Forum Telenowele Strona Główna Telenowele
Forum Telenowel
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

La danse Macabre du Vampire
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze zakończone telenowele i seriale
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  

Czy mam to dalej pisać?
Tak
0%
 0%  [ 0 ]
Nie
0%
 0%  [ 0 ]
Wszystkich Głosów : 0

Autor Wiadomość
Eillen
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7851
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 16:56:13 06-01-11    Temat postu:

Ależ oni są źli - Jean i Eirene.. brr.. aż ciarki przeszły mi po plecach.
Na szczęście zjawił się również Vern, więc w razie czego Kath nie będzie sama
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
King kong
King kong


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:00:18 06-01-11    Temat postu:

Heh... Na szczęście Vern nie będzie jedynym sprzymierzeńcem Kath, który się pojawi...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Eillen
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7851
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 20:03:40 06-01-11    Temat postu:

Domyślam się
A mimo wszystko jednak trochę żal mi Jeana, ale cóż.. za błędy trzeba płacić.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
King kong
King kong


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 15:07:43 07-01-11    Temat postu:

Oj tak...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
King kong
King kong


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 18:43:31 12-01-11    Temat postu:

Odcinek 28

Jean obudził się rano u boku Eirene. Czuł jej krew płynącą jego żyłami, czuł płynącą z niej moc. Był gotowy. Teraz nikt go nie pokona, a on bez trudu zabije Katherine. Jakże wspaniale brzmiała w jego głowie ta myśl- nadzieja, że niedługo Kath przestanie istnieć.
Jakąś godzinę później stał na balkonie, spoglądając na fale pobliskiego morza.
- Rozmyślasz o niej.- usłyszał za sobą słodki głos Eirene, a potem poczuł jej dłonie oplatające go w pasie.
- Myślę o tym jak ją zabić, żeby bardzo cierpiała...- wysyczał, podkreślając słowo "bardzo".
Eirene zaśmiała się dźwięcznie, puszczając go i stając obok niego na balkonie.
- Możesz oszukać sam siebie, ale mnie nie oszukasz.- powiedziała, spoglądając na niebo.- Kochasz ją.- dodała, kierując swój wzrok na niego.
- Co Ty wygadujesz?- odrzekł Jean, spoglądając na nią z lekkim wyrzutem.- Ja nigdy nikogo nie kochałem prócz Anabelle...- dodał gniewnie.
- Właśnie.- zaśmiała się Eirene.- A Katherine jest tak podobna do niej, że zawładnęła Twoim sercem. Niestety, to może stać się Twoją słabością.- powiedziała, spoglądając na niego ostrzegawczo.
Jean zacisnął dłoń na barierce, czując jak wzbiera w nim ogromny gniew.
- To nieprawda!- wybuchł, rzucając się na Eirene, przyciskając ją do ściany i zaczynając dusić.- Rozumiesz? Nie kocham jej! Nie mów mi, co do niej czuję, bo sam dobrze to wiem! Nienawidzę tej suki!- krzyknął jej prosto w twarz. Nagle poczuł paraliżujący ból w mięśniach, który prędkością błyskawicy rozniósł się po jego ciele. Jean upadł na podłogę, wijąc się z bólu.
- Zapominasz się, mój drogi.- odezwała się Eirene.- Jestem starożytną wampirzycą, a nie Twoją dziwką, na której możesz wyładowywać swój gniew.- stanęła nad nim.- Nie zaprzeczaj temu, co wyczułam w Twojej krwi.- dodała.
- Eirene, błagam, przestań!- wyjąkał.
- Mam przestać?- zaśmiała się, pochylając nad nim.- Dobrze, ale robię to tylko dlatego, że Cię lubię.- odrzekła, uwalniając go od działania swego daru.
Jean podniósł się powoli, próbując opanować drżenie wciąż obolałych rąk i nóg.
- Pamiętaj, jeszcze jeden taki numer, a już nie będę taka łaskawa.- powiedziała Eirene, kierując się, ubrana w szlafrok, w stronę łazienki.
- Wybacz. To już się nie powtórzy.- odrzekł, siadając na łóżku, po czym zaczął powoli się ubierać.
Eirene miała rację. Jean wiedział, że tak jest, i to go denerwowało. Nienawidził siebie za to, że dał się omamić przez miłość. Z pewnością będzie to stanowiło spory problem, ale i na to istniał skuteczny sposób.
Każdy wampir mógł wyłączyć swoje uczucia, stając się bezwzględną bestią. Jean musiał w jakiś sposób pozbyć się jakiegokolwiek elementu, który mógłby mu przeszkodzić w zabiciu Katherine.

Tego dnia Johnathan, Serena i Vern byli już w Palermo. Przylecieli wieczorem dnia poprzedniego, więc postanowili przenocować w hotelu. Koło południa jechali wynajętym autem na same obrzeża miasta, gdzie znajował się zamek Cristiny, dawna siedziba jej rodziny. W nim się urodziła i spędziła najpiękniejsze 20 lat swojego człowieczego życia.
Zamek ten znajdował się na skraju lasu, otoczony drzewami. Miał niewiele okien i dwie ogromne wieże po bokach. Na tyłach znajdował się ogromny ogród, ciągnący się pod samą granicę pól z lasem. Na jego końcu znajdowało się przejście do lasu, przydatne do ucieczki w czasie najazdu wroga. Podjazd był wyłożony żwirem, co ułatwiało dojazd do zamku przez rosnące dookoła trawy, nie ścinane zapewne od paru lat.
- Jak tu pięknie...- powiedziała Serena spoglądając przez okno.
- Tak, masz rację. To idealne miejsce dla ciężarnej kobiety. Cisza i spokój.- przyznał Johnathan, napawając się świeżym powietrzem zmieszanym z cudną wonią łąk, które wpadało przez na wpół otwarte okno samochodu.
Vern nie odzywał się, siedząc z tyłu, wpatrzony w okno. Trudno mu było ukryć podekscytowanie. Już niedługo miał ponownie zobaczyć Katherine. Tęsknił za nią, chociaż rozmawiali tylko raz. Zmienił nawet dietę, myśląc właśnie o niej. Te myśli powstrzymywały go od picia ludzkiej krwi.
Kiedy na horyzoncie pojawił się zamek, serce Verna zabiło szybciej.
- Już niedługo ją zobaczymy.- mówiła podekscytowana Serena. W końcu dotarli na miejsce, gdzie bardzo serdecznie powitała ich Abshynthe, udzielając im odpowiedzi na wiele pytań i opowiadając o tym, co ostatnio się zdarzyło.

Katherine siedziała na kanapie w swoim pokoju, czytając książkę. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
- To ja.- rozpoznała głos Sereny.
Nim wstała z kanapy, drzwi się otworzyły i do pokoju weszła jej przyjaciółka, tuląc Kath na powitanie, a tuż za nią pojawił się Johnathan.
- Co Ty tu robisz?- spytała zaskoczona, ale uradowana z jego obecności.
- Cóż, przez przypadek dowiedziałem się, że Serena chce do Ciebie jechać, no i przy okazji również o całej reszcie.- odrzekł, uśmiechając się, po czym przytulił siostrę.
- Cieszę się, że tu jesteś.- wtuliła się w niego, ale nagle odsunęła się i spojrzała na oboje.- A co z Charlesem i Elisabeth?- spytała zmartwiona.
- Powiedzieliśmy im, że wraz z Jeanem wróciłaś do Francji.- odrzekła Serena.
- A jak wytłumaczyliście swój wyjazd?- spytała ponownie Kath.
- Cóż, oficjalnie wyjechaliśmy razem na wakacje do Włoch.- ubiegł Serenę w odpowiedzi Johnathan.
- Ale to nie ważne. Mamy dla Ciebie niespodziankę.- dodała ona tajemniczo.
- Jaką?- zdziwiła się Katherine.
- Możesz już wejść.- powiedziała Serena, wychylając się na korytarz.
Serce Kath przyśpieszyło. Patrzyła w stronę wejścia do pokoju. I wtedy w drzwiach pojawił się on.
- Vern...- wymówiła jego imię nieomalże szeptem. Nogi same poniosły ją ku niemu. Rzuciła się mu na szyję, a na jej twarzy rozkwitł uśmiech.
- Jestem.- szepnął.- W końcu obiecałem, że Cię znajdę.- dodał, odwzajemniając uśmiech. Nie spodziewał się tak gorącego powitania. Poprzednio była bardzo zdystansowana wobec niego. Może to dzięki szalejącym w ciąży hormonom stała się bardziej uczuciowa? Ale nie to było teraz dla niego najważniejsze.
Katherine nigdy nie mogłaby sobie wyobrazić wspanialszej niespodzianki. Po tym, jak Vern zobaczył ją z Jeanem we Francji, bała się, że już nigdy go nie spotka. Jak widać, miała ogromne szczęście.
- Johnathanie, Sereno.- odezwał się nagle Vern.- Wybaczcie, ale czy mógłbym porozmawiać z Katherine na osobności?- spytał, spoglądając na nich.
- Ależ oczywiście.- odrzekła Serena, ruszając ku drzwiom i ciągnąc za sobą Johnathana.- My pogadamy później z Kath. Mamy na to całe wakacje.- dodała, po czym zamknęła drzwi.


Ostatnio zmieniony przez namida1991 dnia 18:57:21 12-01-11, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
King kong
King kong


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 1:04:13 19-01-11    Temat postu:

Odcinek 29

Vern spojrzał na Kath, lekko muskając wierzchem dłoni jej policzek.
- Jak dobrze Cię znowu widzieć.- wtuliła się w niego ponownie.- Myślałam, że mnie znienawidziłeś po tym, co widziałeś, przychodząc do mojego domu.- powiedziała.
- Widziałaś mnie?- spytał zdziwiony.
- Przez okno, jak odchodziłeś.- odrzekła.- Myślałam, że widzę Cię ostatni raz...- dodała drżącym głosem, szlochając.
- Cii...- pogłaskał ją po głowie Vern.- Serena mi wszystko wyjaśniła. Spotkaliśmy się na lotnisku w Cardiff. Chciałem Cię szukać w Walii. Dzięki niej dowiedziałem się gdzie jesteś i czemu byłaś z tym wampirem...- odrzekł, obejmując ją w talii.- Wiedz, że tym razem nie odejdę... Mam zamiar Cię chronić. Nie pozwolę, żeby on zrobił Ci krzywdę.- szepnął, ocierając łzy, które zaczęły jej spływać po policzkach.
- Dziękuję...- powiedziała spoglądając na niego.- Wybacz, że płaczę, ale nie mogę tego powstrzymać.- dodała, odsuwając się od niego, siadając na łóżku i wycierając oczy chusteczką wyjętą z szuflady toaletki stojącej nieopodal.
- Rozumiem, hormony.- odrzekł, siadając naprzeciwko niej na krześle, czekając aż nieco się uspokoi.- To nie wszystko, co chciałem Ci powiedzieć.- oznajmił po chwili.
- Ach, no tak, w końcu chciałeś porozmawiać.- uśmiechnęła się Kath, chowając chusteczkę z powrotem.
- Ja... Po prostu muszę Ci coś wyznać.- zaczął.- Od pierwszej chwili, kiedy Cię spotkałem, oczarowałaś mnie. Kiedy zobaczyłem jego z Tobą, to bardzo zabolało. Mimo wszystko nie potrafiłem o Tobie zapomnieć. Dlatego chciałem Cię odnaleźć. Dom w Paryżu stał pusty, więc poleciałem do Walii. Musiałem Cię zobaczyć.- mówił, spoglądając na nią.
- Vern, jak mam to rozumieć?- spytała Kath, czując jak jakiś dziwny ogień ogarnia jej ciało. Serce również przyśpieszyło. Dzieci w jej łonie poruszyły się leciutko.
- Katherine, kocham Cię.- wyznał, ujmując jej dłonie.
- Vern...- wyszeptała, po czym mimowolnie się do niego przybliżyła, obejmując go rękami wokół szyi. Po chwili ich usta połączyły się w długim, delikatnym, pełnym czułości pocałunku.

Cristina była na spacerze ze swoim narzeczonym, Samaelem, kiedy jej oczy zaszły mgłą. Wpadła w trans, taki jaki zawsze pojawiał się, gdy miała nadejść wizja. Samael podtrzymał ją, aby nie upadła.
- Kochanie, co widzisz?- spytał, gładząc po Cristinę po policzku.
- Katherine... Stoi sama, w ciemnym pomieszczeniu, a potem pojawia się Jean... Jest potężny, niezwyciężony, pozbawiony uczuć... Zabija ją!- krzyknęła, a jej ciało zaczęło drżeć.
Samael przytulił ją mocno.
- To tylko wizja, spokojnie skarbie.- uspokajał ją, aż w końcu trans minął.
- Natychmiast musimy znaleźć się w Palermo.- zdecydowała Cristina, wracając biegiem do kliniki, z której dopiero co wyszli.
- To czemu wracamy?- spytał Samael.
- Powiadomię pacjentów, że klinika zostanie zamknięta na jakiś czas. W końcu należy mi się urlop, prawda?- odrzekła, wchodząc do środka.

Kath i Vern w końcu oderwali się od siebie, łapiąc oddech.
- Czy to znaczy, że Ty też?- spytał, spoglądając na nią z niedowierzaniem.
- Oczywiście, że tak.- odrzekła ona, uśmiechając się promiennie.
- Jestem taki szczęśliwy.- powiedział Vern, gładząc ją po policzku.
- Nie przeszkadza Ci to?- spytała, wskazując na swój brzuch.- To przecież nie Twoje dzieci...- dodała, smutniejąc.
- Nieważne, czyje są.- odrzekł, dotykając jej brzucha.- Będę je kochał, bo Ty jesteś ich matką.- dodał, uśmiechając się.
Katherine przytuliła go mocno. Nareszcie była naprawdę szczęśliwa. Teraz nie liczyło się dla niej nic innego, nawet zbliżające się niebezpieczeństwo.

Tego samego dnia, wieczorem, Jean udał się z powrotem do Walii. Musiał zdobyć informacje, które pomogłyby mu w zlokalizowaniu Kath. Najpierw podsłuchał rozmowy jej rodziców, ale okazało się, że oni nic nie wiedzieli. Dzięki wypiciu krwi Eirene posiadł dar czytania w myślach.
W domu Sereny również niczego nie podsłuchał prócz tego, że wyjechała ona na wakacje do Włoch wraz z Johnathanem, bratem Katherine. Udał się więc do kliniki Cristiny Scabbio. Ona na pewno coś wiedziała. Mógł nawet przypuszczać, że pomogła jej się ukryć. Postanowił, że wydusi z niej informacje. Niestety i to nie wypaliło.
"Informuje się, iż klinika jest nieczynna od dnia dzisiejszego aż do odwołania. Wszystkie wizyty są odwołane. Doktor Cristina Casandra Scabbio." Tak głosiła kartka wywieszona na drzwiach.
- Cholera!- z całej siły kopnął w mur otaczający budynek.- Pora na uruchomienie moich kontaktów.- powiedział, wsiadając do swojego auta, po czym odjechał z piskiem opon.

Po rozmowie z Vernem, Kath zeszła wraz z nim do salonu, gdzie siedzieli pozostali. Potem razem rozmawiali, popijając podaną przez Abshynthe krew zwierzęcą. Jedynie Serena piła kawę.
- A więc który to tydzień?- spytał Johnathan, spoglądając na spory już brzuch swojej siostry.
- Wczoraj minął siódmy.- odrzekła Katherine.
- To jeszcze tylko dwa tygodnie.- powiedziała podekscytowana Serena.
- Tak, jeszcze dwa.- potwierdziła Kath.- Przy okazji ja z Vernem chcielibyśmy Wam coś oznajmić.- dodała, spoglądając na niego.
- A jednak się zeszliście!- rzuciła się ku nim rozradowana Serena.- Cudownie!- wykrzyknęła.
- Cóż, zgadłaś.- odrzekł Vern, uśmiechając się lekko.
- Gratulacje, siostrzyczko.- dołączył się Johnathan.- Mam propozycję. Wznieśmy toast!- dodał po chwili.- Za najwspanialsze uczucie na świecie, czyli miłość!- powiedział, unosząc swój kieliszek ku górze. Wkrótce i inni uczynili to samo.
Tę wesołą atmosferę zburzyło nagłe pojawienie się w salonie Cristiny i Samaela.
- Mamo, czy coś się stało?- spytała Abshynthe, widząc przerażenie w jej oczach.
- Miałam wizję, jak Jean zabija Kath. Ale to nie jest najgorsze. Czułam jego potęgę płynącą z krwi. Musiał wypić krew potężnego i starego wampira, skoro nawet w wizji czułam tę moc.- odrzekła, spoglądając na wszystkich zebranych, zatrzymując się na nieznanym jej wampirze.
- Jestem Vern, przyjaciel Katherine.- wstał i ukłonił się lekko, widząc jej zaskoczenie.- Przybyłem, aby pomóc.- dodał, wyciągając dłoń na powitanie.
Kiedy tylko Cristina go dotknęła, ujrzała każde wspomnienie.
- Czy coś nie tak?- spytał Vern, widząc jak jej oczy stają się mgliste.
- Nie, skąd.- odrzekła Cristina, puszczając jego rękę, aby obrazy wspomnień zniknęły sprzed jej oczu.- Po prostu dotykając kogoś, zazwyczaj widzę jego wspomnienia.- wyjaśniła, spoglądając jednocześnie na niego i Kath.- Nazywam się Cristina Scabbio.- przedstawiła się.
- Wiem, widziałem panią na otwarciu szkoły VES.- odrzekł Vern.
- Z tego, co widziałam w Twoich wspomnieniach, rozumiem, iż jesteś gotów chronić Katherine. To dobrze, każdy chętny wampir nam się przyda.- powiedziała Cristina, patrząc na niego z wdzięcznością.
- Ja też chcę.- odezwał się Johnathan.
- Nie ma mowy.- spiorunowała go wzrokiem Katherine.- Ty i Serena wracacie do Walii, i to jeszcze dziś.- dodała rozkazującym tonem.
- Ale my chcemy pomóc...- odezwała się Serena.
- Nie! I tak nie dacie rady... Jean jest potężny, a ja nie pozwolę Wam na samobójstwo. Musicie wracać do Charlesa i Elisabeth, chronić ich w razie czego.- odrzekła Kath błagalnym tonem.
- Dobrze, ale jakbyście potrzebowali pomocy, to dzwońcie...- zgodził się Johnathan, wraz z Sereną szykując się do wyjścia.

Jean udał się do Los Angeles, by odnaleźć swoich przyjaciół. Był pewien, że otrzyma od nich informacje o Cristinie Scabbio, ponieważ miał przeczucie, że jeśli znajdzie ją, znajdzie i Katherine.
Po małym polowaniu pojechał do baru, gdzie miał się spotkać z Sethem, swoim przyjacielem, wampirem mającym ponad 3000 lat, który należał do klanu panującego w świecie wampirów. Dzień wcześniej umówił się z nim telefonicznie. Kiedy wszedł do baru, od razu zobaczył go, siedzącego w rogu sali. Zamówił u barmana Krwawą Mery, i już z drinkiem w ręku, przysiadł się do jego stolika.
- Jean, kopę lat.- przywitał go Seth.- A więc co mogę dla Ciebie zrobić?- spytał, popijając martini.
- Cóż, szukam pewnej osoby, która mnie wkurzyła. Nazywa się Katherine Monroe i aby ją znaleźć, najpierw muszę się dowiedzieć co nieco o wampirzycy Cristinie Casandrze Scabbio. To jej przyjaciółka i podejrzewam, iż ją gdzieś ukrywa.- wyjaśnił swoją sprawę Jean.
- A więc mam poszukać informacji na temat Cristiny? Oczywiście, jestem w stanie to zrobić, ale dobrze wiesz, że nie za darmo.- odrzekł Seth, uśmiechając się szelmowsko.
- Może być AB rh minus?- spytał Jean, wyjmując z kieszeni płaszcza worek z krwią.
Seth wbił w niego kły, próbując nieco.
- Cudowny rocznik, i ten smak...- oblizał kły.- Umowa stoi, ale będziesz musiał przynieść mi tego więcej.- wskazał na worek.
- To tylko zaliczka.- odrzekł Jean, uśmiechając się.- Resztę dostaniesz po tym, jak podasz mi informacje. A mam aż pięć takich worków krwi tej rzadkiej, acz niezwykle smakowitej grupy.- dodał, dopijając swojego drinka.
- Dobrze. Będziesz miał te informacje.- zapewnił go Seth, chowając skrzętnie worek krwi do kieszeni płaszcza.
- To do zobaczenia.- pożegnał się Jean, podszedł do lady, płacąc barmanowi za drinka, po czym wyszedł.
Wtedy zza kotary oddzielającej salę dla niepalących od sali dla palaczy wyłonił się ktoś, kto podsłuchał tę rozmowę. Czym prędzej udał się on na lotnisko, a stamtąd wyleciał samolotem do Włoch, wiedział bowiem o zamku Cristiny. Był pewien, że to tam ukryła Katherine, a on musiał jej pomóc. Wiązała go bowiem obietnica, której nie mógł złamać.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Eillen
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7851
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 18:54:09 30-01-11    Temat postu:

Eirene pokazała pazurki - i dobrze, ktoś powinien mieć władzę nad Jeanem;)
No i Vern i Kath wreszcie się spotkali, niestety Jean wciąż knuje i knuje - całe szczęście, że Kath ma obok siebie przyjaciół i to nie byle jakich:)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
King kong
King kong


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:25:06 30-01-11    Temat postu:

Cóż, w końcu Eirene jest o wiele silniejsza od niego, a też nie da sobą pomiatać... Oj, knuje, knuje... Zdradzę, że mam już napisany koniec
Wreszcie będę mogła wystartować z Black Roses

Oto i kolejny odcinek:

Odcinek 30

Katherine ogarnął ogromny strach, kiedy dowiedziała się o wizji Cristiny. Śmierć była teraz niemal pewna. Cieszyła się, że w tak trudnej chwili jest z nią Vern. Naprawdę potrzebowała jego wsparcia. Cristina powiadomiła ją o zamknięciu kliniki, co znaczyło, że zostanie z nią cały czas. Oczywiście Samael również zaoferował pomoc, nie mówiąc już o Abshynthe i innych wampirach, które przebywały w zamku Cristiny. Katherine była niezmiernie wdzięczna im wszystkim za poświęcenie, wiedzieli bowiem, że mogą zginąć.

Serena nie mogła spać w nocy, myśląc o tym, że Kath jest w niebezpieczeństwie. Niestety Johnathan zdecydował, że trzeba posłuchać jej i pilnować Elisabeth i Charlesa. Zemsta Jeana może bowiem dosięgnąć i ich, a ani Katherine, ani Johnathan nie znieśliby takiej straty. Musiała być tu, w Walii, i chronić swoich bliskich. Z resztą ufała Cristinie, wiedziała że żadna z osób, które są w zamku z Kath, nie pozwoli jej zginąć.

Dwa ostatnie tygodnie ciąży minęły bardzo szybko. Poród trwał krótko, bo niecałą godzinę. Pierwszej z córek nadała na imię Selene, a drugiej Irina. Były śliczne. Miały jej oczy i rysy twarzy. Jedynie włosy blond, po ojcu. Vern naprawdę ją zaskoczył. Zachowywał się tak, jakby to naprawdę były jego własne dzieci. Także i bliźniaczki zdawały się bardzo lubić Verna. To utwierdziło Kath w przekonaniu, że naprawdę mogą razem stworzyć rodzinę.
Dziewczynki faktycznie rosły szybko. Podczas pierwszej doby dwa razy trzeba było zmieniać im ubranka na większe. Odżywiały się krwią zwierząt, na razie pijąc ją z butelek ze smoczkiem. Dzień po narodzinach nauczyły się siedzieć, a ich dary zaczęły się uwidaczniać. Selene odziedziczyła po mamie dar panowania nad wolą i oczywiście korzystała z niego w pełni. Z charakteru była bardzo spokojna. Irina natomiast całkiem odwrotnie. Często płakała i złościła się. Po mamie odziedziczyła dar telekinezy. Dookoła jej kołyski latało zawsze wiele zabawek.
Obie od razu zjednały sobie miłość każdego. Abshynthe bawiła się z nimi chętnie, tak jak i Cristina, która w ten sposób przypominała sobie jak to opiekowała się swoją córką.
Ich przyjście na świat odwróciło na chwilę uwagę wszystkich od zbliżającego się niebezpieczeństwa.
Po tygodniu obie dziewczynki skończyły rok.

Jean po jakichś trzech tygodniach ponownie spotkał się z Sethem w tym samym barze. Przekazał mu krew a w zamian otrzymał wiele informacji o Cristinie Scabbio, ale tylko jedna okazała się naprawdę przydatna- o zamku w Palermo. Postanowił tam się udać, bo miał przeczucie, że znajdzie tam to, czego szukał.

Ten wieczór zapowiadał się spokojnie. Cristina wraz z Samaelem siedzieli wtuleni w siebie, spoglądając na ogień płonący w kominku. Katherine stała przy oknie wpatrzona w ciemność oplatającą zamek niczym bluszcz. Vern siedział na fotelu, cały czas nasłuchując, czy ktoś się nie zbliża. Był gotów natychmiast zaatakować, używając pola morfogenetycznego, jeżeli zjawiłby się Jean. Dzięki temu darowi mógłby zniszczyć wszystko, co żyje, w promieniu parunastu kilometrów. Jean pewnie przeżyłby ten atak, ale z pewnością poniósłby szkody, które uniemożliwyłyby mu dalszą walkę. Nim by się zregenerował i ponownie zaatakował, minęłoby parę tygodni, może nawet miesięcy. W tym czasie z pewnością dałoby się znaleźć jakiś sposób, by go zabić. Vern znał dobrze jego zapach, w końcu już kiedyś, we Francji, spotkał się z nim twarzą w twarz.
Abshynthe była na górze, w pokoju Selene i Iriny. Cały czas przy nich czuwała, na zmianę z Katherine i Cristiną. Jean mógłby chcieć porwać dzieci, więc wszyscy czuli się zobowiązani, by je przed nim uchronić.

Jean wieczorem wreszcie dotarł do zamku Cristiny. Tak jak myślał, była w nim Katherine. Wyczuł ją z daleka. Podszedł jak najbliżej, dostrzegając ją, stojącą przy oknie.
Ona również go zobaczyła. Vern wyczuwając Jeana, zerwał się z fotela i po chwili był przy niej, spoglądając na niego. Nikt nie musiał nic mówić, by wiedzieć, kto się pojawił. Cristina odciągnęła Katherine spod okna, gotowa ją osłaniać własnym ciałem. Samael stanął obok Verna, gotowy do ataku. James i Ethan, wampiry mieszkające w zamku, przyjaciele Cristiny, również do nich dołączyli. Jean widząc tę gromadę przy oknie, zaśmiał się jedynie, i skoczył ku nim, rozbijając szybę w drobny mak, po czym dostał się do środka. Wszyscy czterej przeciwnicy uskoczyli na bok, by uniknąć odłamków szkła. Kath za pomocą telekinezy zatrzymała je, kierując wszystkie na Jeana. Wbiły się one w jego ciało, raniąc je, ale po chwili wszystkie opadły na podłogę, a rany zagoiły się w parę sekund. Ethan rzucił się ku niemu. Jean jednak rozprawił się z nim szybko, wyrywając mu serce i wrzucając je do kominka. Kiedy ruszył ku Katherine, osłanianej wciąż przez Cristinę, na drodze stanął mu James. Ich walka trwała zdecydowanie dłużej. Oboje wypadli przez rozbite okno na zewnątrz. Vern obserwował potyczkę, czekając na dobry moment, by użyć swego daru, nie raniąc jednocześnie Jamesa. Katherine chciała również pomóc, ale Cristina ją powstrzymała. W dłoni Samaela pojawiła się kula ognia, którą chciał trafić w Jeana, ale nieustanna szarpanina przeszkadzała mu w tym. Abshynthe słysząc, co się dzieje na dole, była stale przygotowana do ataku. Usłyszała huk, podbiegła do okna. Na zewnątrz szamotali się James i Jean. Chciała jakoś pomóc Jamesowi. Kochała go i nie mogła pozwolić, aby coś mu się stało. Udało jej się wejść do umysłu Jeana. Szukała w nim wspomnień, których mogłaby użyć przeciwko niemu, najlepiej bardzo bolesnych. W końcu natknęła się na te związane z Katherine. Natychmiast przywołała je, potęgując związany z nimi ból.
Jean zobaczył przed oczami te wspomnienia, które tak bardzo chciał ukryć w podświadomości. Poczuł tak obezwładniający ból w sercu, że upadł na ziemię w bezruchu, wypuszczając z morderczego uścisku półżywego Jamesa.
Cristina wyczuła, że to sprawka Abshynthe, wspólny dar przywoływania wspomnień łączył je bowiem niemal telepatycznie. Przyłączyła się więc do córki, atakując Jeana. Samael korzystając z okazji rzucił w niego płonącą kulą. Abshynthe teleportowała się na zewnątrz, zabrała Jamesa, i tak samo wróciła wraz z nim do domu. Jean wydawał się płonąć bez końca, nie spalając się w ogóle.
- To trwa zbyt długo.- powiedział Samael, spoglądając na pozostałych obecnych, nie ukrywając swego zmartwienia.


Ostatnio zmieniony przez namida1991 dnia 19:34:58 30-01-11, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
King kong
King kong


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 1:56:48 02-02-11    Temat postu:

Odcinek 31

Jean w końcu uwolnił się spod działania ognia. Płomienie na jego ciele zgasły. W tym samym czasie Cristina straciła łączność z jego umysłem. Osunęła się na ziemię, drżąc tak, jakby ktoś poraził ją prądem. Samael natychmiast zjawił się obok niej, by ją podtrzymać.
- On zamknął przede mną swój umysł... Nie zadziała na niego żaden atak mentalny...- powiedziała, kiedy odzyskała przytomność.
- Nie działa na niego ogień, a to nie wróży nic dobrego.- odrzekł Vern, tracąc wiarę w skuteczność swojego daru.- Nie wiem nawet, czy moje pole go tknie.- dodał.
- Nie możemy tracić nadziei. Coś musi na niego zadziałać.- odrzekła Kath, tuląc się do niego.
Abshynthe pojawiła się na schodach, a jej mina nie wróżyła nic dobrego.
- Co z Jamesem?- spytała Cristina, widząc wyraźne zmartwienie w oczach córki.
- Niedobrze, mamo. Stracił wiele krwi, a jego rany nie chcą się zasklepić.- odrzekła.
- Pomogę Ci.- zdecydowała Cristina.- Katherine, pójdziesz ze mną. Oni sobie poradzą.- pociągnęła ją za sobą na górę.
Jean w końcu doszedł do siebie i ponownie dostał się do pokoju.
- I co? Zaskoczeni, prawda? Poddajcie się, bo i tak ze mną nie wygracie.- zaśmiał się złowrogo.- Jeśli oddacie mi Katherine i dzieci dobrowolnie, nie zabiję Was.- dodał.
- Nigdy...- wysyczał Vern.
- Ach, no tak.- odrzekł Jean, patrząc na swojego rywala.- Powinienem był Cię zabić wtedy we Francji, kiedy zapukałeś do drzwi mojego domu.- warknął.- To fajne uczucie mieć świadomość, że to ja zabrałem jej cnotę?- dodał z drwiną.
Tego było za wiele. Vern ukazał kły i ryknął tak, że podłoga się zatrzęsła.
- Właśnie obudziłeś bestię.- warknął, świdrując Jeana wzrokiem.
- Vern, uspokój się, bo nas wszystkich pozabijasz! Nie zapominaj, jak ogromną moc niszczącą ma Twój dar!- ostrzegł go Samael.
- Wiem.- odrzekł on, posyłając mu uśmiech, po czym rzucił się na Jeana, wylatując z nim na zewnątrz przez rozbite okno. Katherine wybiegła na schody, słysząc huk. Chciała rzucić się na pomoc Vernowi, ale powstrzymał ją Samael.
- Jeśli tam teraz pójdziesz, możesz zginąć... Pole morfogenetyczne nie przejdzie przez mury zamku, więc tu jesteś bezpieczna.- powiedział, trzymając ją mocno.
Cristina wyjrzała z pokoju, ale Samael uspokoił ją gestem, więc wróciła do pokoju.
Nim Vern zdołał stworzyć pole, Jean powalił go na ziemię, zrzucając na niego pobliski głaz.
- Jesteś za słaby.- zaśmiał się.- I po co zmieniałeś dietę? Teraz nie potrafisz nawet podnieść głazu.- dodał, wciskając kamień jeszcze mocniej.
Nagle coś świsnęło w powietrzu, odrzucając najpierw Jeana, a potem głaz, który tym razem przycisnął jego. Nad nim pojawił się wysoki, barczysty mężczyzna w długim, czarnym płaszczu. Przytrzymał kamień, aby Jean nie mógł się spod niego uwolnić.
- Szybko! Teraz użyj pola!- krzyknął mężczyzna do Verna.
- Ale Ciebie też ono obejmie...- odrzekł on, podnosząc się z ziemi.
- O mnie się nie martw. Nawet mnie nie tknie. Dalej! Zanim mi się wyrwie!- powtórzył rozkazującym tonem.
Vern skupił się więc, i po chwili odskoczyło od niego niebieskawe pole, które rozeszło się na wszystkie strony. Na północy rozbiły się o grube mury zamku, nie czyniąc im żadnej szkody prócz lekkiego pokruszenia wierzchniej ściany. Po południowej, wschodniej i zachodniej stronie pole rozeszło się aż do granicy z lasem. Po drodze zmiotło przygniatający Jeana kamień w drobny pył. Sam Jean również poważnie na tym ucierpiał, tracąc jakieś 65 procent skóry z ciała. Krew trysnęła na trawę, plamiąc ją swoją czerwienią. Jean podniosł się z ziemi.
- To nie koniec.- wysyczał.- Jeszcze tu wrócę!- dodał, po czym w wampirzym tempie zniknął między drzewami.
Ów wampir, który pomógł Vernowi faktycznie był nietknięty. Otaczało go coś na kształt poświaty, która zatrzymywała pole.
- To jeden z moich darów. Tarcza chroniąca przed atakami fizycznymi.- wyjaśnił nieznajomy, widząc jego zdezorientowaną minę.
- Kim jesteś?- spytał Vern.
- Znajomym Katherine.- odrzekł.- Nazywam się Lucius.- przedstawił się, kłaniając lekko.

Katherine rzuciła się Vernowi na szyję, kiedy tylko wszedł do pokoju.
- Kath, on mi pomógł. Mówi, że Cię zna.- wskazał na swego towarzysza, który właśnie wszedł.
- Lucius...- powiedziała Katherine widząc gościa, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Jak widać.- odrzekł on, kłaniając się jej.- Przybyłem, by Wam pomóc, a konkretnie Tobie.- zwrócił się do Kath.
- To dobrze, przyda nam się pomoc kogoś z klanu królewskiego.- rozbrzmiał głos Cristiny, która właśnie pojawiła się w pokoju.
- Jak mniemam, Casandra Scabbio, córka Martina Scabbio i Rosario Torres.- zwrócił się do niej Lucius.
- Tak. Widzę, że ma pan dobrą pamięć.- odrzekła podchodząc do niego.
- Wy się znacie?- spytał Samael z nutką zazdrości w głosie.
- Kiedy jeszcze byłam człowiekiem, poznałam Luciusa na balu noworocznym, który wyprawił mój dawny narzeczony, Marco...- wyjaśniła, spoglądając na niego.- Ten sam, który mnie potem przemienił...- dodała z lekkim trudem.
- A więc pomożesz nam?- spytała Katherine, zmieniając temat, by pomóc Cristinie.
- Tak.- potwierdził Lucius.- Wiem bowiem, jak sprawić, by Jean stał się z powrotem normalnym wampirem, a nie niezwyciężoną bestią, taką jaką jest teraz.- dodał.
- Jaki to sposób?- zainteresował się Vern.
- Wystarczy zabić wampirzycę, która dzieli się z nim krwią. Wbrew pozorom łatwiej zabić starożytnego wampira karmiącego swego pobratymca krwią, niż karmionego nią wampira.- odrzekł, przechadzając się od jednego końca salonu do drugiego.
- Skąd wiadomo, że to starożytny wampir go karmi?- spytała Katherine.
- Po pierwsze, taką moc daje tylko krew starożytnego wampira, a po drugie wyczułem to w jego krwi. Posmakowałem odrobinę tego, co nasz gość zostawił na trawniku.- powiedział, spoglądając na wszystkich zebranych w salonie.- Wyczytałem również ze wspomnień znajdujących się w tej krwi, kim jest ów starożytny wampir, a raczej wampirzyca.- uśmiechnął się, widząc ich zaskoczone miny.- To Eirene, jedna z tych, co nie lubią stosować się do zasad ustanowionych przez klan królewski. Szukamy jej jakiś czas, by ją ukarać, więc zabijając tę wampirzycę zrobimy przysługę wszystkim.- dodał.
- No tak, ale w jaki sposób ją znajdziemy?- spytał Samael.
- Nawet nie wiesz, demonie, ileż cennych informacji można znaleźć we krwi...- zaśmiał się Lucius.- Wiem już, gdzie ona się ukrywa, ale musimy się pośpieszyć, nim dowie się od Jeana, że pomaga Wam starożytny wampir, na dodatek członek klanu królewskiego. Ona wie, jakie mamy zdolności i może uciec.- dodał, spoglądając na wszystkich ostrzegawczo.
- A więc kto powinien iść?- spytała Katherine.
- Ilu Was jest?- spytał Lucius.
- Jestem ja, Samael, Vern, Cristina, Abshynthe...- wyliczała Kath.- I jeszcze James, ale on nie nadaje się do walki. No i moje córki, ale one mają dopiero rok.- dodała.
- Cóż, bez Jamesa i Twoich córek mamy pięć osób.- powiedział Lucius.- Wezmę ze sobą Verna, Samaela i Cristinę.- zdecydował po chwili namysłu.- Zarówno pole, ogień, jak i wizje bardzo się przydadzą.- dodał.
- Moje wizje? Do czego?- zdziwiła się Cristina.
- Jeśli Eirene zdąży nam zwiać, to pomożesz ją odnaleźć. Miewasz wizje dotykając rzeczy należących do danej osoby, prawda?- spojrzał na nią pytająco Lucius.
- Tak, zdarza mi się.- potwierdziła.
- A więc sama widzisz, że się przydasz.- odrzekł on z uśmiechem.
- A co z Katherine? Nie możemy jej zostawić.- odezwał się Vern.
- Nie bój się.- poklepał go po ramieniu Lucius.- Po dzisiejszym zetknięciu z Twoim polem Jean nie powróci tak szybko do zdrowia. Nawet kiedy wypije krew Eirene, regeneracja potrwa przynajmniej tydzień.- powiedział uspokajającym tonem.
- W takim razie musimy jak najszybciej wyruszyć.- odrzekł Samael.
- Oczywiście, ale chciałbym poznać dzieci Katherine.- powiedział Lucius, spoglądając na nią.
- Ależ proszę.- zgodziła się, prowadząc go na górę.- Z resztą chciałam z Tobą zamienić parę słów.- dodała, otwierając drzwi od pokoju Selene i Iriny.

Jean wpadł do mieszkania Eirene nagle, jak burza.
- Co Ci się stało?- spytała, widząc jego krwawiące ciało.
- Pole morfogenetyczne.- tyle zdołał z siebie wydusić.
- Cholera!- syknęła, kładąc go na swoim łóżku, po czym pobiegła do łazienki.- Tylko mi tu nie umieraj...- spoglądała na niego błagalnie przez otwarte drzwi, wlewając do wanny butlami krew, którą trzymała w lodówce. Potem włożyła do tej kąpieli na wpół przytomnego Jeana i rozcięła swój nadgarstek, po czym przyłożyła go do jego ust.
- Pij... To Ci pomoże.- powiedziała, oblewając krwią jego poranioną głowę.- Kto Ci to zrobił?- spytała.
- Vern Darthmoury...- szepnął nadal bardzo osłabiony.- Pomagał mu jakiś starożytny... Miał płaszcz z herbem klanu królewskiego.- dodał, po czym zakaszlał krwią.
- Z klanu królewskiego...- powtórzyła, a w jej głosie dało się wyczytać ogromną nienawiść.- Musisz wyzdrowieć...- spojrzała na niego błagalnie.

Lucius z rozczuleniem spoglądał na śpiące bliźniaczki.
- Są naprawdę śliczne... I tak podobne do Anabelle...- powiedział, kierując swój wzrok na Kath.
- Tak jak ja... Ale włoski mają po ojcu.- odrzekła ona.- Właściwie dlaczego mi pomagasz?- spytała po chwili.
- Cóż... Jestem związany pewną obietnicą.- zaczął, niepewnie Lucius, jakby nie całkiem pewny, czy może jej wyjawić jakąś tajemnicę.- Dobra, pora abyś poznała całą prawdę.- zdecydował w końcu, siadając na kanapie usytuowanej naprzeciwko łóżeczka, w którym spały Selene i Irina, po czym zaprosił ją gestem, by usiadła obok niego.
- A więc słucham.- odrzekła Katherine, siadając na kanapie.
- Nim trafiłem do klanu królewskiego, mieszkałem w Stanach Zjednoczonych.- zaczął.- Tam spotkałem Twoją matkę. Leżała w szpitalu, umierając na gruźlicę. Byłem wtedy lekarzem, błagała mnie, żebym ją uratował. Nie chciała umierać... Zawsze byłem wrażliwy na czyjeś cierpienia, dlatego zostałem lekarzem. Chciała żyć, ale jej sytuacja była beznadziejna, więc ją przemieniłem. Po mnie odziedziczyła smoczy gen, przez który stała się hybrydą tak jak ja. Potem razem udaliśmy się do Francji, tam poznała Jeana. Resztę znasz.- powiedział, spoglądając na nią.
- Czyli to znaczy, że dla moich córek jesteś takim jakby pradziadkiem.- odrzekła Katherine, uśmiechając się lekko. Na twarzy Luciusa również pojawił się uśmiech, kiedy usłyszał to określenie.
- Świetnie, zawsze chciałem być pradziadkiem...- powiedział rozbawiony.
- Powiedziałeś, że pomagasz mi, bo jesteś związany jakąś obietnicą.- odrzekła Katherine, spoglądając na niego pytająco.
- Jakiś miesiąc przed śmiercią Anabelle odwiedziła mnie we Włoszech. Należałem już wtedy do klanu królewskiego. Poprosiła bym obiecał, że będę Cię chronił, gdyby jej zabrakło...- powiedział Lucius, zamyślając się na chwilę.- Myślę, że ona czuła zbliżającą się śmierć, dlatego mnie o to poprosiła. W każdym razie obiecałem jej to, i dotrzymam słowa. Przemieniłem ją, w pewnym sensie stałem się dla niej ojcem, a dla Ciebie dziadkiem, a każdy dziadek powinien troszczyć się o wnuka.- zakończył swoją opowieść.
Katherine mimowolnie się do niego przytuliła.
- Nie poznałam dobrze moich biologicznych rodziców, ale cieszę się, że mogłam chociaż poznać dziadka.- wyszeptała, nie mogąc powstrzymać łez napływających jej do oczu.- Chciałabym, aby i one Cię poznały.- dodała, spoglądając na swoje córeczki, które spały w najlepsze, nieświadome tego, co działo się wokół nich.
- Obiecuję, że tak będzie, a ja zawsze dotrzymuję obietnic.- odrzekł z ręką na sercu, po czym wstał.- Wybacz, ale czas goni. Musimy odnaleźć Eirene, jeśli chcemy pozbyć się Jeana raz na zawsze.- dodał, podchodząc do drzwi.
- Uważaj na siebie. Chcę Cię jeszcze zobaczyć.- poprosiła Katherine, spoglądając na niego.
- O mnie się nie martw.- odrzekł, otwierając drzwi.- I dopilnuję, by Vern i cała reszta wrócili tu w całości.- dodał, po czym wyszedł.

Eirene wiedziała, że jeśli w tę sprawę wmieszany był wampir z klanu królewskiego, musiała uciekać. Z pewnością posmakował on krwi, jaką pozostawił za sobą Jean, i dzięki temu pewnie wie, gdzie jej szukać. Kwestią czasu był fakt, iż ją odnajdą i zechcą zabić. Przygotowała się więc do ucieczki. Miała wystarczająco dużo na sumieniu. Już jakieś 1000 lat temu została skazana na śmierć przez Najwyższą Radę klanu. Nie miała jednak zamiaru umierać.
Kiedy tylko Jean wydobrzał na tyle, by móc iść z nią, wyjęła go z wanny, z której zniknęła prawie cała wlana tam krew. Jego rany zniknęły, a w ich miejscu pojawiła się nowa skóra. Powoli zaczął odzyskiwać przytomność. Wieczorem następnego dnia miał już na tyle siły, więc zabrała go ze sobą w podróż do Rumunii- tam, gdzie znajdował się zamek jej znajomego. Tam miała zamiar się ukryć.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Eillen
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7851
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 13:19:57 05-02-11    Temat postu:

Kath miała przy sobie przyjaciół, ale gdyby nie Lucien, to pewnie Jean by zwyciężył. Ciekawa jestem czy teraz, kiedy Eirene wie o wszystkim uda im się w porę ją znaleźć i zakończyć to wszystko. A może jeszcze Jean zrozumie swoje błędy i się nawróci? Na swój sposób był uroczy, gdy był z Kath;)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
King kong
King kong


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 14:53:07 05-02-11    Temat postu:

Jean raczej się nie nawróci, powiem nawet, że wręcz przeciwnie...
A z resztą co ja będę spoilerować... Wstawię kolejny odcinek


Johnathan Rhys- Meyers jako Remus- mityczny brat bliźniak Romulusa, założyciela miasta Rzym. Stał się wampirem, dlatego brat uznał go za zmarłego(i tak zapisano w micie). To on przemiemił Eirene. Tak jak ona ma na pieńku z Klanem królewskim.

Odcinek 32

Lucius wraz z Vernem, Samaelem i Cristiną wyruszyli pod wieczór do Hiszpanii, gdzie, według informacji zawartych we krwi Jeana, miała przebywać Eirene. Katherine pożegnała się czule z Vernem, a Abshynthe z matką i Samaelem. Kiedy cała czwórka zniknęła w oddali, obie udały się do pokoju, gdzie leżał James.
- I jak on się czuje?- spytała Katherine, spoglądając na przyjaciółkę.
- O wiele lepiej niż wcześniej. Cristina podała mu trochę tej krwi, którą zostawił Jean. Od razu pomogło.- odrzekła Abshynthe, trzymając nadal nieprzytomnego Jamesa za rękę.
- No tak. Wygląda na to, że nawet śladowe ilości krwi starożytnego wampira mogą wyleczyć najpoważniejsze rany.- powiedziała Katherine, wpatrzona w okno.
Ostatnie wydarzenia dały jej sporo do myślenia. Zaczęła poważnie się zastanawiać, czy ta zemsta była dobrym pomysłem. Widząc Jeana pod oknem zamku, naprawdę się przeraziła- nie odnalazła w jego oczach nic ludzkiego. Miał wzrok zwierzęcia, które kierując się instynktami, będzie ścigało swoją ofiarę tak długo, dopóki jej nie dorwie. Opanował ją paniczny strach. Chwilami naprawdę żałowała, że w ogóle go odnalazła. Z drugiej strony gdyby go nie poznała, prawdopodobnie nie urodziłaby Selene i Iriny. Pewnie nie spotkałaby również Verna, ani nawet Sereny. Gdyby nie zaczęła szukać Jeana, być może nie poznałaby również Luciusa.
Jednak strach przed śmiercią był silniejszy. Ale jeszcze bardziej bała się, że nie zobaczy już swoich przyjaciół i Verna.

Lucius wraz z Vernem, Cristiną i Samaelem dotarli do mieszkania Eirene tuż przed świtem. Niestety, nikogo już w nim nie zastali.
- Cholera! Zdążyła zwiać.- przeklął Vern.
- Nie jest głupia. Z resztą pewnie Jean zdołał jej coś powiedzieć.- odrzekł Lucius.
- Co to jest, u licha?!- wykrzyknął Samael, kiedy wszedł do łazienki. Wszyscy natychmiast przybiegli tam, by zobaczyć znalezisko.
- Wanna była wypełniona krwią. Leżał w niej Jean.- powiedziała Cristina, dotykając jej ścian, pokrytych zaschniętą krwią.- Regenerował się... Eirene podawała mu swoją krew. Wieczorem nabrał sił, i wtedy uciekli.- mówiła, chodząc po całym domu, zamykając oczy, by lepiej się skupić.
- Czy widzisz, gdzie się udali?- spytał Lucius.
- Hmm...- zamyśliła się, dotykając każdego sprzętu w mieszkaniu. Kiedy dotknęła telefonu, przed jej oczami stanęła wizja z przeszłości. Kiedy drgnęła, pozostali otoczyli ją, czekając na odpowiedź.
- Rumunia...- powiedziała w końcu.- Udała się do Rumunii, do jakiejś wioski pod Budapesztem. Tam mieszka ktoś zaufany, dlatego postanowiła się u niego ukryć.- dodała, powoli otwierając oczy.
- A wiesz gdzie dokładnie leży ta wioska?- dopytywał Lucius.
- Nie znam jej nazwy, ale kiedy znajdziemy się w Rumunii, myślę że będę wiedziała, gdzie dalej szukać.- odrzekła Cristina.
Samael czym prędzej przeteleportował ich do Budapesztu, skąd rozpoczęli swoje dalsze poszukiwania.

Eirene dotarła do Rumunii o świcie. Jej znajomy ugościł ją w swym zamku niezwykle serdecznie.
- A więc mam udzielić Ci schronienia? Oczywiście, możesz na mnie liczyć, przecież wiesz...- powiedział, wprowadzając ją i Jeana na piętro.
- Dziękuję Ci, Remusie.- odrzekła, obdarzając go uśmiechem.- Jean jest wyczerpany, musi się całkowicie zregenerować.- dodała, wskazując na idącego z nimi, podtrzymywanego przez siebie towarzysza.
- Rozumiem.- powiedział, otwierając drzwi od jednej z licznych sypialni.- Tu będzie mógł spokojnie odpocząć i do końca zagoić rany.- wprowadził ich do środka, po czym pomógł Eirene położyć Jeana na łóżku.
- On potrzebuje jeszcze sporo krwi. Ja z resztą też jestem głodna.- powiedziała, spoglądając na Remusa nieomal błagalnie.
- Nie martw się, nie pozwolę aby moi goście umarli z głodu.- odrzekł, klaskając w dłonie.
Po jakichś pięciu minutach w pokoju zjawiły się trzy pokojówki.
- Zajmiecie się tym panem. Dajcie mu tyle krwi, ile będzie potrzebował.- polecił im Remus, a kiedy pokojówki zajęły się Jeanem, zwrócił swój wzrok na Eirene.- My pójdziemy do salonu. Tam napijemy się świeżej krwi.- powiedział, podając jej swe ramię. Potem oboje udali się na dół.

Lucius wraz z Samaelem, Vernem i Cristiną dotarli do Rumunii pod wieczór. Zlokalizowanie wioski, do której udała się Eirene, nie zajęło im wiele czasu dzięki szczegółom, które Cristina widziała w swojej wizji. Droga do celu wiodła przez ogromny las, otoczony górami. Wioska leżała w dolinie o kształcie litery U, otoczonej z każdej strony drzewami.
- Świetne miejsce na kryjówkę.- stwierdził Samael, przyglądając się z oddali malutkim wiejskim chatkom.
- Fakt. Trudno znaleźć tę wioskę.- zgodził się Vern.- Nawet my ledwie ją dojrzeliśmy, a co dopiero zwykli ludzie, którzy mają słabsze zmysły od nas.- dodał.
Potem znaleźli się na niewielkim ryneczku stanowiącym zapewne centrum wioski. Znajdował się tam sklep, parę straganów i plac, na którym zmieściłby się co najwyżej trzy, cztery samochody.
Najpierw wszyscy udali się do sklepu, by wypytać o najbliższy zamek, który widziała Cristina w swoich wizjach.
- Witam państwo. Czym mogę służyć?- spytała po rumuńsku ekspedientka, spoglądając na każde z nich podejrzliwie. Najwyraźniej rzadko zjawiali się tu obcy przybysze.
- Witam panią. Czy gdzieś tu w okolicy znajduje się zamek?- spytał Lucius, biegle posługując się językiem rumuńskim. Cristina, Samael i Vern byli pod wrażeniem.
Ekspedientka spojrzała na Luciusa przerażona.
- Tak, jest.- szepnęła.- Ale to przeklęty zamek. Mieszka w nim nosferatu.- wymówiła ostatnie słowo z wielką trwogą.
- Nosferatu...- odezwała się Cristina, spoglądając na Samaela.- Czyli wampir.- dodała szeptem.
- A więc gdzie znajduje się ten zamek?- spytał Lucius, spoglądając na kobietę.
- Na skraju lasu, przy wielkim dębie, za dużym, białym domem, gdzie mieszka sołtys wsi.- odrzekła ekspedientka jak zahipnotyzowana.- Ale proszę uważać... To mieszkanie diabła.- dodała, drżąc.
- Niech się pani nie martwi. My nie boimy się diabła.- powiedział Lucius, kładąc na ladzie zwitek banknotów.- To w podzięce za informacje.- posłał jej uśmiech, po czym ruszył w kierunku drzwi, a za nim Cristina, Samael i Vern.

Katherine przyglądała się swoim córkom bawiącym się z Abshynthe. Miały już dwa latka. Urosły tyle zaledwie w ciągu dwóch tygodni. Ich dzieciństwo miało być krótkie, więc Kath dbała o to, by nie wiedziały o tym, co się dzieje. Selene i Irina powinny beztrosko się bawić, czuć bezpieczne i kochane. Jeżeli plan Luciusa się powiedzie, Jean nie będzie już groźny. Nie mogła jednak zapomnieć, że Eirene jest potężna. Była starożytnym wampirem, którego trudno zabić. Uczyła się o tym w VES na lekcji historii wampirów. Teraz przypomniała sobie o tym. O klanie królewskim uczono ją tyle, że ustanowił on Kodeks praw, których złamanie podlegało jednej karze- śmierci. Lucius był z pewnością wampirem starożytnym, bo gdyby takowym nie był, nie wrócił by nietknięty po ataku Verna.
- Mam nadzieję, że wszyscy wrócą tu cali i zdrowi...- wyrwał ją z zamyślenia głos Abshynthe. Selene i Irina spały wtulone w siebie na kanapie.
- Ja też... Musi im się udać... To nasza jedyna nadzieja...- odrzekła Katherine, biorąc na ręce Selene. Abshynthe wzięła Irinę. Potem zaniosły je do pokoju i położyły do łóżeczka.


Ostatnio zmieniony przez namida1991 dnia 15:04:36 05-02-11, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Eillen
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7851
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 15:09:10 06-02-11    Temat postu:

Lucius i jego przyjaciele są na tropie Eirene, ale chyba nie spodziewają się, że będą musieli stoczyć walkę z aż dwoma starożytnymi wampirami.
A co do Jeana - trochę szkoda, że się nie nawróci, ale z drugiej strony, gdyby się nawrócił, to Kath pewnie nie byłaby z Vernem, więc już lepiej żeby sie nie nawracał
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
King kong
King kong


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:14:26 08-02-11    Temat postu:

Odcinek 33

Eirene poczuła nagle narastający niepokój.
- Jean.- zerwała się z kanapy, na której siedziała z Remusem i udała się na górę, a on popędził za nią.
Kiedy znaleźli się w pokoju, Jean siedział na łóżku jeszcze ledwo żywy, wpatrzony w okno.
- Co się dzieje?- podeszła do niego Eirene. Remus całą sytuację obserwował stojąc w drzwiach, oparty nonszalancko o framugę.
- Oni tu są... Czuję ich na kilometr...- odrzekł Jean jak zahipnotyzowany.
- Kto?- ubiegł Eirene w zapytaniu Remus, niezadowolony kolejnymi gośćmi.
- Są wśród nich te dwa wampiry, które mnie tak urządziły... Vern i ten starożytny z klanu królewskiego.- powiedział Jean, spoglądając na Eirene.
- Jeszcze mi tu klanu królewskiego brakuje!- zdenerwował się Remus.- Eirene, w coś Ty mnie wpakowała? Specjalnie się zaszyłem w tej wiosce, żeby mnie nie znaleźli, a Ty mi ich ściągasz na głowę?- zapytał z pretensją.
- Remusie, proszę Cię, zabierz stąd Jeana.- odrzekła ona.- Jak najdalej skąd, gdziekolwiek...- poprosiła.
- A Ty?- spytał nagle Jean.
- Nie martw się, poradzę sobie. Pozbędę się ich raz na zawsze...- odpowiedziała mu Eirene, gładząc go po policzku.
- Dobrze, zabiorę go stąd. Wiedz, że robię to tylko dla Ciebie, Eirene.- odezwał się Remus po chwili namysłu.- W końcu Cię przemieniłem i jestem Ci winny pomoc.- dodał, podnosząc Jeana z łóżka.
- Dziękuję. Mam u Ciebie ogromny dług.- odrzekła Eirene.- Spłacę go, obiecuję.- posłała mu uśmiech.
Remus odwzajemnił się jej tym samym, po czym zawołał służbę, która przygotowała samochód i zaprowadziła do garażu Jeana.
- Opiekuj się nim.- poprosiła Eirene, schodząc z Remusem na dół.
- Nie martw się, będę.- zapewnił.- On jest dla Ciebie bardzo ważny, prawda?- zapytał z uśmiechem.
- Nie masz być o co zazdrosny. Wiesz, że Ty jesteś na pierwszym miejscu.- powiedziała Eirene.
- Ależ bynajmniej, nie czuję zazdrości, moja droga. Cieszę się, że Twoje uparte serduszko wreszcie kogoś pokochało.- odrzekł Remus.
- Co? Ja go nie...- urwała, bo sama nie wiedziała, co odpowiedzieć. Przypomniała sobie, jak Jean wypierał się swojej miłości do Katherine, mimo iż wyczuła ją w jego krwi.
Remus nic nie powiedział, jedynie pocałował Eirene w czoło i wsiadł do auta, po czym odjechał z piskiem opon, zostawiając ją z własnymi myślami.

Późnym wieczorem Lucius wraz z Cristiną, Samaelem i Vernem dotarli wreszcie do zamku, w którym miała ukrywać się Eirene wraz z Jeanem.
- Jeżeli oni są tu razem, to będziemy mogli potem wykończyć i jego.- powiedział Vern.
- Pewnie, dwie pieczenie na jednym ogniu.- zgodził się Samael.
- Żeby zabić Eirene, będziemy musieli wyrwać jej serce i spalić je wraz z ciałem, tak?- zwróciła się Cristina do Luciusa.
- Nie spalimy jej serca.- odrzekł on.
- Dlaczego?- do rozmowy włączył się Samael.
- Wiecie do kogo należy ten zamek?- spytał Lucius, kiedy stali na dziedzińcu.- Mieszka tu Remus, brat Romulusa, założyciela miasta Rzym. Mit mówi, że Remus zginął z ręki brata, ale tak naprawdę stał się on wampirem.- zaczął opowiadać.- I to właśnie Remus przemienił Eirene, dlatego nie możemy spalić jej serca. On łączy się z nią poprzez krew i jeśli spalimy serce, poczuje, że Eirene nie żyje.- wyjaśnił.
- Ach, rozumiem. Dopóki serce będzie w całości, Remus nie poczuje, że ona nie żyje...- powiedziała Cristina.
Lucius zatrzymał się przy drzwiach, nasłuchując.
- Tam jest tylko Eirene. Nie wyczuwam ani Remusa, ani Jeana.- odezwał się po chwili.
- Remus wywiózł Jeana na jej prośbę. Nie wiem gdzie, bo Rasmus nic nie zdecydował. Po prostu jechał przed siebie.- powiedziała Cristina, dotykając śladów kół na podjeździe i przymykając oczy.- Ona wiedziała, że się zbliżamy... Jean wyczuł Ciebie i Verna.- zwróciła się do Luciusa.
- Więc pewnie się przygotowała.- dorzucił Samael.
Lucius nie odpowiedział, tylko otworzył drzwi i wszedł powoli do środka. Pozostali poszli za nim. W domu było ciemno i cicho.
Kiedy znaleźli się w obszernej sali balowej, wszystkie światła nagle się zapaliły. Na jednym z gzymsów zdobiących wysoką ścianę ujrzeli szczupłą brunetkę o niezykle kobiecej sylwetce i dzikim spojrzeniu, gotową do ataku.
- Lucius...- wyszeptała.- Wiedziałam, że Jeana zaatakował ktoś z klanu królewskiego, ale nie spodziewałam się Ciebie.- dodała, zmieniając pozycję z kucającej na stojącą.
- Zawsze chciałem Cię dopaść.- uśmiechnął się do niej Lucius.- Schowajcie się na razie, zawołam Was, kiedy będziecie potrzebni.- zwrócił się do swoich towarzyszy, którzy posłuchali go zgodnie. Samael wziął Cristinę i przeszedł z nią do pobliskiej jadalni, a Vern został w sali, chowając się za ogromną kotarą zwisającą ze ściany.
Lucius wpatrywał się w Eirene, a Eirene w niego. W końcu ona zeskoczyła z gzymsu i ruszyła ku niemu. On cofnął się, omijając wymierzony przez nią cios. Potem złapał ją za włosy i z całej siły uderzył o ścianę tak, że posypały się z niej gruzy, odkrywając szary, kamienny mur. Eirene szybko wstała. Użyła swej najlepszej broni- darów mentalnych. Wystarczyło jedno intensywne spojrzenie, a Lucius zgiął się pod wpływem bólu.
- I jak się teraz czujesz, harcerzyku? Myślałeś, że pokonasz mnie w pojedynkę?- zaśmiała się.- Chcesz ocalić swoich towarzyszy... Ależ to poświęcenie z Twojej strony...- szydziła, zwiększając dawkę bólu.- Niestety, kiedy zginiesz Ty, oni również umrą...- dodała, odrzucając go za pomocą telekinezy na drugi koniec sali.
Lucius walczył z jej obezwładniającym darem, mając nadzieję, że da radę wyzwolić się spod jego działania. W końcu był starożytnym wampirem. Wiedział, że potrafi to zrobić.
Vern patrzył na to, jak Eirene poniewiera Luciusa zaciskając pięści ze złości. W końcu nie wytrzymał i wyszedł na środek sali.
- Ty jesteś zapewne Vern. Nieładnie postąpiłeś z Jeanem.- ruszyła w jego kierunku Eirene, powolnym, pełnym gracji krokiem.
- Żałuję, że nie mogłem go zabić.- wyszyczał Vern.- Ale kiedy pozbędę się Ciebie, będę mógł to zrobić bez trudu.- dodał, po czym rzucił przed siebie z ogromną siłą wcześniej już wygenerowane pole morfogenetyczne. Kiedy zetknęło się ono z Eirene, upadła na ziemię, a skóra z rąk, nóg i twarzy zaczęła znikać, tworząc duże rany. Docierając do Luciusa pole zatrzymało się i rozpłynęło.
- Chciałeś mnie zabić tym poletkiem, głupcze?- zaśmiała się szyderczo, wstając. Jej rany szybko się zasklepiły. Kiedy już chciała rzucić się na niego, ktoś przytrzymał ją za gardło. Był to Lucius, który uwolnił się wreszcie od działania jej daru.
- Dzięki Vern za odwrócenie uwagi Eirene.- zwrócił się do chłopaka, trzymając ją w mocnym uścisku.
- Myślisz, że długo tak dam Ci się trzymać?- powiedziała, szarpiąc się.
- Z pewnością nie, dlatego zawołam resztę znajomych.- odrzekł Lucius z uśmiechem, po czym zawołał Samaela i Cristinę.- Samaelu, wiesz co masz zrobić.- zwrócił się do niego.
Ten jednym ruchem ręki rozłożył okrąg z kryształów wokół nóg Eirene, uważając by nie objąć nim swego towarzysza. Lucius wyrwał serce Eirene, po czym puścił puścił, a Samael jednym gestem uwięził ją w kręgu ognia.
- Nie!- upadła na kolana, trzymając się za rozerwaną pierś.
- Teraz Rasmus będzie myślał, że nadal żyjesz... Nie ostrzeże Jeana, żeby poszukał innego starożytnego wampira.- powiedział Lucius, patrząc na jej serce, które nadal trzymał w dłoni.- Nie będzie już posiadał Twej siły, niezniszczalności, darów... Dodatkowo zawiozę te serce do Włoch jako dowód dla Klanu królewskiego, że wykonałem karę na najbardziej poszukiwanej przestępczyni w świecie wampirów...- dodał, spoglądając na nią z tryumfem, po czym skrzętnie ukrył serce do materiałowego woreczka i włożył do kieszeni płaszcza.
- Lucius, błagam... Ja tylko... Ja tylko chciałam go ocalić...- wyszeptała błagalnie Eirene.
- Samaelu.- powiedział Lucius, dając mu oczami znak.
W dłoniach Samaela pojawiła się płonąca kula, którą rzucił w uwięzioną wampirzycę. Potem słychać było tylko jej krzyk. W końcu po Eirene został tylko proch.

Jean zbudził się w hotelowym łóżku, cały zlany potem.
- Eirene... Oni ją zabili!- krzyknął, podnosząc się gwałtownie.- Widziałem, jak ją zabijali...- mówił spanikowany.
- To tylko koszmar.- powiedział Remus, stojąc przy oknie i patrząc na ulicę.- Ona żyje.- odwrócił się w jego stronę.
- Skąd wiesz?- spytał Jean, wpatrując się w jego twarz.
- Przemieniłem Eirene, więc poczułbym, gdyby umarła. Tak samo ona wyczułaby, gdybym ja zginął. Łączy nas swoista więź.- odrzekł Remus, opierając się plecami o parapet okna.
- To dobrze.- powiedział Jean, a w jego głosie dało się słyszeć wyraźną ulgę.- Gdzie jesteśmy?- spytał, rozglądając się po pokoju.
- Na Ukrainie, w wiosce pod Kijowem, w małym hoteliku.- odrzekł Remus wyraźnie znudzony.
- Jak długo tu będziemy? Mam sprawę do załatwienia.- powiedział Jean, wstając z łóżka.
- Zostaniesz tu tak długo, aż się całkiem zregenerujesz, a potem pójdziesz gdzie chcesz.- odezwał się Rasmus.- Potrwa to jeszcze przynajmniej dwa tygodnie.- dodał.
- A co z Tobą?- spytał Jean.
- Cóż...- zamyślił się.- Z pewnością nie wrócę do mojego zamku w Rumunii... Skoro był tam ktoś z Klanu, to na pewno niedługo zrobią nalot z całą armią, więc niestety będę musiał poszukać innej kryjówki.- powiedział po chwili, ponownie odwracając się do okna i wlepiając wzrok w okno.


Ostatnio zmieniony przez namida1991 dnia 18:07:42 13-02-11, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Eillen
Generał


Dołączył: 25 Lut 2010
Posty: 7851
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ..where the wild roses grow...
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 15:47:41 13-02-11    Temat postu:

No proszę - Eirene zadurzyła się w Jeanie Szkoda, że tak kiepsko skończyła. Za to przyjaciele Kath po raz kolejny udowodnili, że razem są w stanie pokonać każdego.
Teraz kiedy Eirene nie żyje, Jean nie ma już tak wielkiej mocy więc pewnie gładko im z nim pójdzie. Ciekawa jestem czy darują życie Remusowi..
Pozdrawiam:*
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
King kong
King kong


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:59:27 19-02-11    Temat postu:

Przepraszam, że tak krótko...

Odcinek 34

Lucius udał się od razu do Rzymu, zostawiając pozostałych, i dziękując im za pomoc. Samael teleportował siebie, Cristinę i Verna z powrotem do Palermo. Do zamku Cristiny wrócili następnego dnia koło południa. Musieli się śpieszyć, bo niebo było niemal bezchmurne. Vern i Cristina nie mogli zwracać na siebie uwagi ludzi swoją błyszcącą w słońcu skórą. Zdążyli na szczęście na czas. Katherine i Abshynthe przywitały ich gorąco.
- Vern, tak się cieszę, że wróciłeś...- mówiła Kath, tuląc do siebie ukochanego.
Abshynthe witała się długo z matką i Samaelem. Radości nie było końca, aż do pewnego momentu.
- A gdzie jest Lucius?- spytała Katherine, dostrzegając jego nieobecność.
- Zabrał serce Eirene do Rzymu, jako dowód dla Klanu królewskiego, że ją dorwał.- wyjaśniła Cristina.
- Była ścigana przez Klan,i się doigrała.- dodał Samael.
- To teraz musimy tylko czekać na przybycie Jeana.- podsumowała Abshynthe.
- Tak. Teraz mamy na głowie tylko jego. Na szczęście.- powiedziała Kath, tuląc się do Verna.

Jean przez kolejny tydzień regenerował siły, polując na ludzi z wioski. Ćwiczył też walkę, by odzyskać sprawność. Chciał być w pełni przygotowany do starcia z Kath i jej przyjaciółmi. Każdego dnia pielęgnował w sobie nienawiść, jaką czuł do niej, jednocześnie zagłuszając swoje uczucia, by nie przeszkodziły mu w wykonaniu jego planu. Wyłączył rozum, zostawiając jedynie instynkt, który prowadził go do obranego celu- do Katherine.

Vern bawił się z Selene i Irinką w ogrodzie. Kath rozmawiała w tym czasie z Abshynthe, siedząc w salonie.
Dziewczynki biegały dookoła niego, śmiejąc się wesoło. Minęły zaledwie cztery tygodnie od ich narodzin, a one miały już cztery lata, umiały dobrze mówić i rozumiały więcej, niż dzieci w ich wieku.
- Dlaczego mama jest smutna?- spytała nagle Selene.
Vern spojrzał na nią, nie wiedząc, co powiedzieć.
- Cóż... Mama ma pewnie swoje zmartwienia...- odrzekł w końcu.
- Chodzi o tego złego tatę, Jeana.- odezwała się Irina.- Jak spałam, to słyszałam wszystkie rozmowy.- dodała, spoglądając na zszokowanego Verna.
- Czy to prawda?- spytała Selene.
- Tak, Irina ma rację.- odrzekł Vern.- Ale nie mówcie mamie, że o tym wiecie... Ona nie chce, żebyście musiały się przejmować tą sprawą. Macie krótkie dzieciństwo, więc korzystajcie z tego.- poprosił, spoglądając to na jedną, to na drugą.
- Dobrze.- od razu zgodziła się Selene.
- Dobrze.- powtórzyła Irina zrezygnowana.
Potem wrócili do zabawy.

James czuł się już całkiem dobrze. Krew Jeana zmieszana z krwią Eirene pomogła mu bardzo. Abshynthe była z tego powodu niezwykle szczęśliwa.
- Śliczna z nich para.- zachwycała się córką i jej narzeczonym Cristina.
Katherine patrzyła na nich z tkliwością, wspominając siebie i Verna.
Te cztery tygodnie były tak leniwe i spokojne, że wszyscy nieomalże zapomnieli o zagrożeniu, jakie na nich czychało. I wtedy właśnie nastąpił atak.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze zakończone telenowele i seriale Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następny
Strona 5 z 6

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin