Forum Telenowele Strona Główna Telenowele
Forum Telenowel
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Wampir z hacjendy La Calma - cap. 11 (18.02)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4  Następny
 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Telenowele Strona Główna -> Archiwum
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Wenus
Mocno wstawiony


Dołączył: 17 Cze 2012
Posty: 5562
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: I don't know
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:15:50 15-12-12    Temat postu: Capitulo 2

Dziękuję za komentarze i zapraszam na odc. 2

- Oszalałaś? To najciekawsze miejsce na ziemi. No, ale jeśli ty nie potrafisz, sam znajdę ci zajęcie na każdy dzień. Zobaczysz. Jeszcze sobie przedłużysz pobyt.
- Nadal jeździsz?
- Jak poszedłem na studia, musiałem rzucić konie.
- Dlaczego?
- Bo nie miałem czasu, żeby pracować w stadninie w zamian za konia, a do babci za daleko. Za to ciebie widziałem ostatnio w gazecie. 2 miejsce. Gratuluję.
- Dziękuję. Mogło być pierwsze, gdyby Camila nie skręciła kostki przed samą metą. – Wstawaj. Wracamy.
- Ukradnijmy po koniu. Pliis – jak zawsze próbowałam wymusić na nim zgodę miną zbitego psa. Chyba jednak się uodpornił na takie zabiegi, bo powiedział tylko:
- Nie mamy siodeł. A nasze walizki opalają się przed domem.
- Rak skóry im nie grozi.
- Chodź. Nie było nas dłużej niż godzinę.

Kiedy wracaliśmy hacjenda wyglądała już przynajmniej na zaludnioną. Jakaś dziewczyna z warkoczem niosła wodę ze studni. No i było słychać głosy stajennych. Ku mojemu zdziwieniu babcia nie czekała na nas w drzwiach.
- Arturo! Są! – zawołała dziewczyna z wiadrami wchodząc do domu. Po dosłownie kilku sekundach znów wyłoniła się ze środka – Witam państwa. Jestem Diana. Arturo kazał mi zaprowadzić was do pokojów. Za chwilę z wami porozmawia.
- Dobrze. Weź to. – Wręczyłam Dianie moje walizki. – Te, co zawsze? – zwróciłam się do Davida, ignorując wycelowane we mnie, ostrzegawcze spojrzenie.
- Te, co zawsze. Sama nie mogłaś ponieść?
- Daj spokój. Za to dostaje kasę.
Wchodząc do środka, rozczarowałam się ponownie. Hacjenda przeżyła pożar. Nikt nie zadał sobie trudu, by choć częściowo usunąć skutki. Zwęglone ściany nie robiły pozytywnego wrażenia. Brakowało tu też znaku rozpoznawczego babci. Kwiatów. W ogóle kolorów. Wszystko było takie ponure. Coraz bardziej upewniałam się, że stracę 2 tygodnie swojego życia. Mimo wszystko weszłam w korytarz prowadzący do sypialni. Tutaj ogień najwyraźniej nie dotarł. Zamknęłam swoje rzeczy w pierwszym pokoju (jak zawsze) i poszłam za Davidem. Nie czekając na zaproszenie, rozłożyłam się na łóżku.
- Buty! – skarcił mnie. Usiadł na brzegu, opierając łokcie na kolanach. Spoważniał. - Babcia mówiła mi, że hacjenda nie jest w najlepszym stanie, ale nie przyszło mi do głowy, że jest tak fatalnie. To miejsce nie potrzebuje zarządcy, tylko ekipy remontowej.
Rozległo się pukanie. Całe szczęście, bo nie miałam pojęcia, co mu powiedzieć.
- Proszę! – krzyknęłam, pośpiesznie przechodząc do pozycji siedzącej.
- Czemu zapraszasz do MOJEGO pokoju? – Humor mu powracał. To dobrze.
- Dbam o twoje struny głosowe.
- Przepraszam, muszę z wami porozmawiać. – W drzwiach stał Arturo. Nie miałam problemu z przypomnieniem sobie, dlaczego tak mnie przerażał w dzieciństwie. Jego cera była biała. Nie, nie blada, biała. Dodatkowy efekt robiły siwe włosy i czarne, do niczego nie pasujące oczy. Brwi także miał białe. Za to rzęs, wcale.
- Gdzie babcia? – zapytałam
- Pani Amelia… Ona… nie żyje. Przykro mi.
- Co?! – walnęłam jak głupia. Spojrzałam na Davida. Był równie zmieszany, co ja.
- Kiedy…?
- Wczoraj odbył się pogrzeb. Cóż, od dawna chorowała na serce.
- To niemożliwe! Dzwoniła do mnie w poniedziałek. Świetnie się czuła. Cieszyła się, że przyjadę.
- Ja też… - usiłowałam przełknąć to dziwne coś, które stanęło mi w gardle. Nie dałam rady. Popchnęłam Artura, wybiegłam. W jak najszybszym tempie dopadłam łóżko już w swoim pokoju. Łzy powoli spływały mi po policzkach. Przed oczami miałam wszystkie spędzone tutaj chwile. Z babcią Amelią. Której nie ma. Tak po prostu.

Minęły prawie dwie godziny, zanim się pozbierałam. Musiałam się przewietrzyć. Wzięłam sweter jako że robiło się chłodno i wyszłam przed dom.
- O czym myślisz? – zapytałam, siadając koło Davida na ławeczce.
- Jak się czujesz?
- Dalej w to nie wierzę. Ja rozmawiałam z nią. Była w świetnej formie, a teraz nie żyje. Nawet nie byliśmy na pogrzebie. A miałyśmy spędzić razem 2 tygodnie. Ja… nie przyjeżdżałam tu, rzadko dzwoniłam, ale kochałam babcię i… - łzy znów zaczęły mi cieknąć.
- Wiem. – Powiedział uspokajającym tonem. – Ja też. Ale nie rycz. Babcia nigdy nie lubiła jak byłaś smutna.
- Nie będę. – Wciągnęłam powietrze, wycierając oczy. – Co teraz zrobisz? Wracasz?
- O tym właśnie myślałem. A ty?
- A co miałabym tu robić?
- Właściwie przyjechałem tu do pracy. Objąć stanowisko zarządcy. Popatrz, jak to wszystko wygląda. Hacjenda jest zniszczona. Chciałbym przywrócić jej świetność. Dla babci. I pomyślałem, że mogłabyś mi pomóc. – skierował na mnie pytające spojrzenie.
- Na wakacje nie wyjeżdża się, żeby pracować.
- Nie zastanowisz się?
- Ale ja się do tego nie nadaję. Nigdy nie interesowałam się takimi sprawami. Nie umiem.
- Jeździsz. Przyda mi się ktoś, kto będzie wygrywał zawody. Więc nie?
Propozycja mnie zaskoczyła. Pozytywnie. Ale ja na prawdę nie zostałam stworzona do takich rzeczy. Owszem, lubiłam konie i leżeć z książką na trawie, ale zajmować się hacjendą to nieco większe wyzwanie.
- Pomyślę. - powiedziałam ostatecznie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wenus
Mocno wstawiony


Dołączył: 17 Cze 2012
Posty: 5562
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: I don't know
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 22:30:26 16-12-12    Temat postu:

Czy ktoś to czyta?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mina107
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 29 Kwi 2012
Posty: 3548
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wa-wa
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 22:37:06 16-12-12    Temat postu:

ja czytam ja
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wenus
Mocno wstawiony


Dołączył: 17 Cze 2012
Posty: 5562
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: I don't know
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:42:02 16-12-12    Temat postu:

Bardzo się cieszę.
Mogłabyś jednak zostawić czasami po sobie komentarz? To bardzo motywujące.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
CamilaDarien
Wstawiony
Wstawiony


Dołączył: 15 Lut 2011
Posty: 4083
Przeczytał: 11 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Cieszyn
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 8:33:56 17-12-12    Temat postu:

Victoria i David dowiadują się o śmierci babci.
Oboje bardzo to przeżywają.
David mimo wszystko chce zostać na hacjendzie, by przywrócić jej dawną świetność.
Prosi o pomoc Vici.

Czekam na nexta


Ostatnio zmieniony przez CamilaDarien dnia 8:34:28 17-12-12, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wenus
Mocno wstawiony


Dołączył: 17 Cze 2012
Posty: 5562
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: I don't know
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 0:41:15 22-12-12    Temat postu:

Capitulo 3


Siedzieliśmy jeszcze przez chwilę w milczeniu. Przypomniałam sobie o tacie. Sięgnęłam po telefon, wyłapując zdziwione spojrzenie Davida.
- Co robisz? – zapytał.
- Muszę powiedzieć tacie, że babcia nie żyje.
- Dobre sobie. Na terenie hacjendy zasięg jest tylko w jednym miejscu. Idź do kuchni. Tam jest telefon.
- Aka… Idę do kuchni – powiedziałam, po czym weszłam do salonu i wybrałam drzwi po drugiej stronie. W kuchni była jedna ze służących. Na oko 50-letnia kobieta, tęgawa, uśmiechnęła się w moją stronę.
- Panienka Victoria… Mam na imię Sofia. W czym mogę pomóc?
- Gdzie telefon? – zapytałam. Gospodyni wskazała ręką aparat. – Zostawisz mnie samą? – poprosiłam, jak na mnie, dość uprzejmie. Po odczekaniu, aż Sofia wyjdzie, wzięłam głęboki oddech i wykręciłam numer.
Tak jak myślałam. Nie odebrał. Spróbowałam jeszcze dwa razy i, oczywiście, nic. Tym razem naprawdę się zdenerwowałam. Wyszłam szybko z kuchni, rzucając słuchawką. Popędziłam prosto do pokoju. Chciałam skończyć wreszcie ten dzień. Zasnąć, spać, śnić, a obudzić się dopiero wtedy, kiedy wszystko się już rozwiąże.

Była 7 rano. Nie spałem już od dawna i czekałem, aż reszta hacjendy się obudzi. Miałem czas, żeby pomyśleć nad tym wszystkim. Opracować plan działania, zdecydować, co zrobić z pracownikami. Dopiero teraz usłyszałem kroki. Każda chwila tutaj załamywała mnie coraz bardziej.
Chwilę później opisywałem już swoje plany, siedząc w gabinecie należącym kiedyś do dziadka, później do babci. Była silną kobietą. Po śmierci męża ogarnęła całą hacjendę. Dobrze jej szło, chyba nawet lepiej niż Sergio. W końcu to za jej „panowania” La Calma odnosiła największe sukcesy. Z tego co wiedziałem, od jakiegoś czasu władzę przejął Arturo, niegdyś pomocnik babci. To, co zrobił z tą posiadłością było straszne.
- Wzywałeś mnie? – do gabinetu wszedł Arturo. – Przepraszam, ciężko mi mówić ci na pan, kiedy…
- Dobra. Daruj sobie – zatrzymałem go. – Siadaj. Ty zarządzasz teraz hacjendą, prawda? – Zapytałem, nadal notując.
- Yyy… Właściwie, to po śmierci pani Amelii, Sofia jest tutaj oficjalnie panią. Ale to ja wszystko robię.
- I dążysz do destrukcji… Teraz odpowiadaj SZCZERZE – tym razem podniosłem wzrok, żeby spojrzeć mu w oczy, choć właściwie nie musiałem tego robić, i tak zauważyłbym jego zmieszanie. – Po pierwsze, dlaczego dopuszczasz do tego, żeby wszyscy pracownicy opuszczali miejsce pracy na całe 2 godziny? I wstawali o 7?
- No… Byliśmy w kościele… A wstawanie… zawsze tak robimy…
- Po drugie, gdzie są wszystkie papiery?
- W biurku… - był bardziej przerażony niż ja na maturze.
- Niczego nie brakuje? - Zrezygnowałem z ostrego tonu.
- Zawsze starałem się prowadzić dokładną księgowość.
- Po trzecie, testament. Babcia zostawiła jakiś testament?
- Yyy… Nic mi o tym nie wiadomo. Ja… nie, raczej nie.
- I dlaczego wchodzisz bez pukania?
- Przepraszam.
Już miałem zadać kolejne pytanie, kiedy drzwi gabinetu znów otwarły się bez uprzedzenia.

O 7:00 zadzwonił mój budzik. Nowy dzień. Czułam się lepiej, ale nadal byłam wściekła na ojca. W najważniejszych momentach on nawet nie odbiera telefonu. Jeszcze w szlafroku postanowiłam zjeść śniadanie. Ziewając, wyszłam z pokoju. Na korytarzu minął mnie David. Dopinając koszulę, rzucił do mnie tylko: „Zbieraj się, idziemy na cmentarz”.
- A może „Cześć”? – zawołałam za nim, wracając do swojego pierwotnego zamiaru. W drzwiach kuchni wpadłam na Sofię.
- Cześć, Sofio. Jest coś na śniadanie?
- Dzień dobry, panienko. Robiłam Davidowi jajecznicę, może być?
- Pewnie. Daj. Czemu mówisz do niego po imieniu, a do mnie „panienko”? – zapytałam, sadowiąc się na krześle przy podajniku.
- Bo sobie tego życzył. A panienka nie. – Kobieta uśmiechnęła się szczerze, podając mi talerz.
- Jeśli już mowa o Davidzie, nie wiesz, gdzie się tak spieszył?
- Do gabinetu na górze. Wołał do siebie Artura, ale nie wiem po co.
Nie zdziwiło mnie to. Pewnie chciał poznać hacjendę, zapytać o coś.
- Dobrze gotujesz. Dzięki. Idę się ubrać.

Kiedy już zdołałam doprowadzić się do porządku, poszłam na górę. Najpierw pomyliłam drzwi do gabinetu z tymi prowadzącymi na 2-gie piętro, ale w końcu trafiłam.
- Idziemy? – zapytałam. Chyba przerwałam rozmowę. Trudno.
- Dokończymy później. Na razie przekaż pracownikom, że teraz ja tu jestem zarządcą. Od dzisiaj chodzą na dwie różne msze, tak, żeby cały czas ktoś był w hacjendzie i wstają o 5. Ty też, Arturo. A teraz zaprowadzisz nas na grób babci.
- Ja… Ja nie mogę. Mam dużo pracy. Amelia jest pochowana razem ze swoim mężem, znajdziecie.
- W takim razie daj klucze od stajni. Weźmiemy konie.
Uśmiechnęłam się mimowolnie, widząc zdenerwowanie, zakłopotanie i przerażenie jednocześnie w tych zimnych, niebieskich oczach Arturo, kiedy oddawał klucz Davidowi.
Poszliśmy prosto do stajni. Patrzyłam, jak David majstruje przy kłódce. Kiedyś otwieraliśmy podobną bez klucza.
- Weź sobie któregoś konia. Arturo mówił, że wszystkie są ujeżdżone. - Otworzył drzwi na oścież.
Rozglądnęłam się po boksach. Była w kącie. Nie ukrywam, że szukałam właśnie jej. Bagatela. Podeszłam do mojej klaczy. Wyciągnęłam rękę, ale zabrała głowę lekko przestraszona. Nie poznała mnie, to oczywiste. Nie po tylu latach. Mimo to weszłam do środka. Głaskałam ją przez krótką chwilę. Klacz się uspokoiła, przestała się mnie bać, więc postarałam się ją powoli osiodłać. Chyba nie miała nic przeciwko, była nastawiona całkiem przyjaźnie. Cała Bagatela. Na nią właściwie każdy mógłby wsiąść, na pewno by go nie zrzuciła. Po wszystkim wyprowadziłam konia na zewnątrz. David już czekał.
- Ale się grzebiesz. Nie mów, że to ta sama szkapa. Nie dojedziesz na niej nawet do bramy. – David. Nawet teraz nie opuszczała go chęć powiedzenia czegoś złośliwego.
- Zamknij się – szturchnęłam go w ramię. – Ma na imię Bagatela, jak pamiętasz i przeżyła twojego wspaniałego Rena. – uśmiechnęłam się szyderczo, po czym wsiadłam na konia i ruszyłam. – Jedziesz? – obejrzałam się na mojego towarzysza.
- Vicky, dzwoniłaś wczoraj do ojca… Jak to przyjął?
- Nawet nie odebrał. Czego mogłam się spodziewać. Pewnie siedział, jak zwykle, z kumplami, przegrywając majątek w tysiąca. Nigdy nie ma go w domu. Kazałam mamie przekazać wiadomość.
- W tysiąca? Zwykle gra się w brydża, albo pokera… Nie wnikam…
- To nie jest śmieszna. Wiele już przegrał. Poza tym nie ma go w domu. Prawie już z nami nie mieszka. Rano idzie do biura a później do kolegów. A twoja mama jak to przyjęła?
- Kiedy rozmawialiśmy, starała się trzymać, ale wiem, że płakała. Szkoda, że nie mogę być przy niej.
- Biedna… Zastanawiałeś się… Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego nasi rodzice tak mocno się nienawidzą?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wenus
Mocno wstawiony


Dołączył: 17 Cze 2012
Posty: 5562
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: I don't know
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 0:51:48 24-12-12    Temat postu:

Na wstępie chcę życzyć wszystkim Wesołych Świąt, w miłej, rodzinnej atmosferze,
żeby każda chwila tych przyszłych dni była magiczna i niezapomniana,
żeby spełniło się wiele Waszych marzeń,
żeby w Waszych domach nie zabrakło barszczu i choinki, ciepła i radości, zapanowała miłość i zgoda,
żeby szczęście nigdy Was nie opuszczało.
Świętujcie i odpoczywajcie!


Capitulo 4


- Biedna… Zastanawiałeś się… Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego nasi rodzice tak mocno się nienawidzą? To dziwne. Przecież wychowywali się jako rodzeństwo.
- Nie wiem. Nigdy o to nie pytałem. Moja mama nawet nie chce słyszeć o Octavio.
- Tak samo mój ojciec… Ciekawe, co ich tak poróżniło. I jak się tego dowiedzieć.
- Daj spokój. Pewnie nigdy się nie dowiemy. Z resztą to ich sprawa. – uciął. Dobra, daj odpocząć tej emerytce. – powiedział David po chwili, przywiązując swojego konia do ogrodzenia. – Jesteśmy na miejscu.
Rzuciłam mu urażone spojrzenie
- Pamiętasz, gdzie to jest? – zapytałam, kiedy już byliśmy w środku.
- Mniej więcej – odpowiedział, unosząc, charakterystycznie dla siebie, jedną brew. Omiótł cmentarz uważnym spojrzeniem, po czym wskazał ręką ścieżkę na prawo. Potem skręciliśmy jeszcze kilka razy i zauważyłam nagrobek dziadka, a teraz także babci. Podeszłam powoli, przykucnęłam. Na pomniku zostało jeszcze mnóstwo kwiatów po pogrzebie. Żałowałam, że nie przynieśliśmy naszego bukietu. Delikatnie przesunęłam chryzantemę, odsłaniając złoty napis na czarnej tablicy: „Amelia Acosta”. Nadal nie wierzyłam, że kiedy wrócę do hacjendy jej nie będzie. Mimowolnie odwróciłam się w stronę Davida. Stał, modlił się. Chociaż próbował być pogodny jak zawsze, wiem, że przeżył śmierć babci jeszcze mocniej niż ja.
- Vicky, patrz. – David stał już przy sąsiednim grobie wpatrując się w drewnianą tabliczkę i wyryte na niej imię. – Juan Vega nie żyje.
- To ten od knajpy? – usiłowałam sobie go przypomnieć.
- Tak…

- Nie mów, że ci wygodnie. – powiedział David, opierając się o drewniany stół i wpatrując we mnie, leżącą z książką na twardej drewnianej ławce.
- Średnio. Brakuje mi naszego hamaka… - odpowiedziałam z uprzejmym uśmiechem. Popatrzyłam na niego wyczekująco. W końcu nie wytrzymałam. – Nie mów, że przyszedłeś tu, bo martwisz się o mój komfort czytania.
- Średnio. Muszę z tobą porozmawiać o… - spoważniał. Usiadłam, odkładając książkę na bok, ale nie dane mu było dokończyć zdania.
- Panie Davidzie! – ze środka wyłoniła się młoda dziewczyna. – Arturo pana woła. Mówi, że to pilne.
- Idę! – zawołał z ciężkim westchnieniem. – Później – wyszeptał do mnie i odszedł. W drzwiach wymienił kilka słów i uśmiech z Dianą. Czyżby oni…?

- Czemu nie jesz w jadalni? – spojrzał na moją kolację, nalewając sobie sok pomarańczowy.
- Bo w dzieciństwie zawsze jadłam tu.
- Może teraz uda nam się pogadać. – Przysiadł się i położył szklankę na stole.
- Mhm. Dzięki – szepnęłam, wypijając sok – ale wolę grejpfrutowy.
- Ejjj! To nie było twoje kretynko!
- Taak? No widzisz, nic nie mówiłeś – posłałam mu najsłodszy z uśmiechów.
- Myślałem, że wyrosłaś już z tego…
- Sugerujesz, że jestem dziecinna?! – udawałam oburzoną.
- Bardziej niż kiedy się poznaliśmy. A propos, masz jeszcze tą zajebistą piżamkę ze zdjęciem?
- Jakim zdjęciem?
- Twoim… Taka zielona… żaba…
- Debil – powiedziałam obruszonym tonem, wymierzając Davidowi pięścią cios w przedramię. – A ty…!
- Cii… - przyłożył mi palec do ust. – Słyszysz? – dodał niemal bezgłośnie. Z przedsionka za kuchnią, od strony tylnego wyjścia dobiegały nas krzyki Sofii i jeszcze jeden męski głos. Kłócili się, ale nie mogłam wyłapać o co chodzi. Poszliśmy w kierunku odgłosów. To raczej dziwne, że służąca tak się z kimś wykłóca…
- Co tu się dzieje!? – zapytałam, krzyżując ręce na piersi.


Ostatnio zmieniony przez Wenus dnia 0:53:21 24-12-12, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wenus
Mocno wstawiony


Dołączył: 17 Cze 2012
Posty: 5562
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: I don't know
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 1:23:51 26-12-12    Temat postu:

Capitulo 5


- Co tu się dzieje? – zapytałam, krzyżując ręce na piersi. Sofii już nie było. Przede mną stała nieco przestraszona Diana i jakiś starszy mężczyzna, byle jak ubrany, siwy, wyraźnie próbował dostać się do środka.
- Diana, chodź! – David zawołał pokojówkę do kuchni – Kto to jest, co on tu robi? – zapytał nieco łagodniej niż ja, zamykając drzwi do przedsionka.
- To taki mężczyzna ze wsi… On chce tu przenocować. Próbowałam mu wytłumaczyć, że musi wyjść, ale…
- Jaja sobie robisz?! – krzyknęłam. – Chcesz mi wmówić, że obcy facet tak po prostu przyszedł i chce tu spać?!
- No bo… don Hektor już tu czasami nocował. Jest samotny i ma problemy z umysłem… Pani Amelii to nie przeszkadzało, więc…
- I on tu tak ciągle przychodzi. Od dawna? – David był wyraźnie zaciekawiony zdarzeniem, w przeciwieństwie do mnie. No bo, jak mogłam pozwolić, żeby obcy ludzie kręcili mi się po domu.
- Mniej więcej od czasu pierwszego pożaru, czyli jakieś pół roku. Wyproszę go…
- Skoro babcia pozwalała mu tu spać, to niech zostanie
- Pogięło cię?! – nie wierzyłam. Tak wspaniałomyślnie dobroduszny mógł być tylko David Montero. – Wpuścisz pod dach obcego mężczyznę?!
- Daj spokój, widzisz, że jest chory…
- No właśnie! Ma kuku! Pozabija nas w nocy, albo coś…!
- Przestań – rzucił znudzonym tonem. – A czemu ty się zajmujesz takimi sprawami, gdzie Arturo?
- No… wyszedł… - oznajmiła niepewnie.
Teraz nie musiałam udawać oburzenia. Zignorował mnie i zaczął rozmawiać z Dianą. Będę nocować pod jednym dachem z wariatem. Nie mogłam się pozbyć myśli, że to było nieporządku ze strony Davida. W końcu mieliśmy mieszkać tutaj razem, więc powinien liczyć się z moim zdaniem. Co, jeśli on przyjdzie w nocy do mojego pokoju?

- Idź sobie… - zamajaczyłam, znów wtulając twarz w poduszkę. Akurat teraz zachciało mu się prowadzić dyskusje. – Ejjj! A gdybym była naga?! – zawołałam, kiedy David zrzucił moją kołdrę na podłogę.
Popatrzył na moją lawendową koszulę nocną z dezaprobatą, a przecież sięgała prawie do pół uda.
- To coś nie robi większej różnicy.
- To, że cię wpuściłam, nie znaczy, że możesz pozbawiać mnie snu. Jest 6 rano…
- Ja nie śpię już od dawna. Wstawaj – zmierzwił mi włosy.
- No dobra. Tylko mnie już zostaw – burknęłam. – A więc…
Usiadłam powoli na łóżku, wsunęłam stopy w kapcie i zwróciłam na niego, nadal nieprzytomny wzrok. David przysunął sobie krzesło, siadając naprzeciwko mnie.
- Zostajesz… - to nie zabrzmiało jak pytanie, ale widziałam, że czeka na odpowiedź.
- Yes. Przynajmniej na razie.
- I już nie twierdzisz, że się zanudzisz? – zapytał z uśmiechem wyrażającym zdecydowane zadowolenie.
- Obiecałeś, że znajdziesz mi zajęcie na każdy dzień. Ale wczoraj…
- No chwila. Byliśmy na cmentarzu, potem objeżdżaliśmy hacjendę. Nie moja wina, że musiałaś wrócić, bo twoja szkapa nie wytrzymała, Dobra, koniec! – zasłonił się rękami, widząc, jak wyciągam poduszkę. – Wracamy do tematu… Skoro zostajesz, będziesz mi pomagać. Chcę się z tobą podzielić moją koncepcją. Więc tak… Hacjenda jest w fatalnym stanie. To wrak na samym dnie oceanu i nie da się jej tak po prostu odbudować. Potrzebujemy pieniędzy. Dlatego sprzedam kilka koni po, mam nadzieję, dobrej cenie. Pomyślałem też o zawodach. Ja dawno nie jeździłem, nie mam formy, ale wierzę w ciebie. Potem na nowo zasiejemy owies, zaczniemy go sprzedawać, tak jak kiedyś. Kiedy kłopoty finansowe się skończą, moglibyśmy otworzyć szkółkę jeździecką, a może nawet kiedyś w przyszłości gospodarstwo agroturystyczne… Co myślisz? – zapytał, wstając.
Nie mogłam zignorować jego zapału. Zarażał nim. Był taki pewny, że się uda, że ja też nie mogłam w to nie wierzyć. I… od razu nabrałam chęci, żeby w tym uczestniczyć.
- Bardzo się cieszę, że używasz zwrotu „my”! – krzyknęłam, rzucając się Davidowi na szyję.
- A ja cieszę się, widząc twój entuzjazm. Sam bym sobie nie poradził.
- Dobra. Teraz powiedz, czym mnie dzisiaj zajmiesz?
- Teraz masz chwilę dla siebie, a później idziemy na strych. Musimy poszukać dokumentów sprzed lat. Może uda mi się odnowić jakieś kontakty.

„Chwilę dla siebie” postanowiłam wykorzystać kładąc się z książką na tej twardej ławce. Wyszłam przed dom i zobaczyłam hamak. W tym samym miejscu, co kiedyś. Rozciągnięty od jednego mandarynkowa, do drugiego. Mimo wszystko, David był kochany… Położyłam się wygodnie i wyciągnęłam zakładkę.

- Vicky…
Otworzyłam oczy i zobaczyłam stojącego nade mną Davida. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.
- Co robiłaś w nocy?
- Połowę nie spałam ze strachu, bo przygarnąłeś jakiegoś włóczęgę – popatrzyłam na niego z wyrzutem. Właśnie, co z nim?
- Daj już spokój… Wyszedł rano. Widzę, że ci wygodnie
- Bardziej niż wczoraj… Dziękuję.
- Wspominałaś, że ci go brakuje. Idziesz ze mną szukać papierów?
- No. Pewnie.

Weszliśmy na strych. To miejsce było jak skrzynia z pamiątkami. Z babcią często chodziłyśmy na strych, szukałyśmy pamiątek i zdjęć, wynosiłyśmy tu rzeczy, które mogą się jeszcze przydać, choć najczęściej nie nadawały się już do niczego. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Rozglądałam się wkoło. Znałam właściwie każdy przedmiot, natomiast większość z nich miała coś wspólnego z moimi wakacjami tutaj.
- Szukaj szafki spod zlewu w łazience. Tam podobno babcia chowała ważne rzeczy.
- Ta? Ma ponad 70 lat.
- Ooo… I ponad 55 lat była używana, a potem ty postanowiłaś się w niej schować – powiedział David, odrywając się od jakiejś książki, którą trzymał w rękach. – Od tego czasu już nie wróciła na swoje miejsce.
- Wszystkie twoje wspomnienia na mój temat są takie miłe? – zapytałam z irytacją.
- Bywa… Otwórz i sprawdź czy nie ma tam czegoś istotnego.
Na to polecenie zabrałam się do roboty. Nie było to jednak takie łatwe. Uchwyt był urwany i nie było za co złapać, żeby otworzyć drzwiczki. Włożyłam więc rękę do środka i wypchnęłam je przez dziurę na umywalkę. W środku nie znalazłam żadnych papierów, tylko jakieś notatniki. Całą górę. Popchnięta ciekawością wzięłam jeden z nich i otworzyłam gdzieś w środku. „Drogi pamiętniku! Znowu go widziałam…”- pisało na otwartej stronie. Omal nie otworzyłam ust z zaskoczenia. To był pamiętnik. Nie miałam pojęcia, że babcia je pisała.
- Już mam! – krzyknął David z sąsiedniego pomieszczenia.
- Chodź tu! – zawołałam.
Zaraz potem pojawił się za mną z ogromnym zakurzonym kartonem w rękach.
- Co? – zapytał.
- Nie zgadniesz, co znalazłam. Pamiętniki babci!
- Nie wiedziałem, że pisze…
- Ja też. Pomóż mi je znieść na dół. Sama tego wszystkiego nie uniosę.
- Zamierzasz to czytać? – spojrzał na mnie z dezaprobatą.
- Noo… Przecież babcia już nie żyje… Nie ma tajemnicy. Pomyśl, co o niej wiesz? No właśnie, nic – odpowiedziałam sama sobie, widząc, że David nie wie, co powiedzieć.
- Dobra, wkładaj. – powiedział tonem, który miał wyrażać, jak bardzo jestem męcząca, nadstawiając jednocześnie pudło.
- Możesz zanieść do mojego pokoju. – zawołałam, kiedy już odchodził.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
CamilaDarien
Wstawiony
Wstawiony


Dołączył: 15 Lut 2011
Posty: 4083
Przeczytał: 11 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Cieszyn
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 17:07:25 26-12-12    Temat postu:

Hej, przepraszam, że dopiero teraz komentuję, ale wcześniej nie mogłam.

No więc odcinki za****ste. Wszystkie dokładnie przeczytałam i strasznie mnie ciekawi ten motyw z pamiętnikami babci. Vici ma zamiar je przeczytać, być może czegoś się dowie. David niechętnie, ale zgadza się.

Czekam na nexta Zapraszam na nowy odcinek "Zapomnianego serca"!

Buziaki, Ewka
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Anna.
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 10 Lis 2010
Posty: 19236
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Podkarpacie ;***
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 16:44:20 07-01-13    Temat postu:

Wszystko twoje odcinki czytam tylko jakoś nie miałam czasu ich skomentować.

Ciekawi mnie kim jest ten don Hektor i czy jeszcze się pojawi. A coś mi mówi, że na pewno się pojawi. Vicky nie potrzebnie się go obawiała, przez co nie spała pół nocy. Przed oczami miałam scenę jak David ją budził. No i znalazła pamiętnik babci. Ten pamiętnik na pewno wiele wniesie w życie naszych bohaterów. No i ten zarządca. Wychodzi sobie kiedy chce. Nie podoba mi się on. No i ciekawa jestem czemu rodzice Davida i Vicky nigdy się nie lubili ? Co się za tym kryje ?

Czekam na kolejny odcinek.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wenus
Mocno wstawiony


Dołączył: 17 Cze 2012
Posty: 5562
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: I don't know
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 2:09:10 10-01-13    Temat postu:

Dziękuję, że wpadłyście i zostawiłyście po sobie ślad. Dziś tak krótko, żebyście się nie znudziły hehe
Przyjemnej lektury.


Capitulo 6


Chciałam jak najszybciej zacząć czytać pamiętniki. Bardzo mnie intrygowały. Miałam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej o babci Amelii. Chciałam poznać każdy jej sekret, marzenie – wszystko. Może David miał rację. Może to było niestosowne. Może… Ale przecież za życia babcia była taka tajemnicza, a mnie jako wnuczce – co z tego, że przybranej – należały się jakieś informacje. Zamknęłam drzwi mojej sypialni. Spojrzałam na rozrzucone po podłodze zeszyty. Wywalić coś na środek… Tak, to typowa złośliwość mojego współlokatora. W ten sposób chciał wyrazić swoją dezaprobatę. Ale tym razem nie miałam zamiaru liczyć się z jego wybujałą moralnością. Wśród sterty notatników znalazłam ten z najstarszą datą.

05.05.1938r.
Dziś skończyłam 8 lat. Z tej okazji dostałam od babci swój pierwszy pamiętnik. Powiedziała, rze powinnam dużo pisać, bo nie będę umiała poprawnie się wysławiać. Nie chcę zawieść babci ani rodziców, dlatego ot dziś będę notować wszystko, co wydarzy się w moim życiu. Dostałam też sukienkę, taką, jakie noszą prawdziwe damy. Babcia tfierdzi, rze te niezakrywające kostek są dla ladacznic, ale nie wiem, co to znaczy, bo kiedy zapytałam mame o to słowo, bardzo się zdenerwowała i kazała mi za karę napisać 100 razy „Damy nie używają brzydkich słów”. Więc babcia jest damą czy nie?”


Przyznaję, rozśmieszył mnie ten wpis. Ciężko sobie wyobrazić babcię jako ośmiolatkę. Pismo nie było najpiękniejsze i sporo błędów ortograficznych, ale to zachęcało mnie jeszcze bardziej. Nie wytrzymałam. Musiałam pokazać Davidowi ten wpis.
- David… - wpadłam ze śmiechem do salonu. Dał mi znak, żebym zaczekała.
- Więc Elsa za mną tęskni? Ja za nią też. Nie ma mnie kto budzić rano. Ucałuj ode mnie Marisę… Dobrze. Pa! Co chciałaś Vicky?
- Pokazać ci pamiętnik. Przeczytaj, uśmiejesz się.
- Victoria, nie mieszaj mnie do tego. To prywatne sprawy. Nie chcę czytać. Przejedziesz się ze mną?
- Nie, dzięki. Mam coś innego do roboty – burknęłam, unosząc w górę pamiętnik.
Teraz zastanowiło mnie jeszcze coś… Marisa to druga córka cioci Vanesy, ale kim była Elsa? Zdanie „nie ma mnie kto budzić rano” zabrzmiało dość jednoznacznie. Czyli jednak David miał dziewczynę. Tylko dlaczego to ukrył? Wielki strażnik moralności… Straciłam już ochotę na czytanie. Do wieczora siedziałam w pokoju układając na półce notatniki w porządku chronologicznym.

Nie mogłam zasnąć. Myślałam o babci, ale moją głowę zaprzątały też inne myśli. Elsa… Dlaczego mi nie powiedział? Zawsze byliśmy wobec siebie szczerzy. Choć prawdą jest, że nigdy wcześniej nie chodziło o dziewczynę. Tym bardziej powinien mi powiedzieć. Było mi z tym źle. Czułam, że straciłam pewną pozycję. Zawsze dla Davida to ja byłam najważniejszą dziewczyną. Miał koleżanki, ale tylko jedną przyjaciółkę, mnie. Ze mną jeździł konno, bawił się, pomagał, droczył, a teraz to miejsce zajęła jakaś inna. W dodatku nawet nie wiem, kto to jest. Może przesadzałam. Może powinnam była dać sobie spokój… Właściwie sama nie wiem, dlaczego tak mnie to wyprowadziło z równowagi…
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mina107
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 29 Kwi 2012
Posty: 3548
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wa-wa
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 16:01:04 10-01-13    Temat postu:

Po pierwsze nie zanudzasz wręcz przeciwnie.
Po drugie:
chyba mam podobny to myślenia jak Vicky.
szkoda, że babcia Amelia nie żyje bo na 100% była fantastyczną osobą
Po trzecie:
jak zawsze czekam na więcej


Ostatnio zmieniony przez mina107 dnia 16:08:58 10-01-13, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wenus
Mocno wstawiony


Dołączył: 17 Cze 2012
Posty: 5562
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: I don't know
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:04:41 12-01-13    Temat postu:

Chcesz więcej, to proszę. Następnym razem uważaj, co piszesz, bo może się sprawdzić. A tak na serio to musiałam zamienić sceny miejscami i dlatego ten odcinek wyszedł taki długi, a tamten krótki.

Miłego czytania.

Capitulo 7


- Co z nią? – wskazałam głową na jedyną w tej stajni, nieujeżdżoną klacz.
- Luna? Jest nowa. Ktoś musi się nią zająć… Chcesz?
- Nie… Ja mam Bagatelę, a od tego są stajenni.
- Szkoda, kiedyś będzie dobra. Prawda, Luna? – zwrócił się do konia.
- To dzikuska… Gdzie jedziemy? – zapytałam, zapinając Bagateli siodło.
- Przejedziemy się po wsi. Coś się stało?
- Nie? Dlaczego? – trochę zaskoczyło mnie jego pytanie.
- Po prostu nie widzę twojego zwykłego entuzjazmu.
- Źle spałam – wymusiłam na sobie uśmiech i wsiadłam na konia.


- Wejdziemy? – zapytał David, kiedy przejeżdżaliśmy akurat obok „Amelii”, jedynej knajpy w okolicy.
- Myślałam, że po śmierci Juana Vegi to miejsce przestało istnieć.
Popatrzyłam na szyld z nazwą miejsca. Weszliśmy do środka.
- Martha! – nie kryłam pozytywnego zaskoczenia widząc naszą dawną przyjaciółkę. W dzieciństwie, kiedy przyjeżdżaliśmy tu na wakacje, Martha była naszą jedyną przyjaciółką. W okolicy nie brakowało dzieci, ale tak naprawdę tylko z nią dobrze się czułam. David też ją lubił.
- To wy! – dziewczyna zmierzyła nas rozradowanym wzrokiem. – David i Victoria! Muszę was uściskać.
Przytuliła nas oboje zarazem. Odwzajemniłam mocny i przyjacielski uścisk. Poczułam, że odzyskałam kogoś bardzo ważnego. W szkole miałam różne koleżanki i jedną prawdziwą przyjaciółkę od serca, Ines, ale nawet jej nie ufałam tak jak tym warkoczom. No właśnie. Minęło 10 lat, a Martha nic się nie zmieniła. Teraz jako kobieta nadal była ciepła, miła, uśmiechnięta i nosiła swoje dwa długie, czarne, nieodłączne warkocze.
- Ja… nie mogę uwierzyć, że znów się widzimy – z uśmiechem wypuściła nas z objęć.
- No, też się nie spodziewaliśmy cię tu zastać. Jak to się stało, że ty… tu… - mina Davida sugerowała, że był nie mniej zaskoczony i szczęśliwy jak ja.
- No bo, pamiętacie don Juana. Od paru lat chorował, a nie miał rodziny. Zawsze siedział sam, pamiętacie? No i przygarnęliśmy go. Bo to było tak, że Helena, najmłodsza siostra mamy wyszła za mąż za jakiegoś tam z Acapulco i się wyprowadziła. No i tym sposobem mieliśmy wolny pokój. Tata na początku nie chciał, ale się z mamą uparłyśmy, bo przecież on nikogo nie miał, a nie zostawia się tak chorego człowieka. Miał kłopoty z cukrzycą i w każdej chwili mogło mu się coś stać. No więc go przygarnęliśmy. A później on umarł. Biedak. Ale zapisał nam wszystko i teraz ja zajmuję się „Amelią”. Wiecie, ostatnio myślałam o was. Pomyślałam: „szkoda, że już nie przyjeżdżają” i co? Jesteście. Ale niespodzianka. Wy… jesteście parą? – spojrzała na moją dłoń opartą na ramieniu Davida, kiedy udało jej się choć na chwilę przestać mówić.
- My? No co ty. Z rodzeństwem się nie wiąże, a ciebie jako drugą siostrę na pewno bym poinformowałbym.
- Taa, na pewno. Tyle lat się nie odzywaliście. Ja mam jeszcze ślad po naszej przysiędze krwi. – Martha podniosła bufiasty rękaw, odsłaniając bliznę po gwoździana prawym przedramieniu. Kiedy miałam 7 lat, a ona 6, bawiliśmy się w chowanego. Martha schowała się na platformie w stajni, gdzie trzymaliśmy siano dla koni. Kiedy już ją znalazłam, chciała zeskoczyć i zrobiła to tak niefortunnie, że zahaczyła ręką o gwóźdź w ścianie, służący za wieszak dla stajennych i skręciła kostkę. Bardzo płakała. Rana na przedramieniu była dość głęboka, więc zanim podprowadziliśmy ją z Davidem do hacjendy, wszyscy byliśmy we krwi. Na pocieszenie David powiedział, że to prawie jak przysięga braterstwa krwi i tak zostaliśmy trójką rodzeństwa. Wtedy jeszcze wszyscy byliśmy jedynakami.
- Poza tym ja z nią – David skierował we mnie palec wskazujący – nie wytrzymałbym. Ciągle mnie bije. O, widzisz? – powiedział, daremnie próbując uchylić się przed ciosem w przedramię. – A co by było po ślubie.
- Ach… Strasznie mi was brakowało. Musicie mi wszystko opowiedzieć.
- Bardzo chętnie, ale może wpadniesz do nas, bo teraz muszę wracać. Mam jeszcze dużo do zrobienia.
- Wracaj sam. Później do ciebie dołączę. Teraz jej nie zostawię. Mamy tyle do opowiedzenia.
- Baby… Powiedziałbym coś, ale znowu mnie walnie – zwrócił się do Marthy. – Dobra, to jadę.
Ucałował nas i wyszedł, a my zostałyśmy same. Kiedy odwróciłam wzrok od szklanych drzwi, przez które swobodnie mogłam patrzeć na Zorro, ruszającego konia napotkałam szeroki uśmiech przyjaciółki. Pociągnęła mnie za ręce do jednego z brązowych drewnianych stolików i usiadła naprzeciwko.
- Dobra. To teraz opowiadaj co u was.
- A co cię najbardziej interesuje?
- No… wszystko. Co robisz, uczysz się? masz kogoś?
- Na razie się nie uczę. Po liceum zaczęłam robić karierę w modelingu, a w wolnych chwilach jeżdżę konno. I… właściwie nie mam nikogo. Czemu pomyślałaś, że jesteśmy parą?
- Nie wiem. No bo wy zawsze tak razem się trzymaliście. Myślałam, że będziecie razem jak dorośniecie. Nawet byłam zazdrosna.
- Zazdrosna? Nie wiedziałam, że David ci się podobał.
- No weź… Miałam 8 lat. Ale wiesz co, jesteście dla siebie stworzeni.
- My? – uśmiechnęłam się pobłażliwie. – No co ty. Nigdy nie myślałam o nas jak o parze. Dobra – zrezygnowałam, widząc spojrzenie mówiące mi: „Wiem, że kłamiesz”. – Przyznaję się. David zawsze był dla mnie najlepszym człowiekiem na świecie. Bezgranicznie mu ufałam i teraz, kiedy po latach się tu spotkaliśmy, pomyślałam, że między nami mogłoby coś być… ale on ma dziewczynę. W dodatku nawet nie uznał mnie za dość ważną osobę, żeby mi o niej powiedzieć.
- To skąd wiesz? Przyśniła ci się?
- Usłyszałam rozmowę telefoniczną.
- Oj, daj spokój. Dziewczyna to nie żona. No popatrz na niego. Jest przystojny, miły, dobry, inteligentny…
- Irytująco złośliwy.
- …i zawsze cię kochał.
- Jak przyjaciółkę – broniłam się.
- Aaa… wkurzasz mnie. Zmieńmy temat. Czemu tak długo nie przyjeżdżaliście?
- Tak wyszło. Urodziła się Marisa i…
- Kto to Marisa?
- Siostra Davida.
- Ale numer! Nic o niej nie wiedziałam… A my zostałyśmy jedynaczkami.
- Urodziła się i dlatego przestał przyjeżdżać, a ja nie chciałam spędzać wakacji sama, więc…
- I dopiero taka tragedia musiała się stać, żeby znów was tu przywiało. A propos, nie boicie się mieszkać w „La Calmie”?
- A to z powodu…?
- No wampira. – Martha przewróciła oczami i odgryzła kawałek marchewki wziętej z lady. Od dziecka je uwielbiała. – Jak zwykle nic nie wiesz. Arturo, wasz zarządca to podobno wampir. Tak twierdzą ludzie – dodała, kiedy zaczęłam się śmiać. – Naprawdę. Ma bardzo bladą cerę? Ma. No a jakie ma oczy?
- Niebieskie – odpowiedziałam bez wahania. Nie łatwo było zapomnieć to lodowate, przeszywające niczym rentgen spojrzenie.
- No właśnie. Tak na co dzień. A ktoś podobno widział jak zmieniły się na czerwone. No przecież żaden człowiek nie ma czerwonych oczu, nie? Ale wiesz, to tylko wygląd. Bać powinniście się czegoś innego. Pamiętasz Jerónima Moreno? Ten co zawsze bekał na zawołanie różne słowa po pijaku.
Skinęłam głową.
- On miał syna. Taki blondyn, niewysoki, nic specjalnego. Nieważne. Któregoś dnia Gregorio wracał późnym wieczorem od swojej dziewczyny i zaginął. Niedawno znaleźli jego ciało. To było straszne. Nie wiadomo, co się stało. Miał ślady zębów i pazurów na całym ciele i w ogóle… Podejrzewają atak dzikiego zwierzęcia, a tak naprawdę wszyscy wiedzą, że to sprawka Wampira. A później taki jeden ze stolicy, nie możesz go znać. To samo. I co? Nadal nie wierzysz? Niejeden też widział, jak Wampir szedł sam, nocą, w stronę rzeki. I co niby robił? No polował. Możesz się śmiać, ale uważaj. – i nie zważając na moje rozbawienie znów zaczęła opowiadać. - A potem jeszcze śmierć waszej babci. To też dziwna sprawa.
- Czemu? – zainteresowałam się tym razem.
- No bo wersja oficjalna to atak serca, a tak naprawdę nikt nie widział ciała, nie wiadomo, w jakim było stanie. Może też miała ślady pazurów i zębów.
- Jak to nikt nie widział ciała?
- No bo to było tak, że jak po śmierci chodziliśmy odmawiać różaniec w domu, to wszyscy siedzieliśmy w salonie, a ona była zamknięta w swojej sypialni. Wampir mówił, że tak będzie wygodniej, że więcej miejsca i w ogóle. Nawet pracownicy jej nie widzieli po śmierci. Dziwne? No dziwne.
- Aj, przestań już straszyć. Dobrze wiesz, że nie ma wampirów.
- Może nie takie jak w filmach, ale jakieś tam mogą istnieć.
- A jak ci idzie interes? – starałam się zmienić temat.
- No… dobrze. Pamiętasz, dawno to była knajpa. Dużo osób tu przychodziło, a teraz głównie utrzymuje się ze sklepu spożywczego. W taki sposób jak dawniej właściwie nikt tu już nie przychodzi. A pamiętasz jak Jeronimo się kiedyś upił, wyszedł na stół i zaczął tańczyć, rozbierając się?
Znów się roześmiałam.
- Tak, pamiętam. 15 min. Prosiłam babcię, żebyśmy już wracały, a ona koniecznie chciała dokończyć rozmowę z panią Mercedes. A kiedy Jeronimo zaczął swój pokaz bardzo szybko się pożegnały i prawie wybiegłyśmy. W dodatku potknęłam się na progu, bo babcia zasłoniła mi oczy, żebym na niego nie patrzyła. – nie mogłam opanować śmiechu.
Długo jeszcze wspominałyśmy. Tak tęskniłam za tymi beztroskimi dniami. Kiedy zaczęło robić się ciemno, pożegnałam się z Marthą i odjechałam. Mimo że nie wierzyłam w żadne wampiry ani inne ufoludki, podróż nie należała do najprzyjemniejszych. Co chwila, mimowolnie sprawdzałam czy ktoś za mną nie idzie, w końcu przyspieszyłam do cwału i tak dojechałam na hacjendę.


- Kto to? – zapytałam Huga, wskazując głową samochód stojący na podjeździe. Zeszłam z konia.
- Nie wiem… - odpowiedział, drapiąc się w głowę. – Widziałem kobietę w średnim wieku, ale nie przyjechała sama.
Usiłowałam sobie przypomnieć, kto to może być. Zwróciłam wzrok w stronę auta. Nikt z moich znajomych nie jeździł Hondą. Przez chwilę się wahałam, ale postanowiłam się przywitać.
- Zabierz Bagatelę… - poleciłam stajennemu i poszłam w stronę domu.
Delikatnie zamknęłam drzwi wejściowe. Jak najostrożniej, unikając stukania obcasami, zbliżyłam się do salonu. Próbowałam wychwycić jakieś głosy, ale w pierwszej chwili usłyszałam tylko naturalny gwar hacjendy.
- Dzięki, stary – dobiegł mnie głos Davida. Schodził po schodach. On i jeszcze ktoś. Mężczyzna około 25 lat, brunet o brązowych oczach. Ostatecznie nawet przystojny. Uśmiechnęłam się zalotnie, co, sądząc po minie, niezbyt spodobało się Davidowi.
- Victoria. Wróciłaś. Rodrigo, mój kumpel. Victoria, przyjaciółka – przedstawił nas sobie, wahając się chwilę przy ostatnim słowie.
- Cześć – odwzajemnił uśmiech.
- Cześć. Nasi pracownicy nawet nie rozróżniają płci… - powiedziałam, właściwie do siebie. – Nieważne… - dodałam, widząc pytające spojrzenie gościa.
- Rodrigo przyjechał, bo… później ci wyjaśnię… - urwał, patrząc na drzwi frontowe. Pojawiła się w nich kobieta. Szczupła blondynka w czarnym, niemal pogrzebowym stroju, nieświadoma swojego rozmazanego tuszu na policzku, starała się uśmiechnąć. Jednak resztki wymuszonego humoru znikły z jej twarzy, kiedy zauważyła mnie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mina107
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 29 Kwi 2012
Posty: 3548
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wa-wa
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:25:47 12-01-13    Temat postu:

ha ha ha widzę że moje marzenia się spełniają
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wenus
Mocno wstawiony


Dołączył: 17 Cze 2012
Posty: 5562
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: I don't know
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 0:52:49 13-01-13    Temat postu:

hehe pewnie masz jakieś skłonności.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Telenowele Strona Główna -> Archiwum Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4  Następny
Strona 2 z 4

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin