci coś. – Sergio zabrał wkurzonego nastolatka na izbę przyjęć, która pękała w szwach. Głównie ludzie bezdomni i pijani przychodzili tutaj, by się ogrzać i by wydębić jakieś leki. Woń, która roztaczała się na izbie przypominała tę, która była wyczuwalna od doktora Del Bosque. – Wczoraj wróciłem do domu urobiony po pachy. Ucieszyłem się na widok syna, a wiesz, co on mi powiedział? Cytuję: „śmierdzisz jak wódka i szczyny kota”.
− Cóż za komplement. No i? – Guzman wiedział, do czego ortopeda zmierza, ale nie podobało mu się to.
− To znaczy, że musisz się jeszcze wiele nauczyć. W tym zawodzie trzeba zwracać uwagę na szczegóły i odpowiednio reagować. Nieufność jest jak najbardziej normalna i bardzo dobrze zrobiłeś, przychodząc do mnie. – Ortopeda go pochwalił, ale zaraz potem przyszedł czas na gorzkie słowa. – Ale nigdy, przenigdy nie wolno ci siać takiej paniki. Co by było, gdyby pacjent był przytomny? Masz pojęcie, na jaki szok byś go naraził takimi oskarżeniami? Nie mówiąc już o pozwach dla szpitala.
− Myślę, że pacjent byłby mi wdzięczny, że nie pozwoliłem pijakowi czuwać nad jego operacją. – Jordan się skrzywił.
− Matias de Bosque pracuje tu chyba dłużej niż doktor Juarez. Uwierz mi, to dobry specjalista. Jest zmęczony, jak my wszyscy, ale nie nadużywa alkoholu, a już na pewno nie w pracy.
− Skoro pan tak twierdzi... – Jordan ze złością zdjął kitel. – Wszyscy jesteście konowałami.

***

Było sporo prawdy w tym, co mówili inni. Marcus Delgado zaczął spędzać więcej czasu na siłowni, być może umyślnie stroniąc od ludzi i uciekając przed nudnymi już pytaniami o to, jak się czuje i czy wszystko z nim w porządku. Minął ponad miesiąc od zawalenia mostu, a wszyscy nadal uważali, że jest w żałobie po Gilbercie. Chciałby, żeby tak było. Chciałby móc porządnie opłakać ojczyma, ale niestety nigdy nie było mu to dane. Wszystko, co wydarzyło się przedtem przyćmiło inne wydarzenia i za to nienawidził się najbardziej. Za to, że zamiast odczuwać ból czy tęsknotę za Jimenezem, który go wychował i był jednym z jego najlepszych przyjaciół, on myślał tylko o sobie i swoich błędach oraz o tym, czy uda mu się z tego wywinąć.
− Nie przeciążaj się, bo dostaniesz przepukliny. – Julian Vazquez stanął nad nim z założonymi rękoma, patrząc jak nastolatek podnosi sztangę raz za razem z taką zawziętością na twarzy, jakby chciał nabrać masy do zawodów strongmenów. – Słyszysz mnie?
− Co? – Marcus odłożył sztangę z impetem i zdyszany wyszarpnął sobie słuchawki z uszu. Dało się słyszeć jakiś ciężki kawałek.
− Słuchasz heavy metalu? – Vazquez był lekko rozbawiony, bo pan przewodniczący nigdy nie wydawał mu się takim typem osoby.
− Właściwie to nie. Quen udostępnił mi playlistę. – Wskazał na swój odtwarzacz, a Julian uśmiechnął się na widok „Playlista jak chcę komuś dokopać”.
− To komu chcesz przywalić? Mam nadzieję, że nie mnie. Wydawało mi się, że byłem miły na naszych treningach. – Lekarz rzucił mu ręcznik i butelkę wody.
− Nikomu. – Zdawkowa odpowiedz bruneta nikogo nie zwiodła.
− Daj spokój. Na zajęciach z samoobrony, które zorganizował Carlos, rzucałeś Oliverem, jakbyś chciał atakować, a nie tylko się obronić. Co się dzieje?
Chyba pierwszy raz od dawna ktoś zapytał go o konkrety. Nie zwykle „wszystko okej?” tylko rzeczywiste pytanie, na które można by opowiadać godzinami. Ale Marcus nie należał do ludzi, którzy dużo mówią i wiedział też, że zbyt wiele powiedzieć nie może. Doktor musiał zadowolić się po prostu wymówką, którą właściwie podsunął mu sam Carlos Jimenez.
− Hormony – wyjaśnił, wzruszając ramionami jakby to była najzwyczajniejsza rzecz pod słońcem. Bądź co bądź był nastolatkiem. Teraz powinien myśleć o niebieskich migdałach.
− Delgado, ta seksualna frustracja się aż z ciebie wylewa. Kiedy ostatnio się bzykałeś? – Ignacio Fernandez roześmiał się jak hiena, zarzucając sobie na szyję ręcznik, bo właśnie skończył ćwiczenia na wioślarzu.
Marcus kompletnie go zignorował. Lata przebywania z Nachem i nauki w jednej szkole nauczyły go tylko większej cierpliwości względem jego osoby. Syn ordynatora opuścił ośrodek dla młodzieży, nadal zanosząc się śmiechem, jakby to była najzabawniejsza rzecz pod słońcem.
− Nie jesteś zbyt rozmowny, co? – Vazquez zauważył, kiedy nastolatek zaczął zbierać swoje rzeczy. − Początkowo myślałem, że jesteś bardzo podobny do Huga, wiele was łączy.
Delgado przełknął ślinę, nie patrząc na kierownika ośrodka. Co miał na myśli? W jakim sensie podobny do Huga? Tak samo skryty i tajemniczy czy taki sam z niego morderca?
− Ale teraz widzę, że jesteś dużo bardziej poważny. Mimo, że dzieli was jedenaście lat różnicy wieku. Hugo ma cięty język, czasami nie wie, kiedy się zamknąć. Ty wszystko w sobie dusisz. Nie odpowiedziałeś nawet temu matołowi. To znaczy, Ignaciowi – poprawił się, zdając sobie sprawę, że jako mentor młodzieży nie powinien był tak mówić. – Chcesz pogadać?
− Szczerze mówiąc, mam dosyć gadania. Wolałbym rzeczywiście komuś przyłożyć, jeśli nie masz nic przeciwko.
Vazquez pokiwał głową z uznaniem, bo sam pewnie również wolałby wykorzystać pięści, by wyładować negatywną energię, zamiast strzępić sobie język. Chociaż od kiedy był z Ingrid, coraz częściej przekonywał się, że szczera rozmowa potrafi być oczyszczająca i czasami warto było się przemóc. Widocznie Delgado nie był jeszcze na to gotowy. Miał jakąś dziwną dzikość w oczach, kiedy weszli na ring i zaczęli sparing. Ta dzikość była inna niż u Huga. Starszy z kuzynów był wprawiony w boju, nieco zgorzkniały, pogodzony z losem, chwilami nawet zrezygnowany. Marcus miał jeszcze ten młodzieńczy zapał, naiwność, której ciężko się było wyzbyć, mimo że cały świat wokół niego się walił i nie miał pojęcia, jak to powstrzymać. Marcus słuchał Juliana, bardzo uważnie brał sobie do serca wszystkie jego wskazówki. Nie przypominał buntowniczych nastolatków, którzy oburzali się, kiedy Vazquez poprawiał ich chwyty podczas treningów ani nie obrażał się, kiedy ktoś powiedział mu wprost, że robi coś źle. Za każdym razem się uczył i właśnie to nieco martwiło Juliana. Był zbyt dorosły jak na swój wiek, zbyt dojrzały i przypomniał mu jego samego. Kiedy skończyli poranny sparing i odświeżyli się, Julian mógł z uznaniem pożegnać się z nastolatkiem, który niedługo miał lekcje w szkole. Kiedy Vazquez zamykał ośrodek, do którego i tak nikt nie przychodził w ciągu dnia w czasie godzin lekcyjnych, Marcus czekał na niego i wypalił, totalnie bez przygotowania:
– Doktorze Vazquez. – Juliana zamurowało, bo ustalili na pierwszym spotkaniu, że będą sobie mówili na ty, ale Delgado widocznie chciał, żeby była to oficjalna umowa między nimi. – Wiem, że jest pan dobrym człowiekiem, dlatego głupio mi o to prosić, ale muszę, bo nie mam nikogo innego. Carlos by się załamał, a Hugowi nie mogę dostarczać więcej problemów. Gdyby coś mi się stało… Proszę mieć oko na moją mamę. Wiem, że proszę o wiele, ale…
– Co miałoby ci się stać? O czym ty mówisz? – Vazquez schował klucze do kieszeni, wyciągając przed siebie dłoń, jakby chciał na chwilę zrobić pauzę, bo już nic z tego nie rozumiał. – Po kolei, Marcus. W coś ty się wpakował?
– Szczerze? Sam już nie wiem. Ale czuję, że moja mama jest w niebezpieczeństwie, dlatego pana potrzebuję. Może mi pan to obiecać?
– Nie mogę składać takich obietnic, jeśli nie wiem, co jest grane.
– Gdyby chodziło o pańską żonę i córkę, nie chciałby pan tego samego? Nie chciałby pan, żeby ktoś się nimi zaopiekował?
Julian przełknął ślinę. Od kiedy był ojcem, lista priorytetów diametralnie się zmieniła. Kiwnął nieznacznie głową. Widocznie Marcus panikował na zapas, przecież nic się nie działo. W miasteczku po prostu było źle, po raz pierwszy od bardzo dawna i pewnie wolał dmuchać na zimne. To sobie powtarzał, kiedy jechał do szpitala na dyżur, ale w gruncie rzeczy wiedział, że ani w Dolinie, ani w Mieście Światła, nie było już miejsca na zbiegi okoliczności.

***

Zwolnienie lekarskie. Dick Perez w całej swojej karierze nigdy nie chadzał na chorobowe, chyba że było to niezbędnie konieczne. Teraz, u schyłku jego dyrektorskiej kariery, czekało go takie upokorzenie ze strony rodziców. Oczywiście Elena Victoria maczała w tym palce, a któżby inny? To musiała być ona. Jego kariera posypała się jak domek z kart, a maska, którą przez lata przywdziewał, teraz wydawała się już zupełnie niepotrzebna, bo każdy znał jego prawdziwą twarz. A jeśli jeszcze nie to wkrótce miał ją poznać. Każdy już się domyślał, że jego natychmiastowe odsunięcie od obowiązków było podyktowane plotkami. A jeśli Ricardo się ugiął, oznaczało to tylko jedno – plotki były prawdziwe.
Zatopiony we własnych myślach i żalach, dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ktoś krzyczy. Jego żona Paloma wydała z siebie długi dźwięk przerażenia i kiedy wszedł do kuchni, ze złością rozglądając się po kuchennych sprzętach, jakby spodziewał się, że może coś się zapaliło czy wybuchło, zobaczył, że stoi jak sparaliżowana przykuta do ściany, bojąc się ruszyć.
– Co to ma znaczyć, Palomo? O co chodzi? – Złapał ją za ramiona, jakby chciał nią potrząsnąć, by wreszcie się opamiętała i przestała się trząść i wtedy jego żona wyciągnęła przed siebie dłoń i wskazała na kuchenny blat.
Stała tam miska z owocami, nic specjalnego. Ale uwagę przykuwała srebrna strzała, która przebiła jędrne czerwone jabłko, powodując, że miąższ rozprysnął się naokoło. Perez poczuł ucisk w gardle, kiedy rozwijał karteczkę przypiętą do grotu. Wiadomość stanowiły dwie fotografie sklejone ze sobą, wyrwane z dwóch różnych roczników. Oba zdjęcia przedstawiały dziewczęta w tym samym wieku, ale jedno było zrobione wcześniej, przed dwoma laty na początku roku szkolnego, drugie pochodziło z rocznika trzeciej klasy.
– To twoje uczennice, Ricardo. Co to ma znaczyć? – Paloma wreszcie odzyskała głos, stając za plecami męża i wyciągając szyję, by zobaczyć wiadomość.
Dwie niepozorne uczennice. Ruby Valdez uśmiechająca się ze zdjęcia, nieświadoma, że w dniu piętnastych urodzin zostanie okrutnie wykorzystana na tylnym siedzeniu auta dyrektora, a następnie zniknie na dwa lata. Julia Ortega, zdjęcie zrobione na początku roku, kiedy była szczęśliwa i zakochana. Jeszcze wtedy nie spodziewała się, że przeżyje koszmar i zginie z rąk własnego brata na polecenie Pereza, który chciał zatuszować swoją wcześniejszą zbrodnię.
Wściekły Dick zmiął zdjęcia w kulkę i zacisnął na niej palce. Zwolnienie lekarskie dopiero teraz będzie mu potrzebne.

***

Wiadomość o zwolnieniu chorobowym dyrektora Pereza szybko rozprzestrzeniła się w szkole. Wiele osób zdawało sobie sprawę, że to tylko pretekst i biolog tak naprawdę został pozbawiony stanowiska, na razie tylko nieoficjalnie, ale lepsze i to. Większość uczniów nie posiadała się z radości.
− Czy to znaczy, że nie musimy już chodzić w tych łachmanach? – Olivia Bustamante rozpromieniła się, wyobrażając sobie zapewne nową politykę szkoły, dzięki której mogłaby pojawiać się na lekcjach codziennie w innej kreacji.
− Nikt nie pozwoli ci przychodzić do szkoły na golasa, wymyślą coś innego. Szkoda tylko, że niektórych nie stać, żeby ciągle zmieniać mundurki, to też kosztuje – zauważyła Carolina, która choć miała nowy dom i od pewnego czasu pieniędzy jej nie brakowało, nadal pozostała skromna i nie wykorzystywała swojej pozycji. Pamiętała, skąd się wywodzi, a oszczędności zarobione na pracy tymczasowej w kawiarni w Pueblo de Luz odkładała na poczet przyszłych wydatków.
− Oby nowe mundurki pokazały nieco ciała, w tym czuję się jak zakonnica. – Olivia okręciła się w miejscu, a jej spódnica zafalowała wokół niej.
− Pewnie, już widzę, jak nowy dyrektor na to przystanie. – Quen zaśmiał się z jej naiwności, za co oberwał, niby przypadkiem, zeszytem w głowę. Kiedy rozmasowywał skroń, do sali weszła Sara Duarte. – A ty dlaczego się tak ostatnio spóźniasz? Chyba nie wypada wiceprzewodniczącej, co?
– Sara się spóźnia, bo chodzi do ośrodka doktora Juliana z samego rana. Zapisała się na zajęcia sportowe. – Rosie uśmiechnęła się pod nosem, a koleżanka spojrzała na nią z lekkim wyrzutem, że zdradziła jej sekret.
– Na boks? Ty? A po co? – Ibarra nie był zbyt domyślny, więc w ogóle nie zwrócił uwagi na zawstydzoną minę Sary.
– Spodobały mi się zajęcia z samoobrony u Carlosa – wyjaśniła, siadając w swojej ławce z Rosie i myśląc, że ucięła temat, ale Quen nie byłby sobą, gdyby nie ciągnął tego dalej.
– Zajęcia z samoobrony są popołudniami.
– Jezu, Quen, ale ty jesteś niedomyślny. Chodzi do ośrodka, bo Marcus tam ćwiczy codziennie rano na siłowni. Nadążaj trochę. – Primrose uszczypnęła go w ramię, żeby sprowadzić go na ziemię, a on jęknął z bólu.
– Też mi coś, w szkole też jest siłownia. Jak chcesz sobie popatrzyć na spoconych chłopaków, to droga wolna – możesz tam iść na każdej przerwie.
– Głupi jesteś, do męskiej szatni? Bruni by ją zawiesił. Wisi tam kartka o bezwzględnym zakazie dla dziewczyn. – Lidia wydawała się być dobrze poinformowana i wszyscy spojrzeli na nią z lekkim zaskoczeniem. – Nikogo nie szpieguję, po prostu widziałam, że trener ciśnie zawodników i chce, żeby skupili się na treningach, a nie na jakichś romansach. A poza tym Marcus już nie ćwiczy na siłowni w szkole, tylko chodzi do ośrodka Conrada.
– Juliana – poprawił ją Quen.
– Ale to Conrado jest właścicielem. Doktor Vazquez jest kierownikiem.
– Dziewczyny nie przestają mnie zdumiewać. – Enrique poczuł się przytłoczony. Spojrzał po wszystkich koleżankach, jakby widział je po raz pierwszy w życiu. Każda z nich miała rumieńce, a kilka chichotało, plotkując o chłopakach. – Ładnie to tak, traktować kolegów przedmiotowo? Jesteśmy dla was tylko kawałkiem mięcha?
– Ty nie musisz się bać, spokojnie. – Rosie poklepała go po ramieniu tam, gdzie uprzednio go uszczypnęła, a on poczuł się, jakby dała mu policzek w twarz.
– I słusznie, bo ja nie paraduje z gołą klatą przed wszystkimi. Mam swoją godność – oświadczył pompatycznie, co zostało skwitowane głośnym prychnięciem Primrose. Trochę go to zabolało.
– Ty nie masz się czym pochwalić, Quen. Ale to w porządku. Nie każdy musi być w formie. Wiemy, że ostatnio miałeś ciężki czas i zaniedbałeś treningi. – Sara pokiwała głową z miną wyrażającą współczucie, a on wytrzeszczył oczy, nie wierząc, że właśnie tak go upokorzyła. – Ale wszystkie wiemy, że tak naprawdę masz dobre serce.
To tak jakby powiedziała, że jest mięczakiem, zbyt słabym, żeby zadbać o tężyznę fizyczną na siłowni. To prawda, trochę się zaniedbał, ostatnio przesadzał z niezdrowym jedzeniem, zajadał stres, a w dodatku brak ruchu robił swoje. Ale nigdy nie był typem pakującego na siłce sportowca, który faszeruje się suplementami. Kiedy trenował regularnie szermierkę, zwykle to wystarczyło – bardziej liczyła się zwinność i refleks niż siła. Może powinien rozważyć zapisanie się na zajęcia do ośrodka do Carlosa albo Juliana? Może Carolinie też podobali się wysportowani chłopcy? Zerknął na nią ukradkiem, ale oprócz lekkiego rumieńca po słowach Sary, nie dostrzegł nic podejrzanego.
– Ja to chyba jestem już przypadkiem beznadziejnym – mówiła dalej Sara, opadając na ławkę i opierając na niej brodę, żaląc się koleżankom. Rosie poklepała ją po głowie, chcąc dodać jej otuchy, ale na niewiele się to zdało. – Nigdy nie znajdę chłopaka. Skończę jako stara panna.
– Masz siedemnaście lat, a nie siedemdziesiąt. – Olivia się zezłościła, bo ta gadanina zaczęła jej działać na nerwy. – Chłopcy w tej szkole są strasznie niedojrzali i nie wiem, dlaczego tak ci zależy, żeby umawiać się akurat z kimś stąd. Już lepiej poszukaj w szkole w San Nicolas, tam jest dużo przystojniaków.
Jordan, który akurat wszedł do sali i siadał pod oknem, skwitował te słowa wyrwane z kontekstu ostentacyjnym prychnięciem. Za dobrze znał starych kolegów z dawnej szkoły, by wiedzieć, że żadni z nich dżentelmeni.
– To ja już chyba bym wolała zostać dziewicą do końca życia – oświadczyła Sara, a zaraz potem zrobiła przestraszoną minę, wykonała znak krzyża i złożyła ręce jak do modlitwy, zaciskając mocno powieki i mrucząc: – Odszczekuję to, wcale tak nie myślę!
– Jeśli prosisz Boga o utratę dziewictwa, to naprawdę musisz już być desperatką. – Quen pokręcił głową z niedowierzaniem, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.
– Fakty są faktami, nasi chłopcy w ogóle się nie starają. – Bustamante usiadła na ławce Ruby, która wydawała się być kompletnie zażenowana tą dziecinną, choć adekwatną do ich wieku, rozmową. – Korona by im z głowy nie spadła, gdyby czasem zdjęli koszulkę po meczu, prawda?
– Jak chcesz sobie popatrzeć, to idź na salę gimnastyczną do naszej drużyny zapaśniczej. Oni wciąż ściągają koszulki i noszą ciasne gatki. – Złośliwy uśmieszek pojawił się na ustach Enrique, kiedy nabijał się z koleżanek.
– Zapaśnicy mnie nie kręcą – oświadczyła Olivia, jakby była to sprawa, którą już wcześniej rozważała. – Pływacy też nie. Są jacyś tacy bezkształtni jak ryby.
– Wypraszam sobie – odezwał się Ignacio z ostatniej ławki, podnosząc w górę jedną rękę, jakby się zgłaszał. Mimo że siedział z dala od reszty klasy, zdawał się słuchać uważnie, o czym rozmawiały koleżanki. – Ja tam jestem hojnie obdarzony przez naturę.
– Nie rozśmieszaj mnie. Nie umówiłabym się z tobą, nawet gdybyś był ostatnim chłopakiem na ziemi. – Olivia Bustamante zaśmiała się tak ochryple, że było to lekko przerażające. Zwykle się tak nie zachowywała, ale ostatnio wydobyła z siebie nową pewność siebie.
– A ci, na których warto popatrzeć, pływają w tych dziwnych piankach surfingowych. – Sara wskazała głową na Jordana, który ze słuchawkami w uszach studiował jakąś książkę, w ogóle niezainteresowany tym, co działo się wokół niego. – To już postanowione – do matury czeka mnie samotność. Czy ja jestem brzydka? – zapytała nagle, spoglądając po wszystkich koleżankach, które z automatu zaprzeczyły, dodając jej pewności siebie, ale kiedy jej wzrok padł na kolegę z dzieciństwa, ten się zawahał.
Wszystkie dziewczęta odwróciły głowy w stronę Quena, który poczuł się tak, jakby go prześwietlały promieniami roentgena. Czekały aż on również zapewni Sarę, że wszystko z nią w porządku, ale jego wrodzona szczerość nie pozwalała mu beznamiętnie powielać komplementów.
– Nie jesteś brzydka, ale… – zaczął i od razu pożałował, bo morderczy wzrok Olivii, Caroliny, Rosie, Sol, Lidii, Sary, a nawet Ruby, sprawił, że miał ochotę zapaść się pod ziemię. Słowo „ale” potrafiło mieć taki efekt. Przełknął głośno ślinę i kontynuował: – Trąci od ciebie lekką desperacją. Faceci nie lubią dziewczyn, które same im się pchają w ramiona. Wolą poczuć, że to oni mają kontrolę.
– Chcą być zdobywcami. Kolejny wynalazek toksycznej męskości. – Castelani wzniosła oczy do nieba, ubolewając nad tym. Musiała jednak przyznać przyjacielowi rację – Sara była odrobinę za bardzo zafiksowana na znalezieniu idealnego chłopaka, tylko po to, by nie ukończyć szkoły w samotności i nie iść na studia totalnie bez doświadczenia w sprawach damsko-męskich.
– Mówcie, co chcecie. – Olivia machnęła ręką, kończąc tę dyskusję. – Ja tam lubię naszych piłkarzy.
– Tak, pewnie trenera, co? – Anakonda weszła do klasy ze swoją świtą i stanęła za Olivią z pogardliwym uśmiechem. – Już zapomniałaś, jak omal nie zniszczyłaś mu kariery? Pewnie z chęcią byś mu wlazła do łóżka, ale na szczęście się na tobie poznał i nas wszystkich ostrzegł.
Olivia wyglądała, jakby wstąpił w nią demon. Miało się wrażenie, że para zaraz buchnie jej uszami, kiedy zeskoczyła z blatu ławki, dopadła do szkolnej plotkary i zatopiła w jej długich włosach swoje szczupłe dłonie, żałując, że nie ma już długich tipsów, którymi mogłaby wydrapać jej oczy.
– Odszczekaj to, suko! – wrzasnęła, szarpiąc Annę tak gwałtownie, że jej koleżanki pouciekały w popłochu.
– Odwal się, Kłapoucha! – Conde wyrywała się, ale głowę miała unieruchomioną gdzieś na wysokości swoich kolan, bo Olivia tak nią szarpała, że omal jej nie przewróciła, mimo że dziewczyna była wyższa i silniejsza, choć okropnie koścista.
Zanim ktoś zdążył zareagować, bo wszyscy byli w tak ogromnym szoku, do sali wparował Marcus i rzuciwszy na ziemię swój plecak, od razu doskoczył do Bustamante, chwytając ją pod pachy i unosząc w powietrze, by odciągnąć od Anny, która z płaczem i jękiem masowała sobie skalp.
– Wydrapię ci oczy, zdziro, słyszysz?! – krzyczała Olivia, rzucając się w amoku w ramionach Marcusa i wierzgając w powietrzu nogami, jakby chciała jeszcze dosięgnąć Annę kopniakiem. – Następnym razem cię zabiję, słyszysz?!
– Moje włosy! – zawyła Anakonda, a jej koleżanki w ciężkim szoku doskoczyły do niej, by oszacować straty.
Delgado wyniósł wierzgającą Olivię i zatrzymał się dopiero w bezpiecznej odległości od klasy. Postawił ją na ziemię i przytrzymał za ramiona, bo miała ochotę wrócić do pomieszczenia i dokończyć swoje dzieło.
– Zostaw mnie! Zabiję ją, przysięgam, że ją zabiję!
Kucyk, który tego dnia zaczesała gładko na głowie, teraz się przekrzywił, a kilka niesfornych kosmyków wywinęło się przy jej twarzy, kiedy dysząc wskazywała palcem w stronę klasy, choć tak naprawdę nie wiedziała, kogo chce zaatakować – bardziej córkę Violetty czy może samego Olivera Bruniego. Uspokoiła się lekko, dopiero kiedy pogłaskał ją po ramieniu, zmuszając, by na niego spojrzała i wyrównała oddech.
– Musimy znaleźć Łucznika, Marcus – oświadczyła z taką determinacją, że aż go zdziwiła. – Tylko on może nam pomóc. On może zniszczyć Olivera.
– O czym ty mówisz? – zapytał Delgado, a jego ciemne brwi zbiegły się, kiedy spoglądał z góry na nadal czerwoną ze złości blondynkę.
– El Arquero de Luz! On coś wie, on coś ma na Bruniego, wiem to. Oliver się go boi, tamtego dnia znów mi groził…
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytał z wyrzutem, czując, że chętnie poszedłby od razu do miejscówki trenera i sprał go na kwaśne jabłko. Co prawda nie miał najmniejszych szans, nawet pobierając nauki u doktora Vazqueza, ale nie dbał o to, bo bardzo chciał przywalić członkowi kartelu.
– Bo wiedziałam, że się wściekniesz, a nie możesz go prowokować. To twój trener, Marcus, nie możesz. – Olivia pokręciła głową, jakby sama dobrze to już sobie przemyślała. – Znajdziemy Łucznika, powiemy mu, co się stało. A on to załatwi. Wiem, że tak.
– Oli, to nie jest takie proste. Łucznik nie jest Bogiem.
– Nie. Jest lepszy, bo on nie odwraca wzroku od krzywdy innych. On pomaga. A jeśli przy okazji strzeli temu draniowi w serce… będę mu wdzięczna do końca życia.

***

Postanowił poczekać pod drzwiami na wszelki wypadek. Odczekał kilka godzin po wybudzeniu pani Angelici po operacji, żeby nie kusić losu. Pielęgniarka Dolores dała mu cynk, że wszystko poszło gładko, więc Jordan mógł odetchnąć z ulgą. Na widok anestezjologa, który opuszczał salę nauczycielki razem z lekarzem prowadzącym Juarezem, musiał jednak zacisnąć mocno pięści ze złości. Nie miał pojęcia, że ten konował Del Bosque również brał udział w operacji, bo pewnie by ją odradzał, ale na szczęście pani Pascal miała się dobrze i powitała go szerokim uśmiechem znad okularów do czytania i krzyżówki.
− Jak widzisz, jeszcze żyję – powiedziała lekko zachrypniętym głosem, ale wyglądało na to, że była w formie. Maszyna obok jej łóżka pokazywała dobre parametry i młody Guzman odetchnął z ulgą, kiedy siadał na stołku obok niej. – Szkoda, liczyłam, że zagrasz i zaśpiewasz na moim pogrzebie.
− Pani i tak by tego nie słyszała – zwrócił jej uwagę, trochę jednak rozbawiony, że o tym mówi.
− Nigdy nic nie wiadomo, nauka idzie do przodu. Kto tam wie, co zmarli słyszą?
− Nic nie słyszą, bo nie żyją. Ich mózg przestaje pracować.
− Eh, filozoficzne rozważania nigdy nie były dziedziną ani twoją, ani twojego ojca. – Angelica machnęła ręką, a następnie przyjrzała się swoim paznokciom, z których odłaził czerwony lakier. – Przydałby mi się manicure.
− Zawsze pani używa tego koloru. Nie nudzi się pani? – Jordi z zaciekawieniem patrzył, jak nauczycielka cmoka cicho nad opłakanym stanem paznokci.
− Ulubione rzeczy nigdy się nie nudzą. Opowiadaj.
− O czym?
− Jak to o czym? – Angelica Pascal odłożyła na bok krzyżówkę i okulary. – Perez! To prawda, że jest na „zwolnieniu lekarskim”? – Kiedy Jordan pokiwał głową, potwierdzając plotki, roześmiała się serdecznie. – Ten człowiek zawsze był zdrowy jak ryba, on nigdy nie wziął dnia wolnego, kiedy mógł tego uniknąć. Widzę, że w końcu ktoś porządnie się za niego wziął.
− Mówią, że mama, ale wszyscy wiemy, że to nieprawda.
− Tak, Silvia nie jest z tych. Ktoś dał jej cynka, ale co z tego? Liczy się efekt końcowy. Och, ile bym dała, żeby zobaczyć upadek Dicka. Chyba wyślę kwiaty Palomie – dodała już nieco ciszej, bardziej do siebie. – Jordan, co ty robisz?
− Ja? Nic, tak tylko sprawdzam – mruknął, udając niewiniątko, kiedy przyłapała go, jak sięga po jej szpitalną kartę.
− Wszystko jest w porządku, zapewniam cię. Czuję się jak nowo narodzona. I było się tyle bać? Żadna klątwa nie istnieje. To wymysł ludzi, którzy nie mają argumentów dla swoich porażek. – Pani Pascal westchnęła ciężko. – Naprawdę, Jordanku, czuję się dobrze.
− Proszę tak do mnie nie mówić. Wie pani, że nienawidzę tego imienia. – Guzman skrzywił się, słysząc zdrobnienie z ust nauczycielki. Miał wrażenie, że robi to specjalnie.
– Zaraz będą tu moje przyjaciółki, Jordanku, więc jeśli nie chcesz słyszeć o romansach w sanatorium i trzeciej żonie pana Romualda, lepiej zmykaj.
− Już mnie nie ma – oświadczył, wstając na baczność, bo wolał nie narażać się na udrękę przebywania wśród jakichś emerytek. – Jest pani niesamowita, wie pani o tym? – zapytał ją na odchodnym, naśladując słowa, które ona sama wypowiedziała pod jego adresem jakiś czas temu w auli San Nicolas de los Garza.
− Wiem, wiem. Ty też. A teraz zmykaj.


Ostatnio zmieniony przez Maggie dnia 20:34:05 09-11-23, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5752
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 20:35:47 09-11-23    Temat postu:

CAPITULO 149 cz. 2


Przyspieszony tupot nóg na korytarzu zwiastował, że stało się coś niedobrego. Jordi nie musiał nawet pytać, o co chodzi, bo instynktownie to poczuł – ucisk w żołądku sprawił, że stopy same go poniosły do sali pooperacyjnej, na której leżała pani Angelica. Zespół pielęgniarek gromadził się wokół jej łóżka, a maszyna, do której była podpięta pacjentka zwariowała.
− Co jest? Dlaczego nic nie robicie?! – krzyknął, przestępując kilka kroków, patrząc prosto w bladą twarz nauczycielki, która leżała bez przytomności na łóżku, podczas gdy linia na monitorze stała się płaska.
Obie pielęgniarki spojrzały na niego z wypiekami na twarzy, jedna trzymała w dłoniach kartę. Pacjentka podpisała klauzulę o braku resuscytacji w razie takiej sytuacji, nie mogły nic zrobić.
− Odsuńcie się – warknął, zdejmując po drodze kitel i zniżając łóżko, by położyć pacjentkę na płasko.
− Nie wolni ci, nie jesteś lekarzem! Nie możesz… − Clementina urwała, kiedy Dolores złapała ją za rękę. – Idę po doktora – oświadczyła kobieta po porozumiewawczym spojrzeniu z koleżanką po fachu, ale Jordan już w ogóle nie zwracał na nie uwagi.
− Juareza już nie ma.
− Więc znajdę jakiegokolwiek!
Młody Guzman w tym czasie wskoczył na łóżko i przystąpił do masażu serca. W nosie miał to, że pani Angelica podpisała DNR, nie zamierzał pozwolić jej umrzeć, nie kolejnej bliskiej osobie, mentorce. Kontynuował tę reanimację sam nie wiedząc jak długo, ale bez żadnych rezultatów.
− No dalej − powtarzał sam do siebie, co jakiś czas zerkając na monitor, nie przerywając miarowych uciśnięć klatki piersiowej. Czuł, że kropelki potu zaczynają gromadzić się na jego czole i skroniach, ale było to najmniejsze z jego zmartwień.
− Co się dzieje? – Do sali wparował lekarz dyżurny w pośpiechu zerkając na kartę pacjentki, którą podstawiła mu pod nos Clementina, wprowadzając go do pomieszczenia.
− Pacjentka po wymianie zastawki, nie można reanimować – wyjaśniła Dolores Lozano, jakby to jeszcze nie było jasne.
Julian Vazquez omiótł bystrym spojrzeniem sytuację. Na łóżku pacjentki Jordan się nie poddawał, kontynuując masaż serca, jakby od tego zależało jego własne życie. Pediatra westchnął ciężko na widok napiętych mięśni pleców nastolatka.
− Jak długo to trwa? – zapytał spokojnym głosem, a Dolores zerknęła na zegarek.
− Dwadzieścia cztery minuty, doktorze – poinformowała i to Julianowi wystarczyło.
− Jordan, zejdź proszę. Odpuść. To już czas. – Położył mu rękę na mokrych od potu plecach, ale chłopak nic sobie z tego nie robił, nie przerywając czynności. – Jordan. Muszę to oznajmić.
Guzman tylko dyszał ciężko i skupił uwagę na monitorze. Teraz po jego twarzy pot już spływał, a policzki pokryły się rumieńcem. Poczuł jak dłoń z obrączką chwyta go za nadgarstki i odciąga od pacjentki. Był w szoku.
− Zostaw mnie… ja muszę… − Nie dał rady dokończyć.
− Czas zgonu: dwudziesta pierwsza dwadzieścia cztery – powiedział poważnym głosem pediatra, zerkając na zegarek.
Jordi zachwiał się na nogach, kiedy przypatrywał się, jak pielęgniarki odłączają pacjentkę od maszyny. Irytujący dźwięk monitora ucichł, a w pomieszczeniu słychać było tylko bzyczenie klimatyzatora i dyszenie nastolatka.
− To stanowczo za długo, wiesz o tym. Poza tym nie chciała tego, podpisała klauzulę.
− Jesteś beznadziejny, Vazquez. – Jordan pchnął lekarza na drzwi, by utorować sobie przejście, i wyszedł, nie oglądając się za siebie.
Wparował do pierwszego lepszego pomieszczenia, które pojawiło się na jego drodze. Ledwo widział, wszystko się rozmazywało. Znów to czuł. Ten ucisk w płucach, jakby się dusił. Ze złością zaczął uderzać pięścią o ścianę raz za razem, czując, że fragmenty tynku odłażą płatami razem z farbą, bo to skrzydło szpitalne od dawna potrzebowało remontu. Uderzał pięścią tak długo, aż w końcu pojawił się ból. Bardziej usłyszał niż zobaczył ruch w pokoju i po chwili poczuł, jak czyjeś silne ręce łapią go za przedramię.
− Zostaw… mnie – wyjąkał, odchodząc w drugą stronę i opierając dłonie na jakimś blacie, po drodze zbijając fiolkę, ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia.
Oddech stał się płytki i świszczący i znów czuł, jakby ktoś wbił mu w płuca milion małych lodowatych igieł. Ale ucisk w sercu był dużo gorszy. Mokra koszulka przylepiła mu się całkowicie do ciała i miał wrażenie, że widać pod nią, jak serce kołacze mu się w piersi, chcąc wyskoczyć na zewnatrz.
− Nie dotykaj mnie – warknął już bardziej stanowczo, kiedy poczuł dłoń lekarza na swoim ramieniu. Chciał się wyrwać, ale już nie miał siły.
Julian Vazquez zamknął go w szczelnym uścisku. Jordan się bronił i wyrywał, ale nawet jeśli normalnie był dość silny, teraz wszystkie kończyny odmawiały mu posłuszeństwa. Po jakimś czasie jego oddech w końcu zwolnił, a ciało stało się bardziej wiotkie, kiedy powoli dochodził do siebie. Ucisk zmniejszył napięcie mięśniowe i sprawił, że chłopak powoli zaczął się uspokajać. Zagrywka była ryzykowna, bo znając temperament Guzmana, mógł przyłożyć lekarzowi, ale na szczęście tego nie zrobił.
− Lepiej? – zapytał Vazquez, puszczając nastolatka, który w końcu się wyrwał i osunął się na podłogę, opierając się o szafę z lekami. Nadal ciężko oddychał a na jego twarzy widniały rumieńce.
− Przytulenie, serio? – Zadał to pytanie ochrypniętym głosem, nawet nie patrząc na lekarza. – Mogłem ci złamać rękę.
− Nie tak łatwo mnie połamać. Czytałem o tym kiedyś. Ucisk zmniejsza napięcie…
− …układu współczulnego, tak wiem. – Jordi wszedł mu w słowo. – Nie ściemniaj. Oglądałeś z żoną „Chirurgów”.
− To był atak paniki. Od jak dawna to trwa? – Vazquez przysiadł na krześle, przypatrując się z niepokojem młodemu stażyście, który dochodził do siebie.
− Od jakichś trzech lat – odpowiedział beznamiętnie, nie mając ochoty na zwierzenia, ale nie czując się też na siłach, by wymyślać wymówki. W tej chwili wszystko mu było jedno. – Spokojnie, pojawiają się głównie, gdy ktoś mocno mnie wkurzy albo ktoś kopnie w kalendarz. − Szczupłe dłonie nadal lekko się trzęsły, więc schował je między kolanami, żeby nie prowokować niewygodnych pytań. Zdarta skóra z dłoni zapiekła.
− Opatrzmy to – zaproponował Vazquez na widok krwi na ręce nastolatka, ale ten tylko pokręcił głową i przeszedł do kontrataku.
– Jak komuś o tym powiesz…
− Nie powiem. – Julian przerwał nastolatkowi i sam nie wierzył, że to mówi, ale poczuł, że Ingrid byłaby z niego dumna: − Ale ty powinieneś z kimś pogadać.
− Dzięki za radę, w tej okolicy nie ma już terapeutów, którzy jeszcze byliby skłonni mnie przyjąć, wszystkich odstraszyłem. Muszę zobaczyć jej kartę – oświadczył nagle, wstając do pionu tak gwałtownie, że Julian się zaniepokoił.
− Nigdzie nie idziesz. Właśnie skończyłem dyżur, zaraz odwiozę cię do domu.
− Nie, muszę zobaczyć jej kartę. Nie pozwoliła mi. Na pewno coś sknocili. – Jordan mówił bardziej do siebie niż do lekarza, jedną rękę już miał na klamce od pomieszczenia. – Kiedy byłem u niej po zabiegu, czuła się dobrze. Później tylko lekko bolała ją głowa. Może to tętniak? Nie, to nie ma sensu, na pewno nie drugi raz…
− Jaki drugi raz? Jordan, przerażasz mnie. – Vazquez stanął koło drzwi i położył na nich dłoń, by udaremnić nastolatkowi wyjście i zrobienie czegoś głupiego.
− To musiał być zakrzep, to na pewno to. Nie podali heparyny? Zapomnieli? – Rzucał pytaniami, ale nie oczekiwał odpowiedzi. – Muszę zobaczyć jej kartę. I porozmawiać z Del Bosque. Jestem pewien, że to jego wina.
− Del Bosque? A co to ma niby wspólnego z anestezjologiem? – Julian zmarszczył czoło, obserwując uważnie wypieki na twarzy nastolatka. Takim jeszcze go nie widział. – Zresztą nieważne. Weź prysznic, ochłoń trochę i zaraz odwiozę cię do domu.
− Nie, muszę pogadać z tym sukinsynem. Wiem, że ponosi winę. Był kompletnie pijany, nie powinien podchodzić do pacjentów.
− O czym ty mówisz? – Vazquez wyszedł za nim na korytarz, bo Jordi w amoku zdołał się przedrzeć pod jego ramieniem i już kroczył szybkim krokiem w stronę gabinetu doktora Matiasa Del Bosque.
− Twierdził, że oblał go jakiś pijak na izbie przyjęć, ale wiem, że to nieprawda, Julian, wiem to. Nie jestem szalony. – Odwrócił się gwałtownie tak, że Vazquez wpadł na niego i niemal zderzyli się czołami. Jordi desperacko potrzebował, żeby ktoś mu uwierzył. W jego oczach dało się dostrzec błaganie. – Nie oszalałem, nie jestem stuknięty.
− Oczywiście, że nie jesteś, spokojnie. – Julian położył mu dłoń na ramieniu, teraz przerażając się nie na żarty. Na szczęście korytarz skrzydła kardiologicznego był opustoszały, więc nikt nie był świadkiem tej sceny. – Sprawdzę to, daję ci moje słowo.
− On pił tamtego dnia. Pił też na pewno w dniu operacji doni Angelici. Coś pomieszał, a ja coś przeoczyłem… − Jordan przeczesał mokre od potu włosy, czując się totalnie bezsilny.
Umarła kolejna bliska mu osoba. Umarła nagle, bez ostrzeżenia. Jeśli to nie była klątwa, a Bóg istniał… Jordan nie miał pojęcia, dlaczego w takim razie tak go nienawidził.

***

Furtka do ogrodu Guzmanów zatrzeszczała złowieszczo, a zaraz potem tupot psich łap rozległ się na chodniku prowadzącym do schodów frontowych.
− Słyszałam o pani Angelice. Lubiłam ją, zawsze przynosiła mi nasiona do ogródka. Przykro mi, że umarła. – Ella przysiadła na schodkach obok Jordana, który obracał w dłoniach piłkę do koszykówki, beznamiętnie się w nią wgapiając i odtwarzając w głowie całą kartę szpitalną pani Pascal. Coś musiał przeoczyć.
− Dzięki – odpowiedział z lekkim uśmiechem, bo dziewczynka miała niesłychany dar uspokajania. Kiedy położyła mu małą dłoń na ramieniu, poczuł, że część napięcia z niego schodzi, prawie tak jak po eksperymencie doktora Juliana.
− Jak chcesz, to pożyczę ci na noc Syriusza. Jest świetnym słuchaczem i obrońcą. Odgoni złe sny – powiedziała, drapiąc za uszami czarnego labradora, który przysiadł przy jej stopach i wpatrywał się w Guzmana smutnymi ciemnymi oczami, które w tym momencie łudząco przypominały oczy samego Jordana. Pies zdawał się rozumieć dużo więcej, niż mogłoby się wydawać.
− Nie, dzięki. Tobie przyda się bardziej. Poza tym i tak nie zasnę. A moja mama ma alergię na psy. – Miał ochotę się roześmiać. To był długi i ciężki wieczór, a świadomość, że nawet tak trywialna rzecz jak posiadanie psa nigdy nie wchodziła w grę w jego rodzinnym domu napawała go irytacją. – Wracaj do domu, El. Ja chyba pójdę się przejść.
− Tylko uważaj na siebie, tutaj nie jest ostatnio bezpiecznie. – Ella rzuciła na odchodnym i pomachała mu ręką na dobranoc, zmierzając z Syriuszem u boku z powrotem do domu.
Nie było bezpiecznie, nigdzie nie było. Nawet szpital, do którego ludzie trafiali, żeby wydobrzeć, był miejscem, z którego można było już nigdy nie wrócić. Jordan miał ochotę coś rozwalić, najlepiej gębę Matiasa Del Bosque, ale obiecał Julianowi, że nie będzie robił głupot i poczeka na wyjaśnienia i wyniki autopsji. Desperacko potrzebował obwinić anestezjologa lub samego doktora Juareza, kogokolwiek, żeby pozbyć się tych okropnych wyrzutów sumienia, które nie odstępowały go ani na krok. To zabawne, ale zawsze mówiono mu, że kiedy sumienie daje o sobie znać, czuć palenie w żołądku, jakby ogień trawił ci wnętrzności. U niego było wręcz odwrotnie – czuł niewyobrażalny chłód, jakby wielka bryła lodu osiadła mu na płucach, mrożąc wszystko wokół i nie pozwalając oddychać. W tej chwili było mu już wszystko jedno. Godzina była późna, ale nie dbał o to. Na parkingu przed budynkiem, w którym mieszkał Ivan stało jego auto i przykryty plandeką motocykl, ten sam, który Molina skonfiskował mu na krótko po tym, jak Guzmanowie wrócili do miasteczka. Mógł go trzymać na policyjnym parkingu, ale szeryf zawsze naginał zasady, a Jordanowi było to akurat na rękę. Odkrył sprzęt zamaszystym gestem, przypominając iluzjonistę robiącego magiczne sztuczki, a w powietrze wzbiła się chmura pyłu, przez co rozkaszlał się strasznie, psując efekt. Dobrze, że nie miał widowni.
− Dlaczego kradniesz motor Ivana?
A jednak miał publiczność. Veda Balmaceda stała przed nim w krótkiej satynowej piżamie, na której widok dostał gęsiej skórki. Może to z nim było coś nie tak, że odczuwał takie zimno, może w rzeczywistości noc mieli parną jak na listopad. Sam już nie wiedział.
− Nie kradnę, tylko odbieram swoją własność. To mój motor. Dlaczego nie śpisz? – zapytał beznamiętnie, okrążając motor i sadowiąc się na nim wygodnie.
− Widziałam cię na monitoringu, więc przyszłam – oświadczyła, z ciekawością patrząc, jak nastolatek wyciąga z kieszeni kluczyk i wkłada go do stacyjki.
− Od kiedy Ivan ma zamontowane kamery przy parkingu? Zawsze był na bakier z technologią – zauważył, a ona tylko wzruszyła ramionami, bo nie miała pojęcia.
− Dokąd jedziesz?
− Nie wiem – przyznał zgodnie z prawdą, bo nie interesował go cel podróży. Mówiąc całkiem szczerze, chętnie wyjechałby daleko, jak najdalej od tego miejsca, ale wiedział, że to niemożliwe. – Odsuń się.
− Jadę z tobą. Ivan cię zabiję, jak się gdzieś rozbijesz.
− Zabije mnie, jak wezmę cię na motor i się gdzieś rozbijemy razem. Spadaj.
− Co ci się stało w rękę? – zapytała, wskazując jego prawą dłoń. Kostki były obdrapane do krwi, od kiedy walił pięścią w ścianę bez opamiętania.
− To nic takiego.
− Nigdy nie jechałam na motorze – oświadczyła nagle, patrząc na niego tymi wielkimi ciemnymi sowimi oczami.
− Nie wsiądziesz w takim stroju. Poza tym nie dasz rady się utrzymać na tych chudych nóżkach.
− Pójdę się przebrać – oznajmiła, jakby to załatwiało sprawę i postawiła go przed faktem dokonanym. – Nie odjechałeś – zdziwiła się, kiedy kilka minut później wróciła w dresie i bluzie z kapturem łudząco przypominającej jego własną, której nie kazał jej oddawać.
− Przecież miałem czekać.
− Ale myślałam, że odjedziesz.
− Ja też. Nie obudziłaś Ivana?
− Ivana nie ma w domu – poinformowała go, a on zmarszczył nos. Jego auto stało na parkingu, więc gdzie wybył o tej godzinie? Nie było sensu się zastanawiać. – Proszę – podała mu haftowaną chusteczkę. – Owiń nią rękę.
Miał zamiar ją wyśmiać, ale widząc jej spojrzenie, dał za wygraną i zawiązał chusteczkę na dłoni.
– Zadowolona? Możesz już wsiadać? Nie mam całej nocy. – Poklepał miejsce za sobą, a ona wgramoliła się za nim, nie bez trudności zakładając po drodze kask. Wywrócił oczami i pomógł jej zadbać o bezpieczeństwo, po czym sam założył swój i odpalił silnik. Kiedy dziewczyna za długo się wierciła, szukając odpowiedniej pozycji, chwycił zniecierpliwiony jej przedramiona i zaplótł je sobie na brzuchu, nakazując jej mocno się trzymać jego czarnej bluzy i zaprzeć się nogami.
Nie jechał szybko, nigdy się nie spieszył, chyba że w pobliżu akurat był patrol policji. Ot, taki dreszczyk adrenaliny i mała prowokacja. Ulice Pueblo de Luz były o tej porze puste, a drogi wokół miasteczka niespecjalnie tętniły życiem. Jechał przed siebie, właściwie nie wiedząc dokąd. Upewniał się tylko co chwilę, czy aby na pewno Veda nie zemdlała mu z tyłu ze strachu, ale jej mocno zaciśnięte palce przyciśnięte do jego mięśni brzucha dawały mu jasno do zrozumienia, że wzięła sobie do serca jego radę.
− Gdzie jesteśmy? – zapytała, kiedy w końcu zatrzymał motor i zgasił silnik, zdejmując hełm i machając głową, by rozprostować włosy jak pies po deszczu. – W lesie?
− To ziemie mojego dziadka – wyjaśnił, idąc do przodu i znikając między drzewami. Musiała przyspieszyć, by dotrzymać mu kroku.
− Tego brzydkiego pana, którego postrzeliłeś w zadek na polowaniu?
− Tak, jego – odpowiedział ze śmiechem, odgarniając kilka gałęzi, by mogła przejść bez przeszkód. – Ale kiedyś należały do drugiego dziadka − tego fajnego, Leopoldo. Sprzedał mu je.
− Kiedyś i tak będą twoje, prawda?
− Może. Ale nie chcę ich dla siebie.
− Dlaczego?
− Czy ja ci wyglądam na rolnika? – Powrócił do swojego dawnego tonu, prychając lekko, jakby nie dowierzał, że ktoś mógłby się tak okrutnie pomylić. Poprowadził ją kawałek dalej, aż dotarli do punktu, skąd rozciągał się widok na mieniące się w świetle księżyca jezioro Pueblo de Luz z góry. – Nie zamierzam tu zostawać. Po osiemnastych urodzinach znikam stąd raz na zawsze.
− Musisz naprawdę nie lubić roli.
− Nienawidzę tego miejsca.
− Często tu przychodzisz.
Nie musiała pytać, bo jej bystre oczy omiotły tę miejscówkę i od razu widziała wydeptane ślady na trawie tam, gdzie nastolatek pewnie przesiadywał godzinami, gapiąc się w niebo albo na krajobraz. Był to idealny punkt widokowy. To ziemia prywatna, niewiele osób wiedziało o tym zakątku i była to jego samotnia. Nieopodal stała stara drewniana altanka, pod którą znajdowały się dwie ławeczki. Jordan poszedł w tamtą stronę i ze skrytki w jednej z nich wyciągnął skrzyneczkę, w której znajdował się futerał na skrzypce.
− Chcesz posłuchać? – zapytał, nawet na nią nie patrząc, tylko gładząc skrzypce Valentina, zastanawiając się dlaczego to wszystko go spotyka.
− Dziś nie grasz dla zmarłych?
− Nigdy nie gram dla zmarłych. Zmarli nie słyszą.
− Więc po co grasz na cmentarzu?
− Nie wiem – odparł, wzruszając ramionami. – Zmarli mnie przerażają, ale wolę ich, bo żywych nienawidzę.
− Nieprawda, kochasz mamę i tatę, nawet jeśli się z nimi nie dogadujesz. Kochasz siostrę, Ivana, nawet Felixa…
− Przerwę ci – nienawidzę większości osób, okej?
− Nawet mnie?
− Ciebie ledwo znam.
− Ale mnie nienawidzisz.
− Nienawidzę twojego ojca – sprostował zgodnie z prawdą, wracając do niej na polankę i stając pod drzewem. – Ty też go chyba nie kochasz, prawda?
− Nie wydaje mi się. – Przed oczami stanął jej groźny mężczyzna, który krzywdził jej mamę i który skrzywdził ją, a prawdopodobnie także panią Victorię de Reverte. − Byłeś kiedyś zakochany? – wypaliła nagle, sprawiając, że oderwał wzrok od skrzypiec skonsternowany tym nagłym pytaniem.
− To nie jest kącik zwierzeń, Bambi – warknął, udając, że bardzo interesuje go struna w instrumencie.
− Nigdy nic o sobie nie mówisz. Nie lubisz rozmawiać na intymne tematy.
− A kto lubi? – Wywrócił oczami, czując, że powraca lekka irytacja. Może tego mu było trzeba, żeby pozbyć się tej okropnej bryły lodu z wnętrzności.
− A więc byłeś? – dopytała, kiedy myślał, że już zapomniała o temacie i przeskoczy na kolejny niewygodny tor. Ona jednak uczepiła się usilnie intymnych spraw sercowych. – Bo chyba nie jesteś prawiczkiem?
− Chyba już ustaliliśmy, że seks i miłość nie muszą iść ze sobą w parze – przypomniał jej ich rozmowę w mieszkaniu Ivana, po której jedli burgery.
− Migasz się od odpowiedzi. Zawsze tak robisz i myślisz, że rozmówca zapomni, o co pytał, jeśli ubierzesz słowa w sarkastyczną otoczkę i odwrócisz kota ogonem. Boisz się o tym mówić, wstydzisz się.
− A żebyś wiedziała, Bambi. To nie jest komfortowe zwierzać się z takich rzeczy.
− Dlaczego? Przecież jesteśmy przyjaciółmi.
− Co, kto ci tak powiedział? – Poczuł się lekko skonsternowany tym stwierdzeniem.
− Ivan.
− Powiem ci coś, Bambi – nie chcesz być moją przyjaciółką. – Jordan przyjrzał się skrzypcom, jakby oceniał ich stan, ale tak naprawdę myślał w tej chwili tylko o pani Angelice. Ona też była jego przyjaciółką. I nie żyła.
− Może chcę. – Veda zmarszczyła lekko nos, czując, że chłopak naprawdę celowo miesza jej w głowie i odtrąca wszystkich wokół. To samo robił z Felixem.
− Nie chcesz. Ja nie miewam przyjaciół – oświadczył i dopiero teraz na nią spojrzał. W świetle gwiazd i księżyca, jego ciemne oczy zabłyszczały dziwacznie, kiedy to mówił. Jakby ją ostrzegał. – Moi przyjaciele umierają. A ty chyba lubisz swoje życie, co?
− Lubię mieszkanie u Ivana i lubię kiedy mama się uśmiecha. Lubię, jak czytasz mi Annę Kareninę. I lubię jak Anita mówi mi, że ładnie gram na wiolonczeli. Ale nie lubię Jose i nie podoba mi się, że JJa już nie ma. Nie lubię tego, że dziewczyny w szkole nazywają mnie zdzirą i nie wiem dlaczego. Skoro uprawiałam seks tylko raz w życiu i mi się nie spodobało. Czy Sara ma rację? Jeśli mi się nie podobało, to znaczy, że on nie wiedział, jak to robić poprawnie?
− Cóż… − Jordan usiadł obok niej, bo temat był na tyle poważny, że nie bardzo wiedział, co jej odpowiedzieć. Nie chciał, żeby Elena Balmaceda robiła później wyrzuty Silvii, że bałamuci jej córkę i opowiada jej niestworzone rzeczy na temat współżycia. – Może gdyby był bardziej delikatny… ale lekki dyskomfort nie jest niczym nienaturalnym. Powinnaś bardziej uważać na lekcjach wychowania do życia w rodzinie. A nie, Perez je wycofał – dodał, kiedy zdał sobie z tego sprawę.
On sam miał wątpliwą przyjemność uczestniczyć w takich otwierających oczy zajęciach z Astrid Vegą, kiedy jeszcze był w podstawówce. Trauma zakładania prezerwatyw na banany i ogórki pod czujnym okiem własnej kuzynki pozostała do dzisiaj. Na szczęście nigdy nie był pruderyjny i szybko załapał wiele rzeczy. Miał też starszego brata i oglądał sporo filmów, czytał książki. Edukacja przede wszystkim.
− Nie chodzi o dyskomfort, tylko ból – sprostowała Veda, kiedy już myślał, że ucięli ten temat. – To zawsze boli?
− Nie powinno, jeśli odpowiednio się do tego przygotujesz. Nie mieliście gry wstępnej? – zapytał, trochę zdziwiony, a trochę wkurzony. Nie wyobrażał sobie zabrać dziewczyny do łóżka i myśleć tylko o sobie, w ogóle się nie przejmując, czy druga strona źle się z tym czuje. To powinna być wspólna decyzja i zawsze wydawało mu się, że to dziewczyna musi przede wszystkim czuć się bezpiecznie.
− Nie wiedziałam, że to potrzebne.
− Powiedziałaś mu, że cię boli? Nie zareagował na to?
− Myślałam, że tak ma być.
− W takim razie nic dziwnego. Nie trzeba być zakochanym, żeby uprawiać z kimś seks, ale powinno się tej osobie chociaż ufać na tyle, żeby wyrazić swoje obawy. – Jordan zerknął na Vedę, jakby chciał się upewnić, czy odpowiedź ją usatysfakcjonowała, ale widocznie miała jeszcze mnóstwo pytań.
− Czy chłopców też boli za pierwszym razem?
Roześmiał się. Nie planował tego, ale tak właśnie wyszło. Zmrużyła oczy i zrobiła krzywą minę, sądząc, że się z niej nabija, więc szybko pokręcił głową, żeby źle go nie zrozumiała.
− Ból był ostatnią rzeczą, o której myślałem. To była raczej wszechogarniająca panika, że się zbłaźnię.
− I jak, zbłaźniłeś się?
− Nie wiem, może. – Guzman wzruszył ramionami. – Nawet jeśli, to mi tego nie powiedziała. Mówiła, że było jej dobrze. Sam nie wiem, to się po prostu czuje.
− Więc byłeś zakochany?
− Powiem raz jeszcze, Bambi. – Jordan wstał z miejsca i otrzepał brudne od trawy spodnie dresowe. – Seks i miłość to dwie różne sprawy.
− Znów się wzbraniasz od odpowiedzi – zauważyła i pewnie gdyby jej lepiej nie znał, pomyślałby, że zaraz zacznie się z niego naigrywać. Ale Veda taka nie była. Waliła prosto z mostu, ale nie naśmiewała się z innych.
− Miłość nie istnieje, Bambi. To tylko chemia. Zwykła reakcja chemiczna w twoim mózgu. Wymysł ludzi, którzy jakoś chcą usprawiedliwić swoją chorą fascynację drugim człowiekiem. – Uśmiechnął się półgębkiem, opierając sobie skrzypce na ramieniu.
− Nie wierzysz w miłość? – Uniosła brwi, czując, że ściemnia.
− Wierzę w naukę.
− Bujda na resorach – oskarżyła go, patrząc na niego z dołu i doskonale wiedząc, że nie mówi jej wszystkiego. Był romantykiem, wiedziała to. Jego piosenki do musicalu, które dał Felixowi, mogły być pozbawione głębi duchowej i traktować tylko o fizycznej przyjemności, ale widziała, jak czytał Annę Kareninę. Nie było mowy o pomyłce.
− Nie cierpię większości żywych, ale mogę zrobić wyjątek i zagrać dla ciebie, jeśli chcesz. Więc jak będzie? Będziemy prowadzić dalej tę niezręczną konwersację, czy mogę już zacząć grać? – zapytał, patrząc się na nią wyczekująco, a ona tylko pokiwała głową, dając mu przyzwolenie.
− Bardzo bym chciała posłuchać. Jeszcze cię nie słyszałam na żywo.
Nie wiedział, czy to prawda, pewnie tak było. Niewiele osób dostąpiło tego zaszczytu, jak musiał przyznać w swojej własnej głowie. Rzadko grywał przy ludziach, w ostatnich latach praktycznie wcale. Oparł brodę na instrumencie, zamknął oczy i zaczął grać melodię, a Veda słuchała w skupieniu, podczas gdy jej palce nieświadomie same się poruszały, jakby grała na niewidzialnej wiolonczeli. Kiedy skończył, zaklaskała kilka razy, wyrywając go z zadumy.
− Bardzo ładne. Ale nie pasuje do ogólnego nastroju musicalu. Jest za smutne – stwierdziła, myśląc już przyszłościowo i w głowie przerabiając nuty.
− To nie do przedstawienia, tylko na pogrzeb.
− Pogrzeb?
− Tak, Vedo. – Odłożył skrzypce z powrotem do futerału, traktując je, jakby były jego największym skarbem, mimo że były już stare i podrapane, ale takie je lubił. − Powiedziałem ci, że moi przyjaciele umierają. A ja jedyne co mogę dla nich zrobić, to grać im na cmentarzu. Nie pozostaje mi nic innego.

***

„Lekkomyślny”, „totalnie nieodpowiedzialny”, „brak wyobraźni” – był przyzwyczajony do takich słów, ale na pewno nie ze strony Ivana Moliny. Nie pierwszy raz wykradał się z domu i włóczył w nocy po okolicy i dawny wujek pewnie by go krył, ale nie ten obecny, w którym odezwał się jakiś dziwny instynkt rodzicielski.
− Masz pojecie, co czuła Elena, kiedy się obudziła i zobaczyła, że Vedy nie ma? Była roztrzęsiona. – Mówił Ivan, nie dając bratankowi Debory dojść do głosu. – Wiesz, jak niebezpiecznie jest w okolicy? Że też przyszło ci do głowy kraść motor i zabierać ze sobą Vedę nie wiadomo gdzie. Coś mogło jej się stać. Po okolicy grasują przestępcy…
− Nic się nie stało. Przecież była ze mną – oświadczył dobitnie Jordi, kiedy już udało mu się znaleźć lukę w wypowiedzi Moliny i dojść do słowa. – Przesadzasz. Myślisz, że ktoś by ją napadł i zgwałcił? Myślisz, że bym uciekł ze strachu i ją zostawił czy jak?
− To zupełnie nie o to chodzi, Jordan. – Molina przymknął oczy, czując, że chłopak kompletnie nie rozumie jego złości. – Tak nie można. Wiesz, że Veda jest inna, to po prostu nie przystoi. Elena odchodziła od zmysłów.
− Nie chciałem zabierać Vedy, sama się wprosiła. Przecież ją znasz, jest trochę uparta. – Guzman wzruszył ramionami. Ostatecznie nie czuł się ani trochę winny, kiedy odstawił Vedę całą i zdrową, choć trochę zmęczoną, pod osłoną nocy pod mieszkanie Moliny. – A jeśli tak się martwisz o bezpieczeństwo swoich kobiet, to może powinieneś przy nich czuwać, a nie szlajać się gdzieś po nocach – dodał złośliwie ciekaw, jaka będzie wymówka szeryfa.
− Moich kobiet, co ty chrzanisz? – Molina podparł się pod boki. Miał na sobie wyjściowe ubranie i ulubioną kurtkę z brązowej skóry i jasne było, że dopiero co wrócił do domu. – To co robię w czasie wolnym to nie twoja sprawa.
− To co ja robię też nie powinno ciebie interesować. Dawny Ivan pewnie nawet by mi przyklasnął. Spokojnie, nie zabrałem jej na schadzkę w środku nocy, jeśli o to się martwisz.
− Wiem, że nie, Jordan, ale to nie o to chodzi. – Ivan miał ochotę potrząsnąć chłopakiem, który czasami wydawał mu się po prostu zbyt bezczelny, by można było do niego normalnie dotrzeć. – Skonfiskowałem ci ten motor, pamiętasz? Mogliście się gdzieś rozbić, połamać karki…
− Myślisz, że szarżowałbym z Vedą za plecami? Jeśli tak, to wcale mnie nie znasz. – Nie dał tego po sobie poznać, ale prawdą było, że trochę ubodły go słowa Moliny. Miał nadzieję, że wie, że nigdy świadomie nie naraziłby nikogo na niebezpieczeństwo. – Poza tym jeżdżę lepiej od ciebie.
− Ha! Dobre sobie. – Ivan udał, że ociera łzy śmiechu z kącików oczu.
− Już zapomniałeś, jak uczyłeś mnie jeździć autem? Przejeżdżałeś na wszystkich czerwonych światłach.
− Ja jestem szeryfem, mi wolno wszystko. Poza tym do tego potrzeba wprawy.
− Tak, dopóki nie zjawi się drugi taki pirat na ulicy. Katastrofa murowana. – Jordi wywrócił oczami. Ostatnio czuł, że niedługo dostanie od tego wszystkiego zeza, ale nic nie mógł poradzić, że ręce mu opadały po rozmowach ze znajomymi, z których żaden nie myślał ostatnio racjonalnie.
− Nie rób tego więcej, Jordan. Mówię poważnie, one za dużo przeszły, nie można im serwować takich wrażeń.
− Nie zamierzam. A ty, Ivan, przestań się zachowywać, jakby Gracie wróciła.
Molina poczuł się tak, jakby dzieciak walnął go w twarz. Spiął się cały i wytrzeszczył oczy, wpatrując się w młodego, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Jordi lekko się zmieszał, bo nie chciał, żeby tak to zabrzmiało, ale tak właśnie czuł.
− Veda nie jest twoją córką, Ivan. O to mi chodzi.
− Masz mnie za kretyna? – Molina ponownie podparł się pod boki, żałując że nie ma za pasem broni, która nieco by ostudziła temperament Guzmana. – Wcale nie traktuję jej jak… nie mówię, że jest… Co ci się stało w rękę? – zapytał, jakby na siłę próbował znaleźć temat zastępczy, a nastolatek przyjrzał się bez zainteresowania swojej prawej dłoni owiniętej haftowaną chusteczką Vedy.
− Pani Angelica Pascal nie żyje – poinformował go Jordan, jakby to była odpowiedź na jego pytanie. Mimo że nie miało to sensu, wiedział, że Ivan zrozumie, dlaczego tej nocy zachował się lekkomyślnie. Potrzebował tego.
− Przykro mi. – Szeryf zmienił ton głosu, bo doskonale wiedział, ile ta kobieta znaczyła dla młodego. Sam również bardzo lubił nauczycielkę historii, jej lekcje zawsze należały do jego ulubionych, mimo że nigdy nie miał humanistycznego umysłu. – Kiedy pogrzeb?
− Jak tylko autopsja udowodni, że zabił ją Matias Del Bosque. Więc lepiej poleruj odznakę, Ivan, bo będę cię potrzebował, żebyś go aresztował. – W oczach Jordana pojawiła się prawdziwa determinacja. Dawno go takim nie widział.
− Dlaczego oskarżasz losowe osoby?
− Losowe? Ten konował maczał w tym palce, wiem to na pewno. Poza tym, to chyba znajomy twojego starego, nie? – Guzman prychnął, czekając, aż Ivan skojarzy fakty.
− Stary Del Bosque był konsultantem w policji lata temu. I tak, mój ojciec spotykał się z nim na brydża i co z tego?
− To z tego, że Antonio to pieprzony alkoholik, ale przynajmniej został zwolniony dyscyplinarnie. Matias chodzi sobie bezkarnie po szpitalu, śmierdząc gorzałą na odległość i nikt nie reaguje.
Ivan zwrócił uwagę, że oddech nastolatka stał się płytki, a z oczu niemal poleciały iskry. W kieszeni ściskał automatycznie kluczyk od motoru.
− W porządku, poczekamy na wyniki autopsji – zapewnił go, chcąc uspokoić, bo miał wrażenie, że dzieciak może zaraz wybuchnąć.
− Odzyskam motor? – wypalił Guzman, kiedy szeryf odprowadził go do drzwi wyjściowych swojego mieszkania.
− Niedoczekanie. Wcześniej się wahałem, ale po dzisiejszym wybryku już nie masz na to najmniejszych szans.
− Ale…
− Dobranoc, Jordan.


Ostatnio zmieniony przez Maggie dnia 20:36:46 09-11-23, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5752
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 13:22:12 12-11-23    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 150 cz. 1
BASTY/FABIAN/SILVIA/IVAN/JORDAN/MARCUS/CAMILO/ŁUCZNIK


Ten jeden jedyny raz na posterunku policji w Pueblo de Luz było wyjątkowo spokojnie. Może ponura atmosfera po śmierci doni Angelici wszystkim się udzieliła, ale jasne było, że jego koledzy czuli się zrezygnowani. Funkcjonariusze zdawali się być bezsilni wobec zbrodni i nieszczęść, które przytrafiały się w okolicy i doszło do tego, że mieszkańcy nie czuli się już tutaj bezpiecznie. Wielu uważało, że policja traci czas, szukając zamaskowanego Łucznika, który jako jedyny bierze sprawy w swoje ręce i wykonuje robotę szeryfa. Natomiast Basty był zdania, że łamanie prawa, nieważne w jak słusznej sprawie, zawsze niesie ze sobą konsekwencje. I chociaż sam po części zgadzał się z El Arquero, uważał, że ten czasem po prostu przekracza pewną granicę.
– Masz coś dla mnie? – zapytał z nadzieją swoją przyjaciółkę ze szkoły i koleżankę po fachu, Ursulę Duarte. Potrzebował się czymś zająć, bo ta nagła cisza na posterunku trochę go przerastała.
– Daniel Haller został odwieziony do zakładu zamkniętego w Monterrey na badania. Nic nie chciał powiedzieć. Czymkolwiek był nafaszerowany, musiało mu to bardzo wsiąść na psychę. – Ursula poinformowała go, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że jej ton był niegrzeczny. – Wybacz, zamieniam się chyba w moją córkę.
– Daj spokój, czasami łapię się na tym, że zapominam normalnych słów, bo dzieciaki w domu wciąż raczą mnie jakimś slangiem, a Leticia po szkole nie może się odzwyczaić i też przynosi dziwne zwroty. – Sebastian uśmiechnął się pocieszająco. – Coś jeszcze? Jakieś wieści o Łuczniku? Od czasu El Paraiso milczy jak zaklęty. Czyżby zapadł się pod ziemię, czy po prostu nie może strzelać bez swoich soczewek?
– Właściwie to… – Ursula się zawahała, zagryzając od środka policzek. Nie uszło uwadze zastępcy szeryfa, że przykryła jakieś dokumenty inną teczką.
– Ursulo, czego mi nie mówisz? – Spojrzał na nią zachęcająco, ale kobieta nie była przekonana. – Wiem, że jesteś fanką Łucznika, ale jeśli przekroczył granicę, to chyba powinniśmy o tym wiedzieć?
– Mam pewną teorię, ale pewnie uznasz, że nie jest warta uwagi. – Duarte włożyła ręce do kieszeni dżinsów. Ostatnio nie czuła się dobrze, nosząc mundur, nie przynosił jej już dumy tak jak kiedyś. – Myślę, że Łucznik ma zatarg z Fernandem Barosso.
– A kto nie ma? – Basty lekko się uśmiechnął. Na jego twarzy malowała się ulga po słowach przyjaciółki, bo już przeczuwał, że stało się coś niedobrego.
– Chodzi o to, co wydarzyło się na pogrzebie Gilberta. Od miesiąca się nad tym zastanawiam i robię listę ludzi, którzy mogliby chcieć mu dopiec.
– Zajęło ci to tylko miesiąc? Spisanie wszystkich wrogów burmistrza Valle de Sombras to robota na co najmniej rok. – Castellano szybko umilkł, kiedy zobaczył zniecierpliwiony błysk w oku policjantki, która, choć nie chciała początkowo tego zdradzać, teraz wolała, by jej przerywano.
– Tak jak mówiłeś, na pogrzebie Gilberta, kiedy pojawił się Strzelec, nie było cytatu, nie było żadnych konkretów, tylko atak. I to w dodatku przy ludziach. Łucznik nie miał najmniejszych dowodów na nielegalne działania Fernanda, nawet na to, że ustawił przetarg na budowę mostu, więc musiało tam chodzić o coś innego. Prywatne niesnaski. Łucznik po prostu stracił kontrolę, chciał, żeby Fernanda zabolało. Chciał go nastraszyć albo lekko poturbować. Dlatego też dał się uchwycić na kamerach, ten jeden jedyny raz. Po prostu nie pilnował się.
– Nie zgodzę się z tobą, Ursulo. Według mnie to dwie różne osoby, dwie różne sytuacje. Wcześniejsze ataki Łucznika były wyważone, zaplanowane, a ten jeden konkretny to było działanie w afekcie.
– Może. Ale mam własną teorię. – Ursula zagryzła wargę, zastanawiając się, czy jej nie wyśmieje. – Wydaje mi się, że wiem, kto może chować taką urazę do Fernanda Barosso. Co jeśli ci powiem, że od jakiegoś czasu Theo Serratos jest w okolicy, a Teresa bardzo wygodnie zataiła ten fakt przed wszystkimi? Chroni albo oboje dzieci albo jedno z nich, tego akurat jestem pewna.
– Niby po co miałaby to robić? – Basty dał za wygraną i przestał negować te pomysły, ale czuł, że Ursula dała się ponieść fantazji. – Teresa Serratos była naszą konsultantką po ataku Łucznika na El Tesoro, sporo się od niej dowiedzieliśmy. Nie wydaje mi się, żeby nas oszukała.
– Może nie kłamała, ale na pewno nie powiedziała wszystkiego. Theo od dawna ma urazę do policji. Uważa, że to miasteczko okrutnie potraktowało jego ojca. W końcu po samobójstwie Ulisesa wyszły na jaw machlojki i różne dziwne interesy. Myślę, że chce przywrócić dobre imię ojcu. Nie bez powodu składał pozwy o zniesławienie. I myślę, że chce obwinić o całą sprawę Fernanda. Mówiąc szczerze, wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby Barosso wystawił Serratosa i przyczynił się do tego, że facet już nie wytrzymał presji i się zastrzelił. Nie od dziś wiadomo, że Fernando nie przywiązuje się za bardzo do swoich przyjaciół.
– To burzy moje dotychczasowe przemyślenia. Muszę się z tym przespać. – Basty przetarł twarz dłonią, czując, że to za dużo jak na jeden raz.
– Nie wszystko można zawsze racjonalnie wytłumaczyć, Basty.
Cóż, z tym nie mógł się zgodzić. Zawsze był rozsądnym człowiekiem, który polegał na faktach, a nie na domysłach. Ostatnie miesiące w Pueblo de Luz nauczyły go jednak, że czasami nic już nie było takie, jak mogłoby się wydawać.

***

Po akcji w El Paraiso Łucznik nieco się uspokoił, przestał się wychylać, a Silvia Olmedo wiedziała, że żałuje tamtego momentu słabości. Nie zamierzał pomagać przestępcom i na pewno jego duma na tym ucierpiała. To prawda, aresztowano dwóch kryminalistów, ale El Arquero nie był zadowolony – w ciągu tego krótkiego czasu współpracy z zamaskowanym strzelcem dziennikarka zdążyła domyślić się chociaż tego. Miał bardzo rozwinięty kręgosłup moralny i chociaż jego metody same w sobie nie były zgodne z prawem, to starał się robić wszystko tak, by nikogo nie krzywdzić. Problem w tym, że w Pueblo de Luz i Valle de Sombras graniczyło to niemal z cudem.
– Zawiodłam się na tobie. – Silvia tym razem już na niego czekała i kiedy pojawił się na parapecie jej gabinetu w redakcji, odwróciła się w jego stronę na obrotowym krześle, jakby chciała go onieśmielić. – Kiedy pokazywałam ci akta Pereza, liczyłam, że to jego zastraszysz, a nie jego ofiarę. Co takiego zrobiła ci Araceli Falcon? Ta dziewczyna przeżyła piekło.
– A co z innymi? Tymi, którzy przeżyli piekło, bo Perez nie został oskarżony i aresztowany w porę? – W głosie Łucznika, nawet tym mechanicznie zmodulowanym, zabrzmiała pretensja. Miał żal, że w ogóle go o to pyta.
– A co to ma do rzeczy? – Silvia założyła nogę na nogę i pochyliła się do przodu, by móc mu się bliżej przyjrzeć. Miała wrażenie, że odwrócił głowę w ciemności. – Nasz kraj zawsze był świetny w obarczaniu winą kobiet. Może mi jeszcze powiesz, że Araceli sama była sobie winna, że Dick ją zgwałcił, bo chodziła w za krótkiej spódnicy? Ta narracja jest strasznie oklepana i jako kobieta, czuję się dotknięta.
– To zupełnie nie o to chodzi. Nie neguję tego, że Araceli Falcon jest ofiarą. Nie zasłużyła na to, co ją spotkało. Ale jej milczenie okazało się zgubne dla wielu niewinnych.
– Dlatego ją odwiedziłeś z cytatami z Biblii? Wytłumacz mi.
– Kiedy pisze pani artykuły do gazety, które obnażają prawdziwą twarz jakiegoś polityka czy innej ważnej persony, zastanawia się pani nad tym? Czy nie są czasem ofiarami systemu?
– Wszyscy, o których kiedykolwiek pisałam, byli winni, w ten czy inny sposób. Po prostu sprawiłam, że więcej ludzi się o tym dowiedziało.
– No właśnie. Po co?
– Jak to po co? Jesteś głuchy? – Silvia spojrzała na niego w szoku. Czyżby mówiła niewyraźnie? – Piszę, żeby zdemaskować przestępców, żeby ostrzec przed nimi obywateli. Chcę, żeby ludzie wiedzieli, z czym się mierzą.
– Dokładnie. Mówienie prawdy wymaga odwagi. To nie jest łatwe, a czasami nawet bolesne, ale jest potrzebne, żeby ochronić innych. Żeby zapobiec kolejnym tragediom.
– Oszczędź mi tych analogii. Dziennikarstwo i trauma po przemocy seksualnej to dwie różne rzeczy – oświadczyła z pełną stanowczością. – Jaką masz gwarancję, że gdyby Araceli powiedziała wtedy, co jej się przytrafiło, to ludzie by jej uwierzyli? Perez był szanowanym nauczycielem, miał wpływowych przyjaciół. Zastanawianie się „co by było gdyby” nie ma najmniejszego sensu. Kobiet w Meksyku nikt nie traktuje poważnie, szczególnie w tak prowincjonalnych miasteczkach. Araceli naraziłaby się tylko na ostracyzm. Myślałam, że jesteś mądrzejszy.
– Pani nie poszłaby na policję? Nie wyznałaby bliskim, co się stało?
– Ja jestem silniejsza psychicznie, to co innego. Pewnie sama urwałabym facetowi fiuta, gdyby mój ojciec mnie w tym nie ubiegł. Ja mam osoby, którym mogę zaufać, ale nie każdy może pochwalić się tym samym.
– Ma pani córkę. Co gdyby to jej się coś takiego przytrafiło? Chciałaby pani, żeby siedziała z buzią na kłódkę i sama żyła z traumą do końca życia czy może żeby drań, który jej to zrobił poszedł siedzieć i nie mógł już skrzywdzić nikogo więcej?
– To nie w porządku, że wciągasz do rozmowy moją córkę, ona nie ma z tym nic wspólnego.
– Owszem, ma! – Łucznik wstał, jakby chciał Silvii przemówić do rozsądku. – To mogła być ona, to mogła być każda inna dziewczyna. Ale akurat trafiło na Ruby Valdez. Trafiło na Julię Ortegę. I masę innych, o których pewnie nigdy się nie dowiemy. Może nikt by nie uwierzył. A może… może – podkreślił dobitnie, bardziej wyrażając swoje nadzieje, czego nie dało się ukryć – znalazłby się ktoś, kto by jej pomógł, kto zakończyłby ten koszmar w porę.
– Ktoś taki jak ty? I co byś zrobił: poczytał Perezowi Biblię do poduszki? Bałeś się użyć na nim swojej zabaweczki. – Olmedo wskazała na sportowy łuk, który zamaskowany strzelec miał założony na plecach. Złodziej z El Tesoro nic nie odpowiedział, bo nie miał argumentów. – Od początku wiedziałam, że jesteś niepoprawnym idealistą. – Silvia westchnęła, w protekcjonalnym geście kręcąc głową. Było jej nawet żal Łucznika. – Ktoś z twoich bliskich ucierpiał w podobny sposób, prawda? Przez taką niesprawiedliwość? Przez brak reakcji, bierną postawę, milczenie? – Dziennikarka uśmiechnęła się, bo chociaż w mrocznym pomieszczeniu widziała tylko zarys jego sylwetki, wyczuła, że cały się napiął po jej słowach. – Perez jest jednym z wielu, seksualnych drapieżników nie brakuje nigdzie, a już szczególnie w Meksyku nie możemy narzekać. Są tutaj gatunkiem dominującym.
– To nie znaczy, że powinniśmy normalizować takie zachowania. Trzeba działać, a nie odwracać głowę. Są ludzie, którzy są w stanie zrobić wiele w imię sprawiedliwości, są tacy, którzy poświęcają swoje życie. Dlaczego znajdują się wśród nas tchórze, którzy nie potrafią przemówić, kiedy ich głos może tak wiele zmienić?
– Araceli nie jest tchórzem. Jest ofiarą.
„Idźcie więc i nauczcie się, co to znaczy: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary. Bo nie przyszedłem wzywać do pokuty sprawiedliwych, ale grzeszników.” – Łucznik wyrecytował z pamięci fragment Ewangelii według świętego Mateusza, a Silvia w ciszy przypatrywała się mu, czekając aż rozwinie tę myśl. – To straszne, co ją spotkało, ale nie wyznając tego i tłumiąc to w sobie, to ona poniosła pokutę, nie ten, który na to rzeczywiście zasługiwał. Nosiła to brzemię i sama siebie skazała na tortury, widywała go codziennie w miejscu pracy. Po co? Żeby być męczennicą? Nie godzę się z tym. Bo chociaż rozumiem, dlaczego to zrobiła, to nie potrafię tego zaakceptować. Gdyby wszystkie osoby, które Perez kiedykolwiek skrzywdził, przemówiły wspólnie, można się go było pozbyć już dawno temu. Można było zapobiec wielu tragediom.
– Skoro prawda jest dla ciebie taka ważna, to dlaczego nie walczysz z obłudą i zbrodnią w świetle dnia? Sam się boisz, El Arquero – oskarżyła go wprost, wyciągając w jego stronę palec wskazujący zdrowej dłoni, jakby chciała to zaakcentować. – Niczym się nie różnisz od Araceli. Mając dowody w rękach, nie poszedłeś na policję jak przykładny obywatel, a zamiast tego ganiasz po okolicy z łukiem, strzałami i wiadomościami z Pisma Świętego, w które sam nie wierzysz. To wszystko to jedna, wielka ściema. – Silvia oparła się na krześle i czekała, czy coś powie, ale on milczał. Być może był zły, a może zawstydzony. Czuła, że jej słowa go ubodły, ale nie byłaby sobą, gdyby nie powiedziała tego na głos. – Używasz łuku i Biblii, bo tylko tak jesteś w stanie sprawić, że ludzie cię usłyszą. Bez tego jesteś niewidzialny. Możesz krzyczeć, ale tak naprawdę inni w ogóle nie zwróciliby na ciebie uwagi.
– Ma pani rację – odpowiedział, czym nieco ją zdziwił. Była pewna, że się na nią obrazi i ucieknie, ale przyznał jej, że go rozgryzła. Wydawało jej się, że go złamała, bo usiadł z powrotem na parapecie i wystawił za niego nogi, jakby szykował się do skoku. Ale zanim odszedł, odwrócił jeszcze głowę i dostrzegła cień smutnego uśmiechu w jego oczach. – W takim razie jestem takim samym tchórzem i hipokrytą jak wszyscy inni.

***

Ivan nie zamierzał zabierać ze sobą Vedy, to nie było miejsce dla dziecka, szczególnie ze względu na okoliczności. Ona jednak chętnie chciała mu towarzyszyć, była autentycznie ciekawa wszystkiego, a on jako człowiek, który zawsze miał miękkie serce, gdy chodziło o niewiasty (Ella i Nela miały go owiniętego wokół swoich małych palców), musiał się zgodzić.
– Wraca pan do pracy, szeryfie? – Pielęgniarka Dolores Lozano podsunęła mu na blacie dokumenty do podpisania.
Klinika w Valle de Sombras zakończyła autopsję pani Angelici Pascal, a jej ciało zostało przygotowane, by można było odprawić pogrzeb. Dom pogrzebowy wszystkim się zajął, ale zmarła nadal przebywała w kostnicy, skąd później miano ją zabrać bezpośrednio do kaplicy w Pueblo de Luz. Fabian Guzman, który zajął się organizacją pogrzebu, podjął decyzję o zamknięciu trumny. Wolał, żeby ludzie zapamiętali nauczycielkę jako wesołą i pełną życia, a nie zimną i przerażającą, a Ivan Molina przyznał mu rację. Sam był przyzwyczajony do widoku trupów, ale patrzenie na zmarłą Angelicę, która swego czasu wielokrotnie nakrywała go gdzieś pod trybunami na schadzkach z dziewczynami w liceum, byłoby co najmniej dziwne. Wolał zapamiętać jej dobroduszny uśmiech i wywody o bezpiecznym seksie. Na samą myśl na jego twarzy pojawił się uśmiech.
– Nie dzisiaj, Dolores, dzisiaj mam inne zadania – odpowiedział w końcu, stawiając podpis przy dokumentach. Został upoważniony przez matkę zmarłej, która aktualnie przebywała w domu starców w Monterrey. Pani Angelica nie miała innej bliskiej rodziny, pozostali jej tylko wierni uczniowie i przyjaciele. – To trochę potrwa, Vedo. Poczekasz w stołówce? – Wyciągnął portfel i dał jej kilka banknotów, by kupiła sobie coś ciepłego do picia, po czym zajął się papierami.
Veda jednak nie zamierzała iść do stołówki. Jej uwagę przykuł ciemny kształt na końcu korytarza. Charakterystyczną czarną bluzę z kapturem rozpoznała z daleka. Jordan skradał się niepostrzeżenie i doskonale znał drogę, bo wielokrotnie tam bywał, więc z ciekawością poszła za nim, zastanawiając się, dlaczego jeszcze nie jest w szkole na porannym treningu pływackim. Napis nad pomieszczeniem głosił „kostnica” i Veda zatrzymała się, rozważając, czy to na pewno wypada. Skoro Guzman nie miał z tym problemu, to chyba nie było w tym nic złego. Uchyliła drzwi i do jej uszu dobiegły ciche dźwięki melodyjnego głosu chłopaka, kiedy śpiewał pani Angelice. „Fly me to the moon” w wersji Franka Sinatry nie było chyba odpowiednim repertuarem pogrzebowym, ale nie śpiewał tego smutno ani zdecydowanie nie płakał. Przez ten krótki czas, kiedy go znała, doszła do wniosku, że Jordan nie był typem beksy.
Dona Angelica leżała spokojnie na specjalnym stole ubrana w elegancką garsonkę. Dom pogrzebowy wszystkim się zajął. Ułożyli jej włosy, nałożyli delikatny makijaż i nauczycielka wyglądała tak, jakby spała. Jednak o czymś zapomnieli i Jordanowi nie dawało to spokoju. Przysiadł przy niej na obrotowym stołku. Kiedy Veda podeszła nieco bliżej zauważyła, że wcale nie trzyma kobiety za rękę, jak początkowo sądziła, a zamiast tego robi coś bardzo dziwnego. Maluje jej paznokcie na soczysty czerwony kolor.
– Dlaczego śpiewasz „Fly me to the moon? – zapytała, a chłopak zbladł, podskakując w miejscu.
Wyszarpnął sobie słuchawki z uszu i zdjął kaptur bluzy, odrywając się od swojego zajęcia. Na jego twarzy malowały się złość i zakłopotanie w jednym.
– Co ty robisz, Bambi? Przysięgam, zaczynam myśleć, że założyłaś mi nadajnik. Dlaczego wszędzie za mną łazisz? – warknął, bo poczuł się osaczony.
– Wcale nie. Przyjechałam z Ivanem, miał coś do załatwienia. Zobaczyłam, że tu wchodzisz. Dlaczego ta piosenka? – powtórzyła pytanie, jakby w tej chwili to była najbardziej nurtująca kwestia.
– Uwielbiała Franka Sinatrę – wyjaśnił, dając za wygraną i powracając do malowania paznokci.
– Nie tylko Sinatra wykonywał ten utwór. – Veda przysiadła po drugiej stronie stołu i patrzyła mu na ręce, co niebywale go peszyło.
– Ale jego wersja jest najbardziej znana. Nie powinno cię tu być, to nie jest przyjemny widok.
– Wygląda jakby spała – stwierdziła Veda, patrząc na nauczycielkę z ciekawością. – Pierwszy raz słyszałam, jak śpiewasz. Ignacio Fernandez uważa, że już tego nie potrafisz, bo dawno nie śpiewałeś przy ludziach. Twierdzi, że Felix popełnił błąd, że dał ci rolę w musicalu. Chłopcom zmienia się głos w wieku nastoletnim. Inni też myślą, że nie podołasz i że Felix powinien kazać ci wziąć udział w przesłuchaniach, jak wszystkim innym.
– A co ty myślisz? – Jordi zaśmiał się cicho, kiedy wspomniała o synu ordynatora. Oczywistym było, że Nacho będzie chciał go zdyskredytować, zawsze mu zazdrościł i nie tracił okazji, żeby go obrazić, ale już go to nie ruszało.
– Nie wiem, jak śpiewałeś kiedyś, ale teraz wyszło ci bardzo ładnie. – Mówiła prawdę, choć śpiewał cicho i nie pokazał swoich umiejętności. Miał ładny, kojący głos.
– Aj, Bambi. – Jordan westchnął i dało się słyszeć, że trochę się popisuje. Taki już był. – Gdybym chciał, zaśpiewałbym tak, że spadłyby ci skarpetki.
– Lubisz się popisywać, prawda? Trochę z ciebie pozer.
– Każdy z nas trochę pozuje – stwierdził i w tym miasteczku trudno było się z tym nie zgodzić. Jego rodzina od zawsze udawała szczęśliwą i kochającą się, a prawda była przecież zupełnie inna. – No, może oprócz ciebie. Ty jesteś inna.
– Jestem dziwolągiem. – Veda pokiwała głową, ze spokojem przyjmując to, że w końcu to przyznał. Sama przecież też tak o sobie myślała. Inni też tak mówili, nabijali się.
– Nie – przerwał jej i spojrzał jej prosto w oczy, żeby widziała, że mówi poważnie. – Ty jesteś wyjątkowa. – Poczuł, że było to coś, co zapewne powiedziałby Valentin albo Anita Vidal.
– Dziękuję.
– To nie był komplement.
– Tak zabrzmiało.
– Myśl sobie, co chcesz. – Wzruszył ramionami, udając, że ma gdzieś, co sobie pomyśli. Przyjrzał się lewej dłoni pani Pascal, czy czasem nie wyjechał gdzieś lakierem. – Skończyłem. Chyba nieźle jak na pierwszy raz.
– Pomóc ci? – zapytała, wpatrując się w prawą dłoń nauczycielki, której paznokcie nadal były obdrapane.
Był tak zdziwiony, że nawet nie oponował, kiedy wzięła od niego krwisty lakier i zaczęła malować pozostałe paznokcie, nucąc coś pod nosem. Gdyby ktoś teraz wszedł do pomieszczenia, uznałby ich za parę wariatów, którzy bawią się w salon kosmetyczny ze zmarłymi.
– Dlaczego to robimy? – zapytała w końcu, bo nie mogła już poskromić ciekawości. Wiedziała, że pewnie nie chce o tym mówić albo użyje sarkazmu, żeby jakoś się wymigać od odpowiedzi, ale chciała wiedzieć.
– Od kiedy ją znam, zawsze miała zadbane paznokcie. Nosiła się jak dama, to jest bardzo elegancka kobieta. To znaczy… była elegancka – poprawił się, patrząc w spokojną twarz pani Pascal i zastanawiając się, czy gdyby w porę zareagował, mogłaby nadal żyć. Może gdyby dłużej reanimował? Mimo że Julian Vazquez dokładnie mu to wytłumaczył, a on sam był zdolny i podstawy medycyny nie były mu obce, to i tak czuł, że mógł zrobić więcej. Tak samo jak w przypadku Gilberta Jimeneza.
– Czy Angelica i Valentin byli w sobie zakochani? – zapytała nagle Veda, wprawiając go w osłupienie. Nie miał pojęcia, skąd doszła do takiego wniosku.
– Nie sądzę – powiedział spokojnie, bo ostatecznie on i Felix wiele razy na ten temat rozmawiali w przeszłości. – Byli dobrymi przyjaciółmi. Valentin włączał Franka Sinatrę na gramofonie i tańczyli, dając nam pokaz i mówiąc, że takiej muzyki jak ta, już się nie tworzy. Nabijaliśmy się z nich wtedy z Felixem, bo mieliśmy fazę na ciężkiego rocka. – Jordan się uśmiechnął na to wspomnienie. – Ale myślę, że by do siebie pasowali. Nigdy nie lubiłem Esmeraldy, żony Vala.
– Dlaczego? On ją chyba kochał, prawda? – Veda może niewiele pamiętała z dzieciństwa w Pueblo de Luz, ale z reguły ludzie brali ślub z miłości.
– Chyba tak – przyznał Jordan, nie chcąc wdawać się w kolejną dyskusję, tym razem pod tytułem „małżeństwo i miłość nie muszą iść ze sobą w parze”. Jego rodzice byli na to dowodem i rodzice Vedy zapewne również, jak i wiele innych par na świecie. – Val był załamany po śmierci Felicii, wszyscy mu powtarzali, że powinien się ożenić dla dobra córki, Valentiny. A przynajmniej tak słyszałem. Esme nigdy nie była typem mamuśki, to raczej taka uduchowiona istota, która zamiast rozmawiać o problemach wolała medytację, a kiedy przytrafiało się jakieś nieszczęście – gdy Tina zdarła kolano albo dostała jedynkę w szkole – Esmeralda twierdziła, że takie było zrządzenie losu. Romskie zabobony zawsze mnie nieco irytowały.
Mógł jej powiedzieć, że jest przeklęty, ale sam wiedział, jak to zabrzmi. Wierzył w to, co można racjonalnie udowodnić, a przekleństwa i kary boskie zdecydowanie nie należały do takich rzeczy. Po prostu potrzebował jakiegoś punktu zaczepienia, bo od lat nie mógł znaleźć odpowiedzi – dlaczego wszyscy go opuszczali? Nie powiedział jednak tego na głos. Nawet Veda mogłaby go uznać za wariata.
– Lepiej już wracaj – odezwał się w końcu, woląc nie kontynuować tego tematu. – Znów oberwie mi się od Ivana, że cię tu zabrałem. Wolę go nie prowokować.
– Przecież przyszłam sama – zauważyła panna Balmaceda, trochę nie rozumiejąc, dlaczego Molina miałby prawić z tego powodu wyrzuty młodemu Guzmanowi.
– To nic, obwini mnie za wszystko. Robienie głupot to moja domena.
– Ivan nie jest taki. – Stanęła w obronie szeryfa i zakręciła buteleczkę z lakierem, dmuchając na paznokcie zmarłej, by szybciej wyschły. Jordan otworzył szeroko oczy, przypatrując się jej ze zdziwieniem. – On nie chowa urazy.
Nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem. Molina był pamiętliwy jak mało kto. To że Vedzie dużo rzeczy uchodziło na sucho, nie znaczyło, że Ivan nagle zrobił się taki pobłażliwy. Po prostu panna Balmaceda miała taki efekt, że ciężko się było na nią gniewać, kiedy większości rzeczy, podobnie jak zadawania swoich niezręcznych pytań, nie robiła umyślnie.
– Może dla ciebie jest łagodny. Mi się oberwie. Ma do mnie żal.
– Nieprawda. Dlaczego tak mówisz?
– Bo przeze mnie zginęła jego córka – odparł, udając, że bardzo interesują go guziki od garsonki Angelici. Veda jednak nie odpuściła tematu, jak zapewne miał na to nadzieję.
– Słyszałam, że to był wypadek.
– Nie był. To ja zabrałem tam Gracie i to ja jej nie upilnowałem. To była moja wina.
– Nie wierzę w to.
– Nie musisz, wiem swoje. – W jego głosie usłyszała lekkie zniecierpliwienie, jakby na siłę sobie to wmawiał. – Nie zrozumiesz tego. Mówiłem, że ludzie przy mnie umierają i dokładnie to miałem na myśli. Ivan może mówić, że to wypadek, że nie ja jestem odpowiedzialny, ale wiem, że w głębi serca tak właśnie czuje i ten żal pozostaje. Mówiąc całkiem szczerze, ja też miałbym żal do kogoś, kto nie wykonał swojego zadania jak należy. Ja bym siebie obwinił.
– Jesteś dla siebie zbyt surowy.
– A ty jesteś spóźniona. Idź, bo Ivan dostanie szału, jak cię nie znajdzie. – Jordan przykrył ciało pani Angelici, nie patrząc na Vedę.
Nie miał ochoty dłużej na ten temat rozmawiać. Wiedział swoje. Może nie był przeklęty, ale tak czy siak przynosił wszystkim pecha. Może Esmeralda Montes de Vidal miała rację – niektóre rzeczy były po prostu zrządzeniem losu.

***

Wszyscy uczniowie z utęsknieniem wyczekiwali oficjalnej informacji o odejściu Dicka. Na razie czuli, że tkwią w zawieszeniu i niepewności. Oficjalnie Perez nadal pozostawał dyrektorem i nie wiadomo było, kto go zastąpi. Wiele osób podejrzewało, że będzie to Elodia Fernandez, która i tak ostatnio odwalała kawał dobrej roboty administracyjnej, ale szerzyły się pogłoski o tym, jakoby kuratorium miało przysłać kogoś z zewnątrz.
– Mam tylko nadzieję, że to nie będzie Julietta – powiedziała dobitnie Lidia, opadając na krzesło w klasie, kiedy rozpoczęli ten temat na przerwie. – Jako narzeczona gubernatora zdaje się mieć wtyki w ministerstwie edukacji.
– Oszalałaś? Nikt przy zdrowych zmysłach nie zrobiłby z Bazyliszka dyrektorki. Wszyscy mielibyśmy przechlapane i pewnie kazałaby nam siedzieć z nosem w książkach przez większość czasu. – Quen wzdrygnął się na samą myśl. Miał raczej nadzieję na dyrektora, który będzie bardziej rozrywkowy albo który przynajmniej będzie sprawiedliwy. – A co powiecie na Saverina?
– Litości, ten sztywniak dyrektorem? To ja już wolę Pereza. – Ignacio Fernandez wtrącił się do rozmowy, mimo że nikt go do niej nie zapraszał.
– Więc jesteś jedynym – rzuciła w jego stronę słowa nasączone jadem Primrose. W gruncie rzeczy nie interesowało ją, kto będzie dyrektorem, bardziej chodziło o fakt, że czas jej dziadka dobiegł końca. – A tobie co się stało? – zapytała nagle na widok Jordana, który wszedł do klasy grubo przed dzwonkiem w dodatku w idealnie wyprasowanym mundurku. – Źle się czujesz?
– O co ci chodzi? – zapytał zirytowany Jordi, nie wiedząc, do czego pije.
– Masz normalnie założony mundurek, bez żadnego T-shirtu pod spodem. Krawat zawiązany pod szyję… – dopowiedziała Sara, taksując go wzrokiem od stóp do głów. – Nie ma Pereza, więc nie ma kogo prowokować?
– Zajmijcie się własnymi sprawami, okej? – rzucił tylko i usiadł na swoim zwykłym miejscu pod oknem, kładąc się na ławce, by uciąć sobie małą drzemkę.
– Nela, ktoś ci podmienił brata. – Rosie szturchnęła w ramię koleżankę, która patrzyła na Jordi’ego jakby zaraz się miała rozpłakać. – Co jest, ktoś umarł?
– Pani Angelica – wyznała Marianela, czym wprawiła wszystkich w osłupienie.
– Kurczę, przepraszam, tak tylko powiedziałam. – Rosie zmieniła ton, rzucając Guzmanównie przepraszające spojrzenie. – Była dla was ważna?
– Bardzo – przyznała Nela, zdejmując okulary, by wytrzeć kąciki oczu chusteczką. – To dla wszystkich wielki szok.
– Jaki tam szok? Przecież Guzman był z nią, kiedy umarła, nie? To on sprowadza na ludzi nieszczęścia. – Ignacio nie przejmował się, że mówi głośno i wszyscy doskonale go słyszą. Quen wstał z miejsca, by go walnąć, ale Carolina pokręciła głową, by tego nie robił. Fernandez nie był tego wart. – O co wam chodzi? Ja mówię szczerą prawdę. Słyszałem od pielęgniarek, że podobno reanimował ją dwadzieścia cztery minuty. Uważacie, że to przypadek?
– Co ty opowiadasz za brednie, Nacho? – Felix wtrącił się do rozmowy, mimo że zwykle wolał nie podsycać entuzjazmu szkolnego tyrana. Tym razem jednak opowiadał takie głupoty, że trudno było nie zareagować.
– Dwadzieścia cztery – przeklęta liczba! – Ignacio spojrzał po wszystkich, jakby nie rozumiał, skąd to zdziwienie. – Guzman gra z tym numerem na koszulce w drużynie. To znak od niebios, że jest przeklęty. Nie widzicie tego? Na waszym miejscu bym uważał, bo i was dosięgnie fatum. – Nacho pokiwał ostrzegawczo palcem po wszystkich, jakby chciał im dać przestrogę.
Felix był pewien, że Jordi słyszał każde słowo, ale na to nie zareagował. Uparcie udawał, że drzemie na swojej ławce z odwróconą głową. Te głupie plotki o klątwie rozpowiadał głównie Fernandez jeszcze kiedy byli w podstawówce. I choć nikt racjonalnie myślący nie brał tego na poważnie, zdarzyli się plotkarze pokroju Anny i Nacha, którzy dbali o to, by nikt o tym nie zapomniał. Wydawało się jednak, że Guzman nie ma dzisiaj ochoty na zajmowanie się takimi głupotami. Ubrał się wyjątkowo starannie, żeby chociaż w ten sposób oddać szacunek pani Angelice. Wiedział, że lubiła porządek, choć w zupełnie odmienny od Pereza sposób, więc postanowił się nie wychylać i choć tego dnia nie robić jej przykrości. Felix zbyt dobrze znał swojego byłego najlepszego przyjaciela i od razu się tego domyślił.
Ignacio jednak nie zamierzał się poddawać. Stanął nad ławką Jordana i spojrzał na niego z pogardą. Czuł, że syn Fabiana akurat dzisiaj nie był skory do bitki, więc miał pewną przewagę i chciał jej użyć.
– Tyle ludzi przez ciebie umarło, Guzman, że aż się dziwię, że Łucznik jeszcze nie wpakował ci strzały w czoło.
Nela całkowicie się rozpłakała po tych słowach szkolnego chuligana i Rosie objęła ją ramieniem, rzucając mordercze spojrzenie Fernandezowi, u którego strach wyparował i ponownie czuł się jak ryba w wodzie, nabijając się ze wszystkich i wbijając im szpilki. Tym razem Quen już podjął decyzję, że na pewno go walnie, nawet jeśli nie dla kuzyna, to dla siebie, dla czystej przyjemności, ale wtedy Jordan podniósł głowę ze stołu. Kilka dziewcząt pisnęło i odskoczyło, bo spodziewało się, że zaraz dojdzie do bójki, ale nic bardziej mylnego.
Guzman oparł się plecami o parapet i wpatrzył w Ignacia ze swoim zwykłym uśmieszkiem. Ignacio nie mógł już udawać – przełknął głośno ślinę, czując, że obudził śpiącego tygrysa.
– Kto wie, Ignacio, może Łucznik mnie niedługo odwiedzi. Ale ty też święty nie jesteś. Może to ty doczekasz się strzały prędzej ode mnie. – Jordi mówił niby od niechcenia, ale napawał się każdą chwilą, kiedy na twarzy Fernandeza pojawiła się niepewność. Czy El Arquero czyhał też na niegrzecznych szkolnych chuliganów, którzy biją słabszych i popalają zioło za salą gimnastyczną? – Skoro twój tatusiek dostał już wiadomość od Łucznika, to może i na ciebie padnie.
– Co ty pieprzysz? Mój ojciec nigdy nie dostał strzały od El Arquero! – Ignacio zrobił się czerwony ze złości.
Jordan pstryknął palcami, jakby coś sobie nagle przypomniał. Zrobił przepraszającą minę, ale nie ulegało wątpliwości, że ewidentnie nabija się z Fernandeza.
– Mój błąd, znów coś przekręciłem. – Uśmiechnął się, jakby był skruszony. – Wydawało mi się, że twój ojciec dostał wiadomość. Chyba naprawdę jestem szurnięty. Przepraszam.
Ignacio zatrząsł się ze złości, patrząc w te złośliwe ciemne oczy, nie mając pojęcia, co może na to odpowiedzieć. Cała klasa przysłuchiwała się ich wymianie zdań z ciekawością, niektórzy szeptali za plecami, zastanawiając się, czy to możliwe, że Osvaldo Fernandez, szanowany ordynator kliniki w Valle de Sombras, miał na swoim sumieniu coś, co sprawiłoby, że zainteresuje się nim miejscowy mściciel. Fernandez nie miał żadnych argumentów, więc przeszedł do ataku.
– Taki jesteś cwany? Myślisz, że wszyscy ci będą jeść z ręki, bo znasz gubernatora? Pereza już nie ma, nie będzie pobłażania. Zrobisz jakąś głupotę, to stąd zaraz wylecisz. I mamusia się pożegna z marzeniem, że jej synalek zostanie pierwszym w rodzinie lekarzem.
– Wow, Nacho, muszę ci powiedzieć, że nawet mi trochę pochlebiasz. – Jordi zdjął z marynarki mundurka jakiś ledwo widoczny pyłek, jakby chciał pokazać, że ta rozmowa nie bardzo go interesuje. – Gdybyś tę samą energię, którą tracisz na rozmyślanie o mnie i mojej rodzinie, poświęcił na naukę albo dodatkowe treningi, to mógłbyś osiągnąć duży sukces. Aż tak ci zaprzątam głowę? Pewnie myślisz o mnie nawet, kiedy się onanizujesz w zaciszu własnego pokoju.
– Chłopcy! – Leticia wparowała do klasy akurat, kiedy Ignacio chwycił ławkę Guzmana i przysunął ją do siebie, jakby chciał mu przyłożyć z bańki po tych słowach. Wściekłość aż z niego kipiała, a Jordan tylko się śmiał złośliwie. – Co to ma znaczyć?
– Nic, Leti, tak się tylko droczymy jak na starych kumpli przystało. Siadaj już, stary, nie rób sobie wstydu. – Jordi rzucił ostatnie słowa w stronę Fernandeza, wskazując mu jakąś ławkę nieopodal i czekając aż pani Aguirre de Castellano zacznie lekcję hiszpańskiego.
– Witam wszystkich, usiądźcie na miejscach, dzisiaj trochę sobie popiszemy. Anno, zajmij miejsce obok Olivii. – Leticia wskazała nastolatce miejsce w drugiej ławce, ale koścista uczennica zatrzęsła się w miejscu.
– Nie będę z nią siedzieć, ona jest nieobliczalna. Nie widziała pani, jak mi wyrwała włosy?!
– Co zrobiła? – Nauczycielka miała zamiar rozwiązać konflikt, ale gdzieś z boku dostrzegła Quena, który za plecami Anny pokazywał rękoma wielki znak „x”, jakby prosił, żeby nie zaczynała tego tematu, bo nikt nie miał ochoty tego wałkować. – Usiądź w takim razie z Jordim.
– Z nim też nie usiądę. Boję się – dodała nieco ciszej, naśladując konspiracyjny ton, ale wszyscy doskonale ją usłyszeli.
– Teraz się boisz? W szóstej klasie nie byłaś taka wstydliwa, jak mnie oplatałaś jak wąż boa na treningu judo. Do dziś mam koszmary z tego powodu. – Jordan wzdrygnął się ostentacyjnie, co kilka osób skwitowało cichym śmiechem, a dziewczyna spłonęła rumieńcem.
– Nie, Jordi, nie jak wąż boa. – Felix się wtrącił, mając wielką ochotę przybić mu piątkę jak za starych czasów, ale się powstrzymał. – Jak anakonda.
Teraz już pół klasy wybuchło śmiechem, wspominając stare dzieje. Lidia zmarszczyła brwi, bo nie chodziła tutaj do podstawówki, więc wiele rzeczy było dla niej niezrozumiałych. Quen nachylił się nad nią, by wyszeptać jej do ucha wyjaśnienia.
– Anna leciała na Jordi’ego, kiedy mieli jakieś trzynaście lat, ale on miał ją w nosie. Od tego czasu go nie lubi. Przezwisko Anakonda zawdzięcza Felixowi, bo kiedyś na lekcji wf mieliśmy podstawy judo i trafiła z Jordim do pary. Mówię ci, to był ten jeden jedyny raz, kiedy mój kuzyn błagał o życie. Przylepiła się do niego jak rzep psiego ogona. – Ibarra roześmiał się złośliwie, czując, że szkolna plotkara wreszcie się doigrała.
Anna nie miała wyjścia, musiała znieść to z godnością i usiadła w ławce z młodym Guzmanem, który szczerze mówiąc miał gdzieś ją i to, co o nim mówiła razem z Ignaciem. Nie podobało mu się jednak jak traktowała innych uczniów, jak dogryzała Olivii tylko z tego powodu, że wyładniała albo jak nazywała Vedę za plecami zdzirą. Ktoś musiał ustawić ją do pionu, bo dyplomatyczne metody Marcusa i groźby pozbawienia jej stanowiska skarbnika w samorządzie uczniowskim niewiele dawały.
– Dobrze już, spokojnie, zacznijmy lekcję. – Leticia dała za wygraną. Wiedziała, że w obecnej sytuacji nie da rady nic zdziałać. Od kiedy dowiedziała się o śmierci Angelici, czuła się przybita i wiedziała, że kilka osób w tej klasie również nie miało ochoty na kazania. – Wyjmijcie kartki, dzisiaj popiszemy listy. Tej formy wypowiedzi pisemnej dawno nie ćwiczyliśmy, a może się pojawić na egzaminie.
– A kto w dzisiejszych czasach pisze listy? – Quen podrapał się po karku, unosząc w górę dłoń, ale nie czekając, aż Leticia udzieli mu głosu. – Mogę napisać maila? Będzie szybciej.
– Listy są bardzo intymną formą kontaktu. I tak, w dobie technologii, ta sztuka powoli nam zanika, a szkoda. Nie ma nic lepszego niż dostać piękny list od przyjaciela…
– …albo kochanka – dodała Sara, co kilka osób skwitowało parsknięciem śmiechu.
– Tak, list od ukochanego też jest pięknym prezentem, Saro. – Leticia zgodziła się z nią, kontynuując swój wywód. – Świadomość, że ktoś poświęcił czas, by napisać coś od serca, jest naprawdę bardzo pokrzepiająca.
– Chyba, że nadawca ma brzydkie pismo. Wtedy jesteśmy wdzięczni za komputer, kiedy nie możemy rozczytać tych wypocin – dorzucił Felix, trochę się nabijając.
– Jest wiele powieści napisanych w takim stylu. Ktoś pamięta, jak nazywamy taki gatunek? Tak, Carolino? – zwróciła się do uczennicy, której ręka powędrowała automatycznie w górę po tym pytaniu.
– Powieść epistolarna.
– Właśnie. Taka powieść to zbiór listów, czasami też osobistych fragmentów z dzienników. Pozwala nam to lepiej przyjrzeć się motywom bohaterów, poznać historię z różnych perspektyw. Nie polegamy tylko na wszystkowiedzącym narratorze. Bo chociaż teoretycznie jest obiektywny, zwykle wcale nie wie wszystkiego. – Leticia uśmiechnęła się do uczniów znacząco. – Jakie znacie przykłady powieści epistolarnej?
– Moje ulubione „Cierpienia młodego Wertera” – odezwał się Quen. – Tak świetne, że śniło mi się po nocach. – Wywrócił oczami i nawet nauczycielka musiała się roześmiać, znając stosunek Ibarry do powieści epoki romantyzmu.
– „Dracula” – wtrąciła się Veda, a pani Aguirre pokiwała głową zachęcająco w jej stronę, chwaląc ją za poprawną odpowiedź.
– Pisanie listów jest sztuką dla sztuki. Po co nam to? – Ignacio ze złością wyciągnął kartkę i czekał na polecenie nauczycielki.
– Chciałabym, żeby każdy z was napisał list do bliskiej osoby. To może być rodzic, przyjaciel, nauczyciel, ktoś kto nadal jest z wami, a komu czasem boicie się powiedzieć coś twarzą w twarz. Ale może to również być osoba, która już odeszła, a której może nie zdążyliście powiedzieć, jak wiele dla was znaczyła.
– Co za brednie. – Nacho z wściekłością podpisał się na kartce. – To ma być na ocenę?
– Nie, Nacho, nie na ocenę. Jeśli nie chcesz brać udziału w zadaniu, możesz odejść. Nie powstrzymam cię. – Pani Aguirre wskazała mu drzwi, czując, że opuszcza ją cierpliwość. Fernandez jednak się speszył i pozostał na miejscu. – Dzisiaj wykonam zadanie z wami. – Leticia także wyciągnęła kartkę papieru i usiadła przy swoim biurku. – Jest wiele osób, którym chciałabym powiedzieć dużo ważnych rzeczy, ale jako że jestem człowiekiem, czasami po prostu brak mi odwagi. Więc jak, piszemy?
– Piszemy. – Quen podwinął rękawy koszuli od mundurka i wpatrzył się w kartkę intensywnie, obracając długopis w prawej dłoni i zastanawiając się, czy zaraz nie odmówi mu posłuszeństwa, bo dopiero uczył się z niej dobrze korzystać.
– Czy musimy później dać list tej osobie? – Lidia zwróciła się do nauczycielki, nie wiedząc, jak się do tego zabrać. Felix próbował zapuścić żurawia na kartkę koleżanki ciekaw, do kogo będzie zaadresowany jej list.
– Nie musicie. To wasz wybór. Możecie zostawić go dla siebie – powiedziała Leticia, a zaraz potem dodała, przypominając sobie, że jako nauczycielka powinna też od czasu do czasu o tym przypomnieć: – Pamiętajcie jednak, żeby zachować formę listu i korzystajcie ze słowników. Ortografia i gramatyka przede wszystkim!

***

Pueblo de Luz, rok 1988

Kiedy Perez zaprosił go do swojego gabinetu, Fabian był pewien, że próbuje wkupić się w jego łaski. Jako przewodniczący szkoły na koniec roku miał zdać sprawozdanie i wystawić opinie nauczycielom. Dick zawsze dbał o swoją reputację. I chociaż po zajściu w sali od biologii już nie wchodził Guzmanowi w drogę, dało się wyczuć sztuczną grzeczność z jego strony.
– Myślę, że gratulacje są jak najbardziej na miejscu – powiedział Ricardo, kiedy drzwi do gabinetu zostały zamknięte i zostali sami. Przesunął po biurku urzędowo wyglądające pismo i czekał aż Guzman na to zareaguje. Jego mina mówiła jednak, że bardziej niż dumę czuje ulgę.
– Co to ma znaczyć? – Fabian chwycił papier, przyglądając mu się od niechcenia. Czuł, że to jakiś podstęp, kiedy jego wzrok dostrzegł herb Harvardu.
– Oficjalna informacja jeszcze nie poszła, ale mam znajomego, który uchylił mi rąbka tajemnicy. Gratuluję, Fabian, twoje marzenie o Harvardzie się spełniło, w dodatku dostałeś się we wcześniejszej rekrutacji. Wiesz, co to oznacza? Twoje oceny są znakomite, nauczyciele mają o tobie do powiedzenia same dobre rzeczy. Osobiście nie widzę powodów, byś miał nudzić się w szkole do końca roku. Myślę, że dyplom otrzymasz dużo wcześniej.
– To jakiś żart? – Guzman nie uśmiechał się. Jeśli to rzeczywiście dowcip, to wcale nie był śmieszny.
– Jaki znów żart, nie cieszysz się? Przecież tego chciałeś – stypendium na prestiżowej uczelni. Twoje podanie wywarło na rekruterach ogromne wrażenie. Jesteśmy z ciebie dumni.
Dopiero teraz Guzman się uśmiechnął. Dick Perez dumny? Nie, to nie była prawda. To jakaś jedna wielka ściema.
– Co pan zrobił? – zapytał, czując, że Perez jako wpływowy człowiek mógł pociągnąć za kilka sznurków.
– Ja? – Dick udał, że jest urażony jego insynuacjami.
– Chciał się mnie pan pozbyć od dawna, boi się mnie pan. Boi się pan tego, co wiem i co mogę wiedzieć. Tego, co mogę ujawnić. Już panu mówiłem, że nie interesuje mnie to, co robi pan po godzinach.
– Mylisz się, Fabian, jestem twoim nauczycielem i cieszę się z twojego sukcesu. Nie mam takiej władzy, by załatwić ci stypendium. Przykro mi, jeśli się rozczarowałeś. – Na twarzy biologa widniał lekki uśmiech, ale nie zwiódł ucznia. Guzman wiedział, że to tylko poza i Perez nie mógł się doczekać, kiedy się go pozbędzie. – Wróć do domu, Fabian. Kup matce kwiaty a ojcu dobrą whisky, żeby podziękować za dobre wychowanie. Gratuluję raz jeszcze.
Guzman chwycił w dłonie urzędowe pismo i ruszył do drzwi, nie wiedząc, co powiedzieć. Zatrzymał się dopiero z dłonią na klamce, spoglądając w stronę biurka dyrektora, jakby na coś czekał.
– Coś się stało? – Dick podniósł na niego wzrok, udając, że nie wie, o co chodzi uczniowi, ale tak naprawdę doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Zrobił przygnębioną minę. – Och, nie, mój drogi. Harvard nigdy nie przyjmuje więcej niż jednego ucznia. Jesteś jedynym z Nuevo Leon, być może nawet w całym kraju. Tym większy jest powód do dumy.
– Norma. – Fabian poczuł ochotę, by się roześmiać. Dick Perez był doskonałym manipulatorem. Może nie brał w tym wszystkim udziału, ale zdecydowanie przednio się bawił, patrząc jak rozdziela zakochaną parę tylko po to, by utrzeć nosa aroganckiemu uczniowi.
– Normita niestety nie nadrobiła ocen z biologii. – Perez posmutniał, ale wiadome było, że celowo obniżył jej stopnie, by przekreślić jej szanse. – Niestety okazałeś się lepszy po raz kolejny. Ale bez obaw, jej rodziców stać na studia, może jakaś inna uczelnia Ligii Bluszczowej ją przyjmie.
Fabian nic nie odpowiedział. Wychodząc, trzasnął drzwiami tak, że szyba się zatrzęsła. A Dick Perez z uśmiechem na ustach zabrał się za sprawdzanie klasówek. Potrafił być mściwy, jeśli chciał.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5752
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 13:25:10 12-11-23    Temat postu:

CAPITULO 150 cz. 2


Księgarnia w Valle de Sombras była położona w ustronnym miejscu, a w środku panowała atmosfera tajemniczości. Camilo Angarano nigdy nie był typem czytelnika. W młodości wolał boksować niż siedzieć z nosem w książkach, więc dopiero w wieku dorosłym zaczął nadrabiać zaległości w lekturach, ale i tak daleko mu było do Ariany, której raczej nie widywano bez egzemplarza w ręce. Właściciel kawiarni był w lekkim szoku, kiedy Eddie poinformował go, że kocha książki. Ale już zdążył dojść do wniosku, że młody Vazquez był dużo bardziej wrażliwy niż na to wyglądał. Ostatnie miesiące nie było dla niego łaskawe, bardzo przeżył napaść na Victorię, chorobę swojego szefa oraz teraz ten cały szum wokół Dicka Pereza. Angarano był wdzięczny młodemu pracownikowi, że mu się zwierzył. Nadal nie mógł uwierzyć, że chłopak zadał się z niebezpiecznymi ludźmi, byle tylko pomóc przyjaciółce. Camilo nie pochwalał lekkomyślnego zachowania, ale w końcu sam wychował Huga, więc widział już w życiu różne rzeczy.
– Szuka pan czegoś konkretnego? – Blanka, która prowadziła księgarnię, zapytała uprzejmie swojego klienta, który kręcił się między półkami, nie wiedząc co wybrać.
– Prezentu dla przyjaciela – powiedział Camilo z zawstydzonym uśmiechem. Co takiego lubił Eddie? Jakie książki czytał? Pod barem znajdował różne lektury, nie wiedział więc, który gatunek był jego ulubionym. Trochę się zmieszał. – Zbliżają się jego urodziny i, szczerze mówiąc, jestem w kropce.
– Jest fanem kawy? – Blanka wskazała na półkę, gdzie znajdowały się pozycję dotyczące hobby i dla koneserów. Angarano trzymał w dłoniach egzemplarz dla początkującego baristy i teraz nieco się speszył.
– Przeze mnie chyba nigdy więcej nie tknie kawy. – Odłożył pozycję na półkę. – Jeszcze się rozejrzę.
Blanka uśmiechnęła się, informując go, by dał jej znać, jeśli będzie potrzebował pomocy, a on podziękował, kontynuując przechadzkę z rękoma założonymi za plecami. Nie spodziewał się spotkać w tym miejscu znanych twarzy, dlatego zdziwił się na widok Marcusa Delgado studiującego jedną z najwyższych półek.
– Marcus. Miło cię widzieć. – Angarano przywitał się z nastolatkiem, podając mu dłoń i klepiąc go po ramieniu. Camilo z ciekawością przypatrywał się przystojnemu młodzieńcowi, który w dłoniach trzymał książkę do psychologii.
– Nie oszczędzają was w tej szkole – zauważył, marszcząc grube brwi na widok opasłego tomiszcza, a Marcus tylko się uśmiechnął.
– Lektura nadprogramowa – wyjaśnił, dłonią zasłaniając tytuł.
Wolał nie rozgłaszać po miasteczku, że zaczyna interesować się psychiką zbrodniarzy. Od kiedy jednak poznał Joaquina Villanuevę, a potem miał styczność z Oliverem Brunim, czuł, że musi się dokształcić, by wiedzieć, z czym konkretnie się mierzy. Miał zamiar grzecznie zagadać wuja o zdrowie, ale wtedy usłyszał, że do księgarni wchodzi kolejny klient.
– No proszę, biznes się kręci. – Młody mężczyzna z uznaniem rozejrzał się po wnętrzu, witając się z właścicielką. – Szukam prezentu dla siostry. Masz może „My Little Pony?
– Nie mam. To ma być prezent na prima aprilis czy powitalny? – Blanka zmarszczyła czoło, nie wiedząc, czy klient się zgrywa czy mówi serio.
– A bo ja wiem, co teraz czytają nastoletnie dziewczęta. Pewnie magazyny w stylu „Cosmopolitan”. Ja w tym wieku odkładałem kieszonkowe na playboya. Nigdy nie byłem molem książkowym jak Eddie. – Mężczyzna uśmiechnął się, opierając się ramieniem o ladę przy kasie i wtedy jego oczy odnalazły pozostałych klientów. Zwęziły się, kiedy wychwyciły wysoką znaną mu sylwetkę.
Delgado schował się za regałem, ale było już za późno. Przybysz podszedł bliżej, wytężając uważniej wzrok. Kiwnął głową na powitanie Camilowi, którego nie znał, po czym rozsunął kilka książek na półkach, by zobaczyć, kto kryje się po drugiej stronie regału.
– Co ty odwalasz, Marcus? Gdybym cię lepiej nie znał, to bym pomyślał, że nazywasz się Guzman. Dlaczego się przede mną chowasz?
– Nie chowam się, szukam książki. Cześć. – Marcus wyszedł zza regału i przywitał się z młodym człowiekiem, który nie wydawał się zrażony.
Każda taktowna osoba pewnie zrozumiałaby aluzję i dała mu przestrzeń, ale Teodoro Serratos czekał aż Marcus go przedstawi. Kiedy to nie nastąpiło, sam wyciągnął dłoń w stronę Camila.
– Cześć, jestem Theo. Nie wiem, dlaczego mnie unika, bo nic mu nie zrobiłem. Wolę, żebyśmy mieli jasność. – Uniósł ręce, dając znać, że jest kompletnie niewinny.
– Nie unikam cię. – Marcus schował szczelniej książkę i przywitał się już nieco bardziej oficjalnie. – Przyjechałeś na pogrzeb?
– Jaki pogrzeb? Ach tak, Angelica. Cholera. – Serratos założył ręce na piersi, wzdychając, jakby ubolewał nad marnością ludzkiego istnienia. – Właściwie to jestem w mieście już od jakiegoś czasu, ale mam dużo pracy.
– Od miesiąca?
– Jak to od miesiąca? – Theo zmarszczył brwi.
– Byłeś na pogrzebie Gilberta.
– Nic podobnego.
– Naprawdę? – Delgado uniósł podejrzliwie brew. Chodziły mu po głowie różne myśli w ostatnim czasie i Theo Serratos obecnie znajdował się na liście podejrzanych o bycie Łucznikiem.
– Marcus, o co ci chodzi? – Theo się zmieszał. Spojrzał na Camila, jakby sądził, że nieznajomy wytłumaczy mu zachowanie nastolatka. – Dlaczego mnie unikasz, gadasz od rzeczy i jeszcze wyglądasz, jakbyś żywił się samą piersią z kurczaka i brokułami. Co to ma być? – Serratos wyciągnął dłoń i ścisnął biceps nastolatka, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia. – Zamieszkałeś na siłowni?
– Pracuję nad sobą. – Marcus uznał, że nie ma sensu wdawać się w szczegóły. Przeprosił obu mężczyzn i udał się do kasy, ale Theo nie zamierzał odpuścić. Zostawił Angarano samego i ruszył za dawnym znajomym.
– Nie ma się czego wstydzić, Marcus. Ja w twoim wieku też chciałem podobać się dziewczynom. Kurczę, mając twoje lata to miałem chyba ze trzy.
– W tym samym czasie – wpadł mu w słowo Delgado, a Theo na chwilę się rozmarzył.
– Nie jestem z tego dumny. No dobrze, kłamię, trochę jestem. – Uśmiechnął się, ale Marcus nie podzielał jego stosunku do płci pięknej.
– Popatrz, mówili, że ty i twoja siostra jesteście tacy różni. Chyba macie coś ze sobą wspólnego.
– Dobra, Marcus. Chcesz to usłyszeć? Powiem to. Veronica zachowała się jak zdzira. – Theo wzruszył ramionami. – Zdarza się. Ale było jej bardzo ciężko. Ty nigdy nie patrzyłeś na inne dziewczyny, kiedy byliście razem?
– Nie. Poza tym patrzenie nie równa się zdradzie.
– Okej… – Theo spojrzał na Blankę, która pakowała zamówienie Marcusa, jakby szukał u niej sprzymierzeńca. Jej mina jasno świadczyła, że stoi murem za klientem, choć nawet nie znała sytuacji. – Jeśli to ci poprawi humor, to Franklin dostał wtedy ode mnie po gębie.
– Franklin to twój kumpel.
– Ty też nim jesteś. – Theo mówił szczerze. Choć chłopak był od niego cztery lata młodszy, to zawsze dobrze się dogadywali mimo różnicy charakterów. – Nie pochwalałem tego, co zrobiła Veronica, ale było mi przykro, kiedy wszyscy się od niej odwróciliście. Wszyscy przyjaciele.
– Nie robiłem na nią nagonki, przecież wiesz.
– Wiem, że nie ty. Ale Sara urwała z nią kontakt z dnia na dzień, a ta okropna plotkara Anakonda wszystkim rozpowiedziała, że moja siostra się puszcza, co nie było prawdą. No dobra, nie było do końca prawdą. – Theo dał za wygraną, bo rzeczywiście Veronica przespała się ze starszym kolegą, zdradzając swojego wieloletniego chłopaka i w tamtym czasie w okolicy był to spory szok.
– Wybacz, Theo, ale spieszę się na pogrzeb. Do zobaczenia? – Marcus zabrał siatkę z książkami, płacąc za wszystko i żegnając się uśmiechem z właścicielką.
– Okej, do zobaczenia. Ale pójdziemy kiedyś na piwo, co?
– Jestem niepełnoletni. – Marcus uciął dyskusję, pomachał ręką stojącemu nieopodal Camilo i wyszedł z księgarni.
– Już zapomniałem, dlaczego stąd wyjechałem. – Theo zwrócił się bezpośrednio do Blanki. – W Pueblo de Luz są same smutasy.

***

Kościół nie był odpowiednim miejscem dla psa, ale Ella Castellano była upartą osóbką i nawet zastępca szeryfa, ani sam szeryf nie mogli jej powstrzymać. Trzynastolatce ciężko było odmówić, a uparła się, że chce pożegnać donę Angelicę z Syriuszem u boku. Violetta Conde oczywiście musiała głośno skomentować obecność „brudnego szczeniaka” w świętym miejscu, co tylko sprawiło, że labrador obnażył kły i nie przestawał na nią warczeć. Przy Elli pies był prawdziwym niewiniątkiem, ale przy innych zamieniał się w demona, a dla dziewczynki był też idealnym sędzią charakteru. Oczy Violi Conde wyszły jednak z orbit, kiedy młody ksiądz Ariel wychodził z konfesjonału przed mszą i zamiast zwymyślać dziewczynkę za przyprowadzenie tego psiska, uśmiechnął się szeroko i przykucnął, zagadując.
– Ale fajna psina, jak się wabi? – zapytał autentycznie oczarowany brunet, wyglądając nieco śmiesznie w koloratce. Uczniowie ze szkoły, z wyjątkiem Quena, jeszcze nie mieli okazji widzieć go w „stroju roboczym”, jak nazywał sutannę.
– Syriusz – odpowiedziała głośno i wyraźnie Ella, spoglądając z wyższością na miejscową plotkarę, która psioczyła pod nosem.
– Super, jak ta psia gwiazda?
– Nie, jak animag z Harry’ego Pottera. – Ella podrapała Syriusza za uszami, trzymając go mocno za obrożę, nie chcąc prowokować sytuacji, w której zwierzak się wyrwie i kogoś zaatakuje. Był dosyć wrażliwy w tym temacie. Bardzo się jednak zdziwiła, kiedy ksiądz wystawił dłoń, a labrador przestąpił parę metrów do przodu i polizał Ariela. – Proszę księdza, gratuluję – powiedziała w ciężkim szoku. – Został ksiądz oficjalnie zaabsorbowany przez Syriusza.
– Zaaprobowany – poprawił ją Felix, który przyszedł chwilę za nią. Zezłościła się, że wytyka jej błędy, ale zanotowała w pamięci.
– Jest ksiądz jedną z – Ella wystawiła przed siebie dłoń i zaczęła liczyć, zginając palce – z trzech lub czterech osób, na które nie warczy. Syriusz zna się na ludziach. – Ella pochwaliła pieska, głaskając go czule, a jej brat nieco się obruszył.
– Na mnie warczy bez przerwy!
– No właśnie. Więc lepiej nie poprawiaj mnie tak z ortografii. – Zrobiła poważną minę i odrzuciła do tyłu włosy, naśladując ciotkę Valentinę, po czym pożegnała się z księdzem i usiadła w jednej z pierwszych ławek, zupełnie ignorując krzywe spojrzenie Violi Conde i jej córek.
Pogrzeb był piękny, Fabian Guzman o to zadbał. Zwykle nie był człowiekiem, który przywiązuje taką wagę do szczegółów, ale tego dnia nawet kwiaty zdawały się być odpowiednie. Pani Angelica uwielbiała żółte tulipany. Pogrzebowe lilie ją przygnębiały, więc całe kosze tulipanów zostały sprowadzone z kwiaciarni w San Nicolas de los Garza. Guzman upewnił się również, że ludzie przyjdą w strojach, w których czują się wygodnie. Czerń nie była wymagana, choć oczywiście większość osób właśnie tak się pokazała, chcąc oddać cześć zmarłej. Nie było jednak łez, a przynajmniej łez smutku. Przyjaciółki pani Angelici ocierały łzy śmiechu, kiedy wspominały dobre chwile z przyjaciółką, a jej starzy uczniowie kiwali głowami, dzieląc się własnymi historiami z czasów, kiedy pani Pascal była ich opiekunką w szkole.
– Nigdy nie wyszła za mąż? – Lidia zapytała, siadając obok Felixa w kościelnej ławce. Wokół nich ludzie żywo dyskutowali i śmiali się, co było bardzo dziwnym doświadczeniem, bo zawsze dochodziła do wniosku, że na pogrzebach powinno się płakać. Czuła jednak, że ta przesadna radość jest wynikiem samego życzenia Angelici. Wszyscy zbyt dobrze ją znali i wiedzieli, że ta kobieta nie cierpiała być zdołowana, a narzekanie nie było w jej stylu. Zawsze potrafiła znaleźć pozytywy w każdej, nawet beznadziejnej sytuacji.
– Miała dwóch mężów, jeden umarł, a z drugim się rozeszła, bo twierdziła, że był dla niej za głupi i nie pobudzał jej intelektualnie. – Castellano się roześmiał. – Była niesamowita, naprawdę. Szkoda, że jej nie poznałaś. To była moja ulubiona nauczycielka.
– Yhmm, yhmm. – Siedząca obok niego Leticia kaszlnęła znacząco, zwracając na niego swoją uwagę, więc szybko przeprosił i powiedział, że oczywiście miał na myśli, że Leticia jest druga w kolejności.
– Nie sądziłam, że tata to zrobi. To zupełnie nie w jego stylu. – Marianela obserwowała swojego ojca, który przygotowywał coś przy mównicy. Miała na sobie białą sukienkę do kostek, żeby zakryć opatrunek na nodze, która jeszcze dochodziła do siebie po złamaniu, a we włosy wpięła główkę żółtego tulipana. Kilka koleżanek ze szkoły, które pojawiły się na uroczystości, skwitowały jej wygląd paskudnymi śmiechami, ale oprócz lekkiego rumieńca Nela nic sobie z tego nie robiła. Nie dzisiaj.
– Wymogła na nim obietnicę – wytłumaczył jej brat, z którym usiadła w jednej z ostatnich ławek. Jordan nie chciał rzucać się w oczy, dlatego wybrał to miejsce. Sam również zrezygnował ze sztywnego garnituru, który wciskała mu matka, a zamiast tego wybrał jasne dżinsy i prostą białą koszulę, stawiając na prostotę.
Cieszył się, że trumna była zamknięta i że zdjęcie, które wybrał ojciec pochodziło z dawnych czasów, kiedy Angelica była młoda i uśmiechnięta. Proboszcz, który zastępował Horacia był chyba zdania, że to nie przystoi, bo fotografia oprawiona w ramkę, którą Fabian ustawił przy trumnie, pochodziła z wakacji w latach osiemdziesiątych i przedstawiała Angelicę w stroju kąpielowym na plaży. Sam Fabian Guzman, kiedy zlecał powiększenie i oprawienie zdjęcia, nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Kiedy przed swoją operacją nauczycielka go do siebie wezwała, nigdy nie sądził, że będzie chodziło właśnie o tego typu przysługę „na wszelki wypadek”. Jordi też się uśmiechnął, kiedy obserwował, jak ojciec powstrzymuje unoszące się do góry kąciki ust. Lubił ją, też była jego ulubioną nauczycielką.
– Zrobiła mu na złość. Pani Angelica chciała, żeby trochę pocierpiał – zauważył Jordan, patrząc na siostrę porozumiewawczo. – Ale tacie się to spodobało. Chyba pierwszy raz od dawna widzę u niego uśmiech.
– Tak, ja też – przyznała Nela, po czym uciszyli się, bo ksiądz rozpoczął ceremonię.
Oprócz oklepanych formułek modlitewnych przyszedł w końcu czas na przemówienia uczniów Angelici. Zamiast kazania występowali oni jeden po drugim i podchodzili do mównicy, by powiedzieć parę słów o tym, jak zapamiętali starszą panią. Witraże w oknach kościoła trzęsły się od śmiechu parafian po co śmieszniejszych fragmentach.
– Nie jestem typem mówcy, więc będzie krótko. – Ivan Molina rozłożył przed sobą pomiętą kartkę papieru i poprawił mikrofon, by lepiej było go słychać. – Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że potrafię być wrzodem na d***e, więc wam tego oszczędzę.
Kilka osób parsknęło śmiechem. Debora kręciła głową z niedowierzaniem, ocierając sobie z oczu łzy śmiechu i słuchając byłego męża z ciekawością.
– Dona Angelica była duchem tego miasteczka, tutejszej szkoły. Była opoką dla tych wszystkich z nas, którzy nie mieli szczęścia wychować się w pełnych i szczęśliwych rodzinach. Pod wieloma względami zastępowała nam matkę, ojca, babcię, dziadka, starszą siostrę i dobrą ciocię, ale przede wszystkim była dla nas wszystkich przyjaciółką i mentorką. Nie pobłażała nam. Moje oceny mogą o tym zaświadczyć, nadal gdzieś mam świadectwo jako dowód. Ale chociaż chciała mnie kiedyś oblać z historii, bo pomyliłem Che Guevarę z Augustem Pinochetem… – Urwał i wywrócił oczami, jakby chciał podkreślić, że nigdy nie było mu to potrzebne do szczęścia. – To autentycznie zależało jej na mojej i innych edukacji i zawsze zachęcała nas wszystkich do tego, żebyśmy zainteresowali się otaczającym nas światem. Chciała żebyśmy znaleźli coś, w czym będziemy dobrzy. To dzięki niej zostałem policjantem, a nie dlatego, że do niczego innego się nie nadawałem. Dzięki, Violu, za to, że takie plotki rozniosłaś po okolicy – dodał, patrząc wprost na panią Conde, która lekko skuliła się w swojej ławce. – Kiedy zdałem egzaminy wstępne, dona Angelica była pierwszą osobą, której się pochwaliłem i to z nią wypiłem pierwsze legalne piwo. – Ivan uśmiechnął się i zerknął na dębową trumnę. – Byłaś przyjaciółką i pozostaniesz w sercach wielu z nas na zawsze. Takich nauczycieli jak ty ze świecą szukać, ale liczę na to, że pokolenia, które wychowałaś i które same będą kiedyś nauczały, wezmą sobie do serca wszystko, co im przekazałaś i pójdą w twoje ślady, czerpiąc z tego, co było w tobie najlepsze – z twojej pasji, zaangażowania, uśmiechu i niewiarygodnego daru do wprawiania w zakłopotanie.
Kilka kobiet siedzących w ławkach uśmiechnęło się serdecznie. Angelica taka była – waliła prosto z mostu i nie zawsze to, co mówiła, podobało się innym, ale taki był jej urok. Ivan zgiął kartkę z przemówieniem i schował do kieszeni, ustępując ostatniemu już mówcy na dzisiaj, oficjalnemu prowadzącemu, Fabianowi Guzmanowi. Sekretarz gubernatora popatrzył po wszystkich, dostrzegając znajome twarze wpatrujące się w niego wyczekująco. Fabian nigdy wiele nie mówił, a już na pewno nie był typem człowieka, który przemawia na pogrzebach. A jednak Angelica dobrze wiedziała, że to właśnie on powinien to zrobić. Może chciała dać mu pstryczka w nos, kiedy prosiła, by zajął się pogrzebem na wypadek, gdyby coś jej się stało, a może po prostu czuła, że będzie idealny do tego zadania.
– Przed operacją dona Angelica zaprosiła mnie do siebie i poprosiła, żebym zajął się formalnościami na wypadek, gdyby coś poszło nie tak – zaczął, żeby wyjaśnić, dlaczego to robi. Niektórzy mogli odnieść wrażenie, że się panoszy jako jej pupilek, ale prawdą było, że przemawianie w ten sposób raczej nie należało do nagród, za które byłby wdzięczny. – Zostawiła pożegnalny list. Ci, którzy ją dobrze znali wiedzą, że była przygotowana na każdą ewentualność. – Fabian pokazał wszystkim zaklejoną grubą świecącą kopertę w krwistoczerwonym kolorze. – Nie otwierałem jej, kazała mi przysiąc, że nie otworzę jej do ostatniej chwili i odczytam na głos przy wszystkich żałobnikach w kościele. Dlatego z góry przepraszam, jeśli pojawią się tutaj jakieś niecenzuralne słowa. Dona Angelica była wytworną kobietą, ale czasami zdarzało się, że wymsknęło jej się to i owo.
Niepewnym gestem rozerwał zalakowaną kopertę i rozprostował równiutko zapisany pliczek kartek. Wszystkie oczy wbiły się w niego z ciekawością, a on miał szczerą nadzieję, że nie pójdzie na dno za zwymyślanie połowy miasteczka słowami pani Pascal. Zaczął czytać.

Moi Drodzy Przyjaciele,

Jeśli udało mi się nakłonić Fabiana Guzmana do przeczytania tego listu na głos przed Wami wszystkimi, to należą mi się gratulację, nawet pośmiertne. Dziękuję z góry. Jeśli Fabian Wam to czyta, to znaczy, że nie żyję, a doktor Bermudez Juarez jednak okazał się większym partaczem niż sądziłam. Zwracam honor mojej drogiej przyjaciółce, Valerii, która powtarzała mi to od lat i kazała zmienić kardiologa. No cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.


Fabian urwał na chwilę, bo Valeria siedząca w jednej z pierwszych ławek zagwizdała, zwracając na siebie uwagę innych. Nietuzinkowy humor pani Pascal wylewał się z papieru i niektórzy siedzieli z szerokimi uśmiechami na twarzach, mimo że teraz mieli już łzy w oczach bo to wszystko zdawało się być dużo bardziej realne. Guzman kontynuował, sam będąc ciekawy, co nauczycielka miała do powiedzenia i dlaczego to było takie ważne, by odczytać to akurat w kościele.

Przykro mi, że nie udało mi się Was wszystkich pożegnać. Jestem pewna, że zjawiło się mnóstwo osób, choć zupełnie niepotrzebnie. Byliście dla mnie wsparciem, kiedy żyłam, i to mi wystarczyło. Ale nie obraziłabym się również za przepełniony do ostatniej ławki kościół, bo to by znaczyło, że i ja nie byłam wam obojętna. A to największa duma – być kochaną przez Was, wspaniali ludzie, i być pamiętaną, mam nadzieję, że tylko za te dobre rzeczy. Jest kilka spraw, które muszę wyznać i z góry przepraszam Boga, że musi tego słuchać w ten sposób. Nie jest moją intencją obrażanie go, On jeden o tym wie. Obawiam się jednak, że umrę i nie powiem wszystkiego, co ważne, a tego bym sobie nie wybaczyła nigdy.
Wielu z was zastanawiało się pewnie, dlaczego po wielu latach pracy w Pueblo de Luz zdecydowałam się odejść w 2007 roku i przenieść się do San Nicolas de los Garza. Większa pensja i perspektywy na pewno grały dużą rolę, ale nie mogę nie wspomnieć o utracie mojego najwierniejszego przyjaciela, kochanego przez nas wszystkich Valentina Vidala. Jego śmierć była ciosem i skłamałabym, gdybym powiedziała, że kiedykolwiek się z tym pogodziłam. Ale nie odeszłam przez jego śmierć. Nie odeszłam też przez brak awansu, jak niektórzy wredni lubili opowiadać. Odeszłam przez ciebie, Dick, i ty doskonale o tym wiesz.
Nie spodziewam się, że przyszedłeś na pogrzeb. Prawdę mówiąc, zdziwiłabym się bardzo, a szkoda, bo jest wiele rzeczy, które chcę ci powiedzieć. Nawet jeśli cię nie ma, nie powstrzyma mnie to. Już nie. Bo mam dosyć milczenia. Byłeś zakałą w każdym możliwym tego słowa znaczeniu, utrudniałeś pracę mnie i moim kolegom, choć wtedy nikt nie nazywał tego jeszcze mobbingiem. Byłeś tyranem i nie zliczę, ile razy uczniowie przychodzili do mnie z płaczem, narzekając na ciebie, a ja głupia myślałam, że tak ma być. Zrozumiałam, że to błąd, kiedy poznałam prawdę. Zrozumiałam, jak ślepa byłam i jak bardzo jestem współwinna przez to, że tak długo dusiłam to w sobie. Z tego miejsca chcę gorąco wszystkich przeprosić, wszystkich uczniów i uczennice, którzy nie otrzymali ode mnie pomocy, na którą zasługiwali. Żałuję, że nie zrobiłam więcej. Przepraszam, ale nie wymienię Waszych imion, bo nie chcę Was stawiać w niezręcznej sytuacji. Z wyjątkiem Ciebie, Fabian. Wybacz, że piszę o tym otwarcie, ale wiem, że twarzą w twarz te słowa nigdy nie przeszłyby mi przez gardło.


Guzman urwał, nie wiedząc, co o tym myśleć. Odetchnął głęboko, czując, że jeśli obiecał to zmarłej, musi to doprowadzić do końca.

Kiedy powiedziałeś mi, że Perez nadużywa władzy, myślałam, że zmyślasz. Nigdy go nie lubiłeś i nie mogłam cię za to winić, ale uważałam, że przesadzasz. Kiedy powiedziałeś mi, że rezygnujesz z życiowej szansy i stypendium na Harvardzie przez niego, byłam na ciebie tak wściekła, że nie słuchałam twoich argumentów. Żałuję, że nie dałam ci wytłumaczyć i liczyło się dla mnie wtedy tylko moje własne ego – bo bardzo liczyłam na prestiż, jakim było pochwalenie się wszystkim, że mój uczeń, mój wychowanek, moje odkrycie, będzie pierwszym uczniem Pueblo de Luz, który zajmie zaszczytne miejsce na tej zagranicznej uczelni. Przepraszam, Fabian. Mam nadzieję, że wybaczysz starej damie.

– Tata dostał się na Harvard? Dlaczego zrezygnował? – Nela pisnęła, patrząc na brata, który jednak słuchał jak zahipnotyzowany.
Jego ojciec od lat żył w nieszczęśliwym związku z jego matką. Mógł wyjechać na studia, mieć dobre życie, ale zrezygnował z tego wszystkiego przez Pereza? Jordan nigdy nie sądził, że jego ojca łatwo zastraszyć, ale cokolwiek robił wtedy Dick, musiało naprawdę go dotknąć, skoro nawet tak ambitny facet jak Fabian przekreślił swoją życiową szansę.

Dick Perez to człowiek chory, to ktoś, kto nie powinien był pracować z młodzieżą nigdy – ani wtedy, ani teraz ani nigdy więcej. To człowiek przesiąknięty złem i wstyd mi, że dopiero o tym mówię. Żałuję tego okrutnie, tak samo jak tego, że nie będę mogła zatańczyć na twoim grobie, Perez.
Było warto? Ucieszyła cię jego śmierć? Śmiałeś się na pogrzebie Valentina, myśląc, że nikt cię nie widzi? Ja widziałam. Masz jego krew na rękach. Zdziwiony? Ja cię widziałam. Jak w kościele z Horaciem piliście mszalne wino i rozprawialiście o tym, czy już umarł, czy może karetka zdążyła na czas. Wiedziałeś, że walczył o życie, a i tak go tam zostawiłeś, nie dbając o to, czy umrze. Było ci to na rękę, prawda? Bo Val wiedział za dużo, wiedział więcej ode mnie i miał zamiar to ujawnić. Dlatego włamałeś się do jego mieszkania krótko po tym, jak dowiedziałeś się, że umarł? Myślałeś, że nikt się nie dowie, ale ja słyszałam to i owo. Upewniłeś się, że wszystkie dowody, które zgromadził Vidal nigdy nie ujrzą światła dziennego i zapewne cieszyłeś się, że wszystko uszło ci płazem. Ale nie przewidziałeś tego, że Val, choć ufał ludziom i kochał każdego jak własnego brata, lubił się zabezpieczać na wszelki wypadek. Pozostawił mi dzienniki, z których dowiedziałam się mnóstwa rzeczy o tobie i twoich grzechach. Dlatego sprawia mi wielką uciechę pisanie o tym, żeby zostało to odczytane przed wszystkimi, ale przede wszystkim przed Najwyższym, którego rzekomo tak umiłowałeś.
Brzydzę się tobą, Perez i nienawidzę cię szczerze każdą komórką mojego ciała. Ufam, że wszyscy w końcu się na tobie poznają i umrzesz w samotności, zapomniany i niekochany, bo jest to jedyne na co zasługujesz, tak samo jak na karę za wszystkie zbrodnie, których się dopuściłeś, za te wszystkie niewinne istoty, które skrzywdziłeś i które przez ciebie straciły życie. Za nadużywanie władzy, szantażowanie uczniów, nakłanianie ich do przestępstw tak obrzydliwych, że w głowie mi się to nie mieści, pisząc ten list. Tak, Dick, sama jestem dyrektorem, też mam dostęp do danych wrażliwych, ale nigdy, przenigdy nie wykorzystałabym ich w tak obrzydliwy sposób, w jaki zrobiłeś to TY. Świat bez ciebie będzie lepszym miejscem, a Pueblo de Luz, może kiedyś się podniesie po latach bycia w twojej garści. Szkoda, że tego nie doczekam. Szkoda, że musiałam spieprzyć własny pogrzeb, żeby ciebie oskarżyć, ale jeśli to ma przywrócić wszystkim wiarę w sprawiedliwość, to było warto.

PS. Drogi Hernanie, zwany również Horaciem (nawet to jest w tobie obłudne, że nie posługujesz się imieniem, które nadano ci w dniu urodzenia) – niniejszym informuję cię, że dowody na twoją korupcję i wieloletnie okradanie parafii trafiły już do mojego prawnika. Spodziewaj się pozwu najpóźniej tydzień po pogrzebie i ciesz się z wypoczynku w „sanatorium”, póki możesz. Więzienne prycze nie są tak wygodne jak satynowe pościele burdelu, tak słyszałam.


Po odczytaniu listu przez Fabiana nastąpiła cisza. Nikt nie śmiał się odezwać. Nela patrzyła na brata, który oddychał ciężko obok niej, gapiąc się w przestrzeń zamglonym wzrokiem.
– Co ci jest? Wszystko dobrze? – zapytała przerażona, kiedy zerwał się z miejsca i wyszedł z kościoła, udając się do ogrodu z dala od żałobników.
Pobiegła za nim, nie zwracając uwagi na proboszcza, który wyszedł przed ołtarz i próbował dalej prowadzić mszę świętą. Znalazła brata pod drzewem, kiedy opierał czoło o korę, wbijając w pień paznokcie i czując, że zaraz pękną mu płuca. Nie mógł oddychać. Potężna bryła lodu tym razem zdawała się blokować mu tchawicę.
– Jordan, o Boże, Jordan! – zawyła Nela, przestępując z nogi na nogę, nie wiedząc, jak sobie z tym poradzić. Wystawiała w jego stronę ręce, po czym ponownie je chowała, bo chłopak trząsł się cały i nie mógł ustać w miejscu, a ona bała się go dotknąć.
– Mam go.
Za jej plecami wyrósł doktor Julian Vazquez w czarnej wizytowej koszuli. Bez zbędnych ceregieli chwycił Jordana mocno i szczelnie w swoje silne ramiona, czekając aż hiperwentylacja ustanie. Tym razem było inaczej, nastolatek się nie wyrywał, wydawał się być raczej na skraju omdlenia.
– Nie mogę… oddychać – wyjąkał, czując, że ciemnieje mu przed oczami, a nogi stają się bezwładne jak z galarety, ale Julian trzymał go mocno i nie pozwalał upaść.
– Już w porządku, zaraz będzie lepiej. Trzymam cię – zapewnił go, a słowa podziałały jak balsam. To albo jego sztuczki rodem z seriali medycznych.
Wrócił do siebie po chwili, oddychając coraz głębiej, starając się brać wdechy przez nos. Julian uważnie go obserwował, a Nela stała z boku z dłońmi przyciśniętymi do ust.
– Kupiłeś nowe buty – zauważył nastolatek, wgapiając się w parę ładnego eleganckiego obuwia. Nie był jednak w stanie nabijać się teraz z lekarza, bo miał ważniejsze zmartwienia od jego garderoby. – Nikt nie widział? – zapytał z niepokojem i wstydem wymalowanym na twarzy. Słowa bardziej kierował w stronę siostry, która nie rozumiała, o co mu chodzi.
– Nie, wszyscy byli zasłuchani w list pani Pascal. Stałem przy wyjściu, więc was zobaczyłem, jak wychodzicie. Chcesz, żebym odwiózł cię do domu? – zapytał Vazquez, patrząc w bladą twarz chłopaka, którego spocone czoło lekko się świeciło w listopadowym słońcu.
– Nie może, ma zagrać na skrzypcach dla pani Angelici. Poprosiła tatę, żeby Jordan zagrał. – Nela nadal z niepokojem obserwowała starszego bliźniaczego brata, który schował dłonie do kieszeni dżinsów, bo tak się trzęsły, że nie mógł tego znieść.
– Nie zagram, Nela, nie ma szans. Nie mogę.
– Spokojnie, dygotanie zaraz ustanie. Przyniosę ci wodę, posiedzisz chwilę i odpoczniesz – zapewnił go Julian, a chłopak złapał go za przedramię i pokręcił głową.
– Nie o to chodzi. Ja nie mogę, po prostu nie mogę.
– Nie musisz w kościele, możesz zagrać na cmentarzu tak jak zawsze. – Marianela chciała chyba zachęcić brata, ale efekt był zupełnie odwrotny.
– Ja nie grałem przed ludźmi od… nie, po prostu nie mogę i koniec.
– Masz tremę? – Doktor przypatrywał mu się z troską.
– Też mi coś. Ja nie miewam tremy – oświadczył Jordi, prychając pod nosem, ale pomimo słów, które wypłynęły z jego warg, widać było, że gra przed połową miasteczka, w dodatku po tym wszystkim, co właśnie usłyszał, była dla niego stresująca.
– W porządku, nie musisz. Powiem tacie, żeby znalazł zastępstwo. – Nela upewniła się, że z bratem już lepiej, po czym wróciła do kościoła na mszę.
– Skłamała – powiedział nagle Jordan, kiedy stali w ciszy i czekali, aż bicie serca nastolatka się unormuje. – Dlaczego skłamała?
– Kto, Nela? – Julian puścił nadgarstek chłopaka, gdzie sprawdzał jego tętno i ponownie wpatrzył się prosto w jego ciemne oczy.
– Nie, pani Angelica. Nie widziała Pereza i Horacia w kościele w dniu, w którym umarł Valentin. To ściema, że podsłuchała ich rozmowę.
– Tego nie wiesz.
– Wiem to. Powiedziałem jej, że byli wtedy w szkole. Że poprosiłem ich o pomoc, kiedy Val upadł, ale mnie olali. Zostawili go samego, nie wezwali pomocy, mimo że prosiłem, a ja nie miałem pojęcia, co robić. Miałem dziewięć lat, byłem przerażony.
– To naturalne. Myślę, że dona Angelica nie chciała cię tym ponownie obarczać. Wzięła to na siebie, żeby ludzie w końcu się o tym dowiedzieli. – Vazquez uważnie monitorował Guzmana. – Dasz radę wrócić na mszę czy wolisz odpocząć?
– Wrócę, ale za chwilę. To po prostu nie ma sensu.
Poszedł w głąb ogrodu, by się przejść i nieco ochłonąć na świeżym powietrzu, a Julian obserwował go przez chwilę i upewniwszy się, że po prostu potrzebuje samotności, wrócił na mszę do Ingrid, która również była kiedyś uczennicą pani Pascal. Przyda jej się ramię do oparcia.

***

Zapukał do drzwi domu Guzmanów stanowczo, a kiedy nikt nie otworzył, ponowił czynność głośniej i z większym impetem. Nie przestawał, dopóki nie zobaczył rozwianych włosów właścicielki.
– Czego się tak dobijasz, zgubiłeś coś? – Silvia Olmedo dmuchnęła, by pozbyć się zabłąkanego na twarzy kosmyka włosów, a gość na progu uśmiechnął się.
– Urocza i gościnna jak zawsze. Mam sprawę. – Adam Castro jedną dłoń trzymał w kieszeni spodni drogiego garnituru, w drugiej obracał na palcu kluczyki do samochodu, który zaparkował przed domem.
– Fajna bryka. Baron Altamira ci sprezentował? – Dziennikarka zwęziła podejrzliwie oczy, przypatrując się lśniącemu lakierowi nowiutkiego auta, ale Adam nie był typem, który czuł się zawstydzony.
– Wiesz, że gość może zapłacić tylko złotymi sygnetami, prawda? – Prawnik nic sobie nie robił z tego, że kobieta niezbyt dobrze o nim myśli.
– Jesteś szują, wiesz? Jonas Altamira to gwałciciel i morderca, a i tak podjąłeś się jego obrony. Nie sądziłam, że stoczysz się tak nisko.
– Mogę to samo powiedzieć o tobie, Silvio. Przypomnij mi, ile sprostowań i oficjalnych przeprosin musiałaś wystosować w swoim szmatławcu w tym tygodniu? Victoria Diaz odpuściła? Nie przyszedłem do ciebie, więc z łaski swojej, suń się, żebym mógł wejść.
– Nie wpuszczę cię do mojego domu, chyba oszalałeś! Jesteś adwokatem diabła.
– Zabawne. Zapytaj męża, kto mnie polecił Baronowi. – Adam poczuł się zniecierpliwiony. To, że ludzie uważali go za sprzedajną gnidę, która broni zbrodniarzy, już go nie ruszało, ale zabolało to, że akurat ona prawi mu kazania, kiedy to właśnie Fabian poprosił go o przysługę.
– Fabian nigdy by tego nie zrobił. – Silvia powiedziała to z pełnym przekonaniem, ale jedno spojrzenie w twarz swojego byłego narzeczonego wystarczyło, by wiedzieć, że coś jest na rzeczy. – Zawołam Fabiana.
– Nie kłopocz się. – Adam wyciągnął w jej stronę dłoń, a ona się zdziwiła. Wyglądał na poważnego. – Nie przyszedłem do niego. Cześć, młody, masz chwilę?
Jordan został wywabiony hałasami ze swojego pokoju. Zszedł powoli ze schodów, zastanawiając się, co takiego Adam Castro miał na myśli, kiedy twierdził, że Fabian polecił go jako obrońcę Jonasa Altamiry. Czuł, że pięść zaczyna go świerzbić, żeby przywalić ojcu po raz kolejny.
– Jesteś wykonawcą woli Angelici Pascal, prawda? – Silvia połączyła fakty. Nie ruszyła się z miejsca, nadal obserwując uważnie barczystego prawnika. – Zostawiła coś Jordanowi? Zapisała mu spadek?
– On ma język i sam umie zadawać pytania. – Adam zwrócił się do dziennikarki i swojej byłej dziewczyny tonem pełnym politowania. – Jordan, wyjdziemy?
– Nie chcę żadnych spadków, jeśli o to chodzi. Weź sobie te jej zaskórniaki.
Młody Guzman nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać teraz o Angelice. Był na nią zły. Odeszła, tak jak wszyscy inni. I wyglądało to tak, jakby sama to zaplanowała, jakby w ogóle nie walczyła. Zdążyła się przygotować, poinformować prawnika, spisać testament, spisać swoje żale w liście pożegnalnym. Podpisała nawet pieprzoną klauzulę, żeby udaremnić reanimację. I mimo że Jordan to zlekceważył, ona nadal umarła. Był wściekły.
– Chodź. – Adam machnął na niego ręką i wyszedł do ogrodu, ignorując Silvię, która bardzo próbowała podsłuchać, o czym będą mówić. – Grasz? – Castro podniósł piłkę do koszykówki, która leżała na podwórku i wrzucił za trzy punkty do kosza, który został zawieszony tuż nad garażem.
– Czasem. O co ci chodzi, Adam? Odwiedzasz ojca tylko, jak czegoś chcesz. Co ci nagadała pani Angelica? Zostawiła brudy na ojca Horacia, prawda? Więc weź się do roboty i chodź raz wsadź za kratki kogoś, kto na to zasługuje, zamiast bronić zbrodniarzy. – Jordan wypowiedział te słowa zniecierpliwionym tonem, ale wtedy w jego stronę poleciała pomarańczowa piłka. Złapał ją tuż przed swoim nosem i dał za wygraną. Wrzucił do kosza od niechcenia.
– Pani Angelica zostawiła to dla ciebie. Liczyłem, że nie będę musiał tego przekazywać, ale ludziom chyba weszło w krew zlecanie mi nieprzyjemnych zadań. – Adam sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął błyszczącą kopertę w perłowym kolorze. – Znałeś ją, Jordi, pożegnania nigdy nie leżały w jej guście. Proszę.
Nastolatek chwycił kopertę i obrócił nią kilka razy w szczupłych palcach. Na papierze napisane było „Jordanek” i chociaż był totalnie zdołowany, roześmiał się.
– Zawsze musiała mi dogryźć. Nawet zza grobu. – Spojrzał na Adama, który odpiął guzik eleganckiej marynarki i kozłował piłką, wrzucając ją co jakiś czas do kosza. – Czytałeś?
– Jestem wredny, ale bez przesady. Koperta jest zamknięta, otworzysz i przeczytasz, kiedy będziesz gotowy. – Adam spojrzał na niego w taki sposób, jakby był nieco urażony, że chłopak go o to oskarża. Wrzucił piłkę po raz ostatni i zadowolony z efektu, poprawił swój garnitur. – I nie złość się na Fabiana. Ten jeden jedyny raz zachował się w porządku.
– To znaczy?
– To znaczy, że może i jestem obrońcą Jonasa Altamiry, ale upewnię się, że gnojek trafi za kratki na długie lata. Twój ojciec nie lubi, kiedy ktoś go szantażuje.
– Baron szantażuje ojca? Co na niego ma? – Jordan zmarszczył brwi, a Castro wzruszył ramionami.
– Cokolwiek to jest, Fabian wybrał sprawiedliwość w swoim stylu. Więc tylko moja reputacja na tym ucierpi, bo zanosi się, że przegram pierwszą w swojej karierze sprawę. – Adam westchnął, ubolewając nad tym, ale Jordi poczuł do niego nić sympatii, po raz pierwszy od kiedy się znali. Jako stary znajomy ojca i były narzeczony matki, o którym słyszał różne historie, zawsze wydawał się pozbawionym kręgosłupa moralnego adwokaciną. Dzisiaj wydał mu się całkiem w porządku. Nie bez powodu Angelica wybrała go na swojego reprezentanta. Był jej byłym uczniem, a pani Pascal w swojej profesorskiej karierze udało się przekazać niejedną cenną lekcję.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3414
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 17:13:41 20-11-23    Temat postu:

Temporada III 151
Veda/Victoria/Cerano/

Fabian Guzman zacisnął usta w wąską kreskę gdy córka wyjaśniała mu szeptem zaistniałą sytuację. Jordan nie zagra na skrzypcach dla doni Angeliki. Ojciec nastolatka lekko zmarszczył brwi. Nie spodziewał się że syn który dostał wyraźne polecenie wykonania jednego utworu na skrzypach odmówi. Ze świstem wypuścił powietrze z płuc zastanawiając się jak rozwiązać zaistniałą sytuację? Ludzie zaczęli kręcić się w swoich ławkach i żywo komentować zaistniałą sytuację. Obecna na pogrzebie kobiety wnuczka Pereza siedziała wyprostowana jak struna. Policzki miała blade, a oczy zamglone. Usta Rose Castelani były zaciśnięte w wąską kreskę. Brunet rozejrzał się po kościele. Jego ciemne oczy padły na Vedę- córkę Eleny i Jose. Nastolatka rozglądała się z ciekawością po świętym przybytku ani trochę nie zainteresowana plotkowaniem o treści listu. Fabian musiał odwrócić uwagę gości o treści wiadomości od zmarłej. Angelica spłynęła z bycia ekscentryczną, ale to nadal była ceremonia pogrzebowa nie targ. Zszedł z ołtarza podchodząc do nastolatki. Szeptem pospiesznie nakreślił jej i wyjaśnił całą sytuację. Wykładowca wiedział bowiem, że Elena i jej córka były u „przyjaciółki rodziny” która ma wiolonczelę do oddania. Fabian wiedział o tym bo Veda sama mu się pochwaliła. Nastolatka pokiwała głową i chwyciła torebkę matki wyciągając z niej kluczki. Fabian udał się do auta po instrument Veda odwróciła do tyłu głowę szukając wzrokiem syna polityka. Nigdzie nie widziała Jordana. Zmartwiła się i zmarkotniała. Jordanowi bardzo zależało by zagrać dla swojej przyjaciółki. Chłopak mógł mówić co chcę ale przyjaźnił się ze zmarłą. Lubił ją bardzo, a może nawet kochał? Za ucho wsunęła kosmyk włosów, który wyślizgnął się z zaplecionego przez Elenę francuskiego warkocza.
Veda popatrzyła na zebranych. Mama siedziała wyprostowana niczym struna wpatrywała się w ołtarz gdy większość osób zebranych w świętym przybytku dyskutowała ze sobą na temat przedstawionych przez zmarłą oskarżeń pod adresem dyrektora szkoły do której uczęszczała nastolatka. Veda nie uczestniczyła w zbyt wielu pogrzebach, ale głośno rozmowy nawet jej wydawały się nieco niestosowne. Za to bardzo jej się podobało, że mogła włożyć to co chciała. Elena zaznaczyła, że dresy czy za duże męskie bluzy nie są odpowiednim strojem więc siedemnastolatka wyciągnęła z jej szafy sukienkę. Kupiła ją na bal zimowy, ale skoro nie weźmie w nim udziału z powodu przeprowadzki to mogła założyć ją na pogrzeb. Elena gdy zobaczyła córkę w tym stroju jedynie westchnęła. Nie było sensu tłumaczyć nastolatce że pogrzeb nie jest ceremonią gdzie nosi się jasne i tiulowe rzeczy.. Gdy Fabian wrócił z wiolonczelą wstała i zsunęła z ramion skórzaną kurtkę. I ruszyła za mężczyzną. Sukienka miała czarny przylegający do ciała gorset spódnica zaś im bliżej było ziemi tym jej odcień był jaśniejszy.. Veda stroniąca od sukienek zakochała się w sukience od pierwszego wejrzenia. Ostrożnie postawiła wiolonczelę od pani Victorii na nóżce siadając na przyniesionym przez proboszcza krzesełku. Ludzie nadal rozmawiali. Niewiele osób zauważyło, że zajęła miejsce w środkowej nawie tuż przed trumną. Popatrzyła na wejście do kościoła w nadziei że zobaczy tam Jordana. Nie dostrzegła go jednak. Cóż może przywoła go muzyką? Poprawiła wiolonczelę i przeciągnęła smyczkiem po strunach. Rozmowy ucichły. Veda pomyślała że od razu lepiej. Popatrzyła na zebrany w kościele tłum żałobników i zaczęła grać.

Salvador Sanchez ze świstem wciągnął powietrze w płuca gdy z instrumentu dobiegły pierwsze dźwięki. Bezwiednie sięgnął do krawata i rozluźnił węzeł. Poczuł jak uderza go fala zimna i gorąca. Poruszył głową na boki aż usłyszał skrzypienie własnych kości. Odkąd wrócił do miasta i po raz pierwszy natknął się na córkę Eleny łudził się, że jest córką Jose. Talent muzyczny mogła mieć po rodzinie matki. Elena wywodziła się przecież od Cyganów. W jej żyłach w żyłach jej córki płynęła romska krew, ale gdy Veda zaczęła grać „Kołysankę” którą napisał przeszło siedemnaście lat temu dla kobiety którą stracił, dla dziecka które jak sądził nigdy nie nie narodziło poczuł suchość w gardle. Po obronie dyplomu całkowicie przerzucił się na saksofon. Gdy grywał „Kołysankę” na koncertach robił to tylko i wyłącznie na saksofonie. Od siedemnastu lat nie słyszał jej na wiolonczeli. Kolano bezwiednie zaczęło drgać i podskakiwać. Wlepił oczy w Vedę, która całkowicie zatraciła się w muzyce. Grała z półprzymkniętymi powiekami. Zauważył, że nie potrzebuje nut. Rękę miała pewną. Z taką pewnością przeszła z „Kołysanki do „Fly me to the moon” jakby robiła to codziennie. Piosenka, której najbardziej znane było wykonanie Sinatry na wiolonczeli brzmiała z dodatkową głębią. Sanchez zmarszczył brwi dostrzegając otarcie na lewym boku instrumentu i poczuł jak zasycha mu w ustach. Popatrzył na Vedę to na wiolonczelę i głośno przełknął ślinę.
Grał „kołysankę” godzinami w ogrodzie rodziców. Do szału doprowadzał sąsiadów, rodziców lecz on chciał tylko żeby Elena podeszła do okna. Chciał ją zobaczyć. Ten jeden ostatni raz. Nigdy tego nie zrobiła zaś jej mąż kiedyś rzucił w niego butelką, którą roztrzaskała się od siły uderzenia raniąc tym samym instrument a jego samego obryzgując piwem. Salvador oddał wiolonczelę kilka lat temu Inez Romo. Był to zastaw. Miała pomóc Elenie gdyby ta zgłosiła się do niej po pomoc. Gdy Veda po raz kolejny zmieniła utwór Salvador uświadomił sobie, że go nie zna. Melodia grana przez nastolatkę była piękna, podniosła i smutna. Poczuł jak oczy wypełniają mu się łzami.
Veda Balmaceda była jego córką. Mógł sobie wmawiać, że Elena miała męża. Sypiała z nim i to on mógł być ojcem jej dziecka, lecz Veda grała na wiolonczeli z takim samym zapałem i zaangażowaniem gdy on w jej wieku. Była przedłożeniem jej myśli i jej uczuć. Gdy z podniosłej piosenki przeszła do jednego z popularniejszych popowych kawałków, wiedział że w tym momencie panna Balmaceda się popisuje. Ona nie tylko słyszała muzykę, ona czuła jej wibracje każdą komórą ciała. Gdy zakończyła swój koncert ciemne oczy utkwiła przed siebie. Sal instynktownie odwrócił do tylu głowę i popatrzył tam gdzie ona. Na Jordana Guzmana stojącego w progu kościoła. Veda uśmiechnęła się lekko za nim nie wstała i nie schowała wiolonczeli oraz smyczka do futerału. Wzięła futerał do rąk i przeszła nim główną nawą podchodząc do syna Fabiana. Młody chłopak bez słowa wziął od niej instrument i wspólnie wyszli z kościoła na zewnątrz.
Veda milczała idąc obok niego w ciszy. Musiała chwycić materiał sukienki w rękę żeby nie plątała jej się aż tak bardzo pod nogami. Podeszli oboje do auta Eleny. Nastolatek włożył wiolonczelę do bagażnika.
— Kupiliście wiolonczelę? — zapytał chcąc wypełnić czymś ciszę. Wiedział, że to nie instrument siostry. Ten był starszy, miał inne brzmienie i był mocno sfatygowany.
— Nie, dała mi ją pani Victoria — poinformowała go. Popatrzył na nią zaskoczony. Kobieta, którą potencjalnie zgwałcił Jose podarowała Vedzie jego córce cholernie drogi instrument? Używana czy nie nie była tanią inwestycją. Veda w odpowiedzi wzruszyła ramionami. — Victoria to chrześnica mamy — dodała jakby to wszystko wyjaśniało. Jordana nie przestaną nigdy zadziwiać konotacje rodzinne tego miasta.
— Zagrałam twoją piosenkę — odezwała się ponownie Veda. — Brzmiała za****ście.
Jordan parsknął śmiechem.
Veda nie grzeszyła skromnością, ale przyznał jej skinieniem głowy rację. Melodia którą napisał brzmiała za****ście na wiolonczeli. Miała wszystko co powinna mieć piosenka. Tempo, głębie. Nastolatka podeszła do auta i otworzyła je. Ze środka wyciągnęła teczkę. Wręczyła mu plik kartek.
— Zapisałam ją na wypadek gdybyś pewnego dnia chciał ją zagrać.
— Zagrałem ją przy tobie tylko raz — wziął od niej nuty wypełnione zielonym długopisem.
— Wiem, mam dobry słuch — odpowiedziała jakby to wszystko wyjaśniało. Wziął od niej plik kartek wpatrując się w zestaw nut. Zabrakło mu słów. Nie spodziewał się, że Veda zapamiętała każdy szczegół melodii i spisała ją.
— Dziękuje
— Nie ma za co — odpowiedziała uśmiechając się lekko. Ostrożnie zrobiła krok w jego kierunku. — a teraz cię przytulę — oznajmiła.
— Co zrobisz? — wydukał
— Obejmę cię w pasie — wyjaśniła bardzo ostrożnie oplatając swoje drobne ręce wokół jego tali. Doda Przysunęła się nieco bliżej skracając całkowicie dystans. Nos wcisnęła w jego koszulę. Jordan poczuł jak drobne dłonie zaczynają go gładzić po plecach. — możesz mnie objąć, jeśli chcesz — dodała. — Wiem, że nie każdy lubi być przytulany. Tak znienacka. Ja nie lubię więc uprzedziłam i ciebie że cię przytulę. Jordan — wypowiedziała jego imię — możesz odetchnąć — oznajmiła. Chłopak ze świstem wypuścił powietrze z płuc dopiero wtedy uświadamiając sobie że wstrzymywał oddech. — Jego ręce objęły jej drobną talię i oddał uścisk. Trwali tak chwilę. Od uszu nastolatka dotarło jej pociąganie nosem.
— Nie obsmarkaj mnie tylko — zaznaczył.
— Co? Nie mam kataru — zapewniła go i pociągnęła nosem. — To ty ładnie pachniesz
Jordan parsknął śmiechem odsuwając się od Vedy.
— Wąchasz mnie?
— Nie muszę się nawet mocno zaciągać żeby czuć zapach twoich perfum. Wylałeś na siebie cały flakon.
— Nie przesadzajmy z tym flakonem — żachnął się a Veda zachichotała. Jordan uśmiechnął się kącikiem ust czując jak napięcie maleje. — Ładna kiecka.— skomplementował chcąc zmienić temat.
— Dzięki Veda — obróciła się wokół własnej osi. — Kupiłam ją na Bal zimowy — wyjaśniła — ale nie poszłam.
— Dlaczego?
— Nie miałam z kim iść — wyjaśniła nastolatka. — Nie miałam chłopaka ani przyjaciół — przełknęła z trudem ślinę — Trzy dni przed Balem zerwałam z Brianem więc poszedł z Zoe
— Zoe?
— Swoją nową dziewczyną, która nie leżała pod nim jak kłoda gdy uprawiali seks — wypaliła w odpowiedzi. Wargi nastolatka zacisnęły się w wąską kreskę. Palce prawej dłoni zacisnął w pięści. —Podbiłam mu oko — dodała wyraźnie z tego faktu zadowolona.
— Co?
— Oko — powtórzyła — prawe. Poszedł na bal z Zoe z podbitym okiem i wszystkim mówił, że wpadł na szafkę — Veda się zaśmiała. — Dlaczego nie powiedział innym że to ja mu podbiłam oko?
— Żaden facet się do tego nie przyzna że dziewczyna podbiła mu oko — Veda pokiwała głową i usiadła na jednej z ławek. Jordan usiadł obok niej. Nie miał ochoty wracać na ceremonię. — Chciałam być jak wszyscy — wyznała — dlatego poszłam z nim do łóżka. To normalne zachowanie. Poczuł jak ogarnia go mieszanina złości i współczucia. Veda w kontaktach międzyludzkich byłą całkowicie bezbronna. — Słyszałam jak mówił kumplom, że leżałam jak kłoda — wyznała — więc poszłam za nim na imprezę i podbiłam mu oko. Przemoc jest zła.
— Zasłużył żeby dostać w oko — wszedł jej w słowo Jordan.
— Zoe mu go złamała
— Co?
— No penisa — wymamrotała. Jordan otworzył szeroko oczy ze zdumienia. — Nie wiedziałam że się tak da — dodała nastolatka — popłakał się jak dziecko. Na początku zaczął wrzeszczeć nie wiedziałyśmy co się dzieje. Dopiero jak Zoe z niego zeszła do się okazało że się z,łamał — Veda popatrzyła na niego. Radosne ogniki połyskiwały w jej oczach. — Słyszałam że nosił na nim gips — dodała chichocząc. — On mnie wykorzystał prawda? — zapytała go ze smutkiem w głosie.
— I zapłacił za to wysoką cenę — zapewnił ją mimowolnie otoczył ramieniem. Veda wtuliła się w jego pierś.
— Mam nadzieję że nigdy mu nie staną — wypaliła.
— Ja też — popatrzyli na siebie i równocześnie wybuchnęli śmiechem.

***
Ceremonia pogrzebowa dobiegła końca obecni na uroczystości goście zaczęli tłumnie opuszczać lokalny cmentarz na którym została pochowana zmarła nauczycielka. Ciemnowłosa kobieta, która jako jedna z ostatnich złożyła wieniec kwiatów na grobie nieboszczki krzyżując spojrzenie ze współpracownikiem gubernatora. Fabian Guzman niewiele się zmienił od czasu ich ostatniego spotkania. Szatynka przechyliła na bok głowę uznając iż przybyło mu jedynie kilka zmarszczek które bynajmniej nie odebrały mu urody. Kobieta wyprostowała się gdy mężczyzna pewnym krokiem zbliżył się do niej. Na ustach pojawił się kurtuazyjny uśmiech.
— Nie spodziewałem się, że pani kurator oświaty na pogrzeb pofatyguje się osobiście — powiedział na powitanie brunet. — Witaj Virginio.
— A ja nie spodziewałam się, że na pogrzebie wylejesz wiadro pomyj na Dicka Pereza.
— Ktoś musiał to zrobić — odparł na to mężczyzna. Kobieta prychnęła poprawiając wstążkę. Po krótkiej chwili wyprostowała się spoglądając za ciemnych okularów na ojca Jordana i Neli. — Będę potrzebować kopi tego listu.
— Dostaniesz oryginał — zapewnił ją. Virginia Núñez popatrzyła na niego krótką chwilę. — Mój poprzednik był świadom jego grzeszków?
— Zapytaj o to swojego poprzednika — odpowiedział. — O tym, że Dick to stary zboczeniec wiedzieli wszyscy.
— Szkoda, że nikt nie uprzedził kuratorium oświaty — odbiła piłeczkę łypiąc na idącego obok niej Guzmana. — Oddałeś swoje miejsce na Harwardzie Normie — zdecydowanie bardziej stwierdziła niż zapytała.
— To nie jest twoja sprawa
— Masz rację nie moja — przyznała mu rację. — że miłość zrobiła z ciebie głupca — dokończyła swoją myśl.
— Perez został odwołany — zmienił temat Guzman. Nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać o przeszłości a już na pewno nie z kuratorką oświaty stanu Nuevo Leon
— Wiem wniosek rady pedagogicznej poparty głosem rady rodziców leży na moim biurku czekając na mój podpis. Czy wszyscy naprawdę sądzą, że wystarczy podpisać papierek i cała sprawa rozejdzie się po kościach?
— Ginny po prostu podpisz kwity
— Fabian tutaj nie chodzi tylko i wyłącznie o podpisanie kilku kwitów czy zniszczone Bóg tylko wie ile żyć — chwyciła go za łokieć i zmusiła go żeby się zatrzymał. — Jeśli ujawnił dane wrażliwe do których miał dostęp to jest współwinny udziału w zabójstwie nastolatki.
— O czym ty mówisz?
— Julia Ortega — powiedziała powoli. — Tylko trzy osoby wiedziały, że ona i Freddie są rodzeństwem. Perez był jedną z tych trzech osób. Jeśli napuścił Freddiego na siostrę — westchnąwszy. — Cóż szambo i tak już się wylało — podsumowała odrzucając do tyłu ciemnobrązowe pasma.
— Elodia poradzi sobie na stanowisku dyrektorki.
— Żartujesz sobie prawda? Elodia Fernandez nie zostanie dyrektorką — zapewniła go pani kurator. — Co? Myślałem że to naturalna kolej rzeczy.
— To źle myślałeś. I jak podejrzewam nie tylko ty. Gdyby decyzja należała wyłącznie do mnie to Elodia Fernandez dostałaby o de mnie i kuratorium kredyt zaufania ale plotki o Perezie i jego wyczynach dotarły do Minister Edukacji i Szkolnictwa Wyższego i delikatnie mówiąc jest oburzona postępowaniem. Mało tego nie jest zbyt zadowolona z dobru kadry.
— Z kadry?
— Biznesmen, aktorka, dziennikarka z wyrokiem za zabójstwo i Irlandczyk, któremu własny rząd zagwarantował stanowisko dotacją na rzecz szkoły — wyliczyła — Pani minister uważa, że szkoła potrzebuje gruntowanych zmian i bezstronnego lidera.
— Bezstronnego lidera — powtórzył głucho. — Jaja sobie ze mnie robisz? — zapytał ją wprost Virginia ściągnęła z nosa okulary i spojrzała mu w oczy.
— To nie była moja decyzja — zapewniła go. — Pani Minister podjęła ją sama, bez jakiejkolwiek konsultacji z kuratorium — podkreśliła wyraźnie niezadowolona że ktoś na wysokim szczeblu podjął tę decyzję wykluczając ją całkowicie.
— Cerano Torres — powiedział przez zęby Guzman. — nie będzie bezstronnym liderem.
— Cerano przynajmniej nie będzie wybierał sobie pupilków — Fabian uniósł brew.
— Jordan nie jest pupilkiem Pereza.
— Och proszę cię — żachnęła się kobieta. — Twój syn robił co chciał ponieważ Perez bał się reakcji tatusia. Cerano nie będzie próbował wchodzić ci w tyłek. Ani nikomu innemu — dodała.
— Jesteś cholernie dobrze poinformowana — zauważył rozbawiony.
— Jestem kuratorką oświaty bycie dobrze poinformowaną to mój obowiązek. List — wyciągnęła dłoń — Fabian podał jej dokument.
— Co z nim zrobisz?
— Przekaże go do Ministerstwa Edukacji. Jeśli oskarżenia dony Angelicy się sprawdzą Pereza czeka sąd koleżeński, pozbawienie go prawa do nauczycielskiej emerytury — wyliczyła — być może zarzuty karne.
— Mówiąc krótko jest skończony.
— Tak, jest — skończony potwierdziła kobieta.

***

Pueblo de Luz było miastem znajdującym się półtorej godziny drogi na południe od stolicy stanu Nuevo Leon. Na swoim koncie nie miało szczególnych zasług i zasłynęło z tego, że kilkanaście lat temu podzieliło się na dwie części; Miasto Światła i Dolnie Cieni. Nazwa Valle de Sombras została narzucona przez włodarzy stanu którzy nie byli zachwyceni iż całkiem dobrze rozwijające się miasteczko na południu w wyniku niesnasek na szczeblu władzy dzieli się na dwa. Ówczesnego burmistrza nazwano „mącicielem” i wręczono mu klucze do miasta które jak wskazywała nazwa. Zawsze miało już pozostać w cieniu swojego lepiej rozwijającego się sąsiada. I tak się stało.
Valle de Sombras od początku swojego założenia miało problemy, które rozłam uwypuklił pozostawiając mieszkańców samych sobie. Bogaci i wpływowi zostali, ci którzy mogli wyjechali zaś najubożsi zostali skazując się na łaskę wielkich panów tego miasta. Cerano Torres nie miał dobrych wspomnień z tym miastem. Był karłem i od najmłodszych lat dzieci nabijały się z jego niskiego wzrostu. Był obiektem szykan, obelg od strony nie tylko rówieśników, ale także najbliższego otoczenia. Ojciec nigdy nie zaakceptował jego ułomności. Matka kochała go ponad życie. I to właśnie jej miłość sprawiła, że wyjechali do stolicy. Donna Torres rozwiodła się z panem Torresem zabrała ich jedynego syna najpierw do Pueblo de Luz zaś po roku ponownie wyszła za mąż i wspólnie z ojczymem wtedy już ośmioletniego chłopca wyjechali do stolicy stanu, a później kraju. Cerano nie był dzieckiem wysokiego wzrostu. Rosnąć przestał już jako czternastolatek. Reszta ciała poza kośćmi rozwijała się całkiem normalnie. Dziś był jedynie w miasteczku przejazdem. Celem jego podróży było Miasto Światła. To właśnie tam Ministerstwo Edukacji i Szkolnictwa Wyższego nie tylko zagwarantowało mu dyrektorki stołek, ale także wygodny dom na przedmieściach. Zerknął we wsteczne lusterko spoglądając na dwójkę swoich pociech szesnastoletnia Ruelle i jej starszy o rok brat Jeremiaiah.
— Za kilka minut będziemy na miejscu — odezwał się. Jeremiah, do tego częściej zwracano się zdrobnieniem imienia Remmy podniósł wzrok na ojca i wywrócił oczami. O ile ojca cieszyło nowe zawodowe wyzwanie. To dwójka nastoletnich dzieci nie była już tak pełna entuzjazmu. I nie mógł ich za to winić. W stolicy mieli swoje grono znajomych, ulubionych nauczycieli w szkole. Tutaj zaczynali zupełnie od nowa. — Nie róbcie takich skwaszonych min. Będzie dobrze.
— To nasza trzecia szkoła w ciągu dwóch lat — przypominał mu syn przesuwając palcem po telefonie. — Nie użyłbym określenia „dobrze” Dobrze, że za rok idę na studnia. Chociaż czekaj mogą mnie nigdzie nie przyjąć bo ciągle zmieniam placówki edukacyjne bo mój ojciec noski wzrost rekompensuje się kolejnymi zawodowymi wyzwaniami i ślubami z podwładnymi.
— Remmy — Ruelle popatrzyła na brata karcąco. — Nie będzie aż tak źle.
Chłopak prychnął.
— Jeśli tatuś nie zapuści gdzieś korzeni to ciebie czeka jeszcze co najmniej dwie przeprowadzi. Jeśli będziesz miała szczęście, jeśli pecha to cztery.
— Dość — syknął parkując przed domem. Zmarszczył brwi. Na zdjęciach wyglądał nico inaczej. Remmy wychylił się do przodu wsuwając głowę między przednie siedzenia.
— A narzekałaś na mieszkanie na czwartym piętrze przez widny
Celine — przypomniał macosze. — W porwaniu z tą rudera to był pałac.
— W środku zapewne prezentuje się lepiej.
— Tak, dom jak w trzech świnkach —mrukną — powieje większy wietrzyk i puff nie mamy dachu — odpiął pas i sięgnął do klamki. — Jak rezydencja Draculi — mruknął i pchnął furtkę która zaskrzypiała złowieszczo.
Dom prezentował się interesująco. Porośnięty bujnym bluszczem ze spadzistym dachem ci ciemnej cegły miał w sobie coś mrocznego. Remmy był pewien że Celine uzna ten dom za romantyczny zaś Rue. Zerknął przez ramię na siostrę i uśmiechnął się pod nosem. Z przyjemnością napuści siostrę żeby wspięła się po tym bluszczu do swojej sypialni. Była jak małpka. Pobiegła do niego i chwyciła go za łokieć.
— Myślę że dom był tak tani bo kogoś tu zamordowano.
— A ja myślę że był tak tani bo to dziura i rudera — skomentował — zaraz jak to tani?
— No tata go kupił.
— Kupił? — odwrócił się do ojca — Popierdoliło cię? — zapytał mężczyznę. Kupiłeś tę dziurę? k***a.
— Język
— Będę mówił jak mi się żywnie podoba — Cerano pchnął drzwi i wszedł do środka.
— Długo dyskutowaliśmy z Celine na temat przyszłości i zdecydowaliśmy że zapuścimy tutaj korzenie. Ten dom ma dusze.
— Ta zamordowanej rodziny — rzucił chłopak
— Wypadki się zdarzają
— Serio zabito tutaj kogoś? — Rue otworzyła szeroko oczy. Remmy wywrócił oczami. Rue uwielbiała takie historie.
— To był nieszczęśliwy wypadek — odpowiedział jej ojciec.— Idź szukać szlaków krwi — rzucił do siostry zgryźliwie — na pewno coś znajdziesz. Idę zwiedzać okolice
— Weź kurtkę — poprosił go ojciec. Remmy popatrzył na mężczyznę i wywrócił oczami w odpowiedzi wychodząc z domu. Za nim oddalił się z tylnego siedzenia zgarnął kurtkę stawiając do góry jej kołnierz. Ręce wcisnął w kieszenie spodni i rozejrzał się to w lewo to w prawo. Nie miał zbyt wielkiego wyboru. Skręcił w lewo.
Ulica na której zamieszkali była zadbana. Przycięte trawniki, ładne małe płotki czy zadbane podwórka. Ich dom odstawał od reszty. Był stary zapuszczony i spodobałby się Kiraz. Siostra Remmego byłaby zachwycona bluszczem, który pokrywał całą powierzchnię budynku. Dziewczyna zapewne wymyśliłaby odpowiednią historię pasującą do miejsca. Bestia przetrzymująca piękną niewiastę lub inne babskie bzdury. Uśmiechnął się lekko wyciągając z kieszeni kurtki paczkę papierosów. Wyciągnął jednego wsuwając do ust. Nie pochwała jego zamiłowania do używek i stwierdzenia „na coś kiedyś trzeba będzie umrzeć” Jeśli to rak to trudno. Westchnął i zapalił. Z lubością zaciągnął się dymem.
Cerano Torres miał trójkę dzieci urodzonych rok po roku. Jeremiah, Kiraz i Ruelle. Jeremiaiah urodził się w 10 stycznie 19998 roku zaś jego młodsza siostra Kiraz przyszła na świat 27 grudnia 1998 roku. Różnica polegała na tym, że mieli jednego ojca, ale dwie różne matki. Matka Remmego zmarła przy porodzie, matka Kiraz dała nogę po porodzie zaś matka Rue jako jedyna utrzymywała jako taki kontakt z córką. W dużej mierze polegało to na wręczaniu prezentów gotówki i wysyłaniu kartek Bożonarodzeniowych. Nastolatek zatrzymał się i rozejrzał. Miejsce było przytłaczająco wręcz nudne.
— Tutaj nie wolno palić — usłyszał dziewczęcy głos. Popatrzył w stronę dziewczynki przyglądającej mu się zaa płotu. — Palenie zabija.
— Przypomnę to sobie gdy będę umierał na raka — odpowiedział wyrzucając niedopałek na jezdnię. Zgniótł go czubkiem sfatygowanego trampka.
— Nie widziałam cię tutaj wcześniej — zmarszczyła nos. On podszedł bliżej dostrzegając że koło nastolatki stoi pokaźnych rozmiarów czarny pies. Zwierzę zawarczało pokazując zęby. — Cicho Syriusz — Ella Castellano uciszyła zwierzę które potulnie położyło się u nóg swojej właścicielki.
—Imponujące — pochwalił — Niech zgadnę ma imię po pewnym facecie z pewnego więzienia? — zapytał a ona ochoczo pokiwała głową. Uśmiechnął się lekko. — Co to za kable wskazała. Popatrzył na dół. Koszulka którą nosił musiała mu się podwinąć. Podniósł ją wyżej. — Pompa insulinowa — poinformował ją.
— Masz cukrzycę.
— Typu A — przyznał zaskakując sam siebie, że z taką łatwością mówi obcej nastolatce o swoich problemach zdrowotnych — Jestem Remmy — popatrzył na psa to na dziewczynę — jak podam cię rękę jakie jest ryzyko że ją stracę?
— Wysokie, jestem Ella — wyciągnęła dłoń i podała ją chłopakowi. — Nie jest aż taki groźny — zapewniła go i sięgnęła do skobla. Otworzyła furtkę zapraszając chłopaka na podwórze. Remmy ostrożnie wszedł na teren posesji nadal czując się obserwowany przez czujne psie oczy. Nie ryzykując usiadł bezceremonialnie na ziemi.
— Mieszkamy w domu naprzeciwko — wskazał na budynek porośnięty bluszczem.
— W domu pani Torres — przyznała dziewczyna. Remmy zmarszczył brwi.— I wiem wcześniej parkował tam wóz do przeprowadzek. Dom stał pusty od lat.
— Tak w domu pani Torres. Co się stało z panią Torres? Słyszałem że została zamordowana.
Ella otworzyła szeroko oczy i roześmiała się serdecznie.
— Pani Torres była sędziwą staruszką umarła. Zmarła we śnie — naprostowała sprawy dziewczynka. — To było — zastanowiła się przez chwilę — Dwa lata temu. Była szalenie sympatyczna i przynosiła przepyszny winogron z ogrodu.
— Dzięki
— Za co?
— Że dzięki tobie będę spał spokojnie w nocy — Ella popatrzyła na niego i parsknęła śmiechem.
— Nie ma za co — odpowiedziała, a on uśmiechnął się lekko.
— Ella z kim — w progu domu stanął chłopak. Ciemnowłosy mniej więcej w jego wieku. — Kim jesteś? — nastolatek wstał. Felix zbliżył się do siostry kładąc jej ręce na ramionach. Remmy bezwiednie się uśmiechnął.
— Remmy — wyciągnął w jego stronę rękę — wprowadziliśmy się naprzeciwko — druga wskazał dam. Opuścił rękę wycierając ją o koszulkę.
— Ten niewychowany pacan do mój brat Felix.
— Twoja siostra wyjaśniła mi że poprzednia właścicielka nie została zamordowana przez nożownika
— Zmarła ze starości.
— Dobrze wiedzieć chociaż Rue będzie rozczarowana
— Rue? — zainteresowała się Ella
— Tak moja młodsza siostra. Ma bzika na punkcie historii prawdziwych zbrodni. Prowadzi własny podcast
— Serio?
— Tak, wszyscy mamy dość słuchania o tym jak Teddy Bandy ćwiartował swoje ofiary
— Za plecami chłopaka rozległo się chrząknięcie. Basty Castellano popatrzył na nowego chłopaka z mieszaniną ciekawości i niezadowolenia. Wolał żeby Ella nie słuchała o ćwiartowaniu zwłok.
— O ile mi wiadomo Bandy nie ćwiartował swoich ofiar
— fakt to był Dhamer — machnął ręką. Basty spojrzał na dzieci to na niespodziewanego gościa. — Mieszkam naprzeciwko. Od dziś.
— To Remmy
— Jeremiaiah — usłyszał z ust ojca rozglądającego się po ulicy.
Chłopak westchnął i wyminął policjanta otwierając furtkę.
— Zawieram nowe znajomości — wyjaśnił nastolatek ojcu. Felix i Ella z ciekawością przyglądali się niskorosłemu mężczyźnie. — To nasi sąsiedzi. Ella, Felix i ich ojciec.
— Basty Castellano — przedstawił się policjant podawszy dłoń mężczyźnie — Wprowadzili się państwo do domu naprzeciwko?
— Tak, Cerano Torres —przedstawił się podając mu rękę.
— Torres?
— Barbara Torres była moją babką — wyjaśnił mężczyzna. — Remmy wracaj do domu — zwrócił się do syna — inaczej twoja siostra zabierze ci najlepszy pokój.
— W tym domu takie nie istnieją — mruknął. — Miło było was poznać — zawrócił się do rodzeństwa i ruszył do domu powłócząc nogami.

***

Jordan Guzman nie miał najmniejszej ochoty na uczestnictwo we stypie na którą zaciągnięto jego i Nelę. To było ostatnie miejsce w jakim chciał być. Zapewne wymknąłby się po kilku minutach gdyby nie siostra. Bliźniaczka chłopaka zostałaby zostawiona sama sobie a na to nie mógł pozwolić. Zajął więc miejsce przy stole przeznaczonym dla rówieśników. Po jego prawej stronie usiadła Nela, po lewej Veda która rozglądała się po lokalu z szeroko otwartymi ciemnymi oczami. Muzyka zapewne na prośbę jego ojca była stonowana.
— Ale stypa — Rosie usiadła na krześle obok Neli sięgając po ciasto.
— To stypa — zauważył Jordan.
— Wiem, ale czy zmarła życzyła sobie stypy w takim stylu? — rozłożyła ręce — wszyscy którzy bliżej znali zmarłą chcieli żebyśmy urządzali sobie tańce nad jej grobem.
— Tańce nad jej grobem?
— Tak twierdzi jedna z przyjaciółek — wskazała na jedną z kobiet — więc poprosiłam Anitę o podłączenie sprzętu do karaoke — rosie uśmiechnęła się chytrze. — To co Felix duecik?
— Ja? Fabian nie będzie zbytnio zachwycony ci wszyscy oficjale
— Umrą z nudów przed przystawką. Po za tym powinniśmy świętować Perez jest oficjalnie skończony
— Wiesz za Pereza mogą dać kogoś gorszego? — zasugerował Jordan.
— Tym będziemy się martwić jutro dziś — wstała rzucając skórzaną kurtkę. Pod spodem miała koronkowy czarny top spod którego prześwitywał wściekle różowy stanik. — Dziś zamierzam cieszyć się z jego upadku gdyż — włączyła mikrofon — Dick stracił pracę, reputację i szacunek wszystkich — zrobiła pauzę — i dodatkowo zostawiła go żona i złożyła pozew o rozwód — wyliczyła głośno — więc ja nie zamierzam płakać gdy donna Angelica chciała żebyśmy świętowali. Podeszła do sceny — Jest tylko jeden numer przy którym można świętować. Felix mnie zabije ale ja uważam że to słodkie że urodził się dziewięć miesięcy po koncercie Martina — urwała spoglądając na Ani — jeśli to go pocieszy moja mama zaszła w ciążę w noc poślubną która nie była nawet ich więc nie ma za co mamo i tato. Szybkie rytmy znanego utworu rozbrzmiały w Czarnym kocie. Siedzący przy barze Fabian Guzman wzniósł oczy do nieba. Eleganckie przyjęcie właśnie przeszło do historii. I kilka rodzinnych tajemnic razem z nim.
Rose Castelani nie zamierzała się smuć. Tak pogrzeb był smutny, ale płacz w poduszkę nie pomoże więc zamierzała śpiewać i tańczyć do upadłego. I miała w nosie co pomyślą sobie sztywniaczki garniturach. Usiadła obok Felixa i zamrugała [powiekami.
— Fortepian czeka maestro
— To pianino — poprawił ją Felix i nie
— Och daj spokój za dwadzieścia lat będziesz się z tego śmiał.
— O ile nie umrę z upokorzenia
— Proszę — złożyła ręce jak do modlitw — Dick upadł jak pomnik Hitlera w Niemczech po wojnie więc możemy jeden wieczór zluzować gacie i zapomnieć o całym świecie.
— Fel idź — zachęciła go Ella niemal spychając z krzesła.
— I ty Brutusie przeciwko mnie?
— Dla mnie?
— Właśnie dla Elii , Veda nie mamy tu wiolonczeli ale grasz na gitarze?
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy.
— Chcesz żebym grała na gitarze?
— No — wstała
— To postaw mi się podoba Olivia, Lidia i Carolina ruszać tyłki i na scenę — machnęła ręką. — Tu jest Conrado
— I będzie zachwycony widząc twoją asymilację z dzieciakami z rocznika. No szybko szybko bo parkiet stygnie.
Rosie wyciągnęła na scenę sporą grupkę młodzieży. Veda bezwiednie sięgnęła po gitarę przerzucając pasek przez ramię. Gdy wyszeptała jej utwór pokiwała głową. Felix zaczął grać pierwsze takty Rebelde zespołu RBD. Siedzący przy barze Conrado parsknął śmiechem kręcąc głową gdy dzieciaki z łatwością przeszyły z jednej piosenki do Bella Ciao. Obserwowanie jak chłopcy trzymają się za ramiona zdzierając sobie gardła przy piosence rewolucyjnej zadedykowanej Perezowi, który stał na środku nie wiedząc co ze sobą począć był wart każdych pieniędzy. Quen śpiewający utwór Quen
— Dzieciaki urządziły sobie własną stypę — zauważył Ochoa spoglądając na śmiejącego się z czegoś syna. — Znałem Angelicę była kobietą która takiej stypy by sobie życzyła.
Młodzież się rozochociła i roztańczyła wraz z główną orkiestrą która zajęła zaszczytne miejsce na scenie. Prym przy pianinie wiódł Felix. Veda grała na przemiennie na gitarze lub skrzypcach zaś Rosie, Lidia, Olivia i Carolina chwyciły za mikrofony. Enrique wymiękł po kilku piosenkach opadając na krzesło obok kuzyna. Jordan nie był w nastroju do świętowania. Quen także więc obaj zajęli miejsce na widowni obserwując roześmianych rówieśników. Po chwili Veda opadła na krzesło obok Queena.
— Tuptuś zatańczyłbyś ze mną — powiedziała wprost sprawiając że Enrique parsknął śmiechem.
— Tuptuś? — zapytał — Tuptuś — powtórzył
— Wszędzie za mną łazi więc przechrzciłam go na Tuptusia
— Zapomnij ja nie tańczę i to ty wszędzie za mną łazisz — odbił piłeczkę.
— Sama nie będę tańczyć
— Ja z tobą zatańczę — odezwał się Diego sprawiając że wszyscy podskoczyli.
— Serio?
— Jasne — wyciągną rękę — mogę panienkę prosić?
— Jasne — Veda ochoczo ujęła jego dłoń i ruszyła na parkiet.

***


Belfast 20 listopada 2015r.

Muzyka, rozchichotane rozśpiewane młode kobiety i mężczyźni i on. Słuchający jak z tysięcy gardeł wyśpiewywane są kolejne utwory piosenkarki, której nawet nie lubił. Tak Taylor Swift miała kilka numerów, które uważał za „znośne” czy „dobre” lecz nigdy nie był wielkim fanem piosenkarki. W przeciwieństwie do jego żony która jak sądził zabierze na koncert siostrę nie jego. Stało się wręcz odwrotnie. Nettie zabrała na wydarzenie właśnie jego i to do jego ucha śpiewała kolejne teksty piosenek , których jak się okazało jest więcej niż on pamiętał. A mimo to miło się mu patrzyło na zachwyconą żonę, która pociąga nosem gdy Tylor zaczęła śpiewać „Love Story”. Objął ją wtedy w pasie i bezwiednie zaczął się z nią kołysać w rytm melodii. Musiał się pogodzić z myślą że to była ich piosenka.
Gdy opuścili stadion Windsor Park i skierowali się w stronę centrum splótł ich palce ze sobą . Na koncert wybrała prostą krótką białą sukienkę z długim rękawem i skórzaną czarną kurtkę i czarnymi butami. Nie byłoby w tym stroju nic szokującego gdyby nie fakt że siedem lat temu dokładnie taką samą sukienkę włożyła na ich ślub w urzędzie stanu cywilnego w Londynie. Różniła się wtedy jedynie fryzura gdyż na głowie kobiety widniała elegancka biała chustka. Sukienka oczywiście nijak miała się do paskudnej jesiennej pogody, ale najwyraźniej znęcanie się nad mężem stało wyżej od nie odmrożenia sobie tyłka. Przynajmniej nie pada, pomyślał zadzierając do góry głowę. Niebo było bezchmurna i pysznił się na nim księżyc. Nettie zerknęła na niego z uśmiechem.
— Przyznaj Gburku, że dobrze się bawiłeś? — zapytała przekręcając się przed nim i idąc tyłem. — Nuciłeś pod nosem.
— Nieprawda — zaprotestował zaś Capaldi odrzuciła do tyłu głowę i roześmiała się serdecznie.
— Słyszałam — obwieściła pewna swego. — i tańczyłeś.
— Przestopywanie z nogi na nogę trudno nazwać tańcem — odbił piłeczkę brunet wolną dłonią przeczesując palcami włosy. Przesunął wzrokiem po jej sylwetce dłuższą chwilę wpatrując się w nieśmiertelniki które nadal nosiła na szyi. — Zamówmy taksówkę.
— Nie — zaprotestowała kobieta — chcę pospacerować po mieście, pójść zjeść Big Maca — obwieściła — nie chce wracać do domu. — usta wygięła w podkówkę i zatrzymała się na placu. Zatrzepotała powiekami i tylko lata praktyki w wywiadzie sprawiły, że nie parsknął śmiechem.
— Jak przeziębisz pęcherz nie zwalaj tego na mnie — zaznaczył. Tia zmarszczyła brwi i bezwiednie popatrzyła na swoją sukienkę. Była cienka i zdecydowanie zbyt letnia na tę pogodę, lecz warto było ją założyć chociażby dla jego miny.
— Ostatnio gdy mnie w niej widziałeś powiedziałeś że wyglądam ślicznie — przypominała mu.
— Kiedy ostatni raz miałaś ją na plusie temperatura nie oscylowała w okolicach zera — zaznaczył , a ona niczym krnąbrna nastolatka prychnęła wyraźnie urażona. Michael westchnął — I wyglądasz w niej ślicznie.
— A ty i tak chcesz rozwodu — wypominała mu i ruszyła przed siebie. Michael ruszył za nią.
— Mówiłem ci że tak będzie lepiej — przypominał jej. Odkąd byli w Belfaście ciągle wałkowali ten sam temat. On chciał rozwodu ona ani myślała podpisać jakiekolwiek dokumenty. — Nie jestem typem męża którego będziesz zabierała na czerwone dywany.
— To dobrze się składa bo ja nie jestem typem aktorki dla której rozwijają czerwone dywany — odbiła piłeczkę zadowolona z siebie Capaldi. Nie wymagała od niego że pójdzie z nią na jakąkolwiek premierę czy rozdanie nagród. Nie zapraszano jej na tego typu imprezy. Nie była na tyle znana, żeby dostać darmowe zaproszenia czy te płatne. — Moja odpowiedź nadal brzmi „nie”
Usta Michaela zacisnęły się w wąską kreskę. Łypnęła na niego. Och nie lubił gdy mu się odmawiało. W swojej pracy był przyzwyczajony do tego że dostał to czego chce i zapewne kiedy chce. Nie spodziewał się że żona której nie widział cztery lata odmówi mu rozwodu. Nettie znała go na tyle dobrze, że wręcz spodziewał się że sama w podskokach pobiegnie do prawnika aby sfinalizować ich rozstanie. Och co to to nie! Udawał trupa przez cztery cholerne lata! Miała w nosie czy był w Syrii czy jego tajna misja odbywała się w Syrii gdzie zasięg był kiepski. Mogli go wysłać na misję na Marsa czy Księżyc a jej reakcja byłaby podobna. Żadnego rozwodu nie będzie. Na razie aktorka chciała się przekonać w jakim kierunku rozwinie się ich małżeństwo. A może była głupią romantyczką, która miała nadzieję że te wszystkie listy które pisali w przeciągu trwania ich związku miały dla niego znaczenie i nie były tylko przykrywką dla armii? Westchnęła wydmuchując kłęby pary. Miał rację było cholernie zimno i temperatura zapewne spadnie poniżej zera. Zatrzymała się zaś Michael wesstchnął wyciągając z kieszeni czapkę którą wycisnął przed wyjściem do kieszeni płaszcza. Obrócił Tię w swoją stronę i wcisnął jej okrycie nas głowę. Z szyi rozwiązał szalik w szkocką kratę i owinął wokół jej szyi. Popatrzyła na niego z uniesionymi brwiami.
— Na mojej zmianie nie możesz dostać zapalanie puc — oznajmił i chwycił ją pod ramię — złapiemy taksówkę..
— Nie chcę jeszcze wracać — odparła na to. Michel wzniósł oczy do nieba jakby prosił o cierpliwość siłę wyższą. Nettie natomiast przeszła przez przejście dla pieszych. Ruszył za nią. Blondynka zatrzymała się parę metrów dalej przed budynkiem Ratusza.— Piękny jest.
— Budynek jak budynek — skomentował zupełnie instynktownie obejmując ją w pasie i przyciągając do siebie. Czuł jak drży z zimna. Wywrócił oczami mocno przyciskając ją do siebie. — Mam przerzucić się przez ramię i siłą zawlec do taksówki? — zapytał ją opierając brodę na jej ramieniu. — Zimno ci przecież.
— Nie mam czterdziestu paru lat żeby po dwudziestej trzeciej iść spać — oznajmiła.
— Ale ja mam i chętnie poszedłbym spać.
Obróciła się gwałtownie w jego ramionach.
— Jesteś po czterdziestce?
Popatrzył na nią to na jej zdumioną minę i roześmiał się serdecznie.
— Nic dziwnego że chadzasz w wełnianych płaszczach i nosisz czapki pochowane po kieszeniach — powiedziała po dłuższej chwili.
— Skoro nie chcesz czapki — sięgnął po okrycie głowy, lecz ona się uchyliła.
— Jest już moja — oznajmiła.
Czyli jednak ci zimno — stwierdził z triumfalnym uśmieszkiem. Wywróciła oczami.
— Zamawiaj taksówki — sięgnął po telefon otwierając przeglądarkę gdy wpisał numery taksówek Belfast nie wytrzymała i zaczęła się śmiać. — Boże ty naprawdę jesteś z innej epoki skomentowała wyciągając komórkę z jego rąk — teraz robi się to przez aplikację.
— Chwila ktoś wymyślił aplikację do zamawiania taksówek?
— Aha — przytaknęła głowę opierając na jego piersi. — Uber — oznajmiła wciskając odpowiednią ikonkę w komórce — miała już wybrać odpowiednią funkcje gdy do jej uszu dobiegła muzyka. Poczuła jak mięśnie Michaela napinają się pod płaszczem. Głosy nasilały się. Nettie zmarszczyła brwi patrząc za ramienia męża jak tłum gęstnieje na placu wyśpiewując Bella Ciao.
— Musimy iść — rzucił w stronę żony biorąc ją za rękę. Ona jak zahipnotyzowana wpatrywała się w śpiewających, jeden z nich uniósł do góry kukłę. Kobieta dopiero po chwili zdała sobie sprawę że ta kukła przedstawia jego ojca. I podpalił. — Skarbie musimy iść — chwycił ją za rękę — teraz — zaznaczył. Tłum na placu gęstniał z każdą minutą gdy prowadził Tię między rozśpiewanymi i niezbyt trzeźwymi mężczyznami. Czuł jak mocno ściska ją za rękę. Gdy przed placem zatrzymał się samochód zaklął pod nosem. Musiał jak najszybciej zabrać stąd żonę. To nie było miejsce dla niej. Nie wśród przeciwników jej ojca.
— Proszę się rozejść — ogłosił przez mikrofon policjant — To nielegalne zgromadzenie! Proszę natychmiast opuścić teren przy Ratuszu i rozejść się do domów. — zakomunikował. Tak bo na pewno się posłuchają pomyślał McConville.
— To wolny kraj — odkrzyknął mu ktoś z tłumu — Mamy prawo tu być. Mamy prawo zamanifestować swoje niezadowolenie. — oznajmił przez megafon i zainicjował pieść spopularyzowaną przez Dom z papieru. Tłum ochoczo mu zafakturował, a mężczyźni zaczęli tworzyć ścianę. Jeden stawał obok drugiego. Zarzucali sobie ręce na ramiona i kołysali w rytm melodii. W innych okolicznościach uznałby to zgromadzenie za interesujące. Zrobił krok do przodu mocnej ściskając rękę Tii. Ktoś ochoczo machał podpaloną kukłą Capalgiego. Gdyby obserwował to z perspektywy telewizora zapewne widok ten by go ucieszył. Uwagę przykul dźwięk odpalanej racy, którą ktoś cisnął w policjantów. Michael westchnął głośno. Nie było szans aby ten protest zakończył się pokojowo. Jedna raca wywołała lawinę , a protestujący z okrzykiem ruszyli na policjantów. Ktoś trącił go w ramię. Poczuł jak palce Nettie wyślizgują się z jego rąk.
— Cholera — zaklął pod nosem instynktownie rozglądając się z żoną.
— A ty eleganciku — usłyszał — po czyjej stronie stoisz? — Michael popatrzył na mężczyznę nerwowo odwracając do tyłu głowę. Nie widział nigdzie żony.
— Po żadnej, chcę jedynie wrócić do domu a ty stoisz mi na drodze — zakomunikował mu. Zaskoczony facet zamrugał szybko powiekami. Michael dostrzegł Tię bezradnie rozglądającą się po placu — przepraszam — wyminął go
— Nie eleganciku — położył mu wielkie łapsko na ramieniu — nigdzie nie pójdziesz — rzucił w jego stronę.
— A chciałem załatwić to pokojowo — mruknął czując szarpnięcie barku. Uchylił się na bok przed ciosem, wykonał obrót i celnie uderzył mężczyznę w nos. Trysnęła krew. Drugi cios spadł na brzuch mężczyzny — Michael poklepał go po ramieniu i pomógł usiąść na jednej z ławek — wierz mi kolego podziękujesz mi za to później — zapewnił go gdy strumień wody uderzył w jego żonę. Nettie stała na placu w skórzanej kurtce i przemoczonej białej sukience ociekając wodą. Policja nie zamierzała puścić tego płazem. Michael pomyślał, że dopiero teraz ściągnął kawalerię. Podbiegł do żony obejmując ją w pasie. Tia wydała z siebie pisk. — Hej to ja — ujął jej twarz w swoje dłonie — kochanie.
— Puściłam twoją dłoń — wymamrotała
— To nic, musimy iść — popatrzyła na niego zamroczona. — Kochanie moje — zwrócił się do niej po irlandzku — musimy iść — chwycił jej drobną dłoń i mężczyzna pociągnął ją za rękę w stronę przejścia dla pieszych. Gdzieś w oddali słyszał dźwięk syren. Całe szczęścia znał cholernie dobrze uliczki Belfastu. Skróty, przejścia między dzielnicami. Tia tym razem nie protestowała tylko szła u jego boku. Pociągnął ją w stronę odpowiedniej klatki. Z kieszeni wyciągnął pęk kluczy.
— Zgubiłam telefon — wymamrotała kobieta.
— Trudno, kupisz sobie nowy — zapewnił ją.
— Wiem, ale lubiłam ten telefon — wsunął odpowiedni klucz do zamka i mieszkanie stało przed nimi otworem. Wciągnął Tię do środka i zamknął za nimi drzwi. Zapalił światło w korytarzu.
— Rozbieraj się — rzucił do niej krótko ściągając z jej ramion kurtkę. Popatrzyła na niego ze złością.
— No wiesz co — powiedziała oburzona gdy wciągnął ją do łazienki — to że byliśmy na randce nie oznacza, że zobaczysz mnie dziś nago.
— Kochanie moje masz na sobie przemoczoną sukienkę — przypominał jej — jeśli spacer nie sprawi że nabawisz się zapalenia płuc pozostanie w mokrej kiecce ci to gwarantuje. Ściągaj ubranie ja znajdę ci coś suchego.
— Michael — zwróciła się do niego.
— Mam jakieś dresy
— Rozepniesz? — odwróciła się do niego plecami. — nie sięgnę do zamka — wyjaśniła. Michael popatrzył na jej odbicie w lustrze. W szklanym odbiciu skrzyżowały się ich spojrzenia. Michael sięgnął do zamka rozpinając jej sukienkę. Instynktownie przesunął palcami po jej nagich plecach. Mokra sukienka z plaskiem opadła na podłogę. Tia instynktownie zasłoniła piersi rękoma. Michael skupił się na czubku jej głowy. Blondynka odwróciła się w jego stronę. — Możesz na nie spojrzeć — zachęciła go opuszczając w dół ręce.
— Nie dzięki — usta zacisnął w wąską kreskę skupiając się na patrzeniu jej w oczy. Kobieta z trudem opanowała chichot. Michael po omacku sięgnął do szafki i wyciągnął z niej puchaty ręcznik który ciasno owinął kobietę.
— Cóż za opanowanie — rzuciła rozbawiona.
— znajdę ci jakieś dresy — zapewnił i wyszedł plecami opierając się o zamknięte drzwi. Słyszał jak jego żona wybucha powstrzymywanym śmiechem. Zmusił się by iść do jednej z szaf i wyciągnął z niej potrzebne rzeczy nadal miały metki. Zapukał. — Mam ubranie dla ciebie — zakomunikował.
— Możesz wejść — zapewniła go kobieta. Nacisnął klamkę. — Powinny pasować — położył odzież na zamkniętej klapie sedesu. Tia bezwiednie chwyciła paczkę z bielizną rozrywając opakowanie. W środku znajdowały się męskie bokserki w ciasteczka. — To jakaś sugestia?
— Tak że była poświąteczna wyprzedaż — Tia z trudem powstrzymała wybuch śmiechu. Kobieta wstała z wanny na której siedziała pozwalając opaść ręcznikowi w dół. Michael skupił się na jej stopach. Nie mógł jednak powstrzymać oczu które podążały za ruchami jej dłoni. Wzrok padł na jej pełne piersi.
— Świetna chirurgiczna robota — skomentowała Tia gdy przyłapała go na gapieniu się — Fernandez pozbył się nawet blizn — wyjaśniła sięgając po koszulkę. Motyw ze słynnym zielonym świątecznym potworkiem ani trochę ją już nie zdziwił. Dresy były zielone.
— Zrobię ci herbatę — oznajmił gdy wkładała grube skarpetki.
— Co to za nora? — zapytała go wchodząc za nim do kuchni.
— To moje mieszkanie — oznajmił jej. Kobieta rozejrzała się.
— Przytulnie tu. Tak bez osobowo — dodała i przeszła do salonu gdzie po kilku minutach Michael przyniósł jej herbatę. Upiła kilka łyków gorącego napoju za nim nie odstawiła kubka. — Przytulisz mnie? — zapytała go ostrożnie. Ich oczy się spotkały. Brunet westchnął i objął ją ramieniem. — Chce się położyć pod ciepłym kocykiem. Przytulić do ciebie.
Michael spełnił jej życzenie. Nie leżeli pod kocykiem lecz nieobleczoną w poszwę kołdrą. Tia wtuliła się w jego bok zamykając oczy. Wreszcie było jej ciepło. Ciepło i wygodnie. Serce Michaela biło tuż przy jej uchu. Rozkoszowała się tym dźwiękiem.
— Przeczytałam książkę — zakomunikowała mu żona. — To co was spotkało — zaczęła — to było okrutnie niesprawiedliwe — serce mężczyzny przyspieszyło, mięśnie napięły się. Instynktownie pogładziła go po piersi. — Pamiętasz ją? — zapytała ostrożnie.
— Nie — odpowiedział wprost — znam ją tylko ze zdjęć. — westchnął i głośno przełknął ślinę. — Nie pamiętam tamtej nocy. Gdy ją zabrali — przyznał. — Miałem tylko dwa lata. — Tia podniosła głowę z jego piersi i bezwiednie uniosła się tak że jej twarz teraz znajdowała się na wysokości jego twarzy.— To nie twoja winna — zapewnił ją. Byłby głupcem gdyby za zbrodnie ojca obwiniał jego córkę. Pogładził ją po policzku.
— Jeden rok — powiedziała.
— Co?
— Daj nam jeden rok — poprosiła go i usiadła na nim okrakiem.
— Jeden rok — powtórzył głucho. To brzmiało jak szaleństwo.
— Taki był plan pierwotny. Jeden rok małżeństwa za ubezpieczenie zdrowotne. Daj mi ten obiecany rok, a później jeśli dalej będziesz chciał rozwodu podpisze każdy dokument. — Michael usiadł. Aktorka splotła nogi za jego plecami. Czoło oparła o jego czoło. — Przez jeden rok chce gotować ci obiady, prać twoje gacie i sypiać z tobą w jednym łóżku — wyjaśniła — chcę się z tobą kłócić i godzić. Jeśli po tym uznasz, że chcesz rozwodu, dostaniesz rozwód. Przełknął się gdy Nettie otarła się o jego krocze. Kobieta uśmiechnęła się z satysfakcją — Sądzę że przynajmniej jedna część twojego ciała bardzo chcę pozostać ze mną w świętym związku małżeńskim.
— A ja sądzę — chwycił ją za biodra — że to cios poniżej pasa.
— W małżeństwie i na wojnie — zaczęła — wszystkie chwyty dozwolone — pocałowała go niespiesznie. Palce zanurzyła w jego miękkich przydługich włosach czując jak ręce Michaela wędrując — Po za tym każdą umowę trzeba podpisać — mruknęła odrywając usta od jego ust.
— Ustalić warunki — mruknął żołnierz rękoma odnajdując jej piersi. Wargami skubał jej szyję. — Śpię po prawej stronie łóżka.
— Niech ci będzie — odpowiedziała.
— Mogę gotować śniadania, obiady to twoja sprawa
— Mhm — mruknęła. Było jej zbyt przyjemnie by myśleć o garach, obiadkach i przynoszeniu mu kapci. — Nie będę podawała ci kapci i piwa — uśmiechnął się z nosem trącając jej obojczyk.
— Nie mam kapci — odpowiedział. Nettie roześmiała się serdecznie — i wolę whiskey. Jeszcze jakieś życzenia?
— Chcę wspólnych kąpieli i najważniejsze jesteś tylko mój. Nie ma nikogo innego. — Popatrzył jej w oczy.
— Jestem tylko twój kochanie moje — zapewnił ją i pocałował w czubek nosa. Gdy Michael i Venetia kochali się po raz pierwszy od lat ulice Belfastu pokryły się grubą warstwą śniegu i krwią.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3414
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 17:16:12 20-11-23    Temat postu:

cz2
Cerano Torres pojawił się w szkole punktualnie o siódmej trzydzieści. Nie znosił spóźnienia zarówno u siebie jak i u innych więc punktualność była cechą którą cenił i której wymagał od swoich pracowników. Rozejrzał się czujnie po swoim nowym gabinecie Ze ścian zniknęły dyplomy i nagrody poprzednika. Biurko było opróżnione z rzeczy osobistych. Ciemnowłosy mężczyzna wyregulował fotel zaś z torby wyciągnął fotografie trójki swoich dzieci; najpierw ustawił Jeremiaah obok niego Kiraz i na końcu Rue. Mężczyzna zamyślił się nad swoim planem działania.
Cerano nie pierwszy raz obejmował stanowisko dyrektora w szkole pogrążonej w kryzysie, lecz pierwszy raz miał za zadanie ulepszyć funkcjonowanie szkoły gdy jego poprzednik nie tylko zasłużył placówkę, nie tylko wpychał pieniądze tylko i wyłącznie w jedną dziedzinę, ale zaszkodził szkole pod względem wizerunkowym. Pięćdziesięciolatek słyszał plotki. Czytał także raport kuratora oświaty. Nie zamierzał jednak opierać się tylko i wyłącznie na tym co mu napisano czy o tym co usłyszał. Wiedział bowiem, że raporty pomijają niewygodne fakty zaś ludzie cóż uwielbiają gadać. Z każdym ze zatrudnionych nauczycieli będzie chciał pomówić osobiście. Popatrzył na listę nazwisk. Perez stworzył dość nietuzinkową kadrę. Musiał mu to przyznać.
Wykształceni pedagodzy obok biznesmena, młodocianej kryminalistki czy informatyka znikąd. Niepokoił go także prowadzący kółko wiedzy o islamie. Nie miał pojęcia co Perezowi strzeliło do głowy aby w szkole utworzyć takie zajęcia. Aż nie zobaczył sumy jaka wpłynęła na szkolne konto jako darowizna od irlandzkiego rządu. Nie razie wolał nie wnikać jakie to interesy sprowadzają Irlandię Północą do liceum ogólnokształcącego. Na razie jednak jego jedynym celem było poznanie pracowników i właśnie dlatego skrócił lekcje i o godzinie piętnastej trzydzieści szkoła była cicha i pusta gdy rozkładał ciasto na talerzach. Po kilku minutach do pomieszczenia zaczęli wchodzić nauczyciela.
— Zapraszam, zapraszam — gestem dłoni zaprosił ich do środka — Mamy jeszcze kilka minut więc śmiało proszę się częstować — zachęcił ich. Conrado Severin spoglądał na nowego przełożonego z kamiennym wyrazem twarzy. Grono pedagogiczne zaczęło zajmować miejsca. Cerano napełnił kubek herbatą i usiadł u szczytu stołu. — Dzień dobry — przywitał się z swoimi podwładnymi. — panie Severin proszę usiąść — wskazał krzesło obok siebie — trochę tutaj pobędziemy. Mamy do omówienia kilka ważnych spraw więc proszę zaparzyć sobie kawę herbatę . — upił łyk ciepłego napoju. — Są rozumiem wszyscy? — rozejrzał się po twarzach. — Jeśli pomylę państwa nazwiska albo imiona wybaczcie, ale nadal się uczę kto jest tutaj kim. — Ja nazywam się Cerano Torres i jestem dyrektorem placówki przysłanej przez Ministerstwo. Według wytycznych pani minister mam naprawić to co Perez zepsuł więc z tego co zdążyłem się rozeznać czeka nas prawdziwa harówka — odstawił kubek — zacznę więc od najważniejszej kwestii — wyciągnął szkolny regulamin — Od jutra poprawki do szkolnego regulaminu wprowadzone przez mojego poprzednika przestają obowiązywać — przedarł tekst regulaminu na pół. — Są tak idiotyczne, że jestem zaskoczony, że większość państwa się na nie zgodziła ale cóż nie ma co gdybać nad rozlanym mlekiem. Od jutra chłopcy i dziewczęta mogą siedzieć ze sobą na zajęciach, pracować w grupach mieszanych czy ćwiczyć w jednej koedukacyjnej grupie na wychowaniu fizycznym. Nie widzę w tym absolutnie dziwnego czy też zdrożnego. Po drugie chcę wrócić do zajęć z edukacji seksualnej — urwał. W gabinecie panowała cisza. Tego nie spodziewał się nikt. — Nie dlatego, że w szkole jest młoda matka ale dlatego że młodzież w tym wieku jest ciekawa świata a już na pewno są ciekawi siebie nawzajem. Mam w domu dwójkę nastolatków więc doskonale wiem o czym mówię — uśmiechnął się lekko. — Zajęcia poprowadzi nauczyciel biologii. Oczywiście po zatrudnieniu. Mamy do wypełnienia dwa wakaty więc w ciągu najbliższych dni będę chciał wypełnić lukę. Do tego czasu zajęcia poprowadzi biolog z sąsiedniego liceum. Pani vice-dyrektor zgodziła się na wypożyczenie nam swojego nauczyciela na okres dwóch tygodni. Trzecia kwestia to mundurki szkolne — wyciągnął z teczki plik dokumentów — obecne są nie do zaakceptowania z powodów cóż wszystkim nam znanym. To najpopularniejsze modele w stanie.
— Panie dyrektorze — odezwała się Anita Vidal — popieram zmianę mundurków, ale kto za to zapłaci?
— Środki weźmiemy z ministerstwa — zapewnił Anitę — Koszt jednego mundurka to 250 pesos i wiem, że nie wszystkich rodziców jest stać na taki zakup dlatego koszty pokryje ministerstwo. Dla dziewcząt przewidziane są także spodnie. Uczniowie zostaną zmierzeni przez szkolną pielęgniarkę, wymiary zostaną zanotowane przekazane do dyrekcji a ja przekaże je już odpowiedniej krawcowej.
— W czym mają chodzić do tego czasu? — zapytała go Julioetta
— Jestem skłonny zgodzić się na prywatną odzież.
— Prywatną?
— W odpowiedniej eleganckiej formie oczywiście — zapewnił kobietę. — Nie będę tolerował biegania po szkolnych korytarzach w dresach chyba że przed zajęciami z wychowania fizycznego. Uczniowie w szkole reprezentują szkołę więc strój ma być przede wszystkim schludny, czysty i odpowiednio elegancki. Przymknę oko na brak krawata, ale nie na zbyt krótką spódniczkę. Jeśli dziewczęta chcą chodzić w spódnicach droga wolna a do wychowawców należy przekazanie informacji co do długości.
— Długości? — zadziwiła się Leticia.
— Tak, nie znam się na modzie ale myślę spódnica minimum do kolan będzie tutaj odpowiednia. Kolory stonowane, naturalne. Z zapisek dyrektora wynika także iż dziewczęta nie mogły nosić rozpuszczonych włosów — przeczytał z notatek — ani widocznych ozdób w ciele. Wnioskuje że chodzi o kolczyki — i żadnych elementów reprezentujących poglądy polityczne. To jest dla mnie zagadka.
— Dyrektor zapewne miał na myśli — zaczęła Anita — tęczowe elementy.
— Tęczowe? — zmarszczył brwi — Ma pani na myśli LGBT+ — Cerano westchnął. — To delikatna sprawa,
— A co pan też jest przeciw? — odezwał się Santos znad talerzyka z szarlotką.
— Nie, jako ojciec — urwał uznając że wyjawienie pewnych osobistych kwestii na forum publicznym jest nieskazane — powiem wprost to kogo preferuje w łóżku nie jest ani moją ani państwa sprawą — wyznał. Przy stole zapadła cisza. — To co będzie państwa obowiązywać to przede wszystkim realizowanie podstawy programowej. Wiem, że wszyscy macie własne indywidualne podejście do nauczania przedmiotów, ale uczniowie mają znać podstawę programową. Po drugie od nowego roku szkolnego chciałbym aby biologia na ostatnim roku była przedmiotem do wyboru nie przedmiotem obowiązkowym. Statystycznie placówka wykształciła w ciągu ostatnich piętnastu lat ośmiu lekarzy więc nie ma sensu męczyć biologią wszystkich uczniów. Podstawę programową można zrealizować w trzech latach. Chciałbym także wznowić pracę szkolnego radia. I jeszcze jedno nie toleruje spóźnialska zarówno wśród nauczycieli jak i uczniów i każde spóźnienie wśród uczniów ma zostać odnotowane i liczone do puli — westchnął — mówiąc wprost minuta do minuty i uzbiera się godzina. Te uzbierane godziny będą liczyć się do promocji do następnej klasy czy uzyskania dyplomu. Jeśli uczniowie nie znają się na zegarkach to najwyższa pora ich nauczyć szacunku do czasu i szkolnego regulaminu. — urwał i sięgnął po herbatę — Mają państwo jakieś propozycje? Prośby? Pytania? Przemyślenia?
— Co z drużynami sportowymi? — zapytał go Bruni.
— Drużyny sportowe zostaną utrzymane. Koedukacyjna drużyna pływacka, zapaśnicza , i piłkarska i nowa drużyny a do siatkówki. Perez mógł uwielbiać szkolnych piłkarzy doprawdy nie rozumiem dlaczego. Powiem wprost szkoła udostępnia sprzęt i miejsce. Sprzęt po treningu ma trafić do odpowiedniego schowka, miejsce ma zastać popsrzątane a ręczniki od tej pory pierzecie sami.
— Co?
— Do tej pory było tak że ręczniki prane były w pralni. Co ciekawe zasada ta obwiązywała tylko piłkarzy. Od dziś a właściwie od jutra piłkarze będą postępować według schematu innych drużyn składa na środki piorące i ręczniki robią kółko po domach.
—Piłkarze
— To nie święte krowy trenerze — przerwał mu dyrektor — i są wstanie postępować jak inne drużyny prać swoje ręczniki. Korony im z głów nie pospadają.
— Pański syn jest piłkarzem — przypominał mu Bruni.
— Tak wiem — odpowiedział na to mężczyzna — i nie zamierzam traktować przez to lepiej piłkarzy których sukcesy na koncie określam mianem przeciętnych.— i najważniejsze nie znoszę nepotyzmu — zaznaczył — Każdy uczeń ma być traktowany tak samo. Nie obchodzi mnie czym zajmują się ich rodzice, nie obchodzi mnie czy wy jesteście ich rodzicami nie obchodzi mnie z kim jadacie obiadki. Liczę że będziecie profesjonalistami w ocenianiu ich umiejętności. Z zasad czysto technicznych każda sala na przerwie ma być zamknięta na klucz, żadnego pozwalania uczniom na spędzeniu czasu w sali lekcyjnej i kategoryczny zakaz proszenia uczniów o odnoszenie dziennika do pokoju nauczycielskiego. W szkolnej bibliotece zostaną zamontowane kapsuły do nauki. Tłumią dźwięki więc uczniowie będą mogli czytać, pisać albo odpoczywać od hałasu. Wprowadzone zostaną także lekcje ciszy.
— Lekcje ciszy? — zapytała zdziwiona Elena.
— Tak, chciałbym także aby niektóre przerwy stały się przerwami ciszy. Oczywiście z czasem. Zdaje sobie sprawę że pewne zmiany wymagają czasu. Kilka sal lekcyjnych zostanie wyremontowanych — urwał gdyż odłożony na blat telefon zaczął wibrować. Na ekranie pojawiło się zdjęcie jego żony. Wyciszył aparat. — Chciałbym także z każdym z państwa odbyć indywidualne rozmowy. Nasze dyskusje oczywiście nie będą przeszkadzać państwu w prowadzeniu zajęć — pownie urwał gdyż jego komórka ponownie się rozdzwoniła. Tym razem dzwonił ktoś zupełnie inny. — Przepraszam —— chwycił za apart — na dziś wystarczy — odebrał i pospiesznie opuścił pokój naucycielski.
— Słucham
— Zakład opiekuńczo-wychowawczy czy zgadza się pan pokryć koszty rozmowy z
— Kiraz Torres — usłyszał głos córki
— Tak oczywiście
— Cześć tato — usłyszał głos swojego dziecka.
— Cześć skarbie — odpowiedział siadając na ławce.
— Wypuszczają mnie — wykrztusiła.
— Co? Kiedy?
— Jutro — odpowiedziała — Mogę wrócić do domu? — zapytała go.
— Tak oczywiście, przyjadę po ciebie — zapewnił ją ojciec. — albo Celine.
— Dziękuje — odezwała się niepewnie.
— Drobiazg Żabko — zapewnił ją mężczyzna za nim Kiraz się rozłączyła.

***

Było kilka minut po siedemnastej gdy weszła do swojego gabinetu podpierając się na lasce z główką orła. Palce mocnej zacisnęła na przedmiocie gdy poczuła chłodny powiew powietrza. Biała długa firanka poruszyła się lekko na wietrze. Czujnymi jasnymi oczyma rozejrzała się po pomieszczeniu. Czuła, że nie jest sama. Miała rację. Srebrna strzała świsnęła koło jej ucha wbijając się w biurko. Przywiązana była do niej karteczka. Victoria ostrożnie usiadła na krześle sięgając do kartki. Rozwinęła ją powoli i przeczytała.
— „I utworzył grupę dwunastu, których też nazwał „apostołami” – żeby z nim pozostali i żeby ich posyłać, aby głosili oraz mieli władzę wypędzania demonów. A w grupie dwunastu, którą utworzył, byli: Szymon, któremu nadał przydomek Piotr, i Jakub, syn Zebedeusza, i Jan, brat Jakuba (i nadał im przydomek Boanerges, co znaczy Synowie Gromu), i Andrzej, i Filip, i Bartłomiej, i Mateusz, i Tomasz, i Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, i Szymon Kananejczyk, i Judasz Iskariot, który później go zdradził” — przeczytała powoli ze smutnym uśmiechem. Podniosła wzrok na zakapturzonego człowieka, który przysiadł na parapecie. — Zastanawiałam się kiedy mnie odwiedzisz.
— A nic „czy cię odwiedzę”
— Domyślałam się, że jestem na twojej liście — wyjaśniła powoli blondynka. — Pozwolisz że zachowam strzałę na pamiątkę?
— Nie chcesz tego ukryć?
— Ludzie ją szepczą na korytarzach czy Łucznik mnie odwiedzi. Nie chcesz ich zawieść więc strzała — popatrzyła na przedmiot wbity w ścianę — zostaje na swoim miejscu. Nie mam tyle siły żeby ją wyciągnąć.
— Nie rusza cię to? — zapytał ją zirytowany
— Zdradziłam przyjaciół, ale bądź pewien, że nie powieszę się jak Judasz
— Żałujesz?
— Czasem — odpowiedziała szczerze — Czasami żałuje że przyjęłam propozycję Barosso — wyjawiła — być może wtedy nic by się nie stało — westchnęła — moje dziecko nadal by we mnie rosło — uśmiechnęła się ze smutkiem bezwiednie przykładając rękę do brzucha. — Tego już nigdy się nie dowiemy.
— Mogłaś się wycofać
— Być może władza uderzyła mi do głowy — odpowiedziała mu — teraz to nie ma już znaczenia — mruknęła.
— A mimo to otrzymałem od ciebie teczkę grzechów Pereza.
— I niewiele z tym zrobiłeś — wtrąciła się z wyrzutem. — Liczyłam na strzałkę w oko.
— Dlaczego?
— Bo jaj już nie ma — odpowiedziała mu Victoria.
— Dlaczego przekazałaś wszystkie dowody mi nie swojem ojcu czy Castellano?
— Wiesz dlaczego — odpowiedziała na to blondynka. — Nie wierzę w system mój drogi. System przez lata zawodził te kobiety.
— System przez lata nie wiedział o tym co zrobił im Perez wybrały milczenie.
— Nie rozumiesz — mruknęła — Ricardo Perez wybrał te wszystkie dziewczyny bo wiedział, że będą milczeć. Araceli, Ingrid moja matka one wszystkie mają jedną wspólną cechę; środowisko określiło je mianem „zdolnych ale trudnych” Jeśli wierzysz to że system uwierzyłby córce dziwki i ćpunki to bez urazy ale jesteś idiotą — wstała opuszkami przesuwając po zdobieniu na końcu strzały. — Były łatwymi celami. I naprawdę liczyłam że wpakujesz mu strzałę w oko.
— Od wydłubywania oczu była twoja matka.
— Szkoda, że nie żyje. Zabicie Pereza sprawiłoby jej mnóstwo frajdy — skomentowała to obojętnym głosem Victoria. — a może pozwoliła mu żyć dlatego że uważała że nie zasługiwał na śmierć?
— Tak jak ty uważasz że Jose Balmaceda nie zasługuje na śmierć? — zapytał ją ostrożnie Łucznik. Odwróciła do tyłu głowę spoglądając na mężczyznę w ciemności. — Wiem co ci zrobił.— popatrzyła na niego zaskoczona. Niewiele wiedziało, że to Balmaceda był sprawcą ataku.
—Widzę że twoje kontakty są nie tylko w prasie, ale także w organach ścigania — skomentowała blondynka rozważając swoje opcje. — Pozwolisz mi to rozegrać według moich zasad.
— Bo Barosso potrzebuje kozła ofiarnego?
— Jose Balmaceda jest jedyną osobą, którą można skazać prawomocnym wyrokiem — sięgnęła do szuflady przesuwając w jego kierunku dysk. — Dowody na winę Balmacedy. Łuczniku — zwróciła się do niego — nie wrabiam go w katastrofę na moście, bo mnie zgwałcił i zabił moje dziecko robię to bo jest winny zawalanie się mostu. Dopilnuje aby trafił za kratki na długie lata — wpięła dysk i otworzyła znajdujący się na nim dokument. Odwróciła monitor w jego stronę. Łucznik zbliżył się do monitora zapoznając się z tekstem.
— Skąd to masz?
— Mam swoje źródła — odpowiedziała. — Mamy umowę?
— Nie dostaje nic w zamian — zaznaczył mężczyzna. Victoria odwróciła monitor ponownie w swoją stronę odpięła dysk chowając go do szuflady. Sięgnęła po drugi telefon i zatrzymała nagrywanie.
— Mogłabym wykazać się sprytem i przekazać nagranie policji. Oczyszczenie twojego głosu dla mnie to jakieś pół godzinki pracy. Pyk tu pyk tam i wiemy kto chowa się za tą uroczą maską. Będę jednak z tobą kompletnie szczera mam gdzieś kto jest za tą maską. Mężczyzna? Kobieta? Nastolatek? Wierze jednak, że strzelając do ludzi chcesz oczyścić miasto z fałszywych proroków. Dlatego proponuje sojusz; zignorujesz sprawę Balmacedy i pozwolisz mi zrobić z nim cokolwiek zachcę ja nie tylko usunę nagranie, skasuje monitoring ale także dam ci wszystkie brudy jakie uda mi się zebrać na Fernando Barosso.
— Pracujesz dla niego — przypomniał jej.
— Pracuje dla miasta — poprawiła go — Barosso to mój środek do osiągnięcia celów, a moim celem jest — telefon zaczął dzwonić. Victoria zerknęła na wyświetlacz. Na ekranie pojawiło się zdjęcie męża i synka. — chwileczkę — odebrała — tak skarbie.
— Kiedy wrócisz do domu mamusiu? — usłyszała głos synka. Uśmiechnęła się lekko pond nosem.
— Za pół godziny będę w domku i wtedy usmażymy wesołe naleśniki — zapewniła chłopca — tak jak obiecałam.
— Dobrze — zgodził się z nią chłopczyk. — Tatuś mówi że mamy wszystko do naleśników.
— To świetnie, do zobaczenia w domu. — zaczekała aż Alec się rozłączy. Wtedy odłożyła telefon. — chcę ocalić moje miasto. Praca w ratuszu to jedyny realny sposób, żeby coś zmienić. Dostaniesz kwity na Barosso, ale tylko wtedy jeśli nie będziesz wchodził mi w drogę i pozwolisz mi rozegrać Jose według moich zasad.
— Tylko tyle?
— A czego się spodziewałeś? Że wręczę ci listę celów? Łuczniku z niktorymi osobami wolę rozprawić się osobiście — wstała sięgając po laskę — ale uprzedzam, że twoje odwiedziny zostaną zgłoszone na policję. Nie zrobię tego osobiście, zapewne jeden z współpracowników ale bę de musiała złożyć wyjaśnienia.
— Idziesz do domu?
— Obiecałam synkowi naleśniki — przypominała mu. — I uprzedzam moi podwładni gdy zobaczą strzałę wezwą policję i dobra robota — pochwaliła go — dzięki swojej wizycie u Jose ułatwiłeś mi zadanie. Ten cytat o budowaniu domów na piasku był idealnie w punkt.
— A twój?
— Zdradziłam przyjaciół i żałuje ale kobiety z mojej rodziny mają tylko jedną publiczną rolę do odegrania złoczyńców. Twoje odwiedziny utwierdziły mnie w przekonaniu że skoro ty uwierzyłeś w moją zdradę to znaczy że dobrze odgrywam swoją rolę. I jeszcze jedno gdy będziesz wychodził zamknij za sobą okno.


Ivan wrócił do domu wcześniej zostawiając Vedę pod czujnym okiem Guzmana. Dziewczyna miała do niego zadzwonić gdy stypa się skończy. Gdy pchnął drzwi i wszedł do salonu zastał Elenę przy desce do prasowania ze stertą prania. Zmarszczył brwi. Koszula którą odwiesiła kobieta na wieszak była jego. Kobieta podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się lekko.
— Nie musisz mi prasować — zaznaczył.
— Wiem, ale — kobieta westchnęła — Veda jest na stypie a ja nie mogę sobie znaleźć miejsca.
— Dobrze się bawiła gdy wychodziłem — zapewnił ją i usiadł. Pociągnął nosem i popatrzył w stronę firanek, które wisiały w oknach.
— Znalazłam je w szafie podczas szukania żelazka — wyjaśniła kobieta. — Uprałam i zawiesiłam. Umyłam też okna.
— Co się dzieje? — zapytał bez ogródek. Odłączył żelazko od kontaktu. Elena usiadła obok niego przesuwając dłonią po twarzy.
— Złożyłam dziś pozew o rozwód — wyjawiła. — Pierwsza rozprawa po nowym roku.
— Masz wątpliwości?
— Nie, po prostu nie sądziłam że kiedykolwiek się rozwiodę — pokręciła głową. — ani że mój rozwód będzie komentowany w kolejce do kasy w spożywczaku. Wiesz, że ludzie myślą że mamy romans?
— Obiło mi się o uszy. Jeśli obawiasz się że Jose to wykorzysta
— Nie, tak nie wiem — westchnęła. — On nie zawsze był złym człowiekiem — wyznała — wiem że pewnie słyszysz to ciągle w swojej pracy, ale kiedyś tak było, a może tak dobrze się maskował. Sama już nie wiem. Wiem, że kiedyś go kochałam. Pomógł mi wyrwać się z biedy chociaż moja rodzina nigdy nie zaakceptowała jego jako zięcia. Dla Romów była to zdrada. Nie rozmawiałam z matką od dwudziestu trzech lat — wyznała.
— Przykro mi.
— Mnie jest przykro że przez urażoną dumę nigdy nie poznali swoich wnuków — odpowiedziała ze smutkiem. — Cóż nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem — rzuciła.
— Chciałabyś jednak cofnąć czas — zauważył Ivan.
— Czasami, ale gdyby nie Jose nie miałabym syna — zrobiła pauzę — i córki. Ta pauza nie umknęła uwadze policjanta. Był wyszkolony do wyłapywania takich niuansów w rozmowach z ludźmi. Elena uśmiechnęła się lekko.
— Nie jest jego córką — wyznała wypuszczając ze świstem powietrze. — Nigdy nie była.
— On wie?
Skinęła głową.
— Całe szczęście nie wie z kim. Myślę, że Valentin Vidal wiedział chociaż nigdy nie dał tego po sobie poznać. Być może dlatego ją uczył, bo uporem przypominała ojca. — Ivan zmarszczył brwi. Dlaczego miałaby przypominać zmarłemu nauczycielowi ojca? Zrozum wiał dopiero po chwili. W mieście był tylko jeden wiolonczelista, który grał z takim samym zapałem jak Veda. I w przeciwieństwie do nastolatki doprowadzał Ivana do szału.
— Salvador Sanchez — wymamrotał.
— Zakochałam się w nim jak nastolatka — wyznała. — zerwanie z nim, okłamanie go było najtrudniejszą decyzją w moim życiu. Nie miałam wyboru. Miałam synka. Jose był malutki nie mogłam go zostawić i wyjechać za Salem do Nowego Jorku.
— Łudziłam się jeszcze że na szkolnej wycieczce się nie domyślił ale gdy zaczęła grać Kołysankę — uśmiechnęła się — Veda ma jego plakat —wyznał a kobieta — teraz jest zwinięty w rulon ale w Stanach wisiał na ścianie. Jak mam jej kiedykolwiek powiedzieć że uwielbia swojego biologicznego ojca? Jeśli Sal jej powie.
— Nie sądzę że byłby tak głupi — stwierdził Ivan.
—Jeśli jej powie — zaczęła drżącym głosem — nie mogę stracić kolejnego dziecka. Nie zniosę tego.
— Hej — Ivan wstał i przytulił kobietę do siebie. — Nie stracisz jej. Sal nie grzeszy rozumem, ale nie zrobi nic co mogłoby ją skrzywdzić — albo przynajmniej miał taką nadzieję.
— Najgorsze w tym wszystkim jest to — zaczęła — że Jose wiedział.
— O tym że Veda nie jest jego?
— Nie o tym że most prędzej przy później się zawali — wyznała kompletnie go tym wyznaniem zaskakując. — Nie znam się na budownictwie, ale most powstał na starej konstrukcji która nie wytrzymała ciężaru nowej warstwy betonu i nowej nawierzchni — wyjaśniła — Veda ma rację. Jose zabił tych ludzi. Zabił ich — powtórzyła.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5752
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:20:04 22-11-23    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 152 cz. 1
FABIAN/DALIA/DEBORA/JORDAN/IVAN/MARCUS/LIDIA/JOAQUIN/QUEN/FELIX/ŁUCZNIK


Zajrzał do pokoju syna, obserwując go uważnie, kiedy ten odrabiał lekcje przy swoim biurku. Zaczął się zastanawiać, kiedy Jordan tak wyrósł. Nawet nie chodziło o to, że nie był już małym chuderlawym dzieckiem, ale o to, że z głośnego i rozbrykanego chłopca stał się ponurym i sarkastycznym nastolatkiem. Był młodym mężczyzną i nie dało się tego ukryć. Miał siedemnaście lat, ale Fabian Guzman czasami miał wrażenie, że był dużo starszy i poważniejszy duchem, mimo że jego złośliwa natura odzywała się częściej niż było to konieczne.
– Gapisz się – powiedział Jordan, nie odwracając wzroku od wypracowania na lekcję włoskiego.
Czuł na sobie wzrok ojca i trochę go to irytowało. Fabian przypominał sobie o nim tylko wtedy, kiedy czegoś chciał. Słyszał jak mężczyzna wchodzi do środka i przysiada na krańcu jego zaścielonego po wojskowemu łóżka. Gilberto Jimenez pokazał mu kiedyś tę metodę i chociaż w dzieciństwie nigdy nie był zwolennikiem, teraz coraz częściej łapał się na tym, że w porannym zamyśleniu właśnie w ten sposób ścieli posłanie. Fabian rozejrzał się z ciekawością po pomieszczeniu. Tak dawno tu nie był, że pewnie był zdziwiony widokiem ścian pozbawionych plakatów, które kiedyś pokrywały każdy centymetr. Jego wzrok na dłużej spoczął na drążku do ćwiczeń przymocowanym do ściany. Nie pamiętał, by go tutaj montował. Zresztą Fabian Guzman nigdy nie był złotą rączką. Jeśli coś wymagało w domu naprawy albo ulepszeń, zwykle to dziadek Leopoldo się tym zajmował. On też przerobił garaż na dźwiękoszczelny, bo Fabian nigdy nie interesował się takimi rzeczami. Jeśli coś się psuło, po prostu oddawał to do warsztatu. Wyglądało więc na to, że Jordan sam zawiesił drążek i miało to sens – nigdy nie był typem siedzącym na siłowni, brak mu było do tego odpowiedniego skupienia.
– Zawsze było tu tak czysto? – zapytał Fabian, nie mogąc ukryć zdziwienia na widok odkurzonego pokoju i porządku na półkach.
– Jakbym był świnią, to mieszkałbym w chlewie. Po co przyszedłeś? – Jordan odwrócił się na obrotowym krześle i westchnął, jakby chciał dać mu ostentacyjnie znać, że ma lepsze rzeczy do roboty niż wysłuchiwanie zachwytów nad porządkiem w sypialni.
– To był Aldo – odpowiedział Fabian, wskazując na komórkę w swojej dłoni, jakby to wyjaśniało cel jego wizyty. Dobrze wiedział, że jego syn ma słuch jak słoń i pewnie zainteresował go telefon, który jego ojciec odebrał chwilę wcześniej w hallu. – Podobno nie pojawiłeś się na stażu w szpitalu.
– Zrezygnowałem. – Nastolatek wzruszył ramionami i sądząc, że to koniec rozmowy, ponownie odwrócił się w stronę biurka, kończąc zapisywać ostatnie zdania. Giacomo Mazzarello będzie zadowolony, esej z włoskiego wyszedł świetnie, zresztą jak zawsze.
– Można wiedzieć, z jakiej racji? – Fabian zmarszczył brwi, wpatrując się w plecy syna i oczekując odpowiedzi.
– Z takiej, że pracują tam konowały i mordercy. Nie wrócę tam, dopóki Matias Del Bosque nie stanie przed sądem. Zadowolę się też izbą lekarską. – Jordan postawił kropkę na końcu zdania i odchylił się na obrotowym krześle, zakładając ramiona za głowę, by nieco się rozciągnąć.
– Opowiedz mi o tym. – Fabian wpatrzył się intensywnie w swojego syna, czekając na to, co ten ma mu do powiedzenia.
– Po co? I tak nigdy nie słuchasz. – Nastolatek prychnął, nie mogąc uwierzyć, że dopiero teraz się tym zainteresował. Wiedział, ile Angelica dla niego znaczyła, ale jakoś nie kwapił się, żeby podważać wyniki autopsji. Zorganizował pogrzeb jak najszybciej, żeby mieć to wszystko z głowy. – Del Bosque przychodzi do pracy pijany, musiał popełnić jakiś błąd. Wiem to na pewno, nawet jeśli autopsja tego nie wykazała.
– Według autopsji pani Angelica miała krwotok śródczaszkowy. Nikt nie był w stanie tego przewidzieć – poinformował go Fabian, jakby to przesądzało sprawę.
– Miała krwotok, bo miała tak rozrzedzoną krew, że nic w tym dziwnego.
– U pacjentów po operacjach zastawki muszą być podane leki przeciwzakrzepowe. Angelica była cały czas monitorowana, wartości były prawidłowe.
– Kto tak twierdzi? Pielęgniarka Clementina, która chyba nie skończyła nawet podstawówki czy doktor Juarez, który chroni swój własny tyłek i pewnie zapłacił komu trzeba, żeby sfałszować wyniki?
– Osvaldo mi mówił. Początkowo myślał, że to zakrzep, bo powikłania zakrzepowo-zatorowe są najczęstsze u takich pacjentów, szczególnie że pani Angelica miała historię zakrzepicy w rodzinie. Ale to nie to.
– Wierz w co chcesz, ja i tak wiem swoje.
– Dowody, Jordan. – Fabian powiedział to takim tonem, jakby wyzywał go do pojedynku. – Pokaż mi dowody, a nie domysły czy przypuszczenia.
– Mam intuicję.
– Twoja intuicja nie wystarczy. Daj mi dowody, a oskarżę Del Bosque. Mówię poważnie.
Jordan patrzył na ojca jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Czyżby mówił poważnie? Nigdy się tak nie zachowywał. Problem polegał na tym, że Jordi nie miał najmniejszych dowodów. Cały szpital utrzymywał, że anestezjolog był dobrym lekarzem i nigdy nie pojawiał się w pracy pod wpływem, co dla niego było oczywistym kłamstwem. Wiedział, że Del Bosque pił tamtego dnia, kiedy skonfrontował go z doktorem Sotomayorem i wiedział też, że to nie był odosobniony przypadek. Był przekonany, że pani Angelica nie umarła na skutek zbiegu okoliczności. Musiał coś zrobić, nie było innego wytłumaczenia. Nie mógł jednak powiedzieć tego na głos, ojciec uznałby go za idiotę. Nadal czekał na jakieś konkrety, ale on nie mógł mu ich dać.
– Dokształcę się i wrócę z tym do ciebie – powiedział w końcu, rozglądając się po półkach, jakby szukał podręcznika o chirurgii sercowo-naczyniowej. Takiego nie posiadał w swojej kolekcji.
Fabian uznał, że to koniec rozmowy. Wstał i zawahał się przez chwilę, jakby nie wiedział, czy powinien powiedzieć coś na pocieszenie, poklepać syna pokrzepiająco po plecach czy może po prostu wyjść. Wybrał opcję numer trzy. Nigdy nie był w tym dobry, nie wiedział, jak rozmawiać z dziećmi. Nie nadawał się do tego. Nie miał pojęcia, że dla jego dzieci wystarczyłaby po prostu jego obecność.

***

San Nicolas de los Garza, rok 2014

Obserwował, jak klatka piersiowa jego syna unosi się i opada w miarowym rytmie. Ciche pykanie maszyn było słyszalne nawet przez zamknięte oszklone drzwi. Lekarze twierdzili, że ocaliły go pasy bezpieczeństwa. Drugi syn nie miał tyle szczęścia. Kiedy Fabian Guzman otrzymał pierwszy telefon z komendy policji w San Nicolas de los Garza, nie odebrał go. Był zbyt zajęty pracą. Drugi telefon także zignorował, podobnie jak kolejne, które wykonane zostały ze szpitala. Jednak kiedy zauważył kilkanaście wiadomości od swojej żony, która nigdy tak się do niego nie dobijała, już wiedział, że stało się coś niedobrego. Upierał się, że chce zobaczyć miejsce zdarzenia. Mówili, że będzie to dla niego zbyt traumatyczne, ale przecież był burmistrzem – wystarczyło jedno spojrzenie, by się ugięli. Droga, na której miał miejsce wypadek, nie wyróżniała się niczym szczególnym – zwyczajna szosa, po której codziennie poruszały się setki samochodów. Franklin jeździł tamtędy bardzo często i nigdy nie zdarzyło się nic złego, aż do tamtego wieczora. Mówili, że nie miał żadnych szans – wyleciał przez przednią szybę i złamał kark. Drugi chłopiec otarł się o śmierć. Kilka centymetrów różnicy i konar drzewa mógłby przebić mu serce. Obecnie znajdował się w stanie śpiączki farmakologicznej i kolejne godziny były kluczowe. Fabian wiedział, że Jordan tak łatwo się nie podda. Był wojownikiem, nie odejdzie bez walki.
– Pan burmistrz. – Cichy dziewczęcy głos odezwał się gdzieś z boku i wyrwał go z rozmyślań.
Dziewczyna zasunęła za sobą oszklone drzwi, wychodząc z sali i wpatrzyła się w mężczyznę napuchniętymi od płaczu oczami. Chwilę zajęło Fabianowi zanim przyporządkował imię do twarzy.
– Witaj, Dalio – przywitał się, ale na jego twarzy pojawił się tylko nieznaczny grymas. Dłoń, w której trzymał telefon komórkowy, podrygiwała nerwowo a palec wskazujący wystukiwał jakiś rytm na obudowie.
– Nie wchodzi pan? – zapytała, chcąc otworzyć mu drzwi do sali Jordana, ale ją powstrzymał, gwałtownie kręcąc głową.
– Nie, nie. Muszę wracać do ratusza.
– Myślę, że by się ucieszył. – Dalia nie mogła powstrzymać nuty oskarżenia w głosie. Fabian Guzman był burmistrzem San Nicolas, wykładał na uniwersytecie i był największym pracoholikiem, jakiego znało miasteczko. Wydawało jej się, że choć na chwilę może odłożyć interesy na bok. Dopiero co zginął mu syn, a drugi walczył o życie. Powinien mieć w tej chwili inne priorytety niż sprawy miasta.
– To miło, że go odwiedzasz. To dla niego? – Guzman udał, że nie usłyszał jej słów i wskazał na wazonik z kwiatami, który dziewczyna wynosiła z pokoju, by zmienić wodę na świeżą. – Czy to dalie?
– Tak, nie jestem zbyt oryginalna. – Na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech. – Ale dalie mogą symbolizować nowy początek i odrodzenie, ale też wewnętrzną siłę. Pomyślałam, że mu się to przyda.
Fabian dopiero teraz zrozumiał, dlaczego w pierwszej chwili jej nie poznał. Nie tylko dlatego, że rzadko ją widywał, bo zwykle przebywał w ratuszu, ale też dlatego, że zazwyczaj była umalowana i dbała o odpowiednią fryzurę i ubiór. Dziś wyglądała blado, zrezygnowała z makijażu, a włosy spięła nad karkiem. Pod spódnicę od szkolnego mundurka włożyła szare dresy treningowe. Pewnie przebierała się w pośpiechu, jadąc tu prosto ze szkoły.
– Pielęgniarka powiedziała, że mogę mu przynosić kwiaty, byle nie stawiać blisko łóżka. Chciałam, żeby mógł na nie popatrzeć, kiedy się obudzi. Czy to będzie problem? – Lekko się zmieszała, wpatrując się w kwiaty, ale tak naprawdę ich nie widząc. Wątpiła, by Jordi docenił ten gest. W końcu z nią zerwał, więc pewnie nie chciał oglądać ani jej, ani kwiatów o tym samym imieniu, ale chciała coś dla niego zrobić. Wiedziała, że jest całkiem sam.
– Nie krępuj się. Myślę, że mu się spodobają.
Słowa Fabiana były pocieszające w sposób, z którego chyba nawet nie zdawał sobie sprawy. Ludzie w szkole mówili różne rzeczy. Twierdzili, że Jordan zmusił Franklina do szybkiej jazdy i to przez niego zdarzył się wypadek. Mówili, że pewnie on też umrze, że to tylko kwestia czasu. Ale Dalia Bernal nie chciała tego przyjąć do wiadomości, dlatego zapewnienie Guzmana było dla niej obietnicą rychłego wyzdrowienia jej byłego chłopaka.
Kochała go, choć on nigdy nie czuł tego samego. Wiedziała o tym, ale liczyła, że z czasem się to zmieni. Jordi potrafił być słodki i kochany, kiedy chciał. Dalia czuła się jak księżniczka, kiedy pierwszy raz zaprosił ją na randkę. Wydawało jej się, że wygrała na loterii, bo był chłopcem, w którym wiele dziewczyn ze szkoły się podkochiwało, mimo że on nigdy nie był specjalnie zainteresowany żadną z nich. Zgrywał samotnika i aroganckiego dupka, którego drugim imieniem był sarkazm, ale panna Bernal dostrzegała te małe rzeczy, które robił, zawsze starając się być dyskretnym, jakby w obawie, by się nie zdradzić, że jest zdolny do cieplejszych uczuć. To były drobnostki, które inne osoby pewnie by wyśmiały, ale dla Dalii sprawiały, że szybciej biło jej serce i zaczynała wierzyć, że może on też czuje to samo co ona. Czasem był to sposób, w jaki marudził, że za cienko się ubrała jak na taką pogodę, a czasem po prostu okrycie jej ramion kurtką, kiedy twierdził, że jemu jest za gorąco. Dzielenie się notatkami z przedmiotów, z którymi słabo sobie radziła albo wybranie na wieczór filmu, który widział już milion razy, ale wiedział, że jej się podoba. Kiedy przez pierwszy miesiąc ich związku nie wykonał żadnego ruchu i poza paroma pocałunkami nie ośmielił się posunąć dalej, zaczęła się bać, że coś było z nią nie tak, że może go nie pociąga. To było bardzo dołujące, ale wtedy zdała sobie sprawę, że to Silvia Olmedo przymusiła go do tego związku, że on wcale nie chciał się z nią spotykać. Dalia przepłakała wiele nocy, a w ciągu dnia stawała na głowie, by zwrócić jego uwagę i sprawić, że ją polubi. To ona wykonała krok dalej. Chciała, żeby był jej pierwszym, nawet jeśli on nie był zainteresowany. Bała się jedynie tego, że go rozczaruje i że Jordi będzie ją porównywał z innymi dziewczynami. Nigdy o tym nie rozmawiali, ale wiedziała, że mimo młodego wieku miał doświadczenie i stresowało ją to, że nie sprosta jego oczekiwaniom. Jordan nigdy jednak nie powiedział jej złego słowa. Pomimo swoich wielu oczywistych wad, zawsze potrafił sprawić, że czuła się bezpiecznie. Upewniał się, że nie robi nic wbrew swojej woli i że jest to coś, czego na pewno chce. Mimo że jej nie kochał, czego nie udawało mu się ukryć, zawsze był dżentelmenem i nigdy do niczego jej nie zmuszał, nie wykorzystywał sytuacji. Nie był jak inni chłopcy w jego wieku, a w szczególności nie był jak jego brat, Franklin, z którym nieustannie był porównywany. Kochała go za to jaki był, nawet jeśli uwłaczało to nieco jej godności. Dopingowała go na meczach, dbała o to, by nie zapominał o obiedzie, co zdarzało mu się, kiedy pogrążony w nauce zarywał często nocki w bibliotece, dawała mu małe własnoręcznie robione prezenty, żeby mu pokazać, że jej na nim zależy. On tego nie dostrzegał, nie widział jej, mimo, że byli razem przez kilka miesięcy. Czasami bardzo ją to dołowało, czuła się beznadziejnie, kiedy bezskutecznie starała się rozbudzić w nim uczucie. Tamtego dnia strasznie się pokłócili, a było to w jego urodziny.
Zorganizowała świetne przyjęcie-niespodziankę, żeby to uczcić. Zaprosiła wszystkich najbliższych znajomych, przystroiła ogród i ubrała się w najlepszą sukienkę, robiąc się na bóstwo. Nie zaprosiła jednak Neli, a to przelało czarę goryczy. Dalia jako królowa szkoły znana była ze swojego negatywnego stosunku do panny Guzman, która odstawała na tle innych koleżanek, nigdy się nie asymilując i nie próbując zaprzyjaźnić. Dalia wielokrotnie czuła się upokorzona, kiedy wyciągała rękę do Marianeli, chcąc zapoznać ją ze swoją paczką, ale córka burmistrza zawsze odmawiała. Być może miała się za lepszą od innych, tego Dalia nie wiedziała. Ale prawdą było, że Nela wygadała się jednej z koleżanek, a potem wieści obiegły całą szkołę, że Jordan spotyka się z Dalią z czysto biznesowych pobudek. Że tak naprawdę to Silvia kazała mu zerwać z poprzednią dziewczyną i nakazała zbliżenie się do panny Bernal. To było okropne upokorzenie. Wiedzieć o tym to jedno – bolało, ale Dalia jakoś sobie z tym radziła – ale świadomość, że cała szkoła zaczęła o tym trąbić była nie do zniesienia.
Jordan się wkurzył i to bardzo. Powiedział jej do słuchu i oskarżył o złe traktowanie siostry, która zawsze była dla niego priorytetem. Dalia czuła, że zawalił jej się cały świat. Więc kiedy Patricio Gamboa pocieszał ją nad basenem i mówił, że jest na to za dobra, że nie zasługuje na takie traktowanie, uwierzyła mu i dała się ponieść. I był to jej najgorszy błąd. Guzman zdawał się tylko na to czekać, miała wrażenie, że odczuł wielką ulgę, zrywając z nią, a to sprawiło jej tylko większy ból. Bolało, że jej nie chciał, ale mogła to znieść, jeśli tylko przy niej był. Może gdyby wytrzymał odrobinę dłużej, może w końcu by się zakochał. Tak sobie powtarzała, choć były to raczej płonne nadzieje. Kiedy później po ich zerwaniu przychodził do niej i prosił, żeby przestała kupować pigułki na koncentrację, myślała, że mu na niej zależy, ale on po prostu martwił się o nią jak o koleżankę ze szkoły. Myślała, że wróci, jeśli obieca mu, że przestanie posiłkować się tabletkami, ale Jordan był nieugięty.
A teraz leżał w szpitalnym łóżku tak bezbronny i cichy jak nigdy wcześniej. A ona codziennie przychodziła i przynosiła świeże kwiaty. Była jedną z nielicznym osób, które się tutaj zjawiały. Ona i Debora Guzman zdawały się wymieniać na wartach w jego pokoju, ale dla rodziców chłopiec jakby przestał istnieć. Dlatego Dalia tak bardzo ucieszyła się na widok Fabiana. Miała nadzieję, że ojciec Jordi’ego przyszedł posiedzieć przy synu, być może potrzymać go za rękę a może poczytać gazetę z rubryką polityczną, której nastolatek tak nie cierpiał, ale nie miałoby to znaczenia. Fabian Guzman jednak nie należał do tych osób.
– On lubi niezapominajki – powiedział burmistrz, wyrywając ją z rozmyślań, jakby chciał jej dać wskazówkę co do kolejnych kwiatów, które można postawić w wazonie. Dziewczyna uniosła brwi, dziwiąc się, że ten człowiek zna takie ciekawostki z życia syna, którym w końcu nie interesował się przez ostatnie lata. – To naprawdę miłe, że tu przychodzisz.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko, dopiero teraz się na o zdobywając i odwrócił głowę, zamierzając opuścić szpital bez wejścia na salę syna. I tak nie mógł nic zrobić.
– Panie Guzman. – Dalia odezwała się nieco głośniej i wyraźniej niż przedtem. Chciała, żeby jej słowa porządnie do niego dotarły. – Bez obrazy, ale ktoś powinien tu przychodzić. Skoro nie pan ani pana żona, to chociaż ja. Ale gwarantuję panu, że to nie mnie chciałby zobaczyć po wybudzeniu. Jeśli się obudzi… – Zawahała się przez chwilę i głos jej się załamał, ale szybko się poprawiła: – Kiedy się obudzi, a pana nie będzie przy nim… Kiedy dowie się o śmierci Franklina od pielęgniarek i lekarzy, pan nigdy sobie tego nie wybaczy. On pana znienawidzi.


***

Debora Guzman nigdy nie była szczególnie uzdolniona akademicko, w przeciwieństwie do swojego starszego brata, Fabiana, który jako prymus i przewodniczący szkoły w swoich latach uchodził za ulubieńca wielu nauczycieli. Jego młodsza o osiem lat siostra wolała w liceum imprezować. Trzymała się ze starszymi dzieciakami i bardziej od ślęczenia nad książkami upodobała sobie zajęcia artystyczne. Pani Angelica Pascal była jedyną nauczycielką, która potrafiła ją zainteresować lekcją. Historia bywała przeraźliwie nudna, ale Angelica zawsze tak urozmaicała zajęcia, że nie było mowy o spaniu u niej w klasie. Deborę zawsze szczególnie interesowały tematy historii sztuki i kultury i to dzięki pani Pascal właśnie ten kierunek studiów obrała. Nawet w dorosłym życiu Guzmanówna nigdy nie zapomniała swojej mentorki i zawsze chętnie ją odwiedzała, kiedy była w okolicy, a co roku na Dzień Nauczyciela przychodziła z kwiatami. To była ich tradycja, to i kieliszek sherry, ale to drugie było ich małą tajemnicą. Śmierć nauczycielki była wielkim szokiem dla kobiety, ale wiedziała, że dla Jordana było jeszcze gorzej. Dlatego kiedy podczas stypy jej bratanek nagle zniknął i długo nie wracał, poszła go poszukać.
Z niepokojem czekała pod łazienką w lokalu, w którym odbywało się przyjęcie pożegnalne. Stypa przerodziła się w wesołą imprezę z muzyką na żywo i tańcami, a Deb wiedziała, że Angelice by się to spodobało. Oparła głowę o ścianę, czekając aż Jordan wreszcie wyjdzie i przyglądała się starym znajomym. Większość z nich wyjechała już dawno z Pueblo de Luz i przyjechali tylko na pogrzeb. Pani Pascal wychowała przyszłą elitę – wśród jej dawnych kolegów ze szkoły byli prawnicy, biznesmeni, nawet jeden sekretarz gubernatora. Fabian siedział z dala od muzyki i dyskutował o czymś żywo z kimś z kuratorium, a przynajmniej takie miała wrażenie.
– Twój brachol nie zna słowa „urlop”. – Usłyszała tuż nad uchem.
Podniosła głowę, by zobaczyć jak Adam Castro opiera się o ścianę obok niej, wrzucając sobie do ust garść orzeszków i głośno je gryząc. Marynarkę zostawił gdzieś przy stoliku, a rękawy połyskującej koszuli podwinął do łokci.
– Pożyczyłeś od Romów? – zapytała z rozbawieniem na widok lekko mieniącego się ubrania.
– Oszalałaś? – Poczuł się nieco oburzony jej insynuacjami. – Dostałem ją od Angelici, kiedy zdałem egzamin na aplikację. Chciała mnie wkurzyć, teraz to wiem. – Castro westchnął ciężko i wygładził koszulę, która rozchodziła mu się nieco na klatce piersiowej. – Jest już trochę przyciasna, mam ją na sobie pierwszy raz.
– Dlaczego jej nie wyrzuciłeś?
– Bo to prezent. Prezentów się nie wyrzuca. – Adam wzruszył ramionami, a Deb uśmiechnęła się ukradkiem. Pod wieloma względami był podobny do jej brata – twardy i nieustępliwy, nieznający słowa „sentymenty”, ale kiedy chodziło o panią Angelicę, wszyscy miękli.
– Eh, co ta kobieta z wami robiła. Miała was wszystkich okręconych wokół małego palca. – Guzmanówna się zaśmiała.
Adamowi trudno się było z tym nie zgodzić. Wystarczył jeden telefon od dawnej mentorki i już był w szpitalu i wysłuchiwał jej dyspozycji, zostawiając pracę i wszystko inne na później. Nie podobało mu się to, ta cała konspiracja i zajmowanie się ostatnią wolą kobiety, ale dla niej było to niezwykle ważne, więc jej usłuchał. A teraz pani profesor została złożona w ziemi i już nie mogła wydawać więcej poleceń i dbać o swoich uczniów czy przysyłać im śmiesznych prezentów z dobroci serca. Z rozmyślań wyrwał go szczęk zamka do łazienki i drzwi otworzyły się. Jordan zamrugał kilka razy powiekami, bo nie spodziewał się, że trafi akurat na ciotkę i kolegę swojego ojca.
– Wszystko okej, młody? – Castro wpatrzył się w niego intensywnie, co tylko go zirytowało.
– Teraz będziecie za mną łazić nawet do łazienki? – zapytał nastolatek, marszcząc ciemne brwi i zatrzaskując za sobą drzwi.
– Pokaż ręce. – Debora nakazała bratankowi, w ogóle nie przejmując się obecnością Adama, który patrzył na nich z ciekawością.
– Nie mam żadnych żyletek, spokojnie. – Jordi wysilił się na ironiczny komentarz, jednocześnie odwracając głowę ze zniecierpliwieniem. Peszyło go, że śledzi go jak jakaś stalkerka i jeszcze robi mu wstyd przy Adamie.
– Wiesz, że nie to miałam na myśli. – Zrobiło jej się przykro, że ją o to posądza. Wiedziała przecież, że nie był typem, który robi sobie krzywdę. Wolał raczej tortury wewnętrzne, choć to było równie paskudne.
– Wiem, co miałaś na myśli. Proszę! – Podsunął jej pod nos swoje dłonie. Były takie jak zawsze – szczupłe, ciepłe i wyjątkowo delikatne. Nawet pęcherze od gry na gitarze i skrzypcach się zagoiły. Dawno nie grał. – Zadowolona? Chcesz mnie teraz ciągle sprawdzać?
– Nie chciałam…
– Doceniam to, Deb, serio. Miło, że się martwisz, ale może już czas, żebyś wróciła do domu. Ty chyba masz jakiś dom, co? – Wypowiedział te słowa szybko i było za późno, żeby się wycofać. Jego ciotka miała mieszkanie w stolicy, ale i tak przez większość czasu podróżowała, głównie po Europie i nigdzie nie zagrzewała miejsca na dłużej. Tymczasem w Pueblo de Luz zadomowiła się już od ponad miesiąca i nie zanosiło się, by miała wyjechać. Lubił ciotkę, była jego jedynym sprzymierzeńcem w tej rodzinie, ale nie pomagało mu to, że ciągle go pilnowała, jakby się bała, że zrobi coś głupiego. Czuł się przez nią osaczony.
– Dlaczego tak długo tam siedziałeś? – Adam przyszedł Deborze z pomocą, a Jordi miał ochotę się roześmiać.
– Mam ci wytłumaczyć, jak działa układ trawienny? – Uniósł jedną brew, wyczuwając wyzwanie. – Otóż…
– Oszczędź. – Castro uniósł dłoń do góry, by mu to udaremnić.
– Długo cię nie było – zauważyła Debora, zerkając na zegarek.
– Rozbolała mnie głowa od tego ich jazgotu. – Wskazał na parkiet, gdzie jego koledzy ze szkoły tańcowali w najlepsze. – No nie, oni też? – Spojrzał na Anitę i Salvadora, którzy kiwali się we wszystkie strony, starając się w ten sposób jakoś uhonorować panią Angelicę. – Straciłem do nich szacunek.
– Nie chciałeś zagrać z przyjaciółmi? – Ciotka podsunęła delikatnie, myśląc, że może wjedzie mu na ambicje, ale znał te sztuczki.
– To nie są moi przyjaciele i to nie mój poziom. Oszczędzam grę na prawdziwe wydarzenia.
– Nie zagrałeś na pogrzebie. Angelica chciała, żebyś to zrobił – zauważył Adam z lekkim wyrzutem. Czasami rozmowa z Jordanem przypominała rzucanie grochem o ścianę.
– Cóż, ja nie chciałem, żeby podpisywała DNR, a jednak to zrobiła, więc… – Wzruszył ramionami i chciał ich wyminąć, ale Deb stanęła mu na drodze.
– Chcesz pogadać?
– O czym?
– O tym, co się stało, o pani Angelice, o… ogólnie o życiu. – Debora nie wiedziała, co właściwie proponuje. Jej chrześniak nigdy specjalnie się nie uzewnętrzniał, ale może chociaż rozmowa o pierdołach odgoni ponure myśli.
– Wiesz czego chcę? – powiedział w końcu, a ona wpatrzyła się w niego z nadzieją, spodziewając się, że wreszcie powie jej, co mu leży na sercu. Bardzo się jednak rozczarowała. – Spać – odpowiedział, wprawiając w osłupienie zarówno ciotkę jak i jej towarzysza. – To jedyny moment, kiedy mogę sobie uciąć drzemkę, między lekcjami, treningami, głupim stażem u Osvalda, a muszę być tutaj, bo ojciec zabronił mi wracać do domu. Jestem zmęczony, Deb. Chcę po prostu odpocząć. Czy i tego nie mogę zrobić?
– Możesz, oczywiście. Odwiozę cię do domu.
– Nie, dzięki. Wrócę sam, bo swoją gadaniną uśpisz mnie po drodze. – Jordan wyminął ciotkę i spojrzał na Adama badawczo. – A ty co kombinujesz? I co to za łaszki, pożyczyłeś od swojego kumpla, Altamiry?
– To prezent od doni Angelici – wyjaśnił Adam, czując, że współczucie wobec Jordana już się u niego wyczerpało. Wrócił ponownie sarkastyczny dzieciak, który sprawiał, że Castro przypominał sobie, dlaczego nigdy się nie ożenił.
– Zawsze miała ciekawe poczucie humoru. – Jordi uśmiechnął się i odszedł.
– O co chodziło? – Castro zapytał Deb, kiedy zrezygnowana ponownie oparła głowę i plecy o ścianę, wpatrując się w parkiet, na którym wirowali jej dawni znajomi. – Z tymi dłońmi? Przeraziłaś się, że coś sobie zrobił w tej łazience?
– Dlaczego tak dociekasz? – Deb nie chciała zdradzać rodzinnych sekretów, ale ostatecznie sama dusiła w sobie wiele rzeczy i miała dość, że większość tego wszystkiego spoczywa na niej.
– Martwię się.
– Adam Castro martwi się o kogoś innego niż on sam? Ciekawe. – Guzmanówna roześmiała się złośliwie, przypominając teraz swojego bratanka. Chyba musiała zdać sobie z tego sprawę, bo przeprosiła. – To było po śmierci Franklina – wyznała w końcu, czując, że ciężar schodzi z jej ramion. – Wyrobił wtedy w sobie taką obsesję, sama nie wiem…
– OCD? – dopowiedział za nią Adam, a ona wzruszyła ramionami.
– Nie, to nie to. – Deb zagryzła wargę, sama do końca tego nie rozumiejąc. – Nie trwało to długo, ale powracało, kiedy czymś się zdenerwował. Znikał w łazience i szorował ręce prawie do krwi. Kiedy byliśmy w Paryżu kazałam mu nosić rękawiczki, dobrze że było wtedy zimno. Nie chciał iść do lekarza. – Deb ściszyła głos, choć nie było takiej potrzeby, bo większość gości na stypie świetnie się bawiła i nie zwracała uwagi na tę dwójkę podpierającą ścianę pod łazienką.
– To prawda, że Franklin chciał się zabić? – zapytał nagle Castro, wprawiając ją w osłupienie. Nie miała pojęcia, skąd wysnuł taki wniosek. – Podobno Jordanowi wymsknęło się przy Silvii i jej współpracownikach w El Gato Negro, że Franklin miał słabość do psychotropów. Połączyłem jedno z drugim – wyjaśnił prawnik, a kobieta przez chwilę odniosła wrażenie, że ją przesłuchuje.
– To był wypadek – odpowiedziała dobitnie, kręcąc głową, bo było to absurdalne oskarżenie. – Franklin nigdy by tego nie zrobił, znałam swojego bratanka, był dobrym chłopakiem. Trochę zadzierał nosa, ale to był dobry dzieciak.
– Hmm. – Adam powstrzymał się od komentarza, a kiedy spojrzała na niego z wyrzutem, musiał rozwinąć myśl: – Wiem, że o zmarłych się źle nie mówi, ale… Debbie, bądź przez chwilę poważna. Nie miał pasów bezpieczeństwa, szarżował prosto na drzewo, nie było śladów hamulców… Tak, jestem kumplem Fabiana, łączy mnie z Silvią historia, ale jestem tutaj najbardziej obiektywny. Wydaje mi się, że cała wasza rodzina jest zaślepiona i nie dostrzega tego, co ma pod nosem.
– Czyli czego? Adam, oświeć mnie, bo nie pojmuję. – Guzmanówna założyła ręce na piersi i czekała na to, co prawnik jej powie, ale on milczał. Nie wiedział, jak to ująć w słowa, co było zadziwiające, bo nigdy nie miał problemu z gadaniem.
– Myślę, że widzicie w Jordanie wariata i obwiniacie go o wszystko złe, co wam się przytrafia, a nie przyjmujecie do wiadomości, że on jest jedyny normalny.
– Słucham?
– Wybacz, Deb, ale tak to widzę. Wiem, że to nie twoja wina, jesteś dobrą ciotką dla bliźniaków, ale Silvia i Fabian… sam nie wiem, ale ta dwójka sprawia, że dziękuję Bogu, że zdecydowałem się zerwać zaręczyny z Silvią. A przypomnę ci, że religijny to ja nie jestem.
– Adam, masz rację. O zmarłych się źle nie mówi. – Debora ucięła dyskusję, nie chcąc dalej tego roztrząsać. Franklin nie zrobiłby tego, nie chciałby się zabić. Nie z Jordim w jednym samochodzie.
Castro pokiwał tylko głową, nie chcąc wprawiać jej w zakłopotanie. Czuł jednak, że jego chłodny osąd jako adwokata w tej sytuacji nie mógł się pomylić.

***

San Nicolas de los Garza, rok 2014

Debora Guzman musiała kilka razy zamrugać po wejściu na salę szpitalną. Łóżko było zaścielone i nie było śladu po pacjencie. Przez chwilę myślała, że pomyliła sale, ale nie było mowy o pomyłce. Numer na drzwiach wskazywał „21”, bywała tu często, więc chyba ktoś by ją poinformował o przeniesieniu bratanka. Było za wcześnie na wypis, dopiero co wybudził się ze śpiączki farmakologicznej, dochodził do siebie. Nie powinien w ogóle wstawać, mógł rozerwać szwy.
– Jordan! – krzyknęła, bojąc się nie na żarty. – Jordan?
Wparowała do łazienki, która znajdowała się w jego sali, nawet nie kwapiąc się, żeby zapukać. Była przygotowana, że ją zruga, da jej wykład o prywatności, bo taki już był, ale nic takiego nie miało miejsca. Trochę jej ulżyło, kiedy zdała sobie sprawę, że szesnastolatek tylko myje ręce.
– Jordi, dlaczego nie leżysz w łóżku? – zapytała, podchodząc nieco bliżej i dopiero kiedy zobaczyła odbicie chrześniaka w lustrze, który z wypiekami na twarzy zawzięcie mył dłonie, wiedziała, że coś jest nie tak. – Twoje ręce…
Dopadła do niego i niemal wyrwała jego gorące dłonie spod strumienia wody. Były czerwone i obdarte. Pocierał je raz za razem pod gorącą wodą, gdzieniegdzie zdzierając skórę. Musiała nim potrząsnąć i zmusić go, by usiadł na sedesie i się uspokoił.
– Nie mogę domyć – powiedział, jakby chciał się wytłumaczyć. – Dlaczego nie mogę domyć?
– Jordan, co ty mówisz? Są czyste. Zobacz. – Chwyciła go za dłonie, czując, że w kącikach oczu zbierają jej się łzy. Podstawiła mu dłonie pod nos, pokazując je pod każdym kątem, łącznie z paznokciami, które były aż nienaturalnie czyste, szczególnie dla nastolatka. – Co chcesz jeszcze zmyć?
– Krew – odpowiedział cicho, jakby sam się wstydził tego słowa. Ledwo go dosłyszała, a on dopiero wtedy na nią spojrzał.
Miał taki wzrok, że Debora poczuła, że kręci jej się w głowie. Jordi nigdy tak na nią nie patrzył – z takim bólem, z takim poczuciem winy. Niewątpliwie wiele w życiu przeszedł, ale wypadek, w którym brał udział odcisnął na nim ogromne piętno.
– Nieważne jak długo myję, mam wrażenie, że wciąż są brudne. – Wstał z miejsca, jakby dopiero teraz nieco się otrzeźwił. Jego ton głosu brzmiał już normalnie, choć nadal był lekko zachrypnięty.
– Powinieneś leżeć – poinformowała go Debora, patrząc, jak jej bratanek cofa się na salę i zaczyna chodzić w tę i z powrotem, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
– Nie mogę leżeć, mam dosyć leżenia. Chcę stąd wyjść. Kiedy stąd wyjdę? Ja tu wariuję, Deb! – Ostatnie zdanie niemal wykrzyczał. Dłonie piekły jak szalone, dopiero teraz to poczuł.
– Usiądź. – Debora niemal siłą pchnęła go na łóżko i usiadła obok niego. Chwyciła go za poranione dłonie, żeby je zakryć i żeby nie musiał na nie patrzeć. – Jest taki dobry lekarz, nazywa się Pedro Gutierez…
– Kolejny psychiatra? Nie mogę, Deb, nie chcę…
– Pomoże ci.
– Mam ich już dosyć. To oni sprawiają, że tylko bardziej wariuję. Nie zmuszaj mnie. – Jordan spojrzał na nią błagalnie, a po chwili wszelkie rumieńce odpłynęły z jego twarzy, kiedy zdał sobie z czegoś sprawę. – I proszę, nie mów mamie. Nie może wiedzieć. Wyśle mnie do wariatkowa.
– Nikt cię nie wyśle to wariatkowa. Spokojnie, Jordi, to nie jest twoja wina.
– Wszyscy tak myślą. Myślą, że go zabiłem.
– Jordan! – Chwyciła jego podbródek w dwa palce i obróciła w swoją stronę, by zmusić go do spojrzenia sobie w oczy. – Franklin nie zginął przez ciebie. To był wypadek. Tragiczny, smutny, okropny wypadek. I dzięki Bogu przeżyłeś.
– Ja powinienem zginąć, nie on.
– Nie opowiadaj głupstw. Nikt nie powinien umrzeć, ale czasem… czasem dzieją się złe rzeczy.
– Dlaczego zawsze przytrafiają się mnie?
Nie umiała na to odpowiedzieć. Nie miała argumentów. Nie radziła sobie z tym wszystkim, nie była matką, już nie. Silvia i Fabian żyli dalej, jak gdyby nigdy nic, Nela utknęła u dziadków w Veracruz, a ten biedny chłopak był pozostawiony całkiem sam.
– Powiem ci, co zrobimy. Polecimy do Paryża. Ty, ja i Nela, co ty na to? Zobaczysz wieżę Eiffla.
– Paryż jest przereklamowany. – Jordan nie był zachwycony tym pomysłem. – Poza tym matka nigdy się nie zgodzi. Nie puści nas, muszę wrócić do szkoły, zdać egzaminy…
– W nosie mam, co powie Silvia. Chcę zabrać chrześniaka na wycieczkę, to go zabiorę. Nie na darmo jestem fajną ciocią. Będziemy się obżerać bagietkami i jak będziecie chcieli, to dam wam nawet wypić lampkę wina.
– Wow, szalone. – Guzman wywrócił oczami, ale powoli wracał do siebie. Jej bezpośredniość podziałała na niego jak balsam. – Masz bardzo stereotypowe pojęcie o Francuzach. Zaraz mi powiesz, że będziemy wcinać żabie udka i chodzić w beretach.
– Jestem prostą dziewczyną. – Debora uśmiechnęła się zawadiacko, ciesząc się, że udało jej się nakierować jego myśli w inną stronę. – Co na to powiesz? Odwiedzimy Moulin Rouge… – dodała po cichu, trochę się z nim drocząc i wiedząc, że w końcu da za wygraną.
– Trzeba było tak od razu.


***

Nie przeszkadzały mu tańce i śpiewy. Wiedział, że pani Angelica bardzo by to pochwaliła, ale po prostu nie miał na to ochoty. Nigdy nie był towarzyskim typem, a w obecnym nastroju tańczenie i śpiewanie to ostatnie o czym Jordan myślał.
– Ale z ciebie smutas. Zatańczyłbyś. – Sara wyciągnęła rękę do Jordana, kiwając się we wszystkie strony, wyglądając w jego mniemaniu jak kretynka, ale nic sobie z tego nie robiła.
– Zatańcz z baletmistrzem. – Kiwnął głową w stronę Diega Ledesmy, który zakrztusił się napojem po tych słowach.
– To nie było miłe – zwrócił mu uwagę, nieco urażony.
– Nie jesteś baletmistrzem? Powiedziałem, coś nie tak?
– Miałem na myśli sposób, w jaki to powiedziałeś. – Ledesma nieco się zezłościł. Guzman wszystkim działał na nerwy, ale ostatnio przechodził sam siebie, mimo że wcale się nie starał. – O ile dobrze pamiętam, to sam chodziłeś w podstawówce na zajęcia z tańca w ośrodku kultury w Valle de Sombras. Zrezygnowałeś po tej aferze z synem instruktora. O co tam tak w ogóle poszło?
– Jakiej aferze? – Rosie dopadła do stolika, by szybko się czegoś napić i zaraz wracała ponownie na parkiet. Upadek Dicka zasługiwał na porządną fiestę, ale plotki na temat bójek też bywały ciekawe.
– Pobił syna instruktora. Co jest? Mówię jak było. – Diego doskonale naśladował wcześniejszy ton głosu Guzmana. – Co ci zrobił?
– Niech Delgado ci powie. Odwaliłem robotę za niego. – Jordi nie miał zamiaru się tłumaczyć. Gdyby miał usprawiedliwiać wszystkie swoje wybryki z podstawówki, pewnie musiałby tu zostać przez tydzień. – Idziesz do domu? Mogę cię odprowadzić – zwrócił się do Vedy, która bawiła się w najlepsze i nie chciała jeszcze odchodzić.
– Ale Salvador Sanchez jeszcze nie grał. – W głosie Vedy dało się usłyszeć nutę zawodu.
Jordi spojrzał w stronę Anity, Sala i kilku innych znajomych, którzy siedzieli w kółeczku i wspominali zmarłą.
– Dobra, jak Ivan mnie zabije to będzie na ciebie. – Młody Guzman wzruszył ramionami i wyszedł z lokalu.
– Jak nie Ivan, to ja to zrobię. – Quen wydmuchał głośno powietrze, patrząc na plecy oddalającego się kuzyna. – Mam ochotę go złapać za te kudły i wytargać jak Olivia Anakondę.
– Co za zboczone fantazje. – Primrose posłała w stronę kolegi złośliwy uśmiech. – To o co chodziło z tymi tańcami?
– Nic takiego. – Felix wzruszył ramionami. Jordan zawsze był w gorącej wodzie kąpany. – Syn instruktora obłapiał Veronicę na treningu i Jordi się wkurzył.
– To się chyba nazywa taniec towarzyski, a nie obłapianie – zauważył rozsądnie Diego, bo pamiętał, że panna Serratos również uczęszczała na lekcje w ośrodku.
– Chyba nie, kiedy łapa partnera wchodzi pod bluzkę partnerki. – Castellano uciął dyskusję, przypominając sobie tamto zdarzenie. W tym wypadku stał po stronie swojego byłego przyjaciela.
– Złamał mu rękę – odezwała się cicho Nela, a kiedy wszyscy spojrzeli na nią zdziwieni, że się odezwała, szybko pokręciła głową i napiła się wody, żeby uniknąć dalszych pytań.
– Guzman ma problemy z gniewem. – Ledesma pokiwał głową, jakby to był najważniejszy wniosek z tego dnia. – Ale byłoby miło, gdyby nie wyżywał się słownie na wszystkich dookoła.
Trudno się było z tym nie zgodzić. Jego komentarze potrafiły ranić, ale może to i lepiej, że jego obecnym orężem był cięty język a nie pięści.

***

Ivan Molina otrzymał telefon od Vedy i pojechał ją odebrać z przyjęcia. Impreza powoli dogasała, niektórzy starzy znajomi przenosili się do domu najlepszej przyjaciółki zmarłej, Valerii, która obiecała otworzyć najstarszą whisky ze swojej kolekcji. Fabian Guzman zrezygnował z otwartego baru ze względu na młodzież i może była to dobra decyzja, bo nastolatki tak harcowały po parkiecie, że aż strach było pomyśleć, co by zrobili po kilku wypitych w ukryciu drinkach.
Veda żegnała się z Anitą i Salem, a Ivan obserwował ją z daleka, cały czas myśląc jednak o tym, co powiedziała mu Elena. Salvador Sanchez ojcem! Nie sądził, że stary znajomy mógłby kiedykolwiek zdobyć taką kobietę jak Elena a w dodatku spłodzić z nią dziecko tuż pod nosem jej męża. Molina czuł, że przez to miasteczko i jego tajemnice zaczyna już wariować. Wzrokiem odnalazł swojego byłego szwagra, który siedział samotnie przy stoliku i obserwował gości opuszczających przyjęcie. Niektórzy podchodzili i dziękowali za piękną ceremonię, inni klepali go po plecach albo tylko kiwali głowami na pożegnanie.
– Ty pijesz? Myślałem, że bar zamknięty. – Ivan klapnął na krzesło przy pustym stoliku Fabiana i wskazał na mały kieliszek, który mężczyzna obracał w dłoniach.
– Wyjątkowo – wyjaśnił Guzman, unosząc do góry kieliszek sherry. – Dla Angelici. Nie zdążyłem się z nią napić po raz ostatni.
– Nigdy z nami nie piłeś – przypomniał mu Molina, czując, że Fabiana coś gryzie. – Angelica była dla ciebie ważna.
– Odkryłeś Amerykę. – Guzman uśmiechnął się półgębkiem, a Ivan odczuł silną ochotę, żeby się roześmiać. W chwilach taka jak ta Fabian tak bardzo przypominał Jordana, że było to aż szokujące.
– Dlaczego jej nie powiedziałeś?
– Ona wiedziała. – Fabian westchnął, wbijając wzrok w przestrzeń. W oddali Veda zabawiała rozmową zapłakaną od śmiechu i smutku jednocześnie Anitę, a zakłopotany Salvador stał kilka kroków dalej, jakby bał się podejść bliżej. – Ivan, zdajesz sobie sprawę, że Jose tak tego nie zostawi? Ludzie trąbią w mieście, że jest rogaczem.
– Nie sądziłem, że dożyje chwili, kiedy Fabian Guzman będzie mnie informował o lokalnych plotkach. – Molina udał, że jest w ciężkim szoku. Wiedział dokładnie, co brat Debory miał na myśli i były to te same obawy, które wypowiedziała dzisiaj Elena.
– Jeśli to coś warte, uważam, że postąpiłeś słusznie.
Ivan oderwał wzrok od Vedy i Anity, sam nie wiedząc, która bardziej wzbudza jego zainteresowanie. Fabian patrzył na niego, jakby chciał mu coś ważnego przekazać. Kiwnął głową, przyjmując niespodziewany komplement. Pobicie Jose Balmacedy nie było mądre, ale zaopiekowanie się Eleną i jej córką było konieczne. Nie miały nikogo, a on poczuwał się do odpowiedzialności nie tylko jako szeryf i przyjaciel, ale też jako mężczyzna.
– Sprawdziłeś tego Del Bosque? Jordan uważa, że Angelica zmarła przez niego. – Fabian poruszył temat, który od niedawna zaprzątał mu głowę.
– Taaak. – Molina skrzywił się. – Matias Del Bosque jest czysty.
– Na pewno? Jordan twierdzi…
– Jordan mówi różne rzeczy. – Ivan uciął dyskusję, bo nie chciał znów rozwodzić się nad tym, jak to nastolatek opowiada niestworzone historie. – Wybacz, ale taka jest prawda. Ślepo wierzy instynktom, a one potrafią być zawodne.
– To samo mu powiedziałem. – Fabian wychylił kieliszek sherry. Jakaś część jego miała nadzieję, że tym razem syn się nie myli. – Del Bosque to kumpel twojego ojca, prawda?
– Z tego co wiem grali razem w brydża, ale kumplem bym go nie nazwał. Nie ma żadnej historii awantur w rodzinie, żadnego incydentu jazdy po pijaku, nawet głupiego mandatu za złe parkowanie. – Ivan wzruszył ramionami. Sprawdził anestezjologa z czystej uprzejmości, nie spodziewał się, że coś na niego znajdzie. – To dobry lekarz, choć nieco wkurzający.
– Jesteś zawieszony. Jakim cudem udało ci się to wszystko posprawdzać? – Guzman wydawał się dopiero teraz zaintrygowany.
– Jestem zawieszony, ale nadal jestem szeryfem. Naprawdę myślisz, że potrzebuję być na komisariacie, żeby pozyskać dane, których potrzebuję?
– Nie wnikam. – Fabian uniósł ręce, jakby nawet nie chciał słuchać dalej. Jako sekretarz gubernatora im mniej wiedział, tym lepiej.
– Mogę cię o coś zapytać? – Ivan nie do końca wiedział, jak zwrócić się do byłego szwagra. Nigdy nie byli przesadnie blisko, a pytanie, które chciał mu zadać było natury dosyć prywatnej. – Kiedy pani Angelica wręczyła ci kopertę z listem pożegnalnym… wiedziałeś co będzie w środku?
– Koperta była zamknięta – odparł tajemniczo Guzman, ale Ivan nie o to pytał i dobrze o tym wiedział.
– Pomogłeś jej go napisać? Te brudy na Pereza… to że słyszała „to i owo” o tym, że Dick włamał się do mieszkania Vala po jego śmierci. Ty jej o tym powiedziałeś.
– Pytasz jako szeryf czy były szwagier? – Guzman podniósł wzrok znad pustego już kieliszka i spojrzał Molinie prosto w oczy.
– Pytam jako były uczeń Angelici.
– Mogłem widzieć „to i owo”. – Fabian odstawił kieliszek. Powoli szykował się do wyjścia. – Mogłem pojechać tamtego dnia po skrzypce dla syna i widzieć, jak Ricardo Perez opuszcza dom Vidala w pośpiechu, zabierając dowody. Mogłem napomknąć o tym pani Angelice.
– Mogłeś też powiedzieć jej o machlojkach Horacia. Jako przyjaciel Osvalda musisz wiedzieć sporo na ten temat.
– Mogłem. – Fabian zgodził się uprzejmie, wstając z miejsca. Jego twarz była bez wyrazu.
– Dlaczego nie poszedłeś z tym na policję?
– Rozmawiamy czysto teoretycznie, Ivan.
– Więc czysto teoretycznie: dlaczego osoba, która to wszystko wiedziała przez lata, nie poszła z tym na policję? Żeby chronić swój tyłek i reputację? – Oczy Ivana się zwęziły, kiedy próbował rozgryźć motywy swojego byłego szwagra. Nie mógł go przejrzeć, zawsze ciężko go było zrozumieć.
– Może z takiego samego powodu, dla którego szeryf małego miasteczka chodzi sobie na herbatę do Fernanda Barosso i donosi mu o wszystkim, co robią zagrażające mu osoby – odpowiedział, a policzek Ivana Moliny zadrgał lekko po tych słowach, ale Fabian zdawał się być niezrażony. – Myślałeś, że nie wiem, że szpiegujesz dla Barosso? Myślałeś, że nie widzę, jak mnie śledzisz na jego polecenie? Muszę przyznać, Ivan, że trochę się na tobie zawiodłem. – Guzman zapiał guzik swojej marynarki, po raz ostatni spoglądając z góry na szeryfa. – Przekaż burmistrzowi, że cokolwiek próbuje zrobić – szantażować mnie, przekabacić mnie na swoją stronę… to nic nie da. Nigdy nie zostanie gubernatorem. Zadbam o to, choćby to była ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu.

***

Wrócił do domu tak jak zapowiedział ciotce. Był zmęczony, wkurzony i przeciążony informacjami z książek, które namiętnie pochłaniał, próbując dociec, jaka była prawdziwa przyczyna śmierci pani Angelici Pascal. Nie mógł tego tak zostawić. Powód, który choć w najmniejszym stopniu wiązałby się z absurdalną klątwą, która na nim ciążyła, nie był dla niego satysfakcjonujący. Potrzebował medycznych faktów. Miał zamiar zdrzemnąć się godzinkę i wrócić do podręczników, ale kiedy po powrocie do domu w swoim pokoju zastał matkę, wiedział, że nici z odpoczynku.
– Jesteś niemożliwa, wiesz? – Jordan nie miał nawet siły krzyknąć. Był zbyt oburzony jej zachowaniem.
Nie cierpiał, kiedy ktoś naruszał jego prywatność, zresztą chyba nikt tego nie lubił. Ale Silvia Olmedo zwykle miała gdzieś, co robił w swoim pokoju, dopóki był cicho i nie sprawiał problemów. Ich ostatnie zatargi sprawiły jednak, że chciała mieć nad nim większą kontrolę. Przecież właśnie dlatego wykorzystała skrzypce Valentina jako kartę przetargową w ich układzie. Teraz natomiast, przeszukując pokój Jordi’ego, nie chciała znaleźć instrumentu i dobrze o tym wiedział. Wykorzystała sytuację, że wszyscy byli na stypie i nie spodziewała się, że syn wróci wcześniej.
– Rozgość się, nie mam nic do ukrycia. – Nastolatek rozłożył szeroko ręce, wskazując na każdy zakamarek swojego pokoju. – Czym chata bogata. Szukasz tego? – Zanurkował pod łóżko i wyciągnął gitarę. Proszę. – Wcisnął oszołomionej Sylwii w ręce gryf. Struny źle nastrojonego instrumentu zadźwięczały złowieszczo. A może tego? – Podszedł do nocnej szafki i zaczął przeszukiwać szuflady. Kiedy nie mógł znaleźć tego, czego szukał, wyciągnął ze złością całą szufladę i wysypał jej zawartość na łóżko. – Tego? – Chwycił samotną prezerwatywę w opakowaniu, która wypadła na pościel, a kiedy matka nic nie powiedziała, rzucił jej ją pod nogi.
– Jordan. – Wypowiedziała jego imię, chyba po raz pierwszy od dawna czując się zawstydzona. Ale on dobrze wiedział, że to tylko gra. Wstydziła się, że ją przyłapał, a nie że przeszukiwała mu sypialnię.
– Wiem, czego tak naprawdę szukasz. Proszę. – Szybkim krokiem przeszedł przez pokój, podszedł do biurka i otworzył szufladę. Wyciągnął błyszczącą perłową kopertę, którą wręczył mu Adam Castro przed stypą. – O to ci chodziło, prawda? Chcesz przeczytać? Co takiego starsza pani miała do powiedzenia, dlaczego zostawiła list mnie, a nie ojcu czy komukolwiek innemu? Może zapisała mi dom w Acapulco albo zostawiła jakiś fundusz powierniczy? Kto wie, kto wie…
– Jordan, uspokój się.
– Masz, proszę. Weź sobie, przeczytaj. – Ze złością wymalowaną na twarzy zamachał jej kopertą przed nosem, a kiedy jej nie wzięła, wcisnął jej papier w ręce, przy okazji go gniotąc.
– Po prostu wydało mi się to dziwne. Adam nie chciał nic powiedzieć. – Usprawiedliwienie Silvii było tak żałosne, że zapragnął się roześmiać, ale był zbyt wściekły, zbyt zmęczony. Miał po prostu tego wszystkiego dość.
– Może dlatego, że to nie jest twój zasrany interes? – rzucił pogardliwie, nieco podnosząc głos. Silvia zarumieniła się ze wstydu, ale minę nadal miała wyniosłą. – Może dlatego, że to prywatna sprawa. Nie masz prawa.
– Jako rodzic mam prawo…
– Masz, czytaj. – Jordi przerwał jej, nie chcąc słyszeć tłumaczeń. Udawał, że ma to gdzieś, ale serce biło mu jednak jak szalone. – Nagle ci się odechciało?
Silvia odłożyła na łóżko gitarę, którą wcześniej wepchnął jej w ramiona, po czym wyprostowała kopertę w dłoniach. Była zamknięta.
– Nie otworzyłeś – zauważyła z lekkim zdziwieniem, widząc zaklejony papier.
– Nie. Nie chcesz przeczytać? – Jordan dał jej chwilę do namysłu. Czuła na sobie jego palący wzrok oraz wstyd tej całej sytuacji. Kiedy już miała dać za wygraną, poddać się i odłożyć kopertę na miejsce, wyrwał jej ją z ręki i na jej oczach podarł ją na drobne kawałki. – Teraz nikt się nie dowie, co było w środku. Zadowolona?
– Coś ty zrobił? – Silvia w szoku wpatrywała się w skrawki papieru, które porozlatywały się po różnych zakątkach pokoju.
– Boisz się, że podarłem czek? – Chłopak zaśmiał się kpiąco. Jego oczy były zimne i bez wyrazu i przeraził ją nie na żarty. – Wyjdź, chciałbym się zdrzemnąć. Mogłabyś? – dodał głośniej, kiedy matka nie ruszyła się z miejsca. Podszedł do drzwi, otworzył je na oścież i gestem wyprosił na zewnątrz. Nie miała wyboru, choć wzrok nadal błądził po miękkim dywanie na podłodze, gdzie kawałki papieru przypominały teraz płatki śniegu.
Silvia chciała coś powiedzieć, cokolwiek, może nawet przeprosić. Przekroczyła granicę, wiedziała o tym. Ale kiedy otworzyła usta, nie wyszedł z nich żaden dźwięk, a nawet gdyby jej się to udało, dźwięki i tak nie miałyby okazji, by dotrzeć do uszu Jordana, który zatrzasnął matce drzwi przed nosem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5752
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:23:40 22-11-23    Temat postu:

cz. 2

Siedzieli w bibliotece i ostatnimi czasy stało się to już ich dziwną rutyną. Olivia po raz pierwszy od dawna mogła zachowywać się normalnie, a przynajmniej tak normalnie jak jej na to pozwalała zaistniała sytuacja. Wcześniej była aż nadto oczywista w towarzystwie Marcusa Delgado – każdy w szkole wiedział, że kocha się w nim od przedszkola, od kiedy po raz pierwszy przyjechał z matką ze Stanów. I wcale nie miało to nic wspólnego z tym, że miał duże czekoladowe oczy i piękny uśmiech ani z tym, że jako przyjezdny był w tamtym czasie ogromną sensacją. Zawsze go lubiła, bo był świetnym przyjacielem – lojalnym, troskliwym, zawsze można było na niego liczyć. Szanował innych ludzi i nigdy nie powiedział jej złego słowa. Sytuacja z Oliverem sprawiła, że zbliżyli się do siebie. Nie w taki sposób, w jaki jeszcze do niedawna panna Bustamante miała nadzieję, ale ich przyjaźń została niejako przyklepana sekretem i wiedziała, że Delgado nie puści farby, nawet przyszpilony do muru. Jeśli miała być całkiem szczera, zobaczyła go w nowym świetle. Jasne, jej serce nadal lekko podrygiwało, kiedy pomagał jej z ciężkimi książkami albo kiedy znienacka się uśmiechnął, ale nie było już tak samo. Teraz zaczęła bardziej doceniać go jako bliskiego powiernika i nie zamieniłaby tej relacji na żadną inną, nawet tę najbardziej romantyczną z jej nastoletnich fantazji. To, co zrobił jej Bruni sprawiło, że nie tylko nie miała ochoty znaleźć sobie chłopaka, ale zaczynała wątpić, czy kiedykolwiek wyjdzie za mąż.
– Myślisz, że powinnam komuś powiedzieć? – Przerwała ciszę blondynka, odrywając się od zadania domowego.
Marcus nie musiał pytać, co ma na myśli. Zamknął książkę o psychologii zbrodniarzy i zastanowił się przez chwilę, zanim odpowiedział.
– Gdybyś zapytała mnie o to jakieś dwa miesiące temu, odpowiedziałbym, że to jedyne słuszne rozwiązanie. Teraz sam już nie wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą.
Zaczynał rozumieć wiele spraw, których kiedyś nie pojmował. To było tak, jakby w dniu, w którym zawalił się most, otworzyły mu się oczy. Ktoś stracił życie i normalnie Delgado zrobiłby wszystko co w jego mocy, by wyznać prawdę i ponieść zasłużoną karę, ale nie był w stanie. Zaczynał rozumieć, dlaczego w miasteczku działo się tyle złych rzeczy i tyle samosądów. Ludzie bali się niezrozumienia, nie wierzyli w system. I mówiąc całkiem szczerze, Marcus musiał stwierdzić, że system zawiódł więcej razy niż mógłby zliczyć.
– Boję się, że on skrzywdzi kogoś jeszcze, jeśli nic nie powiem. Ale bardziej boję się o siebie, boję się, że znów wyjdę na kłamczuchę.
– Nie skrzywdzi już nikogo, masz moje słowo. – Sam nie wiedział, dlaczego mówi tak pewnym siebie tonem. Czuł jednak instynktownie, że to prawda, a książka którą czytał tylko bardziej otwierała mu oczy. – To, co ci zrobił… Nie zrobił tego dlatego, że chciał.
Olivia pobladła i objęła się ramionami, bo poczuła dreszcze na wspomnienie wieczoru imprezy w stylu lat pięćdziesiątych.
– To była kara. Nie zrobił tego, żeby zaspokoić swoje żądze czy coś w tym rodzaju. – Marcus urwał, widząc minę Olivii. Nie chciał wprawiać jej w zakłopotanie, po prostu mówił to, co przyszło mu do głowy. – Przepraszam, nie chciałem…
– Nie, mów. Jestem ciekawa, co może skłonić takiego drania do posunięcia się do ostateczności. – Olivia była gotowa przyjąć to na swoje barki, cokolwiek to było. Musiała poznać jego motywy, jeśli chciała go zniszczyć.
– Nie spodobało mu się, że skłamałaś i że ludzie mogli w to uwierzyć. Nie przywykł do złej opinii, zwykle ludzie go ubóstwiają. Jest świetnym aktorem, prawda? Nawet Elodia i Leticia jedzą mu z ręki. Dba o dyscyplinę, zaskarbił sobie szacunek Huga, a to nie jest łatwe.
– Mówiłeś, że Fabian Guzman jest wobec niego nieufny – zauważyła blondynka, a Delgado przypomniał sobie rozmowę trenera z politykiem po szkolnej wywiadówce.
– Tak, ale Fabian nie ufa nikomu – wyjaśnił, trochę go rozumiejąc. W polityce ciężko było znaleźć zaufanych sprzymierzeńców. Marcus postukał długopisem kilka razy o otwartą dłoń, jakby nad czymś się zastanawiał. – Oliver wymierzył ci karę, chciał dać ci nauczkę, upewnić się, że nie zrobisz czegoś podobnego nigdy więcej.
– Wiem, to moja wina. Nie powinnam była kłamać… – Olivia od razu podchwyciła te słowa, bo nadal miała wyrzuty z tego powodu. Obwiniała się.
– Nie, to nie jest twoja wina, słyszysz mnie? – Upewnił się, że dziewczyna patrzy mu w oczy. Nie mogła tak myśleć, nie było usprawiedliwienia dla aktu gwałtu, chciał, żeby to było jasne. – Oliver nie jest jak Perez czy jemu podobni. To zupełnie inny typ człowieka. Nie podniecają go nastolatki. Wybacz – dodał szybko, kiedy koleżanka się skrzywiła. – Na lekcjach wf zachowuje się poprawnie?
– Tak, nie zauważyłam żadnych niestosownych gestów, zawsze stara się zachować dystans. Pomaga przy ćwiczeniach, ale… sama nie wiem. W grzeczny sposób? – Bustamante ciężko było w to wszystko uwierzyć, biorąc pod uwagę, że ona kuliła się w sobie, kiedy tylko on na nią spojrzał, nawet jeśli Bruni nie czynił aktualnie żadnych aluzji i zachowywał się, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Był profesjonalistą. Wyjątkiem była ta jedna chwila słabości, kiedy dopadł ją po szkole i jej groził. Wtedy wyglądał na przestraszonego. – Nie chcę dostać strzały jak panna Falcon. – Olivia wypowiedziała w końcu swoje obawy na głos. Słyszała od matki pogłoskę, że szkolna psycholog otrzymała wiadomość od Łucznika, który krytykował jej milczenie.
– Nie dostaniesz – zapewnił ją Delgado, jakby był o tym święcie przekonany.
– Skąd wiesz?
– O tym, co zrobił ci Bruni, wiemy tylko ty i ja. – Marcus spojrzał na nią znacząco, dając do zrozumienia, że nigdy by się nie wygadał, kiedy obiecał jej dyskrecję. – Poza tym Łucznik nie jest taką osobą.
– Też tak myślę, ale jednak ta strzała dla Araceli Falcon… Nudziło mu się? Jest tyle zbrodniarzy w miasteczku, dlaczego w nich nie celował? – Olivia poczuła się lekko zrezygnowana. Nadal miała nadzieję, że uda jej się znaleźć Złodzieja z El Tesoro i przekonać go do pomocy w sprawie pozbycia się Olivera, ale jednocześnie bała się, że zamaskowany bohater nie będzie chciał mieć z nią nic wspólnego. – Marcus… dziękuję – wyszeptała, wzrok wbijając w okładkę jego książki, bo za bardzo się wstydziła, by spojrzeć mu w oczy. Zawsze ją peszył, bo zdawał się prześwietlać ją jak promieniami roentgena.
– Za co?
– Za to, że mi uwierzyłeś. Zdaję sobie sprawę, dlaczego to było takie trudne dla panny Araceli. – Olivia westchnęła. Tylko kobieta potrafiła zrozumieć kobietę. – Nie miała nikogo. Ja mam ciebie. Czasami wystarczy tylko jedna osoba, która ci uwierzy. Więc dziękuję.
Na twarzy bruneta pojawił się lekki uśmiech. Znali się od dziecka i niewiele mieli przed sobą tajemnic. Cieszył się, że zawierzyła mu na tyle, że podzieliła się najgorszym koszmarem. Żałował tylko, że tak niewiele może dla niej zrobić.
– Jak myślisz, dlaczego Oliver boi się Łucznika? – zapytała po chwili blondynka, bo nie dawało jej to spokoju.
– Może jest w posiadaniu cennych informacji. Może ma na niego haka i jest gotów go szantażować. Łucznik wydaje się mieć nosa do ludzi.
– Dlaczego mówisz tak, jakbyś go znał? – Olivia popatrzyła na przyjaciela zaciekawiona. – Tę książkę masz od niedawna, aż taka jest wnikliwa?
Marcus tylko się uśmiechnął. Książka może i otwierała mu oczy, ale to ludzkie czyny więcej mu mówiły o czyimś charakterze. Żyli w miasteczku, gdzie chłopiec z idealną średnią był w stanie zabić agenta FBI, a uzależniony od narkotyków psychopatyczny szef kartelu miał czasem ludzkie odruchy. Świat nigdy nie przestanie go zadziwiać.

***

W miasteczku było niespokojnie a aresztowanie Jonasa Altamiry wcale nie poprawiło Conradowi humoru, wręcz przeciwnie. Czuł, że Lidia jest w niebezpieczeństwie i wiedział, że teraz Baron obwini o wszystko właśnie jego. Nie mógł się kłócić z logiką Romów, którzy od dawna to jemu przypisywali wszystkie złe rzeczy, które działy się w miasteczku. Co prawda byli i tacy, którzy widzieli zmiany na lepsze, próbę współpracy i wyciągniętą pomocną dłoń, ale patriarcha i jego najbliżsi zwolennicy odbierali to wszystko jako atak.
– Muszę jechać do ratusza, nie wracaj sama. – Saverin poinstruował Lidę, kiedy żegnał się z nią przed salą gimnastyczną, gdzie zostawała na treningu siatkówki. – Zaczekaj na Santosa.
– Erica. Nikt tu nie mówi na niego Santos – sprostowała, czując się jak jakaś dama w opałach. Do niedawna musiała sama o siebie dbać, nie przywykła, że ktoś dorosły okazywał jej taką troskę. Musiała przyznać, że trochę jej się to podobało. Ale nie widziała sensu, żeby DeLuna odwoził ją codziennie do domu, kiedy mogła wybrać się spacerem. – A gdzie znów wywiało informatyka?
– Miał coś do załatwienia, ale przyjedzie po ciebie później. Słyszysz, Lidio? Nie wracaj sama! – Zastępca burmistrza postanowił wyrazić się jasno, ale ona już machała mu ręką na pożegnanie, znikając w szatni.
Saverin miał ochotę zaczepić Marcusa Delgado, który właśnie kończył trening piłki nożnej i poprosić go, by przypilnował jego podopieczną i upewnił się, że nigdzie nie pójdzie sama, ale nastolatek gdzieś zniknął. Musiał więc zaufać Lidii, nie miał innego wyjścia. Panna Montes jednak zaraz po treningu siatkówki z trenerem Brunim wyszła ze szkoły. Oczywiście nie zamierzała czekać na DeLunę, który tylko prawiłby jej podobne kazania jak Saverin, w dodatku zbeształby ją znów za próby skontaktowania się z Łucznikiem. Umiała o siebie zadbać. Gaz pieprzowy w torbie, ostre klucze, paznokcie i zęby, jeśli będzie trzeba. Cyganie nie byli jej straszni, bardziej bała się obywateli Pueblo de Luz i ich nagonki na El Arquero, który ostatnio spotkał się z ostrą krytyką. Wiele osób uważało, że powinien zabrać się za kilku przestępców i nie rozumieli jego bierności. Lidia Montes uważała, że to głupie. Niby jak mogli oczekiwać, że sam jeden zamaskowany strzelec rozprawi się z wszystkimi zbrodniami w okolicy? Czy policja już w ogóle niczego miała nie robić?
Z tymi myślami szła przez miasteczko, wybierając swoją ulubioną drogę na skróty. Nie była zbyt bezpieczna, prowadziła przez niemal puste alejki w dodatku w pobliżu dzielnicy Romów, ale było stąd najbliżej do bliźniaka, w którym mieszkał Conrado i Fabricio. Kiedy weszła w wyjątkowo mroczną uliczkę i usłyszała dziwny zgrzyt, wiedziała, że lepiej trzeba było się słuchać Conrada.
– A dokąd to się wybierasz?
– Do domu – odparła ze złością, choć w gruncie rzeczy zaczynała się lekko bać. Zwolennicy Barona mieli ten dar, że nawet kiedy nie byli zbyt poważni, budzili lęk, bo nie mieli żadnych zahamowań.
– Do domu? Ty nie masz domu. – Zachichotał jeden z młodych Romów, przestępując kilka kroków do przodu, by zagrodzić jej drogę. W dłoniach obracał wysłużony scyzoryk. Pomyślała, że to żałosne, że w ten sposób jej grożą, ale prawdą było, że mieli przewagę.
– Mam. Więc jak nie zejdziesz mi z drogi to…
W kieszeni zacisnęła dłoń na komórce. Co miała zrobić? Zadzwonić do Conrada, który przecież kategorycznie zabronił jej wracać samej? Miała powiedzieć, że po prostu zlekceważyła jego polecenie i dała się podpuścić? Zresztą i tak by nie odebrał, bo był na ważnym spotkaniu. Eric pewnie odpuścił, bo po treningu napisała mu krótką wiadomość, by się nie kłopotał, bo wróci do domu sama, a Fabricio czuwał przy ciężarnej żonie. Tak czy siak, nikt nie przyszedłby jej z pomocą na czas.
– Twój nowy tatuś Saverin wypuszcza cię z tego domu bez kagańca? – Zarechotał kolejny młodzieniec. Rozejrzała się po nich wszystkich i dopiero teraz zdała sobie sprawę, że to kumple Jonasa. Oczywiście – banda młodych gnojków, którzy wiedzieli tylko jak palić zioło i bajerować dziewczyny. Zrobiło jej się niedobrze. – Już pewnie zapomniałaś o narzeczonym, co?
– Mówisz o Jonasie? – Lidia się roześmiała. Była zdenerwowana, ale nie mogła tego powstrzymać. Nazywanie syna patriarchy jej narzeczonym było totalnym absurdem. – Dostał za swoje. Zgnije w więzieniu, a wy pewnie do niego niedługo dołączycie. Przesuń się, mój opiekun na mnie czeka.
– Nikt na ciebie nie czeka, nie masz nikogo w tym miasteczku. Twoją rodziną jest Rino i Esmeralda, ale się na nich wypięłaś. Myślisz, że jesteś lepsza od nas? Myślisz, że jak nosisz się w drogich ciuchach i chodzisz do szkoły jak wielka pani, to możesz nami pomiatać?
Zerknęła na dół na swoje zwykłe ciemne dżinsy i koszulkę – nie nosiła drogich ubrań. Conrado wymienił jej garderobę, ale to ona wybrała to, w czym czułaby się wygodnie. Nie chciała prezentów z kosmosu, nie brała od niego pieniędzy na niepotrzebne wydatki, mimo że on z chęcią kupiłby jej wszystko, czego by chciała. Miała swoją dumę. To prawda, w przeszłości zdarzyło jej się kraść, ale bardziej po to, by mieć na jedzenie i już z tym skończyła. Teraz jej romscy krewniacy uważali, że jest lepsza od nich, bo udało jej się wyrwać z tego toksycznego kręgu, ale prawdą było, że nigdy do nich nie należała. Jej matka nie była Romką i tylko jej przedwczesna śmierć sprawiła, że Lidia musiała wrócić do ojca i ciotki. Większość czasu i tak spędzała w rodzinach zastępczych, więc naprawdę nie wiedziała, dlaczego wszyscy teraz tak ją traktują. Jakby była winna wszystkiemu, jakby to ona wsadziła Jonasa Altamirę za kratki.
– Jonas jest hojny, myślę, że by się z nami podzielił. – Jeden ze starszych chłopaków, którzy otoczyli ją z drugiej strony wyszeptał jej to niemal do ucha, podchodząc tak blisko, że czuła zapach jego potu i dymu papierosowego. Zakręciło jej się w głowie.
– Nie możemy pozwolić, żeby Saverin miał cię tylko dla siebie. To nie przystoi. Pierwsza krew należy się Romowi. Skoro Jonas nie może dopełnić dzieła, ja nie mam nic przeciwko, żeby godnie go zastąpić. – Chłopak odpiął pasek od spodni, sprawiając, że Lidia stanęła jak wryta. Było ich czterech, może pięciu. Nie widziała wszystkich, ale była pewna, że są starsi, wyżsi i silniejsi. Nagle gaz pieprzowy w jej torbie wydał jej się żałosną zabawką.
– Załóż spodnie. Nie rób sobie wstydu. – Mechanicznie zmodulowany głos odezwał się gdzieś przed nimi i wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku.
Lidia prawie się roześmiała. Jej bohater siedział na kontenerze na śmieci i obserwował całe to zajście, polerując łuk. Było ciemno, nie widziała go dokładnie, ale miała dziwne wrażenie, że na nią czekał. Nagle poczuła jak któryś z młodych Romów szarpie ją do tyłu za koszulkę i pisnęła. Panna Montes nie była dziewczyną, która piszczy i zdała sobie sprawę, że robi się jej wstyd przed El Arquero, ale nie miała teraz czasu zastanawiać się, co sobie o niej pomyśli. Miała cichą nadzieję, że nie weźmie jej za rozkapryszoną małolatę, która dała się podejść jak dziecko.
– Zjeżdżaj albo potnę jej buźkę! – Rom chwycił scyzoryk i przyłożył go do policzka Lidii. Lekko zapiekło, kiedy ostrze skaleczyło jej skórę, ale nie posunął się dalej. Zdenerwowało ją to jednak i szybkim ruchem uniosła nogę odzianą w ciężki but, po czym nadepnęła chłopakowi na stopę.
Wrzasnął jak mała dziewczynka i odsunął się, a ona wykorzystała okazję i podbiegła do muru, dając El Arquero pole do popisu. Zamaskowany Strzelec naprężył cięciwę i wycelował strzałą po kolei w każdego napastnika z osobna. Wszyscy trzęśli portkami, jakby wyciągnął co najmniej karabin maszynowy.
– To jak, który pierwszy? – Łucznik powoli zaczął wyliczankę. – Ene due rabe Cygan połknął żabę…
– Wiejemy! – krzyknął któryś z Romów i wszyscy rozpierzchli się w zastraszającym tempie.
– Szkoda, myślałam, że choć jednemu wpakujesz strzałę w oko. – Lidia mruknęła z niezadowoleniem, kiedy zniknęli.
– Dlatego specjalnie tędy chodzisz, żeby mnie sprowokować? – Łucznik ją przejrzał. Nie wydawał się z tego zadowolony. – Nie wykorzystuj mnie tak więcej. To ryzykowna gra.
Spojrzała na niego z podziwem, mimo że on mówi do niej w sposób protekcjonalny i ewidentnie uznał ją za bachora, który na siłę próbuje szukać uwagi. Czuła jednak, że to miasteczko potrzebowało kogoś takiego jak on i zamierzała mu pomóc, jeśli będzie trzeba. Celowo obrała tę niebezpieczną drogę do domu, licząc na to, że go w końcu spotka. Widać się opłaciło.
– Chciałam ci podziękować. – Montes wytłumaczyła swoje zachowanie, ale musiała przyspieszyć, bo Łucznik ruszył przed siebie, nie czekając na nią. Zrobiło się ciemno i widziała tylko zarys jego postaci. – To nie jest lateks – mruknęła sama do siebie, przypatrując się jego strojowi.
– Oczywiście, że nie, nie jestem zboczeńcem. – Zamaskowany pochylił się nad jakimś kontenerem na śmieci i postukał w niego palcami odzianymi w czarną rękawiczkę. – Zostawiasz mi wszędzie wiadomości. Słucham. Masz trzy minuty. – Wskazał na zapisane mazakiem na kontenerze słowa: ”Łuczniku, jeśli to czytasz, skontaktuj się ze mną tam, gdzie widzieliśmy się po raz drugi. L.M.” – Masz pojęcie, ile osób w tym mieście nosi dokładnie takie same inicjały?
– Ale niewielu osobom pokazałeś się dwa razy. – Lidia uśmiechnęła się jeszcze szerzej, ciesząc się, że jej plan zadziałał.
– 2 minuty i czterdzieści sekund – przypomniał jej.
– Okej. – Lidia zaczęła myśleć gorączkowo. – Chcę zrobić z tobą wywiad na bloga. To znaczy nie ja, ale mój przyjaciel zna anonimowego blogera, który objawia prawdę o tym, co dzieje się w miasteczku. Myślę, że byłoby super, gdybyś się zgodził i pokazał innym, że to, co robisz, ma ogromne znaczenie.
– Wywiad do jakiegoś internetowego szmatławca? – Zmodulowany głos zakpił sobie, tego akurat nie dało się zamaskować technologią.
– Nie jakiegoś tam tabloidu. To naprawdę kawał dobrego dziennikarstwa. Słuchaj, sporo ludzi w miasteczku ma ci za złe akcję z El Paraiso. Twierdzą, że pomogłeś kartelowi. Oczyść swoje imię.
– Nie potrzebuję oczyszczać swojego imienia. Ja nie mam imienia.
– Łucznik, El Arquero de Luz, Srebrny Strzelec, Złodziej z El Tesoro… masz ich całkiem sporo.
– Nie wiem, kto wymyśla te bzdury, ale nie interesuje mnie sława. Wiesz, że za moją głowę jest wyznaczona nagroda?
– Jesteś poszukiwany w charakterze świadka.
– I podejrzanego. – Łucznik musiał ją uświadomić. Nie do końca rozumiał, dlaczego ktoś szukał kontaktu z potencjalnym przestępcą. – Chodziło tylko o jakiś wywiad? I ja marnuję na to czas?
– A myślałeś, że o co? Jak chcesz, mogę ci podsunąć kilka ciekawych nazwisk, które mogą cię zainteresować. – Lidia zmieniła temat, chcąc podejść bliżej, ale Łucznik wystawił w jej stronę dłoń, żeby jej to udaremnić. Stanęła jak wryta jakieś pięć czy siedem metrów od niego, tworząc dystans. I tak nie widziała go za dobrze o tej porze i w ciemnej alejce, która nie była nawet oświetlona. – Znam kilka osób, które mają sporo za uszami. Myślę, że przydałyby im się odwiedziny. Umiem zbierać informacje.
– Tego uczą u Cyganów? Szpiegostwa? – Zamaskowany oparł się o kontener.
– Nauczyli mnie kraść, ale też czytać w ludziach. Stąd wiem, że nie zrobisz mi krzywdy.
– A po czym to poznajesz?
– Dobrze patrzy ci z oczu.
Roześmiał się. Rzeczywiście oczy były jedyną częścią ciała, którą pokazywał, a ona akurat widziała je z bliska, kiedy pierwszy raz się spotkali na El Tesoro. Pomógł jej wtedy z ojcem i jego pobratymcami i teraz musiał ponieść tego konsekwencje, bo panna Montes uczepiła się go jak rzep psiego ogona, wmawiając sobie, że jest jakimś bohaterem, który zbawi miasto.
– Chciałam ci tylko powiedzieć, że jestem po twojej stronie, to wszystko. – Lidia poczuła się niebywale głupio. Szukała go tak długo, a on potraktował ją jak rozkapryszoną małolatę, którą trzeba ratować z opresji. Zdawał się być poirytowany jej zachowaniem i sama też nie była dumna, że nie posłuchała Conrada i dała się tak zajść kolegom Jonasa. – I jestem twoją dłużniczką, więc jeśli będziesz czegoś potrzebował, czegokolwiek, wal do mnie jak w dym. Mam kontakty, przez długi czas dilowałam dla Joaquina i znam kilka sekretów Templariuszy. – Ucieszyła się, kiedy El Arquero poruszył się niespokojnie. Wiedziała, że go zaintrygowała. – Mam sporo talentów.
– Nie wątpię. – Łucznik nadal mówił zmodulowanym głosem, ale teraz wyglądał na rozbawionego. – Jeśli będę potrzebował brudów na Joaquina Villanuevę, skontaktuję się.
Chciał odejść, ale go zatrzymała. Miała wrażenie, że ją zbywa i poczuła się urażona.
– Nie tylko na Joaquina, ale też na Lalo Marqueza, na tego wielkiego z blizną na policzku… W każdym razie, jestem gotowa do współpracy.
– Mogę wiedzieć dlaczego?
– Jak to dlaczego?
– Dlaczego mi pomagasz? Na Dniu Założyciela pomogłaś mi uciec. Po akcji na El Tesoro nikomu nie powiedziałaś, że mnie widziałaś… Dlaczego? – Teraz Łucznik wyglądał na autentycznie zaciekawionego.
– To chyba oczywiste. – Montes nie rozumiała pytania. Kiedy Łucznik przekrzywił głowę, wykorzystała okazję i podeszła kilka kroków bliżej. – Może nie wyglądam, ale też chciałabym żyć w bezpiecznym miejscu, z dala od fałszu i zbrodni. To co robisz ma znaczenie i szkoda, że tak niewiele osób to dostrzega. Gdyby więcej ludzi było takich jak ty, świat byłby lepszym miejscem.
Poczuła, że ponownie go rozbawiła, ale nic nie odpowiedział. Jej trzy minuty minęły, co dał jej jasno do zrozumienia pukając palcem w lewy nadgarstek, jakby chciał zasygnalizować, że czas uciekł.
– Zrób coś dla mnie – nie szukaj mnie więcej. – El Arquero postanowił wyrazić się w tej sprawie jasno. – Nieświadomie sprowadzasz na mnie kłopoty. Na siebie też.
– Przepraszam, nie chciałam.
– Po prostu się nie wychylaj. To niebezpieczne. A ja nie zawsze będę w pobliżu, żeby przepędzić oprawców. Nie prowokuj takich sytuacji.
– Okej, rozumiem. – Pokiwała głową i zdziwiła się, dlaczego tak łatwo było jej przyznać rację Łucznikowi i go posłuchać, a tak ciężko było dotrzymać słowa danego Conradowi. – Mogę cię o coś zapytać?
– Czas minął.
– Wiem, ale ciekawi mnie, dlaczego nie posłałeś strzały Dickowi Perezowi?
– Kto powiedział, że tego nie zrobiłem? – Łucznik rozglądał się po uliczce, prowadząc ją w miejsce, z którego mogłaby kontynuować drogę do domu bez przeszkód. Tutaj nie było bezpiecznie.
– Pomyślałam, że gdybyś to zrobił, to wszyscy by o tym wiedzieli. Chciałbyś go upokorzyć, pokazać światu jego przestępstwa.
– A gdzie wtedy byłaby cała frajda? – Łucznik odwrócił się w jej stronę z błyskiem w oku. – Nie jestem miłym gościem. Nie doszukuj się jakiegoś wyższego znaczenia w wiadomościach, które wysyłam. Na dobrą sprawę, każdy w miasteczku powinien dostać swój cytat. Ty także.
Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, bo przecież miał świętą rację. Zrobiła wiele złych rzeczy, kradzieże, kłamstwa, pomaganie Templariuszom... Miała szczęście, że jeszcze nie trafiła do poprawczaka i że na jej drodze stanął ktoś tak wyrozumiały jak Conrado, który był w stanie zabrać ją z tej złej ścieżki i nakierować w odpowiednią stronę. Nie było czasu dopytywać Łucznika o znaczenie tych słów, bo zdała sobie sprawę, że wyprowadził ją na uliczkę, w której znajdowała się komenda policji Pueblo de Luz. Wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
– Nie powinieneś tu być! A jak cię zobaczą?
– Pod latarnią najciemniej. Poza tym umiem poradzić sobie z policją.
– Byłeś już kiedyś aresztowany? – Lidia rozpoczęła wywiad, nawet nie wiedząc kiedy. Łucznik spojrzał na nią z politowaniem i wycofał się w stronę alejki, z której przyszli.
– Wracaj bezpiecznie. I następnym razem, kiedy masz na kogoś czekać, to czekaj.

***

Joaquin Villanueva miał nóż na gardle. Był pewien, że Fernando Barosso w końcu wróci i dokończy to, co zaczął. Po prostu teraz, kiedy w ratuszu nie działo się zbyt dobrze, a jego zastępczyni omal nie zginęła, miał inne priorytety. Szefa Templariuszy bardzo intrygowało zainteresowanie burmistrza osobą Victorii Diaz de Reverte. Plotki głosiły, że to jego kochanka, ale szczerze w to wątpił – żadna szanująca się kobieta, a na taką wyglądała Elena Victoria, nie poleciałaby na takiego starego dziada. Victoria nie była jak Mercedes Nayera, a przynajmniej takie wrażenie zdążył odnieść Joaquin. Blondynka była charakterna, silna i wiedziała czego chce. Mężczyzna nie do końca rozumiał, dlaczego ktoś taki jak ona wyszedł za mąż za Javiera Reverte, który zawsze wydawał mu się być słabeuszem, ale w końcu na tym świecie było dużo rzeczy, których nie szło racjonalnie wytłumaczyć.
Dni spędzone na El Tesoro dłużyły się szefowi kartelu w nieskończoność i miał czas dużo rozmyślać. Wiedział, że musi się dostać do rady miasta i czuł, że jest to realne – w końcu reprezentował lud. To prawda, pogłoski o jego nielegalnych interesach się szerzyły, ale zwykły szary zjadacz chleba niewiele o tym wiedział. Dla większości obywateli Valle de Sombras Joaquin Villanueva był przykładem człowieka, który z mieszczucha przeobraził się w niezależnego przedsiębiorcę. Dla wielu był po prostu wzorem do naśladowania, a jego lojalność i dotrzymywanie umów były tylko wisienką na torcie. Problemem nie było poparcie społeczeństwa, a raczej kwestie finansowe.
Jego ludzie w szeregach Templariuszy już na ten temat plotkowali i wcale nie mijali się z prawdą. Joaquin był spłukany – przez ostatnie miesiące Los Zetas skutecznie blokowało przerzuty towaru do Stanów, a w okolicy było zbyt niebezpiecznie, by testować nowe wynalazki. Wszystko co kartel zarobił ze sprzedaży zwykłych dragów było przeznaczane na bieżące potrzeby i płace dla członków kartelu. Wbrew temu co niektórzy sobie myśleli, Villanueva wolałby umrzeć z głodu niż wziąć sobie działkę, a zostawić swoich ludzi na lodzie. Od paru dobrych miesięcy nie pobierał żadnego wynagrodzenia i nawet dochody z El Paraiso nie były w stanie sfinansować jego kampanii wyborczej, która obecnie była dla niego priorytetem. Dlatego musiał podjąć się desperackich kroków i sam sobą za to gardził, kiedy przyglądał się, jak Dayana Cortez podjeżdża swoim autem na El Tesoro i parkuje tuż pod pensjonatem. Minę miała tak pewną siebie, że od razu zapragnął porzucić swój pomysł, ale wiedział, że nie jest to możliwe. Potrzebował jej, czy tego chciał czy nie.
– Dzwonisz tylko, kiedy czegoś potrzebujesz. – Nauczycielka chemii wysiadła z samochodu, zdejmując zamaszystym gestem okulary przeciwsłoneczne. Zastanawiał się, czy celowo go naśladuje czy może był to zupełny przypadek.
– Niestety nie miałem wyboru. – Krzywy grymas ozdobił jego twarz, kiedy gestem wskazał jej stolik ustawiony w ogrodzie przed pensjonatem. Sam usiadł nie bez trudności, bo jedna część ciała nadal była zesztywniała.
– Powinieneś iść do fizjoterapeuty. Ludzie chwalą tego Sotomayora, może ci pomóc.
– Dzień, w którym poproszę tę miernotę o pomoc będzie moim ostatnim – skomentował krotko, ucinając dyskusję. – Potrzebuję pieniędzy – dodał od razu, nie lubiąc owijać w bawełnę.
– Domyśliłam się. – Córka Cayetana Corteza uśmiechnęła się lekko. – Nie.
– Co proszę?
– Nie pożyczę ci. I tak nie masz, z czego oddać.
– Ja zawsze spłacam długi. – Joaquin poczuł się urażony. Czyżby kpiła z jego obietnic? Prędzej zadłużyłby się po raz kolejny niż nie dotrzymał obietnicy, ale widocznie Dayany to nie przekonywało. – Znajdę sposób, żeby ci odpłacić. Byle nie w naturze.
– Skarbie, nie pochlebiaj sobie, nie jesteś aż tak dobry w łóżku. – Panna Cortez założyła nogę na nogę, wyraźnie delektując się tą gierką. – Nie pożyczę ci, ale mogę dać ci to, czego potrzebujesz, a nawet więcej. Wystarczy, że zrobisz tylko jedną małą rzecz.
– Dlaczego mam wrażenie, że ta jedna mała rzecz będzie mnie kosztowała więcej niż zwrot długu razem z odsetkami? – Villanueva zaczął stukać nerwowo palcami o poręcz od ogrodowego krzesła. – Czego chcesz?
– Żebyś uklęknął. No dobrze, w obecnym stanie nie będzie to dla ciebie łatwe, więc zadowolę się po prostu zwykłym pierścionkiem.
Chwilę zajęło mu, żeby pojąć, o czym mówi. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, wybuchnął ochrypłym śmiechem. W jego oczach pojawiły się łzy rozbawienia, dawno nikt tak nie poprawił mu humoru.
– Chcesz, żebym się oświadczył? – zapytał, chcąc się upewnić, czy aby na pewno nic nie przekręcił. – Nie nawdychałaś się czegoś w tej sali od chemii? Dobrze się czujesz?
– Czuję się wyśmienicie, Wacky. – Dayana zignorowała drwinę w jego głosie. – Wiesz, że mnie potrzebujesz. Małżeństwo to idealne rozwiązanie – będziesz mógł korzystać z moich pieniędzy do woli. Ojciec zadbał, żebym mogła żyć godnie. Podobnie zresztą jak zadbał o moje bezpieczeństwo, zostawiając mi kartel w Kanadzie. Przyznaj, kusi cię, żeby przejąć i nad nim kontrolę. W obecnej sytuacji, kiedy wojna z Los Zetas wisi w powietrzu, przyda ci się każda pomoc, jaką możesz dostać.
– Więc dlaczego tak po prostu nie oddasz mi kartelu?
– Bo nie robię niczego za darmo, a poza tym wiesz, że ludzie ojca nie są zbyt ufni wobec ludzi z zewnątrz. Kiedyś byłeś bliskim przyjacielem rodziny, ale teraz jesteś konkurencją, sam więc rozumiesz. – Dayana patrzyła na niego ze śmiechem, napawając się tą chwilą. Miał wrażenie, że planowała to od dawna. – Stań przed ołtarzem, a sfinansujesz nie tylko kampanię do rady miasta, ale i wygrasz wojnę. Twoja decyzja.
– Co ty będziesz z tego miała? – Joaquin zapytał ją o to, kiedy już wstawała z miejsca, by zostawić go w dramatycznym geście i zmusić do refleksji. – Wiem, że nie robisz się coraz młodsza, ale ślub? Nie jestem odpowiednią partią.
– Uznajmy, że oboje będziemy mieli z tego swoje korzyści. – Cortez puściła mu oczko i poszła do swojego samochodu.
Po drodze wpadła na Carolinę, która zmierzyła ją zdziwionym spojrzeniem. Dawno nie widziała nauczycielki chemii tak uradowanej. Dayana posłała jej promienny uśmiech.
– Wygląda na to, że dostaniesz piątkę z chemii, szwagierko. – Kobieta poklepała dziewczynę po policzku i wsiadła do auta, zanosząc się śmiechem
Carolina w totalnym szoku przysiadła się do Joaquina, który ze złością pukał laską o trawnik, patrząc jak córka Cayetana odjeżdża z El Tesoro tuż po tym, jak postawiła mu tę przedziwną propozycję.
– O co jej chodziło, żenisz się? – Nayera nie mogła się powstrzymać, by nie zapytać.
Od czasu wyjścia Joaquina ze szpitala, musiała spędzać z nim więcej czasu, jako że zamieszkał w tym samym pensjonacie i zaczął ją intrygować. Był jednym z nielicznych członków rodziny, których odnalazła po latach przebywania w sierocińcu.
– Na to wygląda. – Villanueva roześmiał się zrezygnowany. Na samą myśl, zrobiło mu się niedobrze. – Miejmy tylko nadzieję, że rzeczywiście jest jedyną spadkobierczynią.
– Co masz na myśli?
– A to, że stary Cortez mógł mieć setki dzieciaków z probówki. Jak już się ożenię, to biorę wszystko i nikt mi tego nie odbierze.

***

Sportowy tydzień był tradycją liceum w Pueblo de Luz od lat. Co roku najstarsze klasy dzieliły się na drużyny i walczyły ze sobą w różnych konkurencjach, co miało być przykładem zdrowej rywalizacji i promować aktywność fizyczną wśród młodzieży, a przynajmniej taki był oficjalny cel tego przedsięwzięcia. Nieoficjalnie była to natomiast jedna z ostatnich okazji by zdobyć dodatkowe punkty do świadectwa oraz wyładować negatywne emocje i stres związany z egzaminami i podaniami na studia. Zwycięska drużyna mogła liczyć na dobrą ocenę z wychowania fizycznego, co przydawało się szczególnie mniej sprawnym uczniom, a także miała przywilej anulowania w dzienniku jednej złej oceny z wybranego przedmiotu. Dotychczas dyrektor wyrażał również zgodę na jeden dzień wolny od zajęć oraz wycieczkę, która zmieściłaby się w szkolnym budżecie. Na te dwie ostatnie wygrane nikt jednak w tym roku nie liczył – wszyscy wiedzieli, że liceum było w trudnej sytuacji finansowej, a poza tym nowy dyrektor mógł nie być aż tak nakierowany na sportowców, jak był Dick Perez. Plotki głosiły, że z trudem zgodził się na tegoroczną imprezę i tylko w obawie, by nie zrazić do siebie uczniów już na samym starcie. W dodatku trójka nastoletnich dzieci nie ułatwiała dyrektorowi Torresowi zadania – chciał, żeby się dobrze zaaklimatyzowały w nowym środowisku, ale posiadanie ojca-dyrektora nie było świetnym tematem do zagajenia, by zdobyć nowych znajomych.
Wszystkie czwarte klasy zebrały się na dużej przerwie na sali gimnastycznej, gdzie uczniowie mieli dowiedzieć się szczegółów na temat inicjatywy tygodnia sportowego. Ci którzy od lat uczęszczali do szkoły w Pueblo de Luz byli zaznajomieni z zasadami, czasem obserwowali rozgrywki klas maturalnych, ale nigdy jeszcze nie mogli brać udziału. Tylko nieliczni, którzy powtarzali klasę jak na przykład Ignacio Fernandez, mieli przewagę, bo wiedzieli czego się spodziewać.
– To będzie totalna kompromitacja. Nie ćwiczyłam na lekcjach wychowania fizycznego przez prawie cały zeszły semestr. Moja kondycja fizyczna jest do bani. – Adora Garcia de Ozuna podeszła do Marcusa i jego paczki razem ze swoim bratem Miguelem. – Wątpię, czy ktoś wybierze mnie do drużyny. Wyobrażacie sobie, że nikt was nie chce, a potem zostajecie sami i musicie dołączyć na doczepkę do jakiegoś zespołu?
– Nie wiem, nigdy nie miałem takiej sytuacji. – Quen wzruszył ramionami, nie obawiając się o to ani trochę. – Ale nie musisz się martwić, bo podział na drużyny odbywa się w ramach losowania. Chodzi o to, żeby najlepsi nie zebrali się do kupy i nie zmiażdżyli innych.
– Przynajmniej nie będziemy same, prawda? – Adora szturchnęła lekko w ramię Marianelę, która na samą myśl o sportowej rywalizacji wyglądała, jakby miała zaraz zwymiotować.
– Moja noga jeszcze się nie zagoiła, nie mogę biegać – powiedziała cichutko, z przerażeniem patrząc na jedyną osobę, która była w stanie ją uspokoić czyli Marcusa Delgado.
– Spokojnie, te konkurencje są dosyć różnorodne. To od danej drużyny zależy, kto wystąpi w jakiej roli – zapewnił ją przewodniczący, który znał zasady, bo sam pomagał je ustalać w samorządzie. – To nie byłoby fair w stosunku do uczniów, którzy mają zwolnienie z w-f albo jakieś choroby, które uniemożliwiają im współzawodnictwo. Bardziej chodzi o pracę zespołową.
– Też mi coś. – Za ich plecami Jordan prychnął, od niechcenia przyglądając się jak dwóch wuefistów ustawia na środku sali jakieś pudło. Nie chciał tu być, nie było to żadną tajemnicą. O tej porze pewnie dawno już zwiałby z lekcji, ale dyrektor Cerano Torres liczył każdą minutę spóźnienia, a jego Cerber, Julietta Santillana, z ochotą oblałaby Guzmana. Skoro obiecał matce dobre zachowanie, równie dobrze mógł zrezygnować z wagarów.
– No tak, po tobie nikt się nie spodziewa, że będziesz się integrował i pracował w grupie – skomentowała jego prychnięcie Lidia, która nadal była zła za niedokończony projekt u Leticii. – Obym nie trafiła z tobą do grupy, bo przez ciebie przegramy.
– I słusznie, ten cały tydzień to jakaś jedna wielka bzdura i kompletna strata czasu. Nikt nie powinien się do tego przykładać to może w końcu zrezygnowaliby z tej głupiej tradycji. Kiedy w końcu nauczą się, że liceum to szkoła przetrwania i każdy powinien zadbać przede wszystkim o siebie?
– Zamknij się, Jordan. Dlaczego zawsze musisz być takim pieprzonym egoistą? – Quen zrugał kuzyna, bo choć sam często bywał nazywany samolubnym, w ostatnim czasie się to zmieniło i był nawet podekscytowany na myśl o konkurencjach. Zawsze lubił rywalizację.
– To nie jego wina. – Nela wtrąciła się do rozmowy tak płaczliwym głosem, że wszyscy mieli wrażenie, że zaraz się im tam rozklei. – Jest po prostu przygnębiony po śmierci pani Angelici, wiele dla niego znaczyła…
– Nela, mogłabyś czasem powstrzymać się od komentarza? Nie musisz wszystkim wyjawiać każdego szczegółu z życia naszej rodziny. – Jordan lekko się zirytował, że siostra poczuła się na tyle pewnie, że zdradza wszystkim sekrety. – To zadziwiające, że zwykle nic nie mówisz, ale kiedy trzeba trzymać język za zębami, to zaraz wszystko wypaplasz.
– Zostaw ją, nie zrobiła nic złego. – Quen zmarszczył czoło, stając w obronie kuzynki. Jordi wyglądał na wkurzonego i odszedł, by stanąć z boku i nie musieć się z nimi kłócić. – Co za palant.
– Nie, Jordi ma rację. Powinnam trzymać buzię na kłódkę. Rzadko się odzywam, ale kiedy mówię, wychodzą z tego same problemy. – Marianela spuściła wzrok ze zrezygnowaniem.
– Co masz na myśli?
– Nie wiem, kiedy się uciszyć. Czasem Jordi ma przeze mnie kłopoty, bo powiem za dużo. Spotkało go z tego powodu wiele przykrości. Powinnam zastanowić się dwa razy zanim coś powiem.
– Jordan ma problemy z głową. Robi głupoty i nie myśli o konsekwencjach – sprostował Ibarra, choć w gruncie rzeczy był ciekaw, co takiego jego kuzynka miała na myśli. Nela nigdy nie sprawiłaby komuś kłopotów umyślnie, ale rzeczywiście czasami nie myślała i mogła nieświadomie wprawić kogoś w zakłopotanie albo wyjawić coś, czego nie powinna.
– Jak to ma wyglądać, losujemy jakieś numerki czy coś takiego? – Lidia zmieniła temat. Była ciekawa tego przedsięwzięcia. Ona również lubiła rywalizację i uwielbiała wygrywać, nie było to żadną tajemnicą dla nikogo, kto ją dobrze znał, a perspektywa zdobycia dodatkowych punktów i dobrej oceny była kusząca. Chciała pochwalić się Conradowi i zrobić dobre wrażenie.
– Kolory – wyjaśnił jej Marcus. – Podzielimy się na drużyny według kolorów. Nie ma znaczenia, w której kto jest klasie, wymieszają cały czwarty rocznik.
– Żenada – skwitował Ignacio Fernandez, który stał nieopodal ze swoimi kumplami. – Mam nadzieję, że nie trafię do grupy z żadnym z was, ofiary losu. Zamierzam to wygrać.
– A ja mam nadzieję, że jedną z konkurencji będzie szermierka, to zetrę ci z ryja ten głupi uśmieszek – warknął Ibarra, na co kilka osób zachichotało, choć Ignacio nie mógł tego usłyszeć.
– Szczerze wątpię, czy dasz radę z tą ręką. – Ku zdumieniu wszystkich Veda wtrąciła się do rozmowy. Stała z boku i wyglądało na to, że nie czuje się komfortowo w tym towarzystwie, ale nauczycielki kazały jej przyjść ze wszystkimi, więc nie miała wyboru. – Mogę przeczekać to wszystko w bibliotece? Zapowiada się, że będę się przeraźliwie nudziła.
– Jeśli tak, to ja też z chęcią spasuję. – Jordan od razu podniósł rękę do góry, patrząc z nadzieją na Anitę, która ustawiała ich rzędami, by mogli podejść po swój kolor i dowiedzieć się, do jakiej drużyny trafią.
– Tydzień sportowy obowiązuje wszystkich – poinformowała ich z serdecznym uśmiechem, co niektórzy skwitowali głośnym jękiem zawodu.
– A co jeśli nie ćwiczę na wuefie? – Veda próbowała dociekać. Anita tylko szerzej się uśmiechnęła.
– To będziesz mogła dopingować swój zespół.
– Ja nie dopinguję.
– Mam nadzieję, że będę mogła się sprawdzić w judo. – Anakonda oświadczyła głośno i wyraźnie, tak by każdy na sali gimnastycznej ją usłyszał. – O ile ta cała impreza zakłada prawdziwe konkurencje, a nie jakieś tory przeszkód dla dzieci.
– Może zamiast tyle ględzić to posłuchaj trenera, to będziesz wiedziała, czego się spodziewać. – Rosie zatkała jej usta, wypowiadając te słowa i wskazując palcem na Olivera Bruni, który stał na środku i właśnie przedstawiał całą inicjatywę, wspominając już o tym wszystkim, co powiedział Marcus.
– Każdy z was ma obowiązek wziąć udział w tygodniu sportowym, będziemy was z tego rozliczali. Osoby, które będą bojkotować albo sabotować wydarzenia, będą musiały liczyć się z konsekwencjami. – Trener spojrzał po wszystkich ostrzegawczo, czując, że i tak nie unikną kontrowersji, ale wolał im o tym przypomnieć. – Będziecie wykonywać konkurencje podczas lekcji wychowania fizycznego oraz godzin wychowawczych. Czasami poprosimy was o podjęcie wyzwania w czasie przerwy, dlatego musicie być stale czujni, kiedy usłyszycie taki sygnał. – Włączył jakiś przycisk i do uszu wszystkich dotarł okropny pisk jakby syreny policyjnej.
Wiele osób się skrzywiło, bo nie było na to gotowych, a dźwięk nie należał do przyjemnych. Veda natomiast automatycznie zakryła uszy dłońmi, kuląc się w sobie.
– W porządku? – Jordi spojrzał na nią z troską, a następnie zwrócił się do Anity. – To serio jest konieczne? Nie wiedziałem, że to ma być paraolimpiada dla niedosłyszących.
– Porozmawiam z nimi. – Anita zgodziła się z Jordanem, poklepując Vedę po plecach, by nieco ją uspokoić. Stanęły lekko z boku, by oddalić się od nieprzyjemnych dźwięków.
– Niektóre konkurencje będą się odbywały w weekend. Mecz piłkarski i siatkarski będą okazją do integracji miasteczka… – kontynuował Oliver Bruni, a kilka osób wiedziało, co dokładnie ma na myśli.
– Czyli innymi słowy chcą kasować ludzi za bilety wstępu, typowe. – Quen zdążył się już przyzwyczaić do tego typu wydarzeń. – Ciekawe, co na to nowy dyro. Podobno zgodził się tylko dlatego, że ma to być rywalizacja „na poziomie”.
– Oby nie miał na myśli swojego poziomu, bo wtedy będzie to poziom strasznie niski. – Ignacio Fernandez zarechotał za plecami Ibarry i nawet Quen był zgorszony tym komentarzem.
– Nacho, wiesz o tym, że tam stoi jego syn? – Felix wyglądał na zniesmaczonego tymi uwagami. Wskazał ukradkiem palcem na Remmy’ego Torresa, ubolewając nad głupotą syna ordynatora.
– A co mnie to obchodzi? Chyba widział swojego ojca, nie? Sięga mi do pasa.
Kilku kolegów Ignacia przytaknęło mu, śmiejąc się wniebogłosy, a Felix rzucił przepraszające spojrzenie w stronę młodego Torresa, jakby nie było swojego sąsiada, którego już zdążył poznać. Chciał dać do zrozumienia, że nie ma nic wspólnego z tymi oszczerstwami. Nowy dyrektor nie zdążył się Felixowi narazić i był pewien, że żaden nauczyciel nie może być gorszy od Pereza, który kpił z jego domniemanej orientacji, zabronił mu popierania LGBT+, usunął z drużyny pływackiej, odsunął od przedstawienia, które sam napisał i który wreszcie zawiesił go w prawach ucznia na dwa tygodnie, co miało się odbić w jego papierach i być może mogło wpłynąć na rekrutację na studia. List pani Angelici odczytany na pogrzebie przez Fabiana sprawił tylko, że Castellano jeszcze bardziej znienawidził Dicka, czując, że dziadek Valentin znał się jednak na ludziach jak mało kto.
– Szczegółowy harmonogram dostaniecie po podziale na zespoły i wyłonieniu kapitanów. – Lalo Marquez kontynuował wcześniejszy wywód Olivera, gestem zapraszając pierwszych uczniów do dużego pudła, które ustawili na sali. – Teraz podejdźcie po kolei i wylosujcie swoją drużynę, a następnie stańcie z boku według kolorów. Każda drużyna musi wybrać kapitana i ta osoba będzie odpowiedzialna za pilnowanie porządku i raportowanie wyników. To musi być ktoś, komu ufacie i kto będzie miał posłuch w zespole, w przeciwnym razie wasza współpraca może nie przebiec tak, jak powinna i stracicie punkty. Kapitan, któremu nie uda się zapanować nad grupą będzie na straconej pozycji, więc radzę się przyłożyć, bo lekceważąc zadania, robicie problem kapitanowi, który zostanie z tej pracy oceniony. – Lalo dorzucił na koniec, jakby chciał ich bardziej zmotywować.
Wszyscy zaczęli po kolei podchodzić do urny, z której wyciągali kolorowe bandanki, które oznaczały przynależność do grupy. Wkrótce około dziesięcioosobowe składy w różnych kolorach zostały utworzone i nie każdy cieszył się z tego wyboru.
– Przynajmniej nie będę musiała nic robić. – Adora uśmiechnęła się do Marcusa, który przesunął się, by zrobić jej miejsce w kółeczku z resztą ich nowo utworzonego teamu. Razem trafili do drużyny żółtych.
– Z Marcusem na pewno wygramy. – Diego Ledesma podszedł do kolegi z drużyny, by przybić mu żółwika. Zatarł ręce z ciekawością, kto jeszcze trafi do ich zespołu. – Chyba oczywistym jest, że kapitanem będzie przewodniczący szkoły, prawda?
– Właściwie to myślałem o zorganizowaniu losowania, żeby było fair. – Delgado odezwał się niespodziewanie, kiedy obmyślali strategię z uczniami w opaskach w kolorze żółtym.
– Nie wygłupiaj się, jesteś najlepszym kandydatem. Słyszałeś, co mówił Marquez – to musi być ktoś, kto ma posłuch i kogo inni szanują. – Adora zauważyła rozsądnie i wszyscy pokiwali głowami. – Jesteś przewodniczącym i kapitanem drużyny piłki nożnej. Masz najlepsze predyspozycje.
Wszyscy w zespole się z nią zgodzili i wkrótce na piersi Delgado zagościła plakietka z napisem „kapitan”. Natomiast w drużynie zielonych trwała dyskusja na temat pozycji lidera.
– Pomyślmy… – Felix Castellano udał, że usilnie się nad czymś zastanawia, jednocześnie próbując zawiązać na ramieniu opaskę w kolorze drużyny. – Kto tutaj lubi ustawiać innych do pionu i kogo wszyscy się boją?
Po jego słowach wszystkie pary oczu powędrowały w stronę Primrose Castelani, która najpierw udała, że nie wie, o co im chodzi, a następnie ukłoniła się nisko, zbierając laury.
– Przyjmuję tę zaszczytną pozycję i obiecuję, że was nie zawiodę. Ała, gdzie z tymi łapami, Ibarra? – syknęła w stronę Quena, który przypiął jej do piersi plakietkę liderki i niechcący dotknął jej biustu.
– Daj spokój, robię ci przysługę – rzucił zawadiacko, przyklepując plakietkę, ale zaraz tego pożałował, bo oberwał łokciem w żebra.
Niebiescy mieli jednak trochę więcej problemu z wyłonieniem przywódcy. W ich drużynie znalazło się kilka osób z doświadczeniem sportowym, ale nikt nie garnął się, by przejąć pałeczkę. Kilka par oczu automatycznie zwróciło się na Jordana, członka drużyny piłki nożnej i pływackiej, który dopiero po chwili zrozumiał, co mają na myśli.
– Nie ma mowy – ostudził ich zapał, uśmiechając się półgębkiem, jakby sądził, że sobie z niego kpią. – Słyszeliście, co mówił łysol – kapitanem ma być ktoś z autorytetem. Nie ma tutaj nikogo, kto bardziej niż ja nie chce tu być.
– Ja też nie chcę w to grać. – Veda pokiwała głową, jakby doskonale to rozumiała.
– To nie jest koncert życzeń. – Lidia się zezłościła, mając ochotę sama przypiąć Guzmanowi plakietkę i mieć to wszystko z głowy. Wiedziała, że karma ją dopadnie i trafi z nim do grupy, mimo że bardzo tego nie chciała.
– Daj to Mike’owi i po kłopocie. – Jordi wzruszył ramionami.
– Jakiemu Mike’owi? – Sara Duarte spojrzała na piłkarza nieprzytomnym wzrokiem i kilka osób również się rozejrzało, bo nikt nie znał nikogo o tym imieniu.
– No, jemu! – Jordan wskazał palcem na Miguela Ozunę, który poczuł się dotknięty. – Ty chyba uprawiasz zapasy? Będziesz dobry w konkurencjach siłowych.
– Po pierwsze to mam na imię Miguel, a nie żaden „Mike”– syknął w jego stronę brat Adory, po czym dodał: – A po drugie to jak możesz nie pamiętać, skoro byłem w wakacje u twoich dziadków? Uczyłeś mnie surfować.
– Wybacz, wyrzucam z pamięci niepotrzebne rzeczy. – Jordi posłał mu uśmiech, który w jego mniemaniu miał chyba wyrażać przeprosiny, ale był tylko bardziej upokarzający.
– Lidio, myślę, że najlepiej będzie, jeśli to ty będziesz naszą liderką. – Sara przejęła stery, widząc, że daleko nie zajdą w tej dyskusji. – Jesteś kapitanką drużyny siatkówki i umiesz sprawić, że ludzie cię słuchają. Kto jest za kandydaturą Lidii Montes? – zapytała, chcąc podjąć demokratyczny wybór i wszyscy uczniowie niebieskich podnieśli dłonie do góry. Jordan tylko wywrócił oczami, bo miał to wszystko głęboko w poważaniu.

***

Ignacio Fernandez był w wyjątkowo złośliwym nastroju a jego wszechwiedzące miny były na tyle irytujące, że ciężko je było ignorować. Quen starał się z całej siły, by do niego nie podejść i nie zmyć mu tego grymasu z twarzy. Powstrzymywała go obecność nauczycieli i innych uczniów, a także fakt, że na ostatnim roku powinien zadbać trochę o punkty z zachowania, żeby mieć czyste świadectwo. Nie chciał sprawiać kłopotów matce, która nie miała głowy do tego, by oprócz chorobą i osadzonym w więzieniu mężem przejmować się jeszcze ocenami syna.
– Carolina ślicznie dziś wygląda, prawda? – Ignacio wcale nie ułatwiał Quenowi zadania, rzucając takie komentarze w najmniej spodziewanym momencie, na przykład kiedy przygotowywali się do pierwszego zadania podczas tygodnia sportowego. – Bardzo jej do twarzy w tym czerwonym kolorze. Może po konkurencji zabiorę ją na lody. Niekoniecznie do lodziarni, jeśli wiesz co mam na myśli.
– Słuchaj no, gnoju, jeśli tylko czegoś spróbujesz to… to… – Ibarra nie wiedział, co tak naprawdę chce powiedzieć. Carolina była w końcu wolna, mogła się spotykać, z kim chciała, nawet z takim dupkiem jak Nacho. Nie mógł jej przecież tego zabronić.
– Co, twoja duma cierpi, prawda? – Nacho roześmiał się głośno, patrząc na kolegę z klasy z wyższością. – Zdajesz sobie sprawę, że nawet gdybyś wreszcie wyhodował parę jąder i zaprosił ją na randkę, to wasz ewentualny „związek” – Fernandez celowo podkreślił ostatnie słowo, wyraźnie nabijając się z Quena – nie ma żadnej przyszłości? W oczach prawa jesteście rodziną.
– Co ty chrzanisz? – Ibarra już miał ochotę się kłócić, ale wtedy zdał sobie sprawę, że tak było w istocie. Carolina była córką Ernesta de la Vegi. Co prawda z nieprawego łoża, ale zawsze. Natomiast on był adoptowanym synem kuzynki Ernesta, Ofelii. W świetle prawa Carolina była jego kuzynką. – Nawet jeśli, to co z tego? Tak daleka rodzina, to prawie żadna – odezwał się, nie do końca będąc pewnym swojego. – Poza tym nie zamierzam się z nią żenić! – dodał już nieco głośniej, jakby chciał mu dopiec.
– Tak czy siak, nie jesteś dobrą partią. Myślę, że Astrid wolałaby wydać siostrę za kogoś z poważanej rodziny, bogatej, z prestiżem i dobrą reputacją.
– Takiej jak twoja? – Quen prychnął. – Rzeczywiście, wuj jest księdzem, złodziejem i gwałcicielem, a twój stary ma już trzecią żonę. A ty kartotekę w poprawczaku. – Ibarra zachichotał złośliwie, czując ogromną satysfakcję, nabijając się ze starszego o rok kolegi, który powtarzał klasę. – Astrid nie jest tak staroświecka, patrzy na człowieka, a nie na jego… – Przez chwilę nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa. – Posag – powiedział w końcu, czując, że Ignacio będzie wiedział, o co mu chodzi.
– Nie oszukuj się, Ibarra, nie masz najmniejszych szans. Ani z Caro ani z żadną inną dziewczyną. Jesteś po prostu zbyt nijaki. – Fernandez westchnął, z politowaniem przyglądając się koledze, który stał przed nim w zielonej koszulce swojej drużyny z zawiązana na czole bandaną w tym samym kolorze. – Sam musisz to przyznać – Caro w życiu by na ciebie nie spojrzała. Kiedyś – może, choć raczej z braku laku, kiedy miałeś jeszcze wpływowego starego, a ona była biedną sierotką z domu dziecka. Teraz to ona jest spadkobierczynią El Tesoro, to ona rozdaje karty.
– Carolina nie jest interesowna.
– Może. – Fernandez wzruszył ramionami. – Chcesz się założyć, kto pierwszy ją przeleci?
– Jesteś chory. – Ibarra poczuł wstręt do tego człowieka. Zawsze wiedział, że Nacho był karaluchem, ale teraz był po prostu obrzydliwy.
– Co jest, taki jesteś pewny swojego, to co ci szkodzi się założyć? Nie chodzi o kasę, wiem, że i tak nie masz nic na koncie. Ale załóżmy się o honor – uczciwa walka, żeby zdobyć serce Caroliny. Serce i może nawet coś więcej – dodał po chwili, a Ibarra ze złością złapał go za przód czerwonej koszulki.
– Chłopaki, proszę o spokój! – Dayana Cortez, która nadzorowała zbiórkę na sali gimnastycznej upomniała ich, widząc, że szykują się do bójki.
– Nic się nie dzieje, pani profesor. Dobijamy targu. – Ignacio odpowiedział jej, by ją zbyć, a kiedy zniknęła, ponownie zwrócił się do Quena. – Pękasz? Skoro taki jesteś pewny, że Caro będzie wolała ciebie, co ci szkodzi? Nie musisz jej zaciągać do łóżka, pewnie i tak by ci się nie udało. – Roześmiał się, udając, że rozprostowuje koszulkę rywala. – Zakład uważam za wygrany, kiedy Carolina przyzna, że cię lubi. Przy świadku.
– To chore – skwitował Quen i miał zamiar odejść, ale jego duma był silniejsza od zdrowego rozsądku.
– Więc przyznajesz, że nie ma szans, żebyś jej się spodobał?
– Idiota. – Quen warknął, ale przypieczętował zakład krótkim uściśnięciem dłoni. Miał ochotę wyrwać dłoń Fernandeza, ale ten tylko chichotał złośliwie.
Zakład nie był dobrym pomysłem, ale w tamtym momencie Quen nie myślał trzeźwo. Bardziej obawiał się, że przegra niż że czyjeś uczucia zostaną zranione.


Ostatnio zmieniony przez Maggie dnia 20:06:54 22-11-23, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze telenowele Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 52, 53, 54, 55, 56  Następny
Strona 53 z 56

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin