Forum Telenowele Strona Główna Telenowele
Forum Telenowel
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Nunca mire detrás
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 39, 40, 41
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze telenowele
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3122
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 14:16:42 10-11-19    Temat postu:

Temporada III C 009
Emily/ Victoria/ Fabrcio

Pierwsze promienie słońca połaskotały ja w policzek. Przeciągnęła się leniwie mimowolnie przesuwając dłonią po pustym miejscu. Strona po której sypiał Fabricio była już zimna. Jej mąż od kilku dni wstawał wcześnie rano kładł się późno żartując że Emily wyrabia za nich oboje nadgodziny. Blondynka odkąd była w ciąży miała problem z podniesieniem się z łóżka. I gdyby nie od czasu do czas odzywający się pęcherz i żołądek już dawno dorobił by się odleżyn. Wstała powoli z łóżka kierując swoje kroki do kuchni. Miała nadzieję że mąż przygotował dla niej śniadanie. Emily wreszcie odzyskiwała apetyt. Nadal jadła mało, ale przynajmniej żołądek nie buntował się już tak często jak na początku ciąży. Daleko było jej jednak do huraoptymizmu. Lekarka powtarzała że będzie lepiej, że przy ciąży mnogiej symptomy mogą się nasilac lecz jedynie myśl o dwóch małych istotkach poprawiła jej nastrój. Wychodząc do kuchni instynktownie położyła dłoń na brzuchu.
Informacja o bliźniakach zaskoczyła ich oboje. Pragnęli dziecka jednego ale przewrotny los zgotował im niespodziankę w postaci dwóch maluszków co dla Emily było przede wszystkim błogosławieństwem. W życiu doświadczyła wiele złego, widziała jaki los jest wstanie zagotować człowiek drugiemu człowiekowi jednak te dwie małe Kruszynki dawały jej nadzieję na lepsze jutro. I tak może to było głupie myślenie, lecz po tym co przeszli ona Fabricio i ich bliscy odrobina szczęścia spokoju była nawet wskazana. Sięgnęła po babeczki. Jedzenie ciastek na śniadanie nie było być może zbyt dobrym pomysłem, ale z drugiej strony kto kobiecie w ciąży zabroni. Wzięła z talerza druga ruszając na poszukiwania męża. Wczoraj mówił jej ze będzie pracował z domu. Ponownie i coś jej mówiło że zachowanie Guerry nie jest tylko związane z jej obecnym stanem. Od jakiegoś czasu zachowywał się jak nadopiekuńcza kwoka albo raczej kogut. Emily wiedziała, że coś się za tym kryje. Tylko co?
Zapytany wprost zaprzeczy. Znała ukochanego i doskonale zdawała sobie sprawę że chce aby unikała stresów tylko jego milczenie coraz bardziej ja niepokoiło. Postanowiła dać mężowi czas albo jeśli go nie będzie pomyszkować w jego gabinecie. Rozejrzał się po pomieszczeniu i uśmiechnęła się pod nosem oblizując palce z czekolady.
Na jednej z dwóch tablic znajdujących się w gabinecie były wszelkie informacje na temat kampanii wyborczej Severina na drugiej zaś informacje związane z pracą. Emily spojrzała na wydrukowane wykresy niewiele rozumiejąc z kolorowych szlaczków. Cóż matematyka nie była nigdy jej mocna strona. Podeszła bliżej do tablicy związanej z kampania. Ta była zdecydowanie bardziej interesująca. Fabricio używał do niej języka angielskiego na przemian z hiszpańskim. Wszelkie artykuły dotyczące Conrada, notki prasowe czy sondaże były w urzędowym języku Meksyku zaś plany dnia, pomysły w ojczystym języku ich oboje. W takim mężczyźnie się zakochała.
Pokochała go za analityczny umysł, umiejętność łączenia bycia humanista i umysłem ścisłym, za dobre serce i łobuzerski uśmiech. Emily sięgnęła do przypiętej na tablicy fotografii. Uśmiechnięci od ucha do ucha. Zdjęcie zrobiono na przyjęciu urodzinowym Conrado. Nie pamiętała kiedy je zrobiono, nie wiedziała nawet że ukazało się w prasie, ale podobało się jej. Oboje byli na nim tacy szczęśliwi, radośni i nie udawali niczego. W tamtym momencie mimo zmęczenia była naprawdę szczęśliwa. Uwagę blondynki przyciągnęło jeszcze jedno zdjęcie. Conrado i Fabricio obejmujący się i szczerzący zęby w uśmiechu. Wyglądali nie tylko jak dwaj najlepsi przyjaciele ale bardziej jak bracia. I wiedziała że Fabricio właśnie tak traktuje Conrado. Jak starszego brata, którego nie dane było mu mieć. Zerknęła na terminarz. Fabricio był na pikniku rodzinnym. I jego małżonka niezwłocznie postanowiła się tam udać, ale najpierw zamierzała się ubrać.
***
Victoria wchodząc do pobliskiego parku zmierzwiła synkowi włosy. Hermes idący na smyczy rzucił łbem w prawo to w lewo. Zdecydowanie nie był przyzwyczajony do noszenia kagańca. Javier pomachał im ręką Victoria poczuła jak dłoń synka wyślizguje się z jej dłoni a chłopiec biegiem rusza w jego kierunku. Magik posadził go sobie na ramionach, aby malec lepiej mógł wszystko zobaczyć. Park miejski, który przez wiele lat pozostawał zapuszczony i straszył mieszkańców teraz dostawał nowe życie.
Gideon Ochoa, którego sylwetkę widziała w oddali postanowił kontynuować projekty zapoczątkowany jeszcze za kadencji zmarłego burmistrza. Od stycznie dwa tysiące piętnastego roku firma Hektora Reynoldsa i Deana Samaniego prowadziła pracę rewitalizujące na terenie całego miasta. Pierwszą częścią projektu była całkowita renowacja Parku miejskiego, który straszył swą brzydotą od lat. Dziś miejsce imienia Alfonsa Solano zyska nowe życie. Uczniowie mieszczącej się w mieście szkoły podstawowej we ścisłej współpracy z ośrodkiem kierowanym przez Juliana Vazqueza pomogli w sprzątaniu, dzieciaki, z ośrodka których spora część była uczniami szkoły pomogła także w odbudowie zniszczonych przez czas i ludzi miejskich ławeczek, które pomalowane zostały we wszystkich kolorach tęczy. Tym samym zarówno szkoła jak i ratusz, ale także sam doktor Vazquez wytrącili argumenty z rąk Fernando Barosso. Victoria uśmiechnęła się z satysfakcją.
We wtorek odbywał się ogłoszony przez Gideona piknik rodzinny. Dzieci dostały wolny dzień w szkole i teraz kręciły się po parku zerkając z ciekawością w stronę ustawionej nieopodal sceny, były stragany z jedzeniem, gdzie nawet dostrzegła logo “Gry Anioła” Javier jednak był tutaj przede wszystkim jako tata. Alexander błądził z zachwytem po wszystkich kolorowych budkach. Szarpnął Reverte za włosy wskazując kierunek, w którym chcę pójść.
— Kupię małemu watę cukrową — wytłumaczył żonie i zostawił ją na chwilę tylko i wyłącznie w towarzystwie psa. Hermes siedział obok niej. Po chwili ruszyła w kierunku zaparkowanych radiowozów i wozu strażackiego wokół którego toczyły się dzieciaki. Dziś każdy mógł zajrzeć do środka i włączyć syrenę. Victoria w tłumie dostrzegła Magika i synka, który pałaszową słodką watę cukrową. Reverte postawił dziecko na ziemi. Z pewnej odległości przypatrywała się jak podchodzi do nich Pablo i przyklęka przy maluchu. Po upływie kilku minut Alec wyciągnął upaćkaną watą rączkę i pozwolił zaprowadzić się do radiowozu. Ośmielony i zachęcony przez Diaza wsiadł do środka. I zaczął trąbić w klakson co dorośli skwitowali śmiechem a dzieciaki zaczęły piszczeć z uciechy.
— Jest zachwycony — Victoria aż podskoczyła —wybacz nie chciałem cię przestraszyć.
- Nic się nie stało — odparła z uśmiechem - i masz rację, jest zachwycony. Tłum nadal go przeraża ale wierzę że z czasem stanie się bardziej otwarty – uśmiechnęła się lekko.
- Fabricio wspominał że mamy razem sądzić drzewo – zmienił temat Severin. Nie czuł się zbyt dobrze w tematach około dziecięcych. – rekomendował a wręcz nakazywał buka.
- Nie będzie ich? - Zapytała wyraźnie zaniepokojona blondynka. W ciągu ostatnich tygodni rzadko widywała Emily.
- Kręci się gdzieś tutaj , Fabricio doradzał mi wybór drzewa na wypadek gdyby nie zdążył. - wytłumaczył przyjaciela. Sam czujni rozejrzał się po tłumie ludzi. Gdzieś w oddali minął mu Nicholas Barosso. Victoria chwyciła go pod łokieć i ruszyła w kierunku miejsca gdzie wydawane a nieopodal sądzono drzewa.
- Powiem mu – powiedziała wprost z lekkim uśmiechem na ustach. Mówiła cicho a jej słowa były przeznaczone tylko dla jego uszu.
- To dobry pomysł? – Zapytał ją Conrado jednocześnie rozglądając się za hukiem. Nie miał pojęcia jak wygląda buk.
- Pewnie nie
- Mimo to mu powiesz. Przepraszam – zwrócił się do mężczyzny pilnują ego porządku przy drzewach – macie może buka?
- Tak, proszę za mną został specjalnie dla Pana odłożony - mężczyzna ruszył przed siebie a Conrado i Victorii nie pozostało nic innego jak pójść za nim. Mężczyzna przekazał im drzewko i wrócił do swoich obowiązków. Przed odejściem wskazał im także miejsce. Znajdowało się ono na środku polany. Fabricio zadbał o to aby każdy to zobaczył a przede wszystkim dziennikarze. Conrado uśmiechnął się pod nosem.
- Uważasz, że nie powinnam tego robić?
- Uważam, że powinnaś zrobić to co uważasz sama za słuszne. I być ostrożna. Krew nie woda.
- Wiem, ale wiem także co czuje. Wiele bym dała aby usłyszeć coś takiego od kogoś – uśmiechnęła się – Poza tym ma u mnie dług.
- Zamierzasz go wyegzekwować?
- Być może – Odparła
Fabricio że swojego miejsca widział doskonale cała scenkę uznając, iż wybór miejsca miał w tej kwestii kluczowe znaczenie. Ludzie widzieli ich bardzo dobrze. Uśmiechnięci, szepczący między sobą, dziennikarze którym szepnął słówko że zdjęcia wyjdą lepsze jeśli zrobią je z oddali, kamery telewizyjne. To wszystko razem miało swój urok. Blondyn nie potrafił się jednak odprężyć. Ciągle miał przed oczami Emily na zdjęciach nadesłanych przez przeklętego Santosa!
Pieprzony gad! Intuicja podpowiadają mu, że tym razem były protegowany Przyjęcie la nie zniknie z jego życia tak łatwo. Oczywiście przemilczał ten fakt, brunet miał dużo spraw na głowie a jego gdybania bynajmniej nie poprawia mu nastroju. I to właśnie z powodu Santosa zdecydował się pracować w domu. Miał oczywiście świadomość iż Emily jego nadopiekuńczością jest coraz bardziej zirytowana i podejrzliwa. Nie zdziwiłby się gdyby teraz przerzucała dokumenty na jego biurku w celu uzyskania informacji. Znał ukochana i wiedział że się martwi. Nie powiedział jej tylko dlatego, żeby nie martwiła się jeszcze bardziej co oczywiście miało odwrotny skutek
Fabricio obawiał się że Santos zacznie mówić albo co gorsza sprzymierzy się z Barosso. Staruch wiedział. O Conrado wiele ale czy wszystko? Santos był śliski typem. I należało na niego uważać gdyż mógł przysporzyć im wielu problemów. Spojrzenie blondyna powędrowało w kierunku Cosme, który sądził z Javierem i małym Alexandrem kwiaty. Westchnął cicho.
Rozmawiali że sobą krótko po raz pierwszy od urodzin żony. Trzydziestolatek odnosił wrażenie że mężczyzna ma do niego żal za to jak chłodno potraktował go w kwietniu, jego i Ethana, albo że nie odwiedzał go w ciągu minionych tygodni. Fabricio mimo szczerych chęci nie miał czasu na wypadanie w odwiedziny czy picie herbatki. Pracował na dwa etaty, nie dosypiał a czas który miał dla siebie wolał spędzać w towarzystwie żony, która dostrzegł w tłumie.
Miała na sobie sukienkę w kolorze czerwonym w drobne białe groszki. Włosy rozpuścił. Fabricio zauważył iż blondynka coraz częściej chodzi w sukienkach. Pracując w terenie ów strój nie był zbyt praktyczny. Bieganie za bandytami w sukienkach nie było zbyt wygodne zaś na emeryturze mogła pozwolić sobie na odrobinę snobizmu. Uśmiechnął się do niej kiedy ich spojrzenia się spotkały. Emily podeszła do niego i stanęła na palcach całując go na powitanie w usta. Pachniała czekolada.
- Dzień dobry – przywitał się obejmując ja w tali. – Znalazłaś mnie.
- To nie było wcale takie trudne – odpowiedziała – zostawiłeś grafik przypięty do tablicy.
- Byłaś w moim gabinecie
- Szukałam cię – odpowiedziała wzdychając obróciła się w jego ramionach. Plecami oparła się o jego tors. – Co się dzieje? Zapytała wprost.
- Rewitalizacja parku miejskiego. Sadzenie drzewek, rabat z kwiatami, dzieciaki Ośrodka pomalowany ławki i jak widać – wskazał najbliższą nich – ktoś dobrał się do różowej farby.
- Przestań po prostu przestań – syknęła wyślizgując się z jego objęć. – przestań karmić mnie kłamstwami i powiedz wreszcie prawdę! – krzyknęła a kilka głów odwróciło się w ich kierunku. – Od kilku dni zachowujesz się dziwnie, przesiadujesz całe dnie w domu, nadskakujesz mi
- To się nazywa troska
- Raczej mydlenie oczu – mruknęła. – Ukrywasz coś przede mną – utrwala. – I tak jestem w ciąży – dodała cichszym tonem – ale hormony nie zamieniły mi mózgu w papkę o konsystencji kaszki więc jeśli będziesz chciał pogadać będę w domu – odparła i ruszyła w kierunku parkingu. Fabricio po chwili pobiegł za żona.

***
Castiel Samaniego zrezygnował z udziału w pikniku rodzinnym wymawiając się papierową robotą. Miał prace do sprawdzenia, które już od kilku dni zaległy na jego biurku jednak zamiast przeczytać wypracowania uczennic siedział wpatrując się jakiś punkt przed sobą Ze sterty wypracowań wyciągnął to napisane ręką Glorii. Tematem było : Mój bohater. Gloria opisała swojego tatę Gideona. Tekst zawierał mnóstwo wykrzykników a nad i były serduszka. Cass zazwyczaj przymykał oko na ozdobniki liczyła się treść lecz w tym momencie nie miał ochoty zagłębić się w laurkę jaka córką wystawiła ojcu. Odłożył wypracowanie i zamyślił się.
Gloria Ochoa została jego uczennica Castiela od nowego roku szkolnego. Dziewczynka została przeniesiona z innej placówki do szkoły podstawowej w Valle de Sombras. Uśmiechnięta, drobna dziewczynka za każdym razem kiedy widział ja w trzeciej ławce boleśnie przypominała mu o błędzie który popełnił w styczniu zeszłego roku. Gdyby mógł cofnąć czas, westchnął
Relacje z kobietami zawsze cechowała nieśmiałość. Przy przebojowym, głośnym bracie zawsze cichł, robił się mrukliwy i markotny. We własnych oczach uważał się za kogoś gorszego i zawsze zazdrości bratu pewności siebie. Kobiety lgnęły do niego jak ćmy do światła. Dean przebiera i bawił się kobietami kiedy Cass w obecności starszego brata zapomniał języka w gębie. Fakt iż byli identycznie niczego mu nie ułatwia. To co różnił obu mężczyzn od siebie to pasma siwizny przeplatające się z czernią. A od jakiegoś czasu zarost. To nadawało mu powagi i dodawało lat. Wszystko zmieniło się tamtego styczniowego dnia kiedy poznał Lucie. Po raz pierwszy ktoś widział jego a nie Deana. Czuł się ważny i kochany. Fakt że kobieta była od niego starsza absolutnie mu nie przeszkadzał.
Na początku swojego związku z Lucia nie wiedział że ma męża. Poznali się na szybkich randkach w Klubie Samotnych Serc w Monterrey. Między nimi zaiskrzyło ale sprawy toczyły się własnym tempem. O tym że ma męża dowiedział się we wrześniu kiedy do jego klasy dołączyła Gloria Ochoa wszystko zaczęło układać w logiczna całość. Zawsze spotykali się u niego nigdy u niej, w hotelach w Monterrey, zawsze jej się spieszyło, opowiadała mu o chorej matce która się opiekuje a tak naprawdę miała męża i dwójkę dzieci. Wstał nie mogąc usiedzieć w miejscu. Zaczął spacerować po kuchni.
Dał się wykorzystać. Lucia uwiodła go swoim zainteresowaniem literatura, sztuka, słuchała go, rozśmieszała go. Przy niej po raz pierwszy od lat się żywy. Wszystko zmieniło się we wrześniu. W ich relacje wdał się chłód jednak dalej kontynuował romans. Mimo świadomości że ma męża, rodzinę nie potrafił z niej zrezygnować. Rzuciła go w listopadzie zeszłego roku zaś w styczniu jej nastoletni syn rozwalił mu samochód. Castiel przekonał Pablo Diaza aby nie oskarżał nastolatka którego uchwycił szkolny monitoring. Diaz nawet jeśli domyśl się powodów wyrzucił policyjny raport do niszczarki. Cass od tamtej pory do pracy dojeżdżał rowerem. Nikomu nie przyznał się do romansu z mężatką. Było mu zwyczajnie wstyd. Zakochał się w starszej od siebie kobiecie, z dwójką dzieci i mężem na karku a Lucia okazała się być nie warta jego uczuć. Najgorsze w tym wszystkim było to, że każdego ranka w dni robocze widywał jej córkę, na wywiadówce rozmawiał z jej byłym mężem nie mając nawet odwagi aby spojrzeć mu w oczy. Popełnił błąd i będzie płacił za niego do końca życia.
Drzwi do klasy otworzyły się a do środka wpadła Merida radośnie merdając ogonem. Cass instynktownie położył dłoń na jej łbie aby po chwili przenieść spojrzenie na kobietę stojąca w drzwiach.
Yvette Chavez stała w progu ramieniem opierając się o framugę.
- Cześć – odezwała się wchodząc do środka. Castiel wyprostował się posyłając przyjaciółce blady uśmiech. Obserwował jak odkłada klucze na komorę.
- Szukałaś mnie? – zdziwił się mężczyzna.
- Tak szukałam cię skoro od miesięcy mnie unikasz – odpowiedziała robiąc krok do przodu.
- Nie unikam – zaprzeczył a Yvette prychnęła pod nosem dając mu jasno do zrozumienia co myśli.
- Unikasz mnie – powtórzyła – od wesela Javiera i Victorii ciągle mnie zbywasz, ciągle słyszę nie mam czasu, innym razem i tak w kółko. Co zrobiłam nie tak?
- Spałaś z moim bratem – wypalił za nim zdążył ugryźć się w język. – Widziałam cię w jego łóżku.
- Byłam pijana
- To cie nie usprawiedliwia – wszedł jej w słowo.
Yvette jednym uderzeniem dłonią w udo przywołała do siebie suczkę, przypięła jej smycz do obroży.
- Wracajmy do domu maleńka – ruszyła w kierunku drzwi. Zamknęła je cicho za sobą z trudem przełykając ślinę. Yvette Chavez mieszkała niedaleko, lecz trasę pokonała równym miarowym tempem nie zwracając uwagi na przybierający na sile deszcz. Przezroczyste krople mieszkały się z łzami
Taka ja właśnie zobaczył Dean. Bez słowa doprowadził ja do mieszkania w pod dachem przytulił do siebie. Nie mówię nic. Kiedy zasnęła pojechał do brata gdyż domyśla się że to ten kretyn doprowadził ja do płaczu. Wszedł do środka korzystając z zapasowych kluczy. Najpierw skierował się do kuchni i wyciągnął z lodówki dwa piwa. Jedno postawił przed bratem na stoliku do kawy z drugiej butelki pociągnął solidny łyk.
- Spała że mną w jednym łóżku - odezwał się – w mojej koszuli, ale nie uprawialiśmy seksu. Jest słodka, urocza bywa straszliwie naiwna, ale nie w moim typie – wyciągnął z kieszeni telefon i odblokował go w galerii znajdując odpowiednie zdjęcie. Położył telefon na blacie widząc jak spojrzenie brata wędruje w tamtym kierunku. Upił łyk piwa.
- Nazywa się Gael Cordoba – przedstawił mężczyznę z fotografii i dopiero teraz odważył się spojrzeć na brata. – Jestem gejem.
- Te wszystkie kobiety...
- Przedstawiłem ci kiedyś któraś? – Zapytał go. – Zmyślałem je.
- Dlaczego?
Dean wybuchną śmiechem.
- Dlaczego? Serio? – pokręcił w rozbawieniu głową – Jestem gejem braciszku. Wiem o tym od szesnastu lat i lata zajęło mi zrozumienie, że nie jestem zboczeńcem. Jestem normalny, to że kocham inaczej nie czyni mnie złym człowiekiem czy grzesznikiem jak nazywa nas babcia. Społeczeństwo nienawidzi ludzi takich jak.
- Ja cię kocham – powiedział wprost. – Gej czy nie zawsze będziesz moim bratem.
***
Dean i Castiel Samaniego Chris Evans
Gael Sebastian Stan.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3122
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 21:47:21 24-11-19    Temat postu:

Temporada III C 010
Victoria /Alba/ Dean/Castiel/ Nicholas
Rewitalizacja parku okazała się być sukcesem a piknik rodzinny cieszył się tamtego dnia dużym zainteresowaniem. Burmistrz Ochoa trafił w dziesiątkę kontynuując politykę zamarłego Solano jednocześnie świadomie czy też nie utarł nosa Fernando. Mężczyzna bowiem twierdził, iż ośrodek dla młodzieży jest wylęgarnią przestępców. Wspólnie z Julianem Vazquezem pokazali wszystkim jak bardzo kontrkandydat w wyborach się myli. To były dobre dzieciaki, trochę nieokrzesane, ale zyskiwały przy bliższym poznaniu. Victoria wpatrując się w swoje zdjęcie z Conrado opublikowane na okładce jednej z gazet uśmiechnęła się pod nosem z satysfakcją.
Ona i Conrado wyglądali jak para spiskowców. Uśmiechnięci, szepczący między sobą i wspólnie sadzący drzewko. A w środku skwaszony Fernando. Fabrcio nie mógł wpaść na lepszy pomysł, aby tamtego dnia trzymać dziennikarzy z daleka. Barosso nie miał powodów do zadowolenia i bynajmniej sytuacja nie miała się zmienić w najbliższym czasie. W jednym z brukowców wydawanym w Monterrey, ale dostępnym w kioskach w miasteczku ukazał się artykuł jakoby Tristan Sawyer miał coś wspólnego z Barosso. Autor tekstu jasno sugerował iż mężczyzna jest jego siostrzeńcem. Fakt był to najnowszy news, ale po raz pierwszy okazał się w prasie drukowanej. Victoria nawet wracając z porannych zakupów udając zaskoczoną przed sprzedawczynią zakupiła codziennik. Skłamałaby mówiąc, że nie cieszy jej zła prasa Barosso.
Całe życie się go bała. Przerażał ją nawet wtedy kiedy mijała go na ulicy i gdyby ktoś w sierpniu zeszłego roku powiedział jej że pewnego dnia pojawi się ktoś kto może mu zagrozić zapewne wybuchnęła by śmiechem. Byłby jeszcze bardziej rozbawiona gdyby ktoś dodał, że ona będzie miała w sobie tyle siły, aby tej osobie pomóc. Życie całe szczęście potrafi zaskoczyć.
Victoria postanowiła tą siłą podzielić się z innymi kobietami, młodymi dziewczynami a nawet tymi najmłodszymi. Fabricio, któremu jakiś czas temu przedstawiła swój pomysł najpierw zmarszczył brwi a później uśmiechnął się szeroko. Victoria musiała przestać być jedynie piękną ozdobą dołączoną do kampanii, ale także aktywnie działać. Dlatego też wpadła na pomysł zajęć z samoobrony Nikt poza Magikiem i najbliższym kręgiem znajomych nie wiedział, że pasją Victorii. Dzięki sztukom walki czuła się silna, mocno stąpała po ziemi. Czuła się także bezpieczna. I chciała aby mieszkanki miasta także czuły się silne i bezpieczne.
Sala gimnastyczna była pełna kobiet i zaciekawionych rozchichotanych mężczyzn którzy usiedli na trybunach i szeptali między sobą. Sądzą zapewne, że zwariowałam, przemknęło jej przez myśl. I tak i ona myślała jeszcze kilka lat temu kiedy Peter Pan zaczął ją uczyć aikido wyglądała dokładnie tak jak obecne na sali kobiety. Była przerażona i zaciekawiona jednocześnie. Obserwowała jego i Magika z szeroko otwartymi oczami a po latach od tamtych wydarzeń była dumną posiadaczką czarnego pasa i tytułu instruktorka aikido. Teraz chciała aby te wszystkie wylęknione kobiety przestały się tak czuć. Zbyt dobrze znała to uczucie. Zsunęła z ramienia torbę. W tłumie dostrzegła Emmę, Nadię, Arianę. Wiedziała bowiem, że przyszły ją tutaj wspierać i była im za to niezmiernie wdzięczna. Na trybunach rozsiadł się Magik z Aleckiem, Fabrcio obok którego siedział Conrado. Cieszyła się z ich obecności.
Victoria zrezygnowała z tradycyjnego stroju aikido co zapewne nie spodobałby się jej instruktorowi ze Stanów Zjednoczonych, ale uznała iż trening ma być przyjemnością i minimalnym wydatkiem dla miejscowych kobiet. Nie chciała obciążać ich dodatkowymi kosztami. Na sali rozłożono maty, które miały chronić przed urazami.
— Dobry wieczór — przywitała się uśmiechając się lekko do kobiet. Chciała tym samym dodać im otuchy. — Dziękuje za tak liczne przybycie — zaczęła — zarówno wam jak i naszej publiczności. Wiem, że jesteście przestraszone i nie macie pojęcia czego spodziewać. Obawiacie się, że zrobicie coś złego albo naszej publiczności, która wybuchnie śmiechem. Byłam na waszym miejscu i powiem wprost to nie będzie łatwy wieczór a następnego dnia będziecie czuć mięśnie z których istnienia nie zadawałyście sobie sprawy. I jeśli będziecie przychodzić regularnie to z czasem znajdziecie równowagę między ciałem a duchem. Zapomnijcie po publiczności to wasz czas. I tak ci tam z tyłu — wskazała na nich ręką — będą się śmiać będziecie to słyszeć bardzo wyraźnie. Będą komentować i stwierdzą, że upadłyśmy na głowę trudno kiedy skopiemy im tyłki gwarantuje zmienią zdanie.
— Skopałaś kiedyś tyłek takiemu komuś? — zapytała niepewnie jakaś szatynka z tyłu.
— Tak.
— I co się z nim stało?
— Został moim mężem — odparła z rozbrajającą szczerością. — Zacznijmy więc od rozgrzewki.

***
Chrzest święty połączony z przyjęciem urodzinowym Alexandra okazał się być sukcesem. Zarówno świeżo upieczeni rodzice jak i goście zakończyli wieczór w szampańskich nastrojach i z uśmiechami na ustach. Victoria mimo początkowych obaw była zadowolona a mały Alec był zachwycony. Chłopiec zasnął późno w nocy z uśmiechem na ustach. Po raz pierwszy spał sam w swoim pokoju co państwo Reverte uznawali za spory sukces. Na początku tygodnia jednak należało wrócić do rzeczywistości, która miała dużo bardziej wyblakłe kolory niż wczorajszy wieczór.
Victoria postawiła przed synkiem miseczkę czekoladowych płatków śniadaniowych i zmierzwiła malcowi włosy.
Nicholas Barosso nie wyrządził jej żadnej krzywdy. Fakt popełnił kilka czynów które potępiała jednak ich konsekwencje bezpośrednio nie dotknęły Revertówny więc była skłonna spojrzeć na niego przychylniejszym okiem. Wiedziała bowiem jak to jest żyć ze skutkami swoich niekoniecznie dobrych wyborów. To co jednak ją zastanawiało; to czy można mu ufać? Czy Nicholas nadal jest ślepo lojalny ojcu czy też nie? Nie miała pojęcia czy wyjawienie mu prawdy o Alejandrze nie będzie miało zgubnych skutów dla nich wszystkich? Westchnęła ściągając tym samym spojrzenie Alexandra, który chwycił ją za rękę i zacisnął na niej swoją dłoń.
— Wszystko w porządku skarbie — zapewniła go. — Mama się zamyśliła — odłożyła do zlewu kubek po kawie i podeszła bliżej dziecka, które nadal trzymało ją za rękę. Aleca nada łatwo było spłoszyć, albo zmartwić. Pogładziła go czule po policzku. Hermes leżący nieopodal poderwał do góry łeb a ogon uderzył o podłogę. Do kuchni wszedł Javier. Alexander zeskoczył z krzesła i podbiegł do ojca.
— Cześć smyku — pochylił się nad chłopcem i pocałował go w czubek nosa. — Cześć żono — zerknął na nią. — Alec może zabierzesz Hermesa do ogrodu? — zasugerował dziecku. — Pobiega za piłeczką. — Chłopczyk wziął od Magika nową piłkę dla psa i podskakując pobiegł we wskazane miejsce. Hermes z ochotą pobiegł za małym przyjacielem. — Chcesz mu powiedzieć — stwierdził gdy tylko za Aleckiem zamknęły się przesuwane drzwi.
— Uważasz, że nie powinnam.
— To nadal Barosso. Może i ćpanie wyprało mu mózg, ale krew to nie woda Dzwoneczku.
— Jeśli powiem mu, że jego brat żyje będzie miał wobec nas dług.
— Albo poleci z jęzorem do ojca.
— Biorę ten scenariusz pod uwagę.
— Mimo to nadal chcesz mu powiedzieć — wtrącił się ponownie Reverte zerkając w kierunku biegającego po ogrodzie chłopczyka.
— Tak. Javi ja wiem jak to jest stracić brata i obwiniać się o jego śmierć jeśli to przekona Nico do nas
— To równie dobrze może zadziałać w odwrotny sposób skarbie — wtrącił się małżonek. — Nicholas może wydać nas przed Fernando.
— Nie zrobi tego.
— Skąd ta pewność? — zapytał ją zaciekawiony mąż.
— Krew nie woda — odpowiedziała a blondyn zmarszczył brwi. — Obiecał chronić brata za wszelką cenę i go zawiódł wiesz mi lub mnie będzie moim dłużnikiem.
— Tristan, Nicholas kto następny? — zapytał. i wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. — To teściunio i Marcela. Obiecali go popilnować kiedy my będziemy mieć randkę— powiedział a Victoria zmarszczyła brwi. — Nie mogłem mu przecież powiedzieć, że to będzie trójkąt z facetem o nazwisku Barosso.
***
Dla Alby Flores chrzest święty Alexandra nie był łatwym wydarzeniem. O ile sama ceremonia była prosta i całkiem przyjemna to przyjęcie, które po niej nastąpiło już nie koniecznie zaliczyłby do przyjemnych wydarzeń. Matka i rodzeństwo zerkali z ciekawością w jej kierunku. Za każdym razem kiedy mijała ich lub siedząc przy stole czuła na sobie ich ciekawskie spojrzenia. Dlatego też postanowiła zająć się dziećmi. Obecne na przyjęciu w różnym wieku wymagały uwagi. A Alba z przyjemnością biegała, nosiła na rękach swojego chrześniaka.
Alba i Victoria mieszkały na przeciwko siebie. Pablo Diaz po powrocie do miasta kupił dom po okazyjnej cenie i remontował go kawałek po kawałku. Damian Diaz pomagał od czasu do czasu kuzynowi a ich córki poznały się i zaprzyjaźniły. Alba była jedyną osobą z miasteczka, które Victoria zwierzała się ze swoich problemów, dla każdej z nich powrót do domu ze szkoły był koszmarem i to ten koszmar zbliżył je do siebie. Powierzały sobie najskrytsze tajemnice i kiedy przypadkiem spotkały się na ulicach Chicago dziecięca przyjaźń odżyła ze zdwojoną siłą.
Alba wiedziała, że Vicky zakochała się w Magiku , a Victoria wiedziała o problemach sercowych Alby. Kuzynki wzajemnie się doradzały sobie i wspierały się. I nawet wtedy kiedy Alba wyjechała z lekarzami bez granic panie utrzymywały ze sobą kontakt. I dlatego też szatynka zgodziła się być matką chrzestną Alexandra. Uroczego słodkiego chłopczyka. Fakt, iż ponownie spotka swoją rodzinę był dla niej kwestią drugorzędną. Mimo to unikała rozmowy z nimi. Dlatego tez stojące na progu rodzeństwo zaskoczyło ją i wybiło z rytmu. Nie miała pojęcia skąd mają adres, lecz z drugiej strony podejrzewała iż palce maczała w tym siostra Clementina. W kuchni do której ich zaprosiła zapadło niezręczne milczenie. Szatynka obróciła w dłoniach kubkiem kawy.
— Co was do mnie sprowadza? — zapytała ich w prost.
— Może tęsknota? — zasugerował Arturo.
— Może powiesz coś w co uwierzę — odparowała Alba.
— Chodzi o ojca — wtrąciła się Rocio spoglądając na najstarszą z rodzeństwa z lekko zmarszczonymi brwiami.
— Umarł? — zapytała
— Jeśli chciałaś żeby umarł nie trzeba było go ratować — odparował Arturo. — Tobie nie drgnęła nawet ręka.
— Tym lepiej dla niego. Straciłby nogę albo co gorsza życie. Upił się w szpitalu?
— Nie.
— To o co chodzi?
— Ojciec ma długi — powiedziała wprost Rocio — u niebezpiecznych ludzi.
— Alkoholik i hazardzista cóż za atrakcyjne połącznie — mruknęła — jeśli sugerujesz, że będę spłacała jego długi to pomyliście adresy.
— Jest mu winien czterdzieści tysięcy peso.
Alba usiadła.
— Chcemy rozłożyć dług na raty — zaczął Arturo — ale on powiedział, że będzie rozmawiał tylko z tobą.
— Słucham?
— Będzie negocjował tylko z tobą Albo.
— Dlaczego?
— Nie wiemy — odezwała się szatynka — powiedział Arturo, żeby przyprowadził siostrę. Tą lekarkę.
Alba westchnęła głośno. Nie miała najmniejszej ochoty na pertraktacje z gangsterami
— Kiedy?
— Dziś wieczorem.

***
Nicholas Barosso był zaskoczony prośbą Victorii o spotkanie jednak zgodził się po pikniku rodzinnym wieczorem przyjechać do jej firmy. Zignorował jadące za nim auto z ludźmi ojca, którzy od wpadki z narkotykami śledzili każdy jego ruch. Wszedł na górę czując się nie co dziwnie krocząc korytarzami, które jeszcze kilka miesięcy temu były częścią rodzinnego biznesu. Zapukał a drzwi otworzył mu Javier Reverte,
— Telefon — wyciągnął dłoń i westchnął głośno kiedy mężczyzna spojrzał na niego niezrozumiałym wzrokiem. — Chcesz spotkać się z moją żoną czy też nie? Brunet niechętnie podał mu komórkę.
— Bawimy się w konspirację? — zapytał ją Nico. Victoria siedziała fotelu przy biurku. W tym miejscu kiedyś stało biurko Alejandra.
— Nie, gdybym chciała bawić się w konspirację zaprosiłabym cię bardziej prywatne miejsce bez monitoringu i ludzkich spojrzeń.
— Czego więc chcesz? — zapytał ją.
— Jest czysty — poinformował ją mąż siadając na czarnej kanapie — ale ma ogon.
— Tego się spodziewaliśmy.
— Może któreś z was łaskawie wyjaśni mi o co w tym wszystkim do cholery chodzi?
— Alejandro żyje — powiedziała wprost Victoria. — Jest w bezpiecznym miejscu.
— Słucham?
— Daleko stąd, ale to oczywiście może się zmienić — stwierdził sokojnym głosem Reverte. Nicholas ku zaskoczeniu ich oboje usiadł.
— Gdzie on jest?
— Bezpieczny — odpowiedziała na jego pytanie Victoria. — I tak pozostanie — zapewniła go zerkając na męża.
— Alex żyje — powtórzył powoli
— To już ustaliśmy — odparł zniecierpliwiony Magik. — — Jest bezpieczny za siódma górą za siódmą rzeką i to czy pozostanie bezpieczny zależy tylko i wyłącznie od twojej uprzejmości i dobrej woli bo tylko ona — wskazał ruchem dłoni na Victorię stoi między więzieniem a twoim bratem.
— Nie wyda go.
— Jesteś stuprocentowo pewien? — zapytał go Magik.
— Panowie — wtrąciła się do rozmowy wstając. — Alex pozostanie bezpieczny niezależnie czy spełnisz moją małą prośbę czy też nie. Nie zamierzam cię do niczego zmuszać Nico.
— Czego więc chcesz?
— Chcę abyś powiedział swojemu ojcu o naszym spotkaniu — zaczęła — Chcę żebyś powiedział, że próbowałam cię przeciągnąć na naszą stronę i chcę żebyś powiedział, że zgodziłeś się być naszym podwójnym agentem.
— Co? — odezwali się równocześnie Magik i Nicholas.
— Dlaczego?
— Wreszcie zadałeś jakieś dobre pytanie — odparł wyraźnie naburmuszony ponieważ nie wtajemniczony Magik.
— To proste uważasz że zabiłam twojego brata i chcesz znaleźć dowody na moją winę.
— Co? Nie ma mowy — odparł Nicholas i poderwał się z krzesła ruszył do wyjścia.
— Alba.
Jedno imię sprawiło, że się zatrzymał i odwrócił do tyłu głowę.
— Nigdy nie spała z twoim ojcem — powiedziała powoli. — Odurzył ją, rozebrał i położył w swoim łóżku, ale jej nie tknął. Zrobił coś gorszego.
— Tak zgwałcił twoją matkę wszyscy o tym już wiedzą.
— Alba była w ciąży kiedy wyjeżdżała z miasta. Była w czwartym miesiącu , kiedy poroniła
— Nie wierzę ci — warknął.
— Obok mojego brata jest inny grób Nikole Flores. — Akta Alby ze szpitala. Przygnębiająca lektura do poduchy.
— Przestań! — warknął. — Ty jesteś dokładnie taka sama jak Inez. Wykorzystujesz ludzkie słabości i tragedie żeby osiągnąć swój cel.
— W przeciwieństwie do Inez znam granice.
— Jesteś pewna? — zapytał ją i wyszedł
***
Dean czuł pewnego rodzaju ulgę kiedy powiedział bratu, że jest gejem. Jakby z pleców zdjęto mu ciężki plecak a on wreszcie mógł się wyprostować. Trzydziestolatek był zaskoczony, iż Cass z taką łatwością zaakceptował fakt, że jego młodszy o siedem minut brat jest homoseksualistą Chciał nawet poznać Gaela i Dean momentalnie zaprosił go na kolację. Nie zdążył nawet pomyśleć o konsekwencjach po prostu stwierdził, że to świetny pomysł. Teraz siedział na wysokim barowym stołku obserwując jak jego chłopak gotuje.
Gael był zawodowym kucharzem. Pracował jako szef kuchni w jednej z restauracji w Pueblo de Luz i od dwóch lat był jego chłopakiem. Dean potrzebował dużo czasu, aby zrozumieć kim jest naprawdę. I zaakceptować fakt, iż w miłości do mężczyzny nie ma nic złego. To nie chore ani perwersyjne. Miłość do mężczyzny była jego wersją normalności. Nie wszyscy jednak podzielali jego wizję. I o ile Castiel byłby wstanie zaakceptować brata geja to Diana nie zaprobowałaby tego, ani jego dziadkowie.
Diana Samaniego była samotną matką. I o ile braciom udało się ustalić tożsamość biologicznego ojca to tsk naprawdę nigdy z nią o tym nie rozmawiali. Temat Claudia Montenegro w ich domu nie był poruszany. Dziadek nigdy bowiem nie wybaczył swojej córce upokorzenia jakie zafundowała mu przed trzydziestoma laty rodząc bliźnięta. I o ile same narodziny dziecka powinny być radością to w roku osiemdziesiątym piątym nadal były hańbą. To był jeden z powodów dlaczego Dean tak długo ukrywał przed rodziną swoje prawdziwe ja.
Babcia Anna zapewne nazwałby to karą boską. Matka puściła się i zaszła w ciążę, urodziła dzieci i jeden z nich idąc tokiem rozumowania starszej kobiety musiał zostać naznaczony przez Opatrzność piętnem geja. Kolejny powód aby się nie urodzili. Mężczyzna westchnął. Był zmęczony podwójnym życiem.
Miał dość słuchania Diany domagającej się synowej i wnuków, rodzimych obiadów podczas których słucha, iż mężczyzna w jego wieku powinien mieć żonę i dzieci. Co z tego, że ma świetnie płatną prace, własne mieszkanie w Monterrey skoro jest samotnym trzydziestolatkiem. Ileż to razy chciał wykrzyczeć rodzinie „ JESTEM GEJEM!” I zawsze wycofywał się. Nie z powodu wstydu, a raczej strachu. Obawiał się, że straci rodzinę, kiedy wyzna prawdę. Dźwięk dzwonka wyrwał go z zadumy.
W progu stał Castiel z butelką wina w dłoni. Brat uśmiechnął się do niego nieśmiało.
— Wejdź — zaprosił go do środka i zaprowadził do kuchni. — Cass to mój chłopak Gael, Gael to mój brat Castiel.
Panowie uścisnęli sobie dłonie.
***
Alba była wyczerpana. Spotkanie z przywódcą Templariuszy okazało się być bardziej wyczerpujące niż sądziła, że będzie. Mężczyzna zgodził się rozłożyć dług ojca na raty i zamknąć mu rachunek. Damian był niewypłacalny a on nie lubił niewypłacalnych ludzi. Alba w obecnej chwili marzyła o kubku gorącej herbaty.
— Alba — za swoimi plecami usłyszała znajomy głos.
— Nie dziś Nico — warknęła wsuwając klucz do zamka.
—Proszę tylko o pięć minut — powiedział robiąc krok w jej stronę.
Przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwi.
— Pięć minut i wychodzisz.
Brunet wszedł do środka cicho zamykając za sobą drzwi.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3122
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:43:18 08-12-19    Temat postu:

Temporada III C 011
Ingrid/Julian/Nicholas/Alba
Ariana prowadziła auto Ingrid kierując się wskazówkami trasy, którą ustawiły w mapie Google. Szatynka wpatrywała się milcząco w horyzont zaś Santiago kilkukrotnie we wstecznym lusterku widziała pełne troski spojrzenie Juliana posyłane w kierunku żony. Vazquez był wyraźnie niezadowolony z wycieczki. Podobnie jak Hugo. Mężczyzna wraz z Julianem zajmował tylną kanapę auta i wcale nie miał ochoty na wycieczkę. Ingrid jednak zagroziła mu inwazją mysz. Brunet siedział jednał zasępiony we własnych myślach. Podobnie jak pomysłodawczyni ich dzisiejszego wyjazdu. Ingrid maksymalnie rozłożyła fotel i wyciągnęła się. Jechała z zamkniętymi oczami co jakich czas unosząc powieki aby sprawdzić gdzie są.
Pomysł wycieczki zrodził się w niej już dawno, lecz ciągle zwlekała ciąża, ślub groźba śmierci miały pierwszeństwo nad odwiedzaniem miejsc związanych z jej przeszłością lecz spotkanie z szefem Templariuszy przypomniało jej o złożonej samej sobie obietnicy; że kiedyś tam wróci.
Tak to było szaleństwo, emocjonalnie wyczerpujące szaleństwo, ale jakaś masochistyczna cząstka jej osobowości chciała zobaczyć tamto miejsce jeszcze raz. Zdziczałe opuszczone i przerażające. Chciała przekonać się czy siła wspomnień będzie równie silna. Chciała raz na zawsze pożegnać się z przeszłością. Oczywiście będzie to symboliczne tamte wspomnienia zawsze będą w niej tkwić.
Ośrodek wychowawczy dla dziewcząt zawsze miał złą sławę. Mieszkańcy nazywali go po prostu czyśćcem gdyż piekło przy tym musi być pestką. Podobnie jak w czyśćcu są udręczone dusze tak w Ośrodku byłi wychowankowie którzy z jednej strony pragnęli śmierci a z drugiej wyzwolenia. Samobójstwo nie było niczym nowym, ale popełnić je nie było tak łatwo. Nie w takiej liczbie na tak miały metraż. Kiedy już któraś wieszała się albo ostrym kawałkiem kamienia podcinała sobie żyły one to ignorowały. Pozwalały im odejść. Śmierć jak i walka o przetrwanie były czymś normalnym. Mawiano, że albo jesteś myśliwym albo zwierzyną. Ingrid nigdy nie była zwierzyną.
Na zewnątrz ośrodek był przedstawiany jako szansa dla najbardziej zdeprawowanych dziewcząt, na nowe życie. Mogły się tutaj uczyć, skończyć szkołę, nauczyć się szyć czy hyblować deski. Tak było za dnia nocą zamykano je w klatkach i mawiano że w życiu nie ma nic za darmo. Zapewniamy wam dach nad głową, jedzenie, edukacje więc my chcemy rozrywki. Do czyśćca przywożono osadzonych w ośrodku wychowawczym chłopców i szczuto jednych na drugich. Obserwatorzy walk obstawiali zakłady kto wygra. Nie tylko obstawiali. Niektóre z nich zmuszano do prostytucji. Wybierano te najładniejsze, najmniej posiniaczone a Ingrid zawsze wiedziała, że uniknęła takiego losu tylko dlatego że znała rodzinę Romo. Dyrektor ośrodka wiedział, że z nim lepiej nie zadzierać. Co nie oznaczało całkowitej ochrony uniknęła gwałtu nie klatki. I to tak obrosła w legendę.
Legendę o Mulan. Tutaj rzadko kto mówił do niej Ingrid była po prostu Mulan. Upartą, waleczną, młodziutką osóbką która bez oporów łamała komuś czy to nadgarstek czy to plac. Czasem zastanawiała się skąd w trzynastoletniej dziewczynce było tyle siły aby przetrwać trzy lata piekła? Po dziś dzień nie znalazła na to odpowiedzi. Wiedziała doskonale, że to miejsce uczyniło z niej osobę, którą jest teraz. Dlatego też kiedy Ariana zgasiła silnik a głos towarzyszący im całą drogę stwierdził „Jesteś na miejscu” otworzyła oczy.
Budynek nadal robił wrażenie. Mimo że miejsce zamknięto w dwa tysiące dziewiątym roku, a ogrodzony plac był pusty. To kraty w oknach sprawiły, iż poczuła nieprzyjemny ucisk w dołku. I nie miało to nic wspólnego z jej obecnym stanem. To miejsce nadal miało swoją siłę. Po tylu latach. Wyszła z auta wpatrując się w starą zardzewiałą bramę. Ruszyła w tamtym kierunku świadoma, że przyjaciele i mąż ruszą za nią.
— Co to za miejsce? — Zapytała Hugo Ariana wpatrując się w plecy przyjaciółki. Julian szedł obok żony trzymając ją za rękę.
— Ośrodek wychowawczy dla dziewcząt zwany szerokiej publiczności jako czyściec — odpowiedział wsuwając ręce w kieszenie spodni.
O czyśćcu zarówno męskim jak i żeńskim krążyły niezbyt pochlebne opnie i legendy. Mówiono o podziemnym klubie walki, który utworzył dyrektor, o prostytucji zarówno wśród dziewcząt jak i chłopców i o tajemniczym pożarze który położył kres temu miejscu i ujawnił szereg nieprawidłowości w traktowaniu wychowanków. Patrząc na plecy przyjaciółki zastanawiał się a nawet był pewien, że ta dwójka maczała w tym swoje paluszki. Poza tym Ingrid albo raczej znana tutaj bardziej jako Mulan była do tego zdolna. Hugo kilka razy wśród Templariuszy słyszał opowieści z czasów kiedy siedzieli w czyśćcu, kilku z nich opowiadało o Mulan. Dopiero niedawno połączył ze sobą te dwie kobiety. Teraz przekraczając próg ośrodka, którego drzwi otworzyła Ingrid używając przy tym wsuwki do włosów zrozumiał jak przerażające musiało być to miejsce w czasach swojej świetności. On jedynie o nim słyszał ona żyła tutaj przez trzy lata.
Ingrid wiedziała dokąd idzie. To zaskakujące, że po tylu latach nogi same ją niosą do jej celi. Stłoczone na małej powierzchni dziewczęta w różnym wieku o różnym temperamencie były jak bomba z opóźnionym zapłonem. Jedna iskra wystarczyła aby zaczęła się walka. Nie miały łóżek jedynie twarde materace obok siebie, wiaderko zamiast toalety, cotygodniowe zimne prysznice i zakonnice prowadzące lekcje. Mówiące o boskim planie, krające za byle przewinienie. I pomyśleć, że w tym piekle rodziły się dzieci.
Zadrżała mimowolnie kładąc rękę na brzuchu. Jedne szyły do klatki kiedy domyśliły się, że są w ciąży. Nie chciały rodzić dzieci oprawców ani rodzić w takim miejscu. Inne rodziły je w bez lekarza, leków przeciwbólowych otoczone przez równie przerażone nastolatki. Dzieci te które miały szczęście urodzić się żywe oddawano oczywiście rodzinie. Żadna jednak niezainteresowała się jak to możliwe że otoczona przez kobiety dziewczyna zaszła w ciążę. Zakonnice które po porodzie zabierały dziecko również nie zadawały pytań. Jakby miały pod opieką same Matki Boskie a ich dzieci to zdecydowanie zmajstrował Duch święty. Niektóre nazywały ją szczęściarą. Nie zgwałcono jej i to było jej jedyne szczęście. Teraz wchodząc do swojej dawanej celi czuła się spokój.
Ściany były wydrapane, pokryte brunatnymi plamami, podłoga z której zniknęły materace była popękana i pokryta śladami krwi osadzonych tutaj nastolatek, czasem była to krew ich dzieci, którym dane było przyjść na świat w formie krwistoczerwonego skrzepu tkanek i krwi.
— Skarbie — usłyszała za sobą głos Juliana, który spojrzał na ukochaną żonę z troską. — Dlaczego chciałaś tutaj przyjechać?
— Coś mnie tutaj ciągnie — odpowiedziała gładząc jego palce. —
Znalazłam swoje stare pamiętniki, które pisałam w poprawczaku i po wyjściu i to co mnie zaskoczyło to, że o tak wielu rzeczach zapomniałam. O samobójstwie Klaudii, o Anie morderczyni, która zabiła ojczyma, który ją gwałcił, o Marlenie która na podłodze urodziła martwego synka a dwa dni później poszła na randkę z której nie wróciła. Żywa — dodała na końcu.
— Chcesz o tym napisać?
— Po artykule o Gwen redakcja dostała listy o kobiet, które spotkał podobny los. Napisała do mnie Agatha. Siedziałyśmy w jednej celi — doprecyzowała zerkając na Huga i Ari którzy stali w progu — chcę się spotkać.
— Tutaj? — Wydukała lekko zdezorientowana Ariana a szatynka skinęła głową jakby spotkania w zamkniętym poprawczaku były czymś całkiem normalnym. Po chwili rozległy się kroki a na korytarzu stanęła szatynka. Lopez wyszła ze swojej dawnej celi i kobiety przez chwilę wpatrywały się w siebie.
— Wspominałaś coś o zmianach — Zaczęła Agahta podchodząc bliżej — a ja naiwnie sądziłam, że chodzi o twój stan cywilny. Gratuluje.
— Dzięki ty też świetnie wyglądasz — Popatrzyła jej niepewnie w oczy. — Pamiętasz?
— Czasem chciałbym nie pamiętać — Wyznała Agatha wzdychając. — Sprawdzimy czy stołówka nadal tak beznadziejnie karmią?
Usiadły na stole, jak za starych czasów kiedy nikt nie patrzył.
— Przepraszam — wydukała Ingrid — obiecałam zadzwonić a nigdy nie podniosłam słuchawki.
— Ja też mogłam zadzwonić, ale obie potrzebowałyśmy od siebie przerwy a teraz ty potrzebujesz położnej.
— Tak się składa, że odebrałaś więcej porodów za nim zdobyłaś dyplom a skoro teraz go posiadasz to mam nadzieję, że pomożesz mi to przetrwać.
— Poród do bułka z masłem. Przyniosłam coś — powiedziała i wyciągnęła korkociąg na którego widok Ingrid zaczęła się śmiać.
— Nie wierzę że go zachowałaś — pokręciła z niedowierzaniem głową.
— Co to za korkociąg? — zapytał Julian siadając na przeciwko pań.
— Kiedyś Ingrid i mnie zabrano z innymi dziewczynami do jakieś szychy, lubił seks sadomaso a Ingrid mu się spodobała. Dziewczyny go związały i zakneblowały, rozebrały wszyscy sądzili, że Ingrid zrobi mu dobrze, ale żadna nie zauważyła, że trzyma korkociąg on też nie. Przebiła go na wylot
— A nasz don Juan musiał zaprzyjaźnić się z ciernikiem.

Nicholas Barosso pogładził po łebku kolorowego kota Alby wpatrując się w plecy jego właścicielki. Herbata, którą zrobiła zdążyła już wystygnąć. Oboje milczeli jakby rozmowa była zbyt trudna.
— Przepraszam — powiedział w końcu.
—Zamknij się
— Powonieniem być przy tobie kiedy mnie potrzebowałaś
—Przestań po prostu przestań — wymamrotała nie odwracając się. — Byliśmy dzieciakami, które naiwnie sądziły że mogą wygrać z twoim ojcem, mogą go przechytrzyć, ale się przeliczyliśmy i nie ma sensu wracać do przeszłości.
— Mogę to zrobić.
— Cofnąć czas?
— Nie przechytrzyć mojego ojca

Naprawdę w to wierzył. Fernando Barosso nie miał już tej samej siły przebicia co kiedyś. Dwóch synów nie żyło ten który mu pozostał jest narkomanem a córka wyjechała nieoglądając się za siebie. Został mu tylko Nicholas, który od kilku dni odgrywał rolę grzecznego synka. Chodził z nim na spotkania z wyborcami, uśmiechał się do kamer. Wiedział, że zdobycie zaufania Fernanda nie będzie łatwe, ale był na dobrej drodze.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3122
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 21:27:17 29-12-19    Temat postu:

Temporada III C 012
Emily/Fabrico/ Javier

W chwili w której jego nóż po raz ostatni zagłębił się w jej ciele naprawdę sądziła, że to koniec. Po osiemnastu godzinach tortur była wyczerpana i jedyne czego pragnęła to zasnąć. Nie obchodziło jej czy się obudzi czy zaśnie na zawsze. Chciała jedynie spać i wymazać z pamięci obraz jego uśmiechniętej twarzy. Lekarze uważali, że miała szczęście w końcu jego nóż tylko o milimetry minął jej serce. Zmieniliby zdanie gdyby mieli świadomość, iż z bliznami które jej pozostawił będzie żyła do końca życia. Aaron mógł ciągle w kółko i w koółko powtarzać, iż jest ocalałą, ale nie on żył z koszmarami a idąc ulicą nie oglądał się za sobie. Dlatego też zostawiła za sobą Londyn.
W mieście jej dzieciństwa nic jej nie trzymało. Oficjalnie zatrudniona była w FBI, jej ojciec mieszkał w Mieście Aniołów z matką nie utrzymywała kontaktów a siostra prawdopodobnie od dawna była martwa więc po przylocie do Stanów wsiadła do samochodu i ruszyła w trasę. Dopiero na granicy meksykańsko-amerykańskiej zrozumiała dokąd prowadzi ją droga.
Meksyk nie należał do jej ulubionych państw w Europie, Była tutaj kilkukrotnie i zawsze pakowała się w kłopoty, wywoływała dyplomatyczne kryzysy, zamykała prawych obywateli w więzieniach przecież gwałt i rabunek, nierząd nie jest absolutnie zły, Była zbyt wyzwolona, zbyt europejska, zbyt uparta i dumna aby odpuszczać tylko dlatego że wkurzy jednego mafioso albo dziecięciu. W kraju Azteków zdecydowanie miała więcej wrogów niż przyjaciół. Emily jednak nie szukała przyjaciół. Szukała siostry, żywej czy martwej, szukała człowieka zwanego Fausto Geuerrą teraz do jej listy dołączył Mario Rodriguez. Seryjny morderca z pogranicza, rzeźnik z El Paso, którego zamierzała złapać. Żywy czy martwy to nie miało znaczenie. Dlatego też postanowiła wybrać się na wycieczkę.
Chciała spacerować tymi maleńkimi uliczkami, chciała oddychać tym samym powietrzem, którym on oddychał, chciała poznać jego historię zanurzyć się w początki jego morderczej ścieżki. Chciała poznać historię człowieka który oznaczył ją na całe życie. Tylko dzięki temu złapie go i bynajmniej nie planowała zamakać go w małej celi. Już raz pokazał, że potrafi z niej uciec a Emily McCord nie pozwoli aby dwa razy popełniono ten sam błąd. Zatrzymała auto na parkingu, wyłączyła silnik i wyszła na zewnątrz. W uszach dudniła jej muzyka. Z przyzwyczajenia zapięła beżowy płaszcz skrywając tym samym kaburę z bronią.
Delikatnie położyła dłoń na biodrze czując się bezpiecznej z ciężarem glocka na lewym biodrze. W obecnej sytuacji wolała mieć go blisko siebie. Bądź co bądź Meksyk nie był zbyt przyjazny obcym samotnym kobietom a na pewno nie był przyjazny agentce Interpolu, która przekreśliła niejedną karierę. Uśmiechnęła się pod nosem. Był czternasty marca dwa tysiące jedenastego roku. i było zaskakująco zimno. Zamknęła auto i pewnym krokiem ruszyła przed siebie. Dłonie wsunęła w kieszenie płaszcza. Mijając jakiś sklep przejrzała się w witrynie. Wyglądała jak bogata paniusia z wielkiego miasta a płaszcz, który miała na sobie był wart tyle co wynajem jednopokojowego mieszkanka w Dolinie cieni i ku własnemu zaskoczeniu nie obchodziło jej to.
Zazwyczaj starała się nie afiszować swoim funduszem powierniczym. Była bogata, lubiła drogie ubrania jednak potrafiła wtopić się w tłum. Jadąc tutaj podjęła odwrotną taktykę. Postanowiła rzucać się w oczy, chciała aby ją zauważono gdyż intuicja podpowiadała jej że Mario Rodriguez nadal ma w tym mieście przyjaciół. A już na pewno ma tutaj rodzinie. Zatrzymała się na chodniku spoglądając na blondynkę opierającą rower o budynek miejskiej komendy. Dziewczyna poprawiła na nosie okulary i z reklamówką w której dało się dostrzec opakowanie z jedzeniem na wynos. Elena Rodriguez trzymała się całkiem nieźle jak na kogoś kto od kilku dobrych lat leżał w ciemnym grobie.
Mario Rodriguez był strasznym gadułą. To jedna z cech, których się u niego nie spodziewała. Niektórzy mordercy podczas zabijania milczą innym gęba się nie zamyka. I Rodrigiez należał do tej drugiej kategorii jednak Emily nie spodziewała się, że zamiast przechwałek nad własnym geniuszem będzie słuchała o jego małej córeczce Elencicie. Dziewczynka musiała umrzeć, żeby przeżyć. A Emily chcąc czy nie chcąc została zapoznana z rodziną, dramatyczną historią rodzinną. Słuchała o tym jak wychował się bez ojca, a matka sprzedawała go podofilom za kilka marnych peso, o małżeństwie z niejaką Inez, która była „szurnięta”. Z czułością mówił jednie o dwójce swoich dzieci; Viktorze i Elenie. To jednak nie zrobiło na niej specjalnego wrażenia Będący psychopatą i mordercą Rodriguez miał wypaczoną wizję ojcostwa. Dawno temu zapewne bez pamięci kochał swoje dzieci, teraz to było jedynie wspomnienie tamtych dni i uczuć.
Stojąc na przeciwko wejścia do komendy zastanawiała się dlaczego tak naprawdę tutaj przyjechała? Poznać wroga swego? Odnaleźć jego słabą stronę i wykurzyć go z kryjówki? Wiedziała przecież że go tutaj nie znajdzie. To czego nie mogła mu odmówić to inteligencji. On był zbyt znany a miasto zbyt małe aby mógł tak po prostu wrócić i obserwować jak dorasta jego córka. Poza tym Elena Rodriguez albo raczej Victoria Diaz bywała w Dolinie Cieni rzadko.
Ukończyła z wyróżnieniem szkołę z internatem, studiowała w Stanach Zjednoczonych na jednej z najlepszych amerykańskich uczelni i prawdopodobnie żyła w błogiej nieświadomości przeszłych wydarzeń. Nie pamiętała, albo świetnie się przed wszystkimi maskowała. Miasteczko w którym dorastała również przejęło postawę pasywną. Mieszkańcy nie chcieli pamiętać o Mario i jego żonie. To bolesne wspomnienia takie które naznaczają na całe życie Emily jednak chciała z kimś porozmawiać, z kimś kto ma informacje na temat tamtych wydarzeń dlatego też zamiast udać się do Diaza skręciła w lewo szybkim krokiem idąc przed siebie. Klub El Parasio nie trudno było odnaleźć a Alejandro Barosso stał oparty o mur wpatrując się w nią intensywnie. Przeszła na drugą stronę ulicy.
— Dzień dobry agentko McCord — przywitał się — Alejandro Barosso — wyciągnął dłoń.
— Emily — uścisnęła ją lekko.
— Wejdźmy do środka — gestem wskazał kierunek. — Nie wyglądasz jak agentka FBI — stwierdził — raczej jak bogata turystka z angielskich przedmieść.
— Jestem bogatą paniusią z londyńskich przedmieść — powiedziała wprost wchodząc do lokalu. Alejandro skierował ją do jednego z boksów.
— Gdzie jest Mario Rodriguez? — zapytała kiedy usiedli.
— Od razu do rzeczy
— Nie lubię marnować czasu Alex.
— Ja też nie, ale nie mam pojęcie gdzie on jest — wzruszył ramionami. — Wyjechał i sądząc po nagłówkach amerykańskich gazet pozostawił za sobą kilka śmierdzących trupów. Nie wiem gdzie jest — powtórzył.
— Wiem o listach Alex. Tych, które pisał do ciebie w więzieniu, po ucieczce, po pierwszym morderstwie w Teksasie. Wiem to ponieważ miałam wątpliwą przyjemność spotkania go. Potrzebuje tych listów aby go złapać.
— Złapać czy zabić? — pochylił się do przodu — Te listy są u jego córki.
— Naprawdę? — zdziwiła się Emily również pochylając się do przodu. — a więc w pudełku stojącym pod stolikiem są buty, które zamierzasz oddać do szewca? — uśmiechnęła się pod nosem. — Gdybyś naprawdę chciał dać te listy Elenie zrobiłbyś to dawno temu, wiesz jednak, dawno temu obiecałeś ją chronić przed ludźmi, którzy chcą ją skrzywdzić więc kiedy Mario przysłał list opisujący jego pierwsze morderstwo jego nazwisko również znalazło się na liście.
Alejandro podniósł pudełko po butach z podłogi i postawił je na stoliku. Z kieszeni wyciągnął jeszcze jeden list i położył go na wierzchu.
— W tym ostatnim kazał cię pozdrowić.


***
Rozpaliła w kominku i usiadła na podłodze spoglądając na listy znajdujące się w pudełku. Fabrcio siedział obok niej zerkając z ciekawością na koperty to na zamyśloną Emily, która bezlitośnie jeden po drugim wrzucała koperty do palącego się ognia. Nie pytał od kogo są te listy ani dlaczego jako odbiorca widnieje syn Fernanda
— Mario Rodriguez pisał listy do córki, wysyłał je do Alexa i na początku biła z nich nostalgia i smutek, ale później była już tylko przemoc — westchnęła.
— Przeczytałaś je wszystkie?
— Wielokrotnie oprócz jednego — wyciągnęła list— tego z angielskim stemplem. Nigdy nie miałam odwagi aby go przeczytać nadal nie mam — przyznała i wrzuciła go do ognia. Położyła głowę na kolanach męża wpatrując się w czerwone płomienie. — Rodriguez pokazał mi że jestem tylko człowiekiem, którego łatwo można zabić — popatrzyła na męża, który przyglądał jej się z uwagą. — Nigdy ci o tym nie mówiłam, ale w chwili w której cię poznałam byłam na zakręcie zarówno zawodowym jak i prywatnym Tak byłam żywą legendą Interpolu bali się mnie bandyci niektórzy współpracownicy, ale w życiu prywatnym — splotła palce z palcami męża. — Byłam sama. Wracałam po pracy do domu z pracą w końcu bandyci sami do mnie nie przyjdą a później pojawiłeś się ty. — usiadła na jego kolanach i objęła go za szyję. — Wprowadziłeś do mojego świata kolory dlatego wiem, że od kilku dni coś cię trapi. Niewiele śpisz, jesz i ciągle przesiadujesz w domu.
— Pojawił się ktoś z przeszłości Conrado — powiedział w końcu. — Śledził cię — wyznał — nas — Emily powoli wstała z jego kolan. — Nie jest typem mordercy.
— Od razu mi lepiej — mruknęła usta zaciskając w wąską kreskę. — Dlaczego od razu mi nie powiedziałeś?
— Sam wiem od kilku dni — zaczął
— Dni? — weszła mu w słowo. — Wiesz o tym od kilku dni. Oczywiście inaczej nie zachowywałbyś się jak nadopiekuńcza matka- kwoka.
— Zrobił ci zdjęcia, które wysłał Conrado. Nam obojgu, chciałem cię jedynie chronić.
— Nie mnie chroniłeś — mruknęła i wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. — Biegnij otworzyć — rzuciła kąśliwie, a kiedy wrócił do salonu z Conrado rzuciła jedynie — o wilku mowa.
Brunet spojrzał na przyjaciela czując, że pojawił się w niewłaściwym momencie.
— Co słychać u twojego wroga numer dwa, trzy ma może dziesięć? Wybacz pogubiłam się w ich ilości.
— Mogłem wspomnieć o Santosie.
— Świetnie facet ma imię — zrobiła krok do przodu i sięgnęła po rzuconą na kanapę kurtkę. — Podyskutujcie sobie o nim ja wychodzę.
— Emily zachowujesz się dziecinnie.
Parsknęła śmiechem.
— Winę za moje dziecinne zachowanie zrzuć na hormony — odparła i wyminęła męża a Conrado nie uraczyła nawet spojrzeniem. Fabrcio ruszył za żoną.
— Zaczekaj — krzyknął — Emily na litość boską, nie zachowuj się tak.
— Będę zachowywała się jak żywnie mi się podoba a jeśli tobie to się nie podoba złóż papiery rozwodowe.

***
—Pozwoliłeś jej odjechać? — zdziwił się Conrado opierając dłonie na kuchennym blacie. Fabrcio spojrzał na niego z pod byka. — Hormony?
— Jest w ciąży — skapitulował i przesunął dłonią po twarzy — Jak dorwę Santosa to urwę mu jaja i go nimi nakarmię.
— Chciałbym to zobaczyć chociaż pewnie widok byłby paskudny — uśmiechnął się do niego lekko. — Gratuluje tatuśku.
Fabrcio odwzajemnił jego uśmiech wstał i podszedł do lodówki. Wyciągnął dwa piwa. Jedno otworzył i podał Conrado.
— To bliźniaki — powiedział powoli.
Conrado nie mógł zrobić nic innego jak uściskać go po bratersku.
— Nigdy ci o niej nie opowiadałem. Nie licząc tego jednego epizodu wiedziałem, że jeśli ci powiem to będziesz próbował odwieść mnie od tego pomysłu, ale ja chciałem wiedzieć. Chciałem się jedynie przekonać jak daleko jest się wstanie posunąć żeby dorwać mnie i mojego ojca. — upił łyk piwa. — Była jak matrioszka dłużej ją znalałem tym więcej chciałem o niej wiedzieć. Chciałem zedrzeć z niej wszystkie warstwy boże gadam jak potłuczony.
— Nie, jak facet, który nie widzi świata poza swoją kobietą. Chodź zawiozę cię.
— Dokąd?
— Do żony głuptasie. Tak się składa, że znamy pewnego geniusza, który z łatwością namierzy jej telefonu.
Javier Reverte nie musiał namierzać telefonu Emily. Przyjaciółka siedziała na jego kanapie pociągając nosem iu pomstując szalejące hormony, które były dużo większym sprawcą jej łez niż mąż. Victoria była w pracy razem z małym Aleckiem więc blondynka w spokoju mogła wypłakać się na ramieniu Magika. Kiedy rozległ się dzwonek do drzwi Reverte ruszył w tamtym kierunku, a na widok dwóch mężczyzn westchnął i każdemu z osobna posłał pełne politowania i złości spojrzenia. Emily podniosła wzrok na męża i wybuchnęła płaczem. Reverte natomiast pociągnął Conrado do gabinetu Victorii dając małżeństwu nieco prywatności.
— Nicholas jest po dobrej stronie mocy. Przynajmniej na razie.
— Co?
— Nie co tylko kto — poprawił go Magik — Victoria przekonała go, że lepiej być z nami w drużynie niż przeciwko nam. O co się pokłócili?
— Nie powiedziała ci?
— Nie, tylko z płaczem się do mnie przytuliła nie powiem że nie mam wprawy w pocieszaniu płaczących niewiast, ale doprowadzanie do łez ciężarnej to już lekka przesada.
— Powiedzieli ci?
— Nie musieli mam kartę medyczną Emily na szybkim wybieraniu.
— Dlaczego jestem zaskoczony?
— Bo jestem pełen niespodzianek — odparł Magik wyglądając na korytarz. — Nie słyszę wystrzałów.
— Jak przekonaliście Nicholasa?
— Kobieta, dwa złamane serca i jedno nienarodzone dziecko mają siłę perswazji — powiedział — Standard.
— Nicholas stracił dziecko? — Javier wyglądający na korytarz wyprostował się gwałtownie.
— Dawno temu z Albą — wyszedł na korytarz i machnął na Conrado ręką. Fabrcio posłał wchodzącym do salonu mężczyznom lekki uśmiech. Blondynka siedziała na jego kolanach opierając mu głowę na ramieniu i obejmując go za szyję. — Zrobimy kolację. — zerknął przez ramię na parę, która była zajęta wymienianiem czułych pocałunków. Magik się uśmiechnął.
— Powinienem odwieźć ich do domu — zaczął.
— Daj im trochę czasu — wtrącił się Reverte sięgając po mleko z lodówki. — Niech się sobą nacieszą. To tylko kolacja, przecież cię nie otruję — zachichotał — poza tym każdy lubi naleśniki.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze telenowele Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 39, 40, 41
Strona 41 z 41

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin