Forum Telenowele Strona Główna Telenowele
Forum Telenowel
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Nunca mire detrás
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 39, 40, 41
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze telenowele
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3156
Przeczytał: 7 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 15:16:42 10-11-19    Temat postu:

Temporada III C 009
Emily/ Victoria/ Fabrcio

Pierwsze promienie słońca połaskotały ja w policzek. Przeciągnęła się leniwie mimowolnie przesuwając dłonią po pustym miejscu. Strona po której sypiał Fabricio była już zimna. Jej mąż od kilku dni wstawał wcześnie rano kładł się późno żartując że Emily wyrabia za nich oboje nadgodziny. Blondynka odkąd była w ciąży miała problem z podniesieniem się z łóżka. I gdyby nie od czasu do czas odzywający się pęcherz i żołądek już dawno dorobił by się odleżyn. Wstała powoli z łóżka kierując swoje kroki do kuchni. Miała nadzieję że mąż przygotował dla niej śniadanie. Emily wreszcie odzyskiwała apetyt. Nadal jadła mało, ale przynajmniej żołądek nie buntował się już tak często jak na początku ciąży. Daleko było jej jednak do huraoptymizmu. Lekarka powtarzała że będzie lepiej, że przy ciąży mnogiej symptomy mogą się nasilac lecz jedynie myśl o dwóch małych istotkach poprawiła jej nastrój. Wychodząc do kuchni instynktownie położyła dłoń na brzuchu.
Informacja o bliźniakach zaskoczyła ich oboje. Pragnęli dziecka jednego ale przewrotny los zgotował im niespodziankę w postaci dwóch maluszków co dla Emily było przede wszystkim błogosławieństwem. W życiu doświadczyła wiele złego, widziała jaki los jest wstanie zagotować człowiek drugiemu człowiekowi jednak te dwie małe Kruszynki dawały jej nadzieję na lepsze jutro. I tak może to było głupie myślenie, lecz po tym co przeszli ona Fabricio i ich bliscy odrobina szczęścia spokoju była nawet wskazana. Sięgnęła po babeczki. Jedzenie ciastek na śniadanie nie było być może zbyt dobrym pomysłem, ale z drugiej strony kto kobiecie w ciąży zabroni. Wzięła z talerza druga ruszając na poszukiwania męża. Wczoraj mówił jej ze będzie pracował z domu. Ponownie i coś jej mówiło że zachowanie Guerry nie jest tylko związane z jej obecnym stanem. Od jakiegoś czasu zachowywał się jak nadopiekuńcza kwoka albo raczej kogut. Emily wiedziała, że coś się za tym kryje. Tylko co?
Zapytany wprost zaprzeczy. Znała ukochanego i doskonale zdawała sobie sprawę że chce aby unikała stresów tylko jego milczenie coraz bardziej ja niepokoiło. Postanowiła dać mężowi czas albo jeśli go nie będzie pomyszkować w jego gabinecie. Rozejrzał się po pomieszczeniu i uśmiechnęła się pod nosem oblizując palce z czekolady.
Na jednej z dwóch tablic znajdujących się w gabinecie były wszelkie informacje na temat kampanii wyborczej Severina na drugiej zaś informacje związane z pracą. Emily spojrzała na wydrukowane wykresy niewiele rozumiejąc z kolorowych szlaczków. Cóż matematyka nie była nigdy jej mocna strona. Podeszła bliżej do tablicy związanej z kampania. Ta była zdecydowanie bardziej interesująca. Fabricio używał do niej języka angielskiego na przemian z hiszpańskim. Wszelkie artykuły dotyczące Conrada, notki prasowe czy sondaże były w urzędowym języku Meksyku zaś plany dnia, pomysły w ojczystym języku ich oboje. W takim mężczyźnie się zakochała.
Pokochała go za analityczny umysł, umiejętność łączenia bycia humanista i umysłem ścisłym, za dobre serce i łobuzerski uśmiech. Emily sięgnęła do przypiętej na tablicy fotografii. Uśmiechnięci od ucha do ucha. Zdjęcie zrobiono na przyjęciu urodzinowym Conrado. Nie pamiętała kiedy je zrobiono, nie wiedziała nawet że ukazało się w prasie, ale podobało się jej. Oboje byli na nim tacy szczęśliwi, radośni i nie udawali niczego. W tamtym momencie mimo zmęczenia była naprawdę szczęśliwa. Uwagę blondynki przyciągnęło jeszcze jedno zdjęcie. Conrado i Fabricio obejmujący się i szczerzący zęby w uśmiechu. Wyglądali nie tylko jak dwaj najlepsi przyjaciele ale bardziej jak bracia. I wiedziała że Fabricio właśnie tak traktuje Conrado. Jak starszego brata, którego nie dane było mu mieć. Zerknęła na terminarz. Fabricio był na pikniku rodzinnym. I jego małżonka niezwłocznie postanowiła się tam udać, ale najpierw zamierzała się ubrać.
***
Victoria wchodząc do pobliskiego parku zmierzwiła synkowi włosy. Hermes idący na smyczy rzucił łbem w prawo to w lewo. Zdecydowanie nie był przyzwyczajony do noszenia kagańca. Javier pomachał im ręką Victoria poczuła jak dłoń synka wyślizguje się z jej dłoni a chłopiec biegiem rusza w jego kierunku. Magik posadził go sobie na ramionach, aby malec lepiej mógł wszystko zobaczyć. Park miejski, który przez wiele lat pozostawał zapuszczony i straszył mieszkańców teraz dostawał nowe życie.
Gideon Ochoa, którego sylwetkę widziała w oddali postanowił kontynuować projekty zapoczątkowany jeszcze za kadencji zmarłego burmistrza. Od stycznie dwa tysiące piętnastego roku firma Hektora Reynoldsa i Deana Samaniego prowadziła pracę rewitalizujące na terenie całego miasta. Pierwszą częścią projektu była całkowita renowacja Parku miejskiego, który straszył swą brzydotą od lat. Dziś miejsce imienia Alfonsa Solano zyska nowe życie. Uczniowie mieszczącej się w mieście szkoły podstawowej we ścisłej współpracy z ośrodkiem kierowanym przez Juliana Vazqueza pomogli w sprzątaniu, dzieciaki, z ośrodka których spora część była uczniami szkoły pomogła także w odbudowie zniszczonych przez czas i ludzi miejskich ławeczek, które pomalowane zostały we wszystkich kolorach tęczy. Tym samym zarówno szkoła jak i ratusz, ale także sam doktor Vazquez wytrącili argumenty z rąk Fernando Barosso. Victoria uśmiechnęła się z satysfakcją.
We wtorek odbywał się ogłoszony przez Gideona piknik rodzinny. Dzieci dostały wolny dzień w szkole i teraz kręciły się po parku zerkając z ciekawością w stronę ustawionej nieopodal sceny, były stragany z jedzeniem, gdzie nawet dostrzegła logo “Gry Anioła” Javier jednak był tutaj przede wszystkim jako tata. Alexander błądził z zachwytem po wszystkich kolorowych budkach. Szarpnął Reverte za włosy wskazując kierunek, w którym chcę pójść.
— Kupię małemu watę cukrową — wytłumaczył żonie i zostawił ją na chwilę tylko i wyłącznie w towarzystwie psa. Hermes siedział obok niej. Po chwili ruszyła w kierunku zaparkowanych radiowozów i wozu strażackiego wokół którego toczyły się dzieciaki. Dziś każdy mógł zajrzeć do środka i włączyć syrenę. Victoria w tłumie dostrzegła Magika i synka, który pałaszową słodką watę cukrową. Reverte postawił dziecko na ziemi. Z pewnej odległości przypatrywała się jak podchodzi do nich Pablo i przyklęka przy maluchu. Po upływie kilku minut Alec wyciągnął upaćkaną watą rączkę i pozwolił zaprowadzić się do radiowozu. Ośmielony i zachęcony przez Diaza wsiadł do środka. I zaczął trąbić w klakson co dorośli skwitowali śmiechem a dzieciaki zaczęły piszczeć z uciechy.
— Jest zachwycony — Victoria aż podskoczyła —wybacz nie chciałem cię przestraszyć.
- Nic się nie stało — odparła z uśmiechem - i masz rację, jest zachwycony. Tłum nadal go przeraża ale wierzę że z czasem stanie się bardziej otwarty – uśmiechnęła się lekko.
- Fabricio wspominał że mamy razem sądzić drzewo – zmienił temat Severin. Nie czuł się zbyt dobrze w tematach około dziecięcych. – rekomendował a wręcz nakazywał buka.
- Nie będzie ich? - Zapytała wyraźnie zaniepokojona blondynka. W ciągu ostatnich tygodni rzadko widywała Emily.
- Kręci się gdzieś tutaj , Fabricio doradzał mi wybór drzewa na wypadek gdyby nie zdążył. - wytłumaczył przyjaciela. Sam czujni rozejrzał się po tłumie ludzi. Gdzieś w oddali minął mu Nicholas Barosso. Victoria chwyciła go pod łokieć i ruszyła w kierunku miejsca gdzie wydawane a nieopodal sądzono drzewa.
- Powiem mu – powiedziała wprost z lekkim uśmiechem na ustach. Mówiła cicho a jej słowa były przeznaczone tylko dla jego uszu.
- To dobry pomysł? – Zapytał ją Conrado jednocześnie rozglądając się za hukiem. Nie miał pojęcia jak wygląda buk.
- Pewnie nie
- Mimo to mu powiesz. Przepraszam – zwrócił się do mężczyzny pilnują ego porządku przy drzewach – macie może buka?
- Tak, proszę za mną został specjalnie dla Pana odłożony - mężczyzna ruszył przed siebie a Conrado i Victorii nie pozostało nic innego jak pójść za nim. Mężczyzna przekazał im drzewko i wrócił do swoich obowiązków. Przed odejściem wskazał im także miejsce. Znajdowało się ono na środku polany. Fabricio zadbał o to aby każdy to zobaczył a przede wszystkim dziennikarze. Conrado uśmiechnął się pod nosem.
- Uważasz, że nie powinnam tego robić?
- Uważam, że powinnaś zrobić to co uważasz sama za słuszne. I być ostrożna. Krew nie woda.
- Wiem, ale wiem także co czuje. Wiele bym dała aby usłyszeć coś takiego od kogoś – uśmiechnęła się – Poza tym ma u mnie dług.
- Zamierzasz go wyegzekwować?
- Być może – Odparła
Fabricio że swojego miejsca widział doskonale cała scenkę uznając, iż wybór miejsca miał w tej kwestii kluczowe znaczenie. Ludzie widzieli ich bardzo dobrze. Uśmiechnięci, szepczący między sobą, dziennikarze którym szepnął słówko że zdjęcia wyjdą lepsze jeśli zrobią je z oddali, kamery telewizyjne. To wszystko razem miało swój urok. Blondyn nie potrafił się jednak odprężyć. Ciągle miał przed oczami Emily na zdjęciach nadesłanych przez przeklętego Santosa!
Pieprzony gad! Intuicja podpowiadają mu, że tym razem były protegowany Przyjęcie la nie zniknie z jego życia tak łatwo. Oczywiście przemilczał ten fakt, brunet miał dużo spraw na głowie a jego gdybania bynajmniej nie poprawia mu nastroju. I to właśnie z powodu Santosa zdecydował się pracować w domu. Miał oczywiście świadomość iż Emily jego nadopiekuńczością jest coraz bardziej zirytowana i podejrzliwa. Nie zdziwiłby się gdyby teraz przerzucała dokumenty na jego biurku w celu uzyskania informacji. Znał ukochana i wiedział że się martwi. Nie powiedział jej tylko dlatego, żeby nie martwiła się jeszcze bardziej co oczywiście miało odwrotny skutek
Fabricio obawiał się że Santos zacznie mówić albo co gorsza sprzymierzy się z Barosso. Staruch wiedział. O Conrado wiele ale czy wszystko? Santos był śliski typem. I należało na niego uważać gdyż mógł przysporzyć im wielu problemów. Spojrzenie blondyna powędrowało w kierunku Cosme, który sądził z Javierem i małym Alexandrem kwiaty. Westchnął cicho.
Rozmawiali że sobą krótko po raz pierwszy od urodzin żony. Trzydziestolatek odnosił wrażenie że mężczyzna ma do niego żal za to jak chłodno potraktował go w kwietniu, jego i Ethana, albo że nie odwiedzał go w ciągu minionych tygodni. Fabricio mimo szczerych chęci nie miał czasu na wypadanie w odwiedziny czy picie herbatki. Pracował na dwa etaty, nie dosypiał a czas który miał dla siebie wolał spędzać w towarzystwie żony, która dostrzegł w tłumie.
Miała na sobie sukienkę w kolorze czerwonym w drobne białe groszki. Włosy rozpuścił. Fabricio zauważył iż blondynka coraz częściej chodzi w sukienkach. Pracując w terenie ów strój nie był zbyt praktyczny. Bieganie za bandytami w sukienkach nie było zbyt wygodne zaś na emeryturze mogła pozwolić sobie na odrobinę snobizmu. Uśmiechnął się do niej kiedy ich spojrzenia się spotkały. Emily podeszła do niego i stanęła na palcach całując go na powitanie w usta. Pachniała czekolada.
- Dzień dobry – przywitał się obejmując ja w tali. – Znalazłaś mnie.
- To nie było wcale takie trudne – odpowiedziała – zostawiłeś grafik przypięty do tablicy.
- Byłaś w moim gabinecie
- Szukałam cię – odpowiedziała wzdychając obróciła się w jego ramionach. Plecami oparła się o jego tors. – Co się dzieje? Zapytała wprost.
- Rewitalizacja parku miejskiego. Sadzenie drzewek, rabat z kwiatami, dzieciaki Ośrodka pomalowany ławki i jak widać – wskazał najbliższą nich – ktoś dobrał się do różowej farby.
- Przestań po prostu przestań – syknęła wyślizgując się z jego objęć. – przestań karmić mnie kłamstwami i powiedz wreszcie prawdę! – krzyknęła a kilka głów odwróciło się w ich kierunku. – Od kilku dni zachowujesz się dziwnie, przesiadujesz całe dnie w domu, nadskakujesz mi
- To się nazywa troska
- Raczej mydlenie oczu – mruknęła. – Ukrywasz coś przede mną – utrwala. – I tak jestem w ciąży – dodała cichszym tonem – ale hormony nie zamieniły mi mózgu w papkę o konsystencji kaszki więc jeśli będziesz chciał pogadać będę w domu – odparła i ruszyła w kierunku parkingu. Fabricio po chwili pobiegł za żona.

***
Castiel Samaniego zrezygnował z udziału w pikniku rodzinnym wymawiając się papierową robotą. Miał prace do sprawdzenia, które już od kilku dni zaległy na jego biurku jednak zamiast przeczytać wypracowania uczennic siedział wpatrując się jakiś punkt przed sobą Ze sterty wypracowań wyciągnął to napisane ręką Glorii. Tematem było : Mój bohater. Gloria opisała swojego tatę Gideona. Tekst zawierał mnóstwo wykrzykników a nad i były serduszka. Cass zazwyczaj przymykał oko na ozdobniki liczyła się treść lecz w tym momencie nie miał ochoty zagłębić się w laurkę jaka córką wystawiła ojcu. Odłożył wypracowanie i zamyślił się.
Gloria Ochoa została jego uczennica Castiela od nowego roku szkolnego. Dziewczynka została przeniesiona z innej placówki do szkoły podstawowej w Valle de Sombras. Uśmiechnięta, drobna dziewczynka za każdym razem kiedy widział ja w trzeciej ławce boleśnie przypominała mu o błędzie który popełnił w styczniu zeszłego roku. Gdyby mógł cofnąć czas, westchnął
Relacje z kobietami zawsze cechowała nieśmiałość. Przy przebojowym, głośnym bracie zawsze cichł, robił się mrukliwy i markotny. We własnych oczach uważał się za kogoś gorszego i zawsze zazdrości bratu pewności siebie. Kobiety lgnęły do niego jak ćmy do światła. Dean przebiera i bawił się kobietami kiedy Cass w obecności starszego brata zapomniał języka w gębie. Fakt iż byli identycznie niczego mu nie ułatwia. To co różnił obu mężczyzn od siebie to pasma siwizny przeplatające się z czernią. A od jakiegoś czasu zarost. To nadawało mu powagi i dodawało lat. Wszystko zmieniło się tamtego styczniowego dnia kiedy poznał Lucie. Po raz pierwszy ktoś widział jego a nie Deana. Czuł się ważny i kochany. Fakt że kobieta była od niego starsza absolutnie mu nie przeszkadzał.
Na początku swojego związku z Lucia nie wiedział że ma męża. Poznali się na szybkich randkach w Klubie Samotnych Serc w Monterrey. Między nimi zaiskrzyło ale sprawy toczyły się własnym tempem. O tym że ma męża dowiedział się we wrześniu kiedy do jego klasy dołączyła Gloria Ochoa wszystko zaczęło układać w logiczna całość. Zawsze spotykali się u niego nigdy u niej, w hotelach w Monterrey, zawsze jej się spieszyło, opowiadała mu o chorej matce która się opiekuje a tak naprawdę miała męża i dwójkę dzieci. Wstał nie mogąc usiedzieć w miejscu. Zaczął spacerować po kuchni.
Dał się wykorzystać. Lucia uwiodła go swoim zainteresowaniem literatura, sztuka, słuchała go, rozśmieszała go. Przy niej po raz pierwszy od lat się żywy. Wszystko zmieniło się we wrześniu. W ich relacje wdał się chłód jednak dalej kontynuował romans. Mimo świadomości że ma męża, rodzinę nie potrafił z niej zrezygnować. Rzuciła go w listopadzie zeszłego roku zaś w styczniu jej nastoletni syn rozwalił mu samochód. Castiel przekonał Pablo Diaza aby nie oskarżał nastolatka którego uchwycił szkolny monitoring. Diaz nawet jeśli domyśl się powodów wyrzucił policyjny raport do niszczarki. Cass od tamtej pory do pracy dojeżdżał rowerem. Nikomu nie przyznał się do romansu z mężatką. Było mu zwyczajnie wstyd. Zakochał się w starszej od siebie kobiecie, z dwójką dzieci i mężem na karku a Lucia okazała się być nie warta jego uczuć. Najgorsze w tym wszystkim było to, że każdego ranka w dni robocze widywał jej córkę, na wywiadówce rozmawiał z jej byłym mężem nie mając nawet odwagi aby spojrzeć mu w oczy. Popełnił błąd i będzie płacił za niego do końca życia.
Drzwi do klasy otworzyły się a do środka wpadła Merida radośnie merdając ogonem. Cass instynktownie położył dłoń na jej łbie aby po chwili przenieść spojrzenie na kobietę stojąca w drzwiach.
Yvette Chavez stała w progu ramieniem opierając się o framugę.
- Cześć – odezwała się wchodząc do środka. Castiel wyprostował się posyłając przyjaciółce blady uśmiech. Obserwował jak odkłada klucze na komorę.
- Szukałaś mnie? – zdziwił się mężczyzna.
- Tak szukałam cię skoro od miesięcy mnie unikasz – odpowiedziała robiąc krok do przodu.
- Nie unikam – zaprzeczył a Yvette prychnęła pod nosem dając mu jasno do zrozumienia co myśli.
- Unikasz mnie – powtórzyła – od wesela Javiera i Victorii ciągle mnie zbywasz, ciągle słyszę nie mam czasu, innym razem i tak w kółko. Co zrobiłam nie tak?
- Spałaś z moim bratem – wypalił za nim zdążył ugryźć się w język. – Widziałam cię w jego łóżku.
- Byłam pijana
- To cie nie usprawiedliwia – wszedł jej w słowo.
Yvette jednym uderzeniem dłonią w udo przywołała do siebie suczkę, przypięła jej smycz do obroży.
- Wracajmy do domu maleńka – ruszyła w kierunku drzwi. Zamknęła je cicho za sobą z trudem przełykając ślinę. Yvette Chavez mieszkała niedaleko, lecz trasę pokonała równym miarowym tempem nie zwracając uwagi na przybierający na sile deszcz. Przezroczyste krople mieszkały się z łzami
Taka ja właśnie zobaczył Dean. Bez słowa doprowadził ja do mieszkania w pod dachem przytulił do siebie. Nie mówię nic. Kiedy zasnęła pojechał do brata gdyż domyśla się że to ten kretyn doprowadził ja do płaczu. Wszedł do środka korzystając z zapasowych kluczy. Najpierw skierował się do kuchni i wyciągnął z lodówki dwa piwa. Jedno postawił przed bratem na stoliku do kawy z drugiej butelki pociągnął solidny łyk.
- Spała że mną w jednym łóżku - odezwał się – w mojej koszuli, ale nie uprawialiśmy seksu. Jest słodka, urocza bywa straszliwie naiwna, ale nie w moim typie – wyciągnął z kieszeni telefon i odblokował go w galerii znajdując odpowiednie zdjęcie. Położył telefon na blacie widząc jak spojrzenie brata wędruje w tamtym kierunku. Upił łyk piwa.
- Nazywa się Gael Cordoba – przedstawił mężczyznę z fotografii i dopiero teraz odważył się spojrzeć na brata. – Jestem gejem.
- Te wszystkie kobiety...
- Przedstawiłem ci kiedyś któraś? – Zapytał go. – Zmyślałem je.
- Dlaczego?
Dean wybuchną śmiechem.
- Dlaczego? Serio? – pokręcił w rozbawieniu głową – Jestem gejem braciszku. Wiem o tym od szesnastu lat i lata zajęło mi zrozumienie, że nie jestem zboczeńcem. Jestem normalny, to że kocham inaczej nie czyni mnie złym człowiekiem czy grzesznikiem jak nazywa nas babcia. Społeczeństwo nienawidzi ludzi takich jak.
- Ja cię kocham – powiedział wprost. – Gej czy nie zawsze będziesz moim bratem.
***
Dean i Castiel Samaniego Chris Evans
Gael Sebastian Stan.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3156
Przeczytał: 7 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 22:47:21 24-11-19    Temat postu:

Temporada III C 010
Victoria /Alba/ Dean/Castiel/ Nicholas
Rewitalizacja parku okazała się być sukcesem a piknik rodzinny cieszył się tamtego dnia dużym zainteresowaniem. Burmistrz Ochoa trafił w dziesiątkę kontynuując politykę zamarłego Solano jednocześnie świadomie czy też nie utarł nosa Fernando. Mężczyzna bowiem twierdził, iż ośrodek dla młodzieży jest wylęgarnią przestępców. Wspólnie z Julianem Vazquezem pokazali wszystkim jak bardzo kontrkandydat w wyborach się myli. To były dobre dzieciaki, trochę nieokrzesane, ale zyskiwały przy bliższym poznaniu. Victoria wpatrując się w swoje zdjęcie z Conrado opublikowane na okładce jednej z gazet uśmiechnęła się pod nosem z satysfakcją.
Ona i Conrado wyglądali jak para spiskowców. Uśmiechnięci, szepczący między sobą i wspólnie sadzący drzewko. A w środku skwaszony Fernando. Fabrcio nie mógł wpaść na lepszy pomysł, aby tamtego dnia trzymać dziennikarzy z daleka. Barosso nie miał powodów do zadowolenia i bynajmniej sytuacja nie miała się zmienić w najbliższym czasie. W jednym z brukowców wydawanym w Monterrey, ale dostępnym w kioskach w miasteczku ukazał się artykuł jakoby Tristan Sawyer miał coś wspólnego z Barosso. Autor tekstu jasno sugerował iż mężczyzna jest jego siostrzeńcem. Fakt był to najnowszy news, ale po raz pierwszy okazał się w prasie drukowanej. Victoria nawet wracając z porannych zakupów udając zaskoczoną przed sprzedawczynią zakupiła codziennik. Skłamałaby mówiąc, że nie cieszy jej zła prasa Barosso.
Całe życie się go bała. Przerażał ją nawet wtedy kiedy mijała go na ulicy i gdyby ktoś w sierpniu zeszłego roku powiedział jej że pewnego dnia pojawi się ktoś kto może mu zagrozić zapewne wybuchnęła by śmiechem. Byłby jeszcze bardziej rozbawiona gdyby ktoś dodał, że ona będzie miała w sobie tyle siły, aby tej osobie pomóc. Życie całe szczęście potrafi zaskoczyć.
Victoria postanowiła tą siłą podzielić się z innymi kobietami, młodymi dziewczynami a nawet tymi najmłodszymi. Fabricio, któremu jakiś czas temu przedstawiła swój pomysł najpierw zmarszczył brwi a później uśmiechnął się szeroko. Victoria musiała przestać być jedynie piękną ozdobą dołączoną do kampanii, ale także aktywnie działać. Dlatego też wpadła na pomysł zajęć z samoobrony Nikt poza Magikiem i najbliższym kręgiem znajomych nie wiedział, że pasją Victorii. Dzięki sztukom walki czuła się silna, mocno stąpała po ziemi. Czuła się także bezpieczna. I chciała aby mieszkanki miasta także czuły się silne i bezpieczne.
Sala gimnastyczna była pełna kobiet i zaciekawionych rozchichotanych mężczyzn którzy usiedli na trybunach i szeptali między sobą. Sądzą zapewne, że zwariowałam, przemknęło jej przez myśl. I tak i ona myślała jeszcze kilka lat temu kiedy Peter Pan zaczął ją uczyć aikido wyglądała dokładnie tak jak obecne na sali kobiety. Była przerażona i zaciekawiona jednocześnie. Obserwowała jego i Magika z szeroko otwartymi oczami a po latach od tamtych wydarzeń była dumną posiadaczką czarnego pasa i tytułu instruktorka aikido. Teraz chciała aby te wszystkie wylęknione kobiety przestały się tak czuć. Zbyt dobrze znała to uczucie. Zsunęła z ramienia torbę. W tłumie dostrzegła Emmę, Nadię, Arianę. Wiedziała bowiem, że przyszły ją tutaj wspierać i była im za to niezmiernie wdzięczna. Na trybunach rozsiadł się Magik z Aleckiem, Fabrcio obok którego siedział Conrado. Cieszyła się z ich obecności.
Victoria zrezygnowała z tradycyjnego stroju aikido co zapewne nie spodobałby się jej instruktorowi ze Stanów Zjednoczonych, ale uznała iż trening ma być przyjemnością i minimalnym wydatkiem dla miejscowych kobiet. Nie chciała obciążać ich dodatkowymi kosztami. Na sali rozłożono maty, które miały chronić przed urazami.
— Dobry wieczór — przywitała się uśmiechając się lekko do kobiet. Chciała tym samym dodać im otuchy. — Dziękuje za tak liczne przybycie — zaczęła — zarówno wam jak i naszej publiczności. Wiem, że jesteście przestraszone i nie macie pojęcia czego spodziewać. Obawiacie się, że zrobicie coś złego albo naszej publiczności, która wybuchnie śmiechem. Byłam na waszym miejscu i powiem wprost to nie będzie łatwy wieczór a następnego dnia będziecie czuć mięśnie z których istnienia nie zadawałyście sobie sprawy. I jeśli będziecie przychodzić regularnie to z czasem znajdziecie równowagę między ciałem a duchem. Zapomnijcie po publiczności to wasz czas. I tak ci tam z tyłu — wskazała na nich ręką — będą się śmiać będziecie to słyszeć bardzo wyraźnie. Będą komentować i stwierdzą, że upadłyśmy na głowę trudno kiedy skopiemy im tyłki gwarantuje zmienią zdanie.
— Skopałaś kiedyś tyłek takiemu komuś? — zapytała niepewnie jakaś szatynka z tyłu.
— Tak.
— I co się z nim stało?
— Został moim mężem — odparła z rozbrajającą szczerością. — Zacznijmy więc od rozgrzewki.

***
Chrzest święty połączony z przyjęciem urodzinowym Alexandra okazał się być sukcesem. Zarówno świeżo upieczeni rodzice jak i goście zakończyli wieczór w szampańskich nastrojach i z uśmiechami na ustach. Victoria mimo początkowych obaw była zadowolona a mały Alec był zachwycony. Chłopiec zasnął późno w nocy z uśmiechem na ustach. Po raz pierwszy spał sam w swoim pokoju co państwo Reverte uznawali za spory sukces. Na początku tygodnia jednak należało wrócić do rzeczywistości, która miała dużo bardziej wyblakłe kolory niż wczorajszy wieczór.
Victoria postawiła przed synkiem miseczkę czekoladowych płatków śniadaniowych i zmierzwiła malcowi włosy.
Nicholas Barosso nie wyrządził jej żadnej krzywdy. Fakt popełnił kilka czynów które potępiała jednak ich konsekwencje bezpośrednio nie dotknęły Revertówny więc była skłonna spojrzeć na niego przychylniejszym okiem. Wiedziała bowiem jak to jest żyć ze skutkami swoich niekoniecznie dobrych wyborów. To co jednak ją zastanawiało; to czy można mu ufać? Czy Nicholas nadal jest ślepo lojalny ojcu czy też nie? Nie miała pojęcia czy wyjawienie mu prawdy o Alejandrze nie będzie miało zgubnych skutów dla nich wszystkich? Westchnęła ściągając tym samym spojrzenie Alexandra, który chwycił ją za rękę i zacisnął na niej swoją dłoń.
— Wszystko w porządku skarbie — zapewniła go. — Mama się zamyśliła — odłożyła do zlewu kubek po kawie i podeszła bliżej dziecka, które nadal trzymało ją za rękę. Aleca nada łatwo było spłoszyć, albo zmartwić. Pogładziła go czule po policzku. Hermes leżący nieopodal poderwał do góry łeb a ogon uderzył o podłogę. Do kuchni wszedł Javier. Alexander zeskoczył z krzesła i podbiegł do ojca.
— Cześć smyku — pochylił się nad chłopcem i pocałował go w czubek nosa. — Cześć żono — zerknął na nią. — Alec może zabierzesz Hermesa do ogrodu? — zasugerował dziecku. — Pobiega za piłeczką. — Chłopczyk wziął od Magika nową piłkę dla psa i podskakując pobiegł we wskazane miejsce. Hermes z ochotą pobiegł za małym przyjacielem. — Chcesz mu powiedzieć — stwierdził gdy tylko za Aleckiem zamknęły się przesuwane drzwi.
— Uważasz, że nie powinnam.
— To nadal Barosso. Może i ćpanie wyprało mu mózg, ale krew to nie woda Dzwoneczku.
— Jeśli powiem mu, że jego brat żyje będzie miał wobec nas dług.
— Albo poleci z jęzorem do ojca.
— Biorę ten scenariusz pod uwagę.
— Mimo to nadal chcesz mu powiedzieć — wtrącił się ponownie Reverte zerkając w kierunku biegającego po ogrodzie chłopczyka.
— Tak. Javi ja wiem jak to jest stracić brata i obwiniać się o jego śmierć jeśli to przekona Nico do nas
— To równie dobrze może zadziałać w odwrotny sposób skarbie — wtrącił się małżonek. — Nicholas może wydać nas przed Fernando.
— Nie zrobi tego.
— Skąd ta pewność? — zapytał ją zaciekawiony mąż.
— Krew nie woda — odpowiedziała a blondyn zmarszczył brwi. — Obiecał chronić brata za wszelką cenę i go zawiódł wiesz mi lub mnie będzie moim dłużnikiem.
— Tristan, Nicholas kto następny? — zapytał. i wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. — To teściunio i Marcela. Obiecali go popilnować kiedy my będziemy mieć randkę— powiedział a Victoria zmarszczyła brwi. — Nie mogłem mu przecież powiedzieć, że to będzie trójkąt z facetem o nazwisku Barosso.
***
Dla Alby Flores chrzest święty Alexandra nie był łatwym wydarzeniem. O ile sama ceremonia była prosta i całkiem przyjemna to przyjęcie, które po niej nastąpiło już nie koniecznie zaliczyłby do przyjemnych wydarzeń. Matka i rodzeństwo zerkali z ciekawością w jej kierunku. Za każdym razem kiedy mijała ich lub siedząc przy stole czuła na sobie ich ciekawskie spojrzenia. Dlatego też postanowiła zająć się dziećmi. Obecne na przyjęciu w różnym wieku wymagały uwagi. A Alba z przyjemnością biegała, nosiła na rękach swojego chrześniaka.
Alba i Victoria mieszkały na przeciwko siebie. Pablo Diaz po powrocie do miasta kupił dom po okazyjnej cenie i remontował go kawałek po kawałku. Damian Diaz pomagał od czasu do czasu kuzynowi a ich córki poznały się i zaprzyjaźniły. Alba była jedyną osobą z miasteczka, które Victoria zwierzała się ze swoich problemów, dla każdej z nich powrót do domu ze szkoły był koszmarem i to ten koszmar zbliżył je do siebie. Powierzały sobie najskrytsze tajemnice i kiedy przypadkiem spotkały się na ulicach Chicago dziecięca przyjaźń odżyła ze zdwojoną siłą.
Alba wiedziała, że Vicky zakochała się w Magiku , a Victoria wiedziała o problemach sercowych Alby. Kuzynki wzajemnie się doradzały sobie i wspierały się. I nawet wtedy kiedy Alba wyjechała z lekarzami bez granic panie utrzymywały ze sobą kontakt. I dlatego też szatynka zgodziła się być matką chrzestną Alexandra. Uroczego słodkiego chłopczyka. Fakt, iż ponownie spotka swoją rodzinę był dla niej kwestią drugorzędną. Mimo to unikała rozmowy z nimi. Dlatego tez stojące na progu rodzeństwo zaskoczyło ją i wybiło z rytmu. Nie miała pojęcia skąd mają adres, lecz z drugiej strony podejrzewała iż palce maczała w tym siostra Clementina. W kuchni do której ich zaprosiła zapadło niezręczne milczenie. Szatynka obróciła w dłoniach kubkiem kawy.
— Co was do mnie sprowadza? — zapytała ich w prost.
— Może tęsknota? — zasugerował Arturo.
— Może powiesz coś w co uwierzę — odparowała Alba.
— Chodzi o ojca — wtrąciła się Rocio spoglądając na najstarszą z rodzeństwa z lekko zmarszczonymi brwiami.
— Umarł? — zapytała
— Jeśli chciałaś żeby umarł nie trzeba było go ratować — odparował Arturo. — Tobie nie drgnęła nawet ręka.
— Tym lepiej dla niego. Straciłby nogę albo co gorsza życie. Upił się w szpitalu?
— Nie.
— To o co chodzi?
— Ojciec ma długi — powiedziała wprost Rocio — u niebezpiecznych ludzi.
— Alkoholik i hazardzista cóż za atrakcyjne połącznie — mruknęła — jeśli sugerujesz, że będę spłacała jego długi to pomyliście adresy.
— Jest mu winien czterdzieści tysięcy peso.
Alba usiadła.
— Chcemy rozłożyć dług na raty — zaczął Arturo — ale on powiedział, że będzie rozmawiał tylko z tobą.
— Słucham?
— Będzie negocjował tylko z tobą Albo.
— Dlaczego?
— Nie wiemy — odezwała się szatynka — powiedział Arturo, żeby przyprowadził siostrę. Tą lekarkę.
Alba westchnęła głośno. Nie miała najmniejszej ochoty na pertraktacje z gangsterami
— Kiedy?
— Dziś wieczorem.

***
Nicholas Barosso był zaskoczony prośbą Victorii o spotkanie jednak zgodził się po pikniku rodzinnym wieczorem przyjechać do jej firmy. Zignorował jadące za nim auto z ludźmi ojca, którzy od wpadki z narkotykami śledzili każdy jego ruch. Wszedł na górę czując się nie co dziwnie krocząc korytarzami, które jeszcze kilka miesięcy temu były częścią rodzinnego biznesu. Zapukał a drzwi otworzył mu Javier Reverte,
— Telefon — wyciągnął dłoń i westchnął głośno kiedy mężczyzna spojrzał na niego niezrozumiałym wzrokiem. — Chcesz spotkać się z moją żoną czy też nie? Brunet niechętnie podał mu komórkę.
— Bawimy się w konspirację? — zapytał ją Nico. Victoria siedziała fotelu przy biurku. W tym miejscu kiedyś stało biurko Alejandra.
— Nie, gdybym chciała bawić się w konspirację zaprosiłabym cię bardziej prywatne miejsce bez monitoringu i ludzkich spojrzeń.
— Czego więc chcesz? — zapytał ją.
— Jest czysty — poinformował ją mąż siadając na czarnej kanapie — ale ma ogon.
— Tego się spodziewaliśmy.
— Może któreś z was łaskawie wyjaśni mi o co w tym wszystkim do cholery chodzi?
— Alejandro żyje — powiedziała wprost Victoria. — Jest w bezpiecznym miejscu.
— Słucham?
— Daleko stąd, ale to oczywiście może się zmienić — stwierdził sokojnym głosem Reverte. Nicholas ku zaskoczeniu ich oboje usiadł.
— Gdzie on jest?
— Bezpieczny — odpowiedziała na jego pytanie Victoria. — I tak pozostanie — zapewniła go zerkając na męża.
— Alex żyje — powtórzył powoli
— To już ustaliśmy — odparł zniecierpliwiony Magik. — — Jest bezpieczny za siódma górą za siódmą rzeką i to czy pozostanie bezpieczny zależy tylko i wyłącznie od twojej uprzejmości i dobrej woli bo tylko ona — wskazał ruchem dłoni na Victorię stoi między więzieniem a twoim bratem.
— Nie wyda go.
— Jesteś stuprocentowo pewien? — zapytał go Magik.
— Panowie — wtrąciła się do rozmowy wstając. — Alex pozostanie bezpieczny niezależnie czy spełnisz moją małą prośbę czy też nie. Nie zamierzam cię do niczego zmuszać Nico.
— Czego więc chcesz?
— Chcę abyś powiedział swojemu ojcu o naszym spotkaniu — zaczęła — Chcę żebyś powiedział, że próbowałam cię przeciągnąć na naszą stronę i chcę żebyś powiedział, że zgodziłeś się być naszym podwójnym agentem.
— Co? — odezwali się równocześnie Magik i Nicholas.
— Dlaczego?
— Wreszcie zadałeś jakieś dobre pytanie — odparł wyraźnie naburmuszony ponieważ nie wtajemniczony Magik.
— To proste uważasz że zabiłam twojego brata i chcesz znaleźć dowody na moją winę.
— Co? Nie ma mowy — odparł Nicholas i poderwał się z krzesła ruszył do wyjścia.
— Alba.
Jedno imię sprawiło, że się zatrzymał i odwrócił do tyłu głowę.
— Nigdy nie spała z twoim ojcem — powiedziała powoli. — Odurzył ją, rozebrał i położył w swoim łóżku, ale jej nie tknął. Zrobił coś gorszego.
— Tak zgwałcił twoją matkę wszyscy o tym już wiedzą.
— Alba była w ciąży kiedy wyjeżdżała z miasta. Była w czwartym miesiącu , kiedy poroniła
— Nie wierzę ci — warknął.
— Obok mojego brata jest inny grób Nikole Flores. — Akta Alby ze szpitala. Przygnębiająca lektura do poduchy.
— Przestań! — warknął. — Ty jesteś dokładnie taka sama jak Inez. Wykorzystujesz ludzkie słabości i tragedie żeby osiągnąć swój cel.
— W przeciwieństwie do Inez znam granice.
— Jesteś pewna? — zapytał ją i wyszedł
***
Dean czuł pewnego rodzaju ulgę kiedy powiedział bratu, że jest gejem. Jakby z pleców zdjęto mu ciężki plecak a on wreszcie mógł się wyprostować. Trzydziestolatek był zaskoczony, iż Cass z taką łatwością zaakceptował fakt, że jego młodszy o siedem minut brat jest homoseksualistą Chciał nawet poznać Gaela i Dean momentalnie zaprosił go na kolację. Nie zdążył nawet pomyśleć o konsekwencjach po prostu stwierdził, że to świetny pomysł. Teraz siedział na wysokim barowym stołku obserwując jak jego chłopak gotuje.
Gael był zawodowym kucharzem. Pracował jako szef kuchni w jednej z restauracji w Pueblo de Luz i od dwóch lat był jego chłopakiem. Dean potrzebował dużo czasu, aby zrozumieć kim jest naprawdę. I zaakceptować fakt, iż w miłości do mężczyzny nie ma nic złego. To nie chore ani perwersyjne. Miłość do mężczyzny była jego wersją normalności. Nie wszyscy jednak podzielali jego wizję. I o ile Castiel byłby wstanie zaakceptować brata geja to Diana nie zaprobowałaby tego, ani jego dziadkowie.
Diana Samaniego była samotną matką. I o ile braciom udało się ustalić tożsamość biologicznego ojca to tsk naprawdę nigdy z nią o tym nie rozmawiali. Temat Claudia Montenegro w ich domu nie był poruszany. Dziadek nigdy bowiem nie wybaczył swojej córce upokorzenia jakie zafundowała mu przed trzydziestoma laty rodząc bliźnięta. I o ile same narodziny dziecka powinny być radością to w roku osiemdziesiątym piątym nadal były hańbą. To był jeden z powodów dlaczego Dean tak długo ukrywał przed rodziną swoje prawdziwe ja.
Babcia Anna zapewne nazwałby to karą boską. Matka puściła się i zaszła w ciążę, urodziła dzieci i jeden z nich idąc tokiem rozumowania starszej kobiety musiał zostać naznaczony przez Opatrzność piętnem geja. Kolejny powód aby się nie urodzili. Mężczyzna westchnął. Był zmęczony podwójnym życiem.
Miał dość słuchania Diany domagającej się synowej i wnuków, rodzimych obiadów podczas których słucha, iż mężczyzna w jego wieku powinien mieć żonę i dzieci. Co z tego, że ma świetnie płatną prace, własne mieszkanie w Monterrey skoro jest samotnym trzydziestolatkiem. Ileż to razy chciał wykrzyczeć rodzinie „ JESTEM GEJEM!” I zawsze wycofywał się. Nie z powodu wstydu, a raczej strachu. Obawiał się, że straci rodzinę, kiedy wyzna prawdę. Dźwięk dzwonka wyrwał go z zadumy.
W progu stał Castiel z butelką wina w dłoni. Brat uśmiechnął się do niego nieśmiało.
— Wejdź — zaprosił go do środka i zaprowadził do kuchni. — Cass to mój chłopak Gael, Gael to mój brat Castiel.
Panowie uścisnęli sobie dłonie.
***
Alba była wyczerpana. Spotkanie z przywódcą Templariuszy okazało się być bardziej wyczerpujące niż sądziła, że będzie. Mężczyzna zgodził się rozłożyć dług ojca na raty i zamknąć mu rachunek. Damian był niewypłacalny a on nie lubił niewypłacalnych ludzi. Alba w obecnej chwili marzyła o kubku gorącej herbaty.
— Alba — za swoimi plecami usłyszała znajomy głos.
— Nie dziś Nico — warknęła wsuwając klucz do zamka.
—Proszę tylko o pięć minut — powiedział robiąc krok w jej stronę.
Przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwi.
— Pięć minut i wychodzisz.
Brunet wszedł do środka cicho zamykając za sobą drzwi.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3156
Przeczytał: 7 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 20:43:18 08-12-19    Temat postu:

Temporada III C 011
Ingrid/Julian/Nicholas/Alba
Ariana prowadziła auto Ingrid kierując się wskazówkami trasy, którą ustawiły w mapie Google. Szatynka wpatrywała się milcząco w horyzont zaś Santiago kilkukrotnie we wstecznym lusterku widziała pełne troski spojrzenie Juliana posyłane w kierunku żony. Vazquez był wyraźnie niezadowolony z wycieczki. Podobnie jak Hugo. Mężczyzna wraz z Julianem zajmował tylną kanapę auta i wcale nie miał ochoty na wycieczkę. Ingrid jednak zagroziła mu inwazją mysz. Brunet siedział jednał zasępiony we własnych myślach. Podobnie jak pomysłodawczyni ich dzisiejszego wyjazdu. Ingrid maksymalnie rozłożyła fotel i wyciągnęła się. Jechała z zamkniętymi oczami co jakich czas unosząc powieki aby sprawdzić gdzie są.
Pomysł wycieczki zrodził się w niej już dawno, lecz ciągle zwlekała ciąża, ślub groźba śmierci miały pierwszeństwo nad odwiedzaniem miejsc związanych z jej przeszłością lecz spotkanie z szefem Templariuszy przypomniało jej o złożonej samej sobie obietnicy; że kiedyś tam wróci.
Tak to było szaleństwo, emocjonalnie wyczerpujące szaleństwo, ale jakaś masochistyczna cząstka jej osobowości chciała zobaczyć tamto miejsce jeszcze raz. Zdziczałe opuszczone i przerażające. Chciała przekonać się czy siła wspomnień będzie równie silna. Chciała raz na zawsze pożegnać się z przeszłością. Oczywiście będzie to symboliczne tamte wspomnienia zawsze będą w niej tkwić.
Ośrodek wychowawczy dla dziewcząt zawsze miał złą sławę. Mieszkańcy nazywali go po prostu czyśćcem gdyż piekło przy tym musi być pestką. Podobnie jak w czyśćcu są udręczone dusze tak w Ośrodku byłi wychowankowie którzy z jednej strony pragnęli śmierci a z drugiej wyzwolenia. Samobójstwo nie było niczym nowym, ale popełnić je nie było tak łatwo. Nie w takiej liczbie na tak miały metraż. Kiedy już któraś wieszała się albo ostrym kawałkiem kamienia podcinała sobie żyły one to ignorowały. Pozwalały im odejść. Śmierć jak i walka o przetrwanie były czymś normalnym. Mawiano, że albo jesteś myśliwym albo zwierzyną. Ingrid nigdy nie była zwierzyną.
Na zewnątrz ośrodek był przedstawiany jako szansa dla najbardziej zdeprawowanych dziewcząt, na nowe życie. Mogły się tutaj uczyć, skończyć szkołę, nauczyć się szyć czy hyblować deski. Tak było za dnia nocą zamykano je w klatkach i mawiano że w życiu nie ma nic za darmo. Zapewniamy wam dach nad głową, jedzenie, edukacje więc my chcemy rozrywki. Do czyśćca przywożono osadzonych w ośrodku wychowawczym chłopców i szczuto jednych na drugich. Obserwatorzy walk obstawiali zakłady kto wygra. Nie tylko obstawiali. Niektóre z nich zmuszano do prostytucji. Wybierano te najładniejsze, najmniej posiniaczone a Ingrid zawsze wiedziała, że uniknęła takiego losu tylko dlatego że znała rodzinę Romo. Dyrektor ośrodka wiedział, że z nim lepiej nie zadzierać. Co nie oznaczało całkowitej ochrony uniknęła gwałtu nie klatki. I to tak obrosła w legendę.
Legendę o Mulan. Tutaj rzadko kto mówił do niej Ingrid była po prostu Mulan. Upartą, waleczną, młodziutką osóbką która bez oporów łamała komuś czy to nadgarstek czy to plac. Czasem zastanawiała się skąd w trzynastoletniej dziewczynce było tyle siły aby przetrwać trzy lata piekła? Po dziś dzień nie znalazła na to odpowiedzi. Wiedziała doskonale, że to miejsce uczyniło z niej osobę, którą jest teraz. Dlatego też kiedy Ariana zgasiła silnik a głos towarzyszący im całą drogę stwierdził „Jesteś na miejscu” otworzyła oczy.
Budynek nadal robił wrażenie. Mimo że miejsce zamknięto w dwa tysiące dziewiątym roku, a ogrodzony plac był pusty. To kraty w oknach sprawiły, iż poczuła nieprzyjemny ucisk w dołku. I nie miało to nic wspólnego z jej obecnym stanem. To miejsce nadal miało swoją siłę. Po tylu latach. Wyszła z auta wpatrując się w starą zardzewiałą bramę. Ruszyła w tamtym kierunku świadoma, że przyjaciele i mąż ruszą za nią.
— Co to za miejsce? — Zapytała Hugo Ariana wpatrując się w plecy przyjaciółki. Julian szedł obok żony trzymając ją za rękę.
— Ośrodek wychowawczy dla dziewcząt zwany szerokiej publiczności jako czyściec — odpowiedział wsuwając ręce w kieszenie spodni.
O czyśćcu zarówno męskim jak i żeńskim krążyły niezbyt pochlebne opnie i legendy. Mówiono o podziemnym klubie walki, który utworzył dyrektor, o prostytucji zarówno wśród dziewcząt jak i chłopców i o tajemniczym pożarze który położył kres temu miejscu i ujawnił szereg nieprawidłowości w traktowaniu wychowanków. Patrząc na plecy przyjaciółki zastanawiał się a nawet był pewien, że ta dwójka maczała w tym swoje paluszki. Poza tym Ingrid albo raczej znana tutaj bardziej jako Mulan była do tego zdolna. Hugo kilka razy wśród Templariuszy słyszał opowieści z czasów kiedy siedzieli w czyśćcu, kilku z nich opowiadało o Mulan. Dopiero niedawno połączył ze sobą te dwie kobiety. Teraz przekraczając próg ośrodka, którego drzwi otworzyła Ingrid używając przy tym wsuwki do włosów zrozumiał jak przerażające musiało być to miejsce w czasach swojej świetności. On jedynie o nim słyszał ona żyła tutaj przez trzy lata.
Ingrid wiedziała dokąd idzie. To zaskakujące, że po tylu latach nogi same ją niosą do jej celi. Stłoczone na małej powierzchni dziewczęta w różnym wieku o różnym temperamencie były jak bomba z opóźnionym zapłonem. Jedna iskra wystarczyła aby zaczęła się walka. Nie miały łóżek jedynie twarde materace obok siebie, wiaderko zamiast toalety, cotygodniowe zimne prysznice i zakonnice prowadzące lekcje. Mówiące o boskim planie, krające za byle przewinienie. I pomyśleć, że w tym piekle rodziły się dzieci.
Zadrżała mimowolnie kładąc rękę na brzuchu. Jedne szyły do klatki kiedy domyśliły się, że są w ciąży. Nie chciały rodzić dzieci oprawców ani rodzić w takim miejscu. Inne rodziły je w bez lekarza, leków przeciwbólowych otoczone przez równie przerażone nastolatki. Dzieci te które miały szczęście urodzić się żywe oddawano oczywiście rodzinie. Żadna jednak niezainteresowała się jak to możliwe że otoczona przez kobiety dziewczyna zaszła w ciążę. Zakonnice które po porodzie zabierały dziecko również nie zadawały pytań. Jakby miały pod opieką same Matki Boskie a ich dzieci to zdecydowanie zmajstrował Duch święty. Niektóre nazywały ją szczęściarą. Nie zgwałcono jej i to było jej jedyne szczęście. Teraz wchodząc do swojej dawanej celi czuła się spokój.
Ściany były wydrapane, pokryte brunatnymi plamami, podłoga z której zniknęły materace była popękana i pokryta śladami krwi osadzonych tutaj nastolatek, czasem była to krew ich dzieci, którym dane było przyjść na świat w formie krwistoczerwonego skrzepu tkanek i krwi.
— Skarbie — usłyszała za sobą głos Juliana, który spojrzał na ukochaną żonę z troską. — Dlaczego chciałaś tutaj przyjechać?
— Coś mnie tutaj ciągnie — odpowiedziała gładząc jego palce. —
Znalazłam swoje stare pamiętniki, które pisałam w poprawczaku i po wyjściu i to co mnie zaskoczyło to, że o tak wielu rzeczach zapomniałam. O samobójstwie Klaudii, o Anie morderczyni, która zabiła ojczyma, który ją gwałcił, o Marlenie która na podłodze urodziła martwego synka a dwa dni później poszła na randkę z której nie wróciła. Żywa — dodała na końcu.
— Chcesz o tym napisać?
— Po artykule o Gwen redakcja dostała listy o kobiet, które spotkał podobny los. Napisała do mnie Agatha. Siedziałyśmy w jednej celi — doprecyzowała zerkając na Huga i Ari którzy stali w progu — chcę się spotkać.
— Tutaj? — Wydukała lekko zdezorientowana Ariana a szatynka skinęła głową jakby spotkania w zamkniętym poprawczaku były czymś całkiem normalnym. Po chwili rozległy się kroki a na korytarzu stanęła szatynka. Lopez wyszła ze swojej dawnej celi i kobiety przez chwilę wpatrywały się w siebie.
— Wspominałaś coś o zmianach — Zaczęła Agahta podchodząc bliżej — a ja naiwnie sądziłam, że chodzi o twój stan cywilny. Gratuluje.
— Dzięki ty też świetnie wyglądasz — Popatrzyła jej niepewnie w oczy. — Pamiętasz?
— Czasem chciałbym nie pamiętać — Wyznała Agatha wzdychając. — Sprawdzimy czy stołówka nadal tak beznadziejnie karmią?
Usiadły na stole, jak za starych czasów kiedy nikt nie patrzył.
— Przepraszam — wydukała Ingrid — obiecałam zadzwonić a nigdy nie podniosłam słuchawki.
— Ja też mogłam zadzwonić, ale obie potrzebowałyśmy od siebie przerwy a teraz ty potrzebujesz położnej.
— Tak się składa, że odebrałaś więcej porodów za nim zdobyłaś dyplom a skoro teraz go posiadasz to mam nadzieję, że pomożesz mi to przetrwać.
— Poród do bułka z masłem. Przyniosłam coś — powiedziała i wyciągnęła korkociąg na którego widok Ingrid zaczęła się śmiać.
— Nie wierzę że go zachowałaś — pokręciła z niedowierzaniem głową.
— Co to za korkociąg? — zapytał Julian siadając na przeciwko pań.
— Kiedyś Ingrid i mnie zabrano z innymi dziewczynami do jakieś szychy, lubił seks sadomaso a Ingrid mu się spodobała. Dziewczyny go związały i zakneblowały, rozebrały wszyscy sądzili, że Ingrid zrobi mu dobrze, ale żadna nie zauważyła, że trzyma korkociąg on też nie. Przebiła go na wylot
— A nasz don Juan musiał zaprzyjaźnić się z ciernikiem.

Nicholas Barosso pogładził po łebku kolorowego kota Alby wpatrując się w plecy jego właścicielki. Herbata, którą zrobiła zdążyła już wystygnąć. Oboje milczeli jakby rozmowa była zbyt trudna.
— Przepraszam — powiedział w końcu.
—Zamknij się
— Powonieniem być przy tobie kiedy mnie potrzebowałaś
—Przestań po prostu przestań — wymamrotała nie odwracając się. — Byliśmy dzieciakami, które naiwnie sądziły że mogą wygrać z twoim ojcem, mogą go przechytrzyć, ale się przeliczyliśmy i nie ma sensu wracać do przeszłości.
— Mogę to zrobić.
— Cofnąć czas?
— Nie przechytrzyć mojego ojca

Naprawdę w to wierzył. Fernando Barosso nie miał już tej samej siły przebicia co kiedyś. Dwóch synów nie żyło ten który mu pozostał jest narkomanem a córka wyjechała nieoglądając się za siebie. Został mu tylko Nicholas, który od kilku dni odgrywał rolę grzecznego synka. Chodził z nim na spotkania z wyborcami, uśmiechał się do kamer. Wiedział, że zdobycie zaufania Fernanda nie będzie łatwe, ale był na dobrej drodze.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3156
Przeczytał: 7 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 22:27:17 29-12-19    Temat postu:

Temporada III C 012
Emily/Fabrico/ Javier

W chwili w której jego nóż po raz ostatni zagłębił się w jej ciele naprawdę sądziła, że to koniec. Po osiemnastu godzinach tortur była wyczerpana i jedyne czego pragnęła to zasnąć. Nie obchodziło jej czy się obudzi czy zaśnie na zawsze. Chciała jedynie spać i wymazać z pamięci obraz jego uśmiechniętej twarzy. Lekarze uważali, że miała szczęście w końcu jego nóż tylko o milimetry minął jej serce. Zmieniliby zdanie gdyby mieli świadomość, iż z bliznami które jej pozostawił będzie żyła do końca życia. Aaron mógł ciągle w kółko i w koółko powtarzać, iż jest ocalałą, ale nie on żył z koszmarami a idąc ulicą nie oglądał się za sobie. Dlatego też zostawiła za sobą Londyn.
W mieście jej dzieciństwa nic jej nie trzymało. Oficjalnie zatrudniona była w FBI, jej ojciec mieszkał w Mieście Aniołów z matką nie utrzymywała kontaktów a siostra prawdopodobnie od dawna była martwa więc po przylocie do Stanów wsiadła do samochodu i ruszyła w trasę. Dopiero na granicy meksykańsko-amerykańskiej zrozumiała dokąd prowadzi ją droga.
Meksyk nie należał do jej ulubionych państw w Europie, Była tutaj kilkukrotnie i zawsze pakowała się w kłopoty, wywoływała dyplomatyczne kryzysy, zamykała prawych obywateli w więzieniach przecież gwałt i rabunek, nierząd nie jest absolutnie zły, Była zbyt wyzwolona, zbyt europejska, zbyt uparta i dumna aby odpuszczać tylko dlatego że wkurzy jednego mafioso albo dziecięciu. W kraju Azteków zdecydowanie miała więcej wrogów niż przyjaciół. Emily jednak nie szukała przyjaciół. Szukała siostry, żywej czy martwej, szukała człowieka zwanego Fausto Geuerrą teraz do jej listy dołączył Mario Rodriguez. Seryjny morderca z pogranicza, rzeźnik z El Paso, którego zamierzała złapać. Żywy czy martwy to nie miało znaczenie. Dlatego też postanowiła wybrać się na wycieczkę.
Chciała spacerować tymi maleńkimi uliczkami, chciała oddychać tym samym powietrzem, którym on oddychał, chciała poznać jego historię zanurzyć się w początki jego morderczej ścieżki. Chciała poznać historię człowieka który oznaczył ją na całe życie. Tylko dzięki temu złapie go i bynajmniej nie planowała zamakać go w małej celi. Już raz pokazał, że potrafi z niej uciec a Emily McCord nie pozwoli aby dwa razy popełniono ten sam błąd. Zatrzymała auto na parkingu, wyłączyła silnik i wyszła na zewnątrz. W uszach dudniła jej muzyka. Z przyzwyczajenia zapięła beżowy płaszcz skrywając tym samym kaburę z bronią.
Delikatnie położyła dłoń na biodrze czując się bezpiecznej z ciężarem glocka na lewym biodrze. W obecnej sytuacji wolała mieć go blisko siebie. Bądź co bądź Meksyk nie był zbyt przyjazny obcym samotnym kobietom a na pewno nie był przyjazny agentce Interpolu, która przekreśliła niejedną karierę. Uśmiechnęła się pod nosem. Był czternasty marca dwa tysiące jedenastego roku. i było zaskakująco zimno. Zamknęła auto i pewnym krokiem ruszyła przed siebie. Dłonie wsunęła w kieszenie płaszcza. Mijając jakiś sklep przejrzała się w witrynie. Wyglądała jak bogata paniusia z wielkiego miasta a płaszcz, który miała na sobie był wart tyle co wynajem jednopokojowego mieszkanka w Dolinie cieni i ku własnemu zaskoczeniu nie obchodziło jej to.
Zazwyczaj starała się nie afiszować swoim funduszem powierniczym. Była bogata, lubiła drogie ubrania jednak potrafiła wtopić się w tłum. Jadąc tutaj podjęła odwrotną taktykę. Postanowiła rzucać się w oczy, chciała aby ją zauważono gdyż intuicja podpowiadała jej że Mario Rodriguez nadal ma w tym mieście przyjaciół. A już na pewno ma tutaj rodzinie. Zatrzymała się na chodniku spoglądając na blondynkę opierającą rower o budynek miejskiej komendy. Dziewczyna poprawiła na nosie okulary i z reklamówką w której dało się dostrzec opakowanie z jedzeniem na wynos. Elena Rodriguez trzymała się całkiem nieźle jak na kogoś kto od kilku dobrych lat leżał w ciemnym grobie.
Mario Rodriguez był strasznym gadułą. To jedna z cech, których się u niego nie spodziewała. Niektórzy mordercy podczas zabijania milczą innym gęba się nie zamyka. I Rodrigiez należał do tej drugiej kategorii jednak Emily nie spodziewała się, że zamiast przechwałek nad własnym geniuszem będzie słuchała o jego małej córeczce Elencicie. Dziewczynka musiała umrzeć, żeby przeżyć. A Emily chcąc czy nie chcąc została zapoznana z rodziną, dramatyczną historią rodzinną. Słuchała o tym jak wychował się bez ojca, a matka sprzedawała go podofilom za kilka marnych peso, o małżeństwie z niejaką Inez, która była „szurnięta”. Z czułością mówił jednie o dwójce swoich dzieci; Viktorze i Elenie. To jednak nie zrobiło na niej specjalnego wrażenia Będący psychopatą i mordercą Rodriguez miał wypaczoną wizję ojcostwa. Dawno temu zapewne bez pamięci kochał swoje dzieci, teraz to było jedynie wspomnienie tamtych dni i uczuć.
Stojąc na przeciwko wejścia do komendy zastanawiała się dlaczego tak naprawdę tutaj przyjechała? Poznać wroga swego? Odnaleźć jego słabą stronę i wykurzyć go z kryjówki? Wiedziała przecież że go tutaj nie znajdzie. To czego nie mogła mu odmówić to inteligencji. On był zbyt znany a miasto zbyt małe aby mógł tak po prostu wrócić i obserwować jak dorasta jego córka. Poza tym Elena Rodriguez albo raczej Victoria Diaz bywała w Dolinie Cieni rzadko.
Ukończyła z wyróżnieniem szkołę z internatem, studiowała w Stanach Zjednoczonych na jednej z najlepszych amerykańskich uczelni i prawdopodobnie żyła w błogiej nieświadomości przeszłych wydarzeń. Nie pamiętała, albo świetnie się przed wszystkimi maskowała. Miasteczko w którym dorastała również przejęło postawę pasywną. Mieszkańcy nie chcieli pamiętać o Mario i jego żonie. To bolesne wspomnienia takie które naznaczają na całe życie Emily jednak chciała z kimś porozmawiać, z kimś kto ma informacje na temat tamtych wydarzeń dlatego też zamiast udać się do Diaza skręciła w lewo szybkim krokiem idąc przed siebie. Klub El Parasio nie trudno było odnaleźć a Alejandro Barosso stał oparty o mur wpatrując się w nią intensywnie. Przeszła na drugą stronę ulicy.
— Dzień dobry agentko McCord — przywitał się — Alejandro Barosso — wyciągnął dłoń.
— Emily — uścisnęła ją lekko.
— Wejdźmy do środka — gestem wskazał kierunek. — Nie wyglądasz jak agentka FBI — stwierdził — raczej jak bogata turystka z angielskich przedmieść.
— Jestem bogatą paniusią z londyńskich przedmieść — powiedziała wprost wchodząc do lokalu. Alejandro skierował ją do jednego z boksów.
— Gdzie jest Mario Rodriguez? — zapytała kiedy usiedli.
— Od razu do rzeczy
— Nie lubię marnować czasu Alex.
— Ja też nie, ale nie mam pojęcie gdzie on jest — wzruszył ramionami. — Wyjechał i sądząc po nagłówkach amerykańskich gazet pozostawił za sobą kilka śmierdzących trupów. Nie wiem gdzie jest — powtórzył.
— Wiem o listach Alex. Tych, które pisał do ciebie w więzieniu, po ucieczce, po pierwszym morderstwie w Teksasie. Wiem to ponieważ miałam wątpliwą przyjemność spotkania go. Potrzebuje tych listów aby go złapać.
— Złapać czy zabić? — pochylił się do przodu — Te listy są u jego córki.
— Naprawdę? — zdziwiła się Emily również pochylając się do przodu. — a więc w pudełku stojącym pod stolikiem są buty, które zamierzasz oddać do szewca? — uśmiechnęła się pod nosem. — Gdybyś naprawdę chciał dać te listy Elenie zrobiłbyś to dawno temu, wiesz jednak, dawno temu obiecałeś ją chronić przed ludźmi, którzy chcą ją skrzywdzić więc kiedy Mario przysłał list opisujący jego pierwsze morderstwo jego nazwisko również znalazło się na liście.
Alejandro podniósł pudełko po butach z podłogi i postawił je na stoliku. Z kieszeni wyciągnął jeszcze jeden list i położył go na wierzchu.
— W tym ostatnim kazał cię pozdrowić.


***
Rozpaliła w kominku i usiadła na podłodze spoglądając na listy znajdujące się w pudełku. Fabrcio siedział obok niej zerkając z ciekawością na koperty to na zamyśloną Emily, która bezlitośnie jeden po drugim wrzucała koperty do palącego się ognia. Nie pytał od kogo są te listy ani dlaczego jako odbiorca widnieje syn Fernanda
— Mario Rodriguez pisał listy do córki, wysyłał je do Alexa i na początku biła z nich nostalgia i smutek, ale później była już tylko przemoc — westchnęła.
— Przeczytałaś je wszystkie?
— Wielokrotnie oprócz jednego — wyciągnęła list— tego z angielskim stemplem. Nigdy nie miałam odwagi aby go przeczytać nadal nie mam — przyznała i wrzuciła go do ognia. Położyła głowę na kolanach męża wpatrując się w czerwone płomienie. — Rodriguez pokazał mi że jestem tylko człowiekiem, którego łatwo można zabić — popatrzyła na męża, który przyglądał jej się z uwagą. — Nigdy ci o tym nie mówiłam, ale w chwili w której cię poznałam byłam na zakręcie zarówno zawodowym jak i prywatnym Tak byłam żywą legendą Interpolu bali się mnie bandyci niektórzy współpracownicy, ale w życiu prywatnym — splotła palce z palcami męża. — Byłam sama. Wracałam po pracy do domu z pracą w końcu bandyci sami do mnie nie przyjdą a później pojawiłeś się ty. — usiadła na jego kolanach i objęła go za szyję. — Wprowadziłeś do mojego świata kolory dlatego wiem, że od kilku dni coś cię trapi. Niewiele śpisz, jesz i ciągle przesiadujesz w domu.
— Pojawił się ktoś z przeszłości Conrado — powiedział w końcu. — Śledził cię — wyznał — nas — Emily powoli wstała z jego kolan. — Nie jest typem mordercy.
— Od razu mi lepiej — mruknęła usta zaciskając w wąską kreskę. — Dlaczego od razu mi nie powiedziałeś?
— Sam wiem od kilku dni — zaczął
— Dni? — weszła mu w słowo. — Wiesz o tym od kilku dni. Oczywiście inaczej nie zachowywałbyś się jak nadopiekuńcza matka- kwoka.
— Zrobił ci zdjęcia, które wysłał Conrado. Nam obojgu, chciałem cię jedynie chronić.
— Nie mnie chroniłeś — mruknęła i wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. — Biegnij otworzyć — rzuciła kąśliwie, a kiedy wrócił do salonu z Conrado rzuciła jedynie — o wilku mowa.
Brunet spojrzał na przyjaciela czując, że pojawił się w niewłaściwym momencie.
— Co słychać u twojego wroga numer dwa, trzy ma może dziesięć? Wybacz pogubiłam się w ich ilości.
— Mogłem wspomnieć o Santosie.
— Świetnie facet ma imię — zrobiła krok do przodu i sięgnęła po rzuconą na kanapę kurtkę. — Podyskutujcie sobie o nim ja wychodzę.
— Emily zachowujesz się dziecinnie.
Parsknęła śmiechem.
— Winę za moje dziecinne zachowanie zrzuć na hormony — odparła i wyminęła męża a Conrado nie uraczyła nawet spojrzeniem. Fabrcio ruszył za żoną.
— Zaczekaj — krzyknął — Emily na litość boską, nie zachowuj się tak.
— Będę zachowywała się jak żywnie mi się podoba a jeśli tobie to się nie podoba złóż papiery rozwodowe.

***
—Pozwoliłeś jej odjechać? — zdziwił się Conrado opierając dłonie na kuchennym blacie. Fabrcio spojrzał na niego z pod byka. — Hormony?
— Jest w ciąży — skapitulował i przesunął dłonią po twarzy — Jak dorwę Santosa to urwę mu jaja i go nimi nakarmię.
— Chciałbym to zobaczyć chociaż pewnie widok byłby paskudny — uśmiechnął się do niego lekko. — Gratuluje tatuśku.
Fabrcio odwzajemnił jego uśmiech wstał i podszedł do lodówki. Wyciągnął dwa piwa. Jedno otworzył i podał Conrado.
— To bliźniaki — powiedział powoli.
Conrado nie mógł zrobić nic innego jak uściskać go po bratersku.
— Nigdy ci o niej nie opowiadałem. Nie licząc tego jednego epizodu wiedziałem, że jeśli ci powiem to będziesz próbował odwieść mnie od tego pomysłu, ale ja chciałem wiedzieć. Chciałem się jedynie przekonać jak daleko jest się wstanie posunąć żeby dorwać mnie i mojego ojca. — upił łyk piwa. — Była jak matrioszka dłużej ją znalałem tym więcej chciałem o niej wiedzieć. Chciałem zedrzeć z niej wszystkie warstwy boże gadam jak potłuczony.
— Nie, jak facet, który nie widzi świata poza swoją kobietą. Chodź zawiozę cię.
— Dokąd?
— Do żony głuptasie. Tak się składa, że znamy pewnego geniusza, który z łatwością namierzy jej telefonu.
Javier Reverte nie musiał namierzać telefonu Emily. Przyjaciółka siedziała na jego kanapie pociągając nosem iu pomstując szalejące hormony, które były dużo większym sprawcą jej łez niż mąż. Victoria była w pracy razem z małym Aleckiem więc blondynka w spokoju mogła wypłakać się na ramieniu Magika. Kiedy rozległ się dzwonek do drzwi Reverte ruszył w tamtym kierunku, a na widok dwóch mężczyzn westchnął i każdemu z osobna posłał pełne politowania i złości spojrzenia. Emily podniosła wzrok na męża i wybuchnęła płaczem. Reverte natomiast pociągnął Conrado do gabinetu Victorii dając małżeństwu nieco prywatności.
— Nicholas jest po dobrej stronie mocy. Przynajmniej na razie.
— Co?
— Nie co tylko kto — poprawił go Magik — Victoria przekonała go, że lepiej być z nami w drużynie niż przeciwko nam. O co się pokłócili?
— Nie powiedziała ci?
— Nie, tylko z płaczem się do mnie przytuliła nie powiem że nie mam wprawy w pocieszaniu płaczących niewiast, ale doprowadzanie do łez ciężarnej to już lekka przesada.
— Powiedzieli ci?
— Nie musieli mam kartę medyczną Emily na szybkim wybieraniu.
— Dlaczego jestem zaskoczony?
— Bo jestem pełen niespodzianek — odparł Magik wyglądając na korytarz. — Nie słyszę wystrzałów.
— Jak przekonaliście Nicholasa?
— Kobieta, dwa złamane serca i jedno nienarodzone dziecko mają siłę perswazji — powiedział — Standard.
— Nicholas stracił dziecko? — Javier wyglądający na korytarz wyprostował się gwałtownie.
— Dawno temu z Albą — wyszedł na korytarz i machnął na Conrado ręką. Fabrcio posłał wchodzącym do salonu mężczyznom lekki uśmiech. Blondynka siedziała na jego kolanach opierając mu głowę na ramieniu i obejmując go za szyję. — Zrobimy kolację. — zerknął przez ramię na parę, która była zajęta wymienianiem czułych pocałunków. Magik się uśmiechnął.
— Powinienem odwieźć ich do domu — zaczął.
— Daj im trochę czasu — wtrącił się Reverte sięgając po mleko z lodówki. — Niech się sobą nacieszą. To tylko kolacja, przecież cię nie otruję — zachichotał — poza tym każdy lubi naleśniki.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5432
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 17:14:23 02-02-20    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 013

HUGO/ CONRADO

Hugo chodził zamyślony od czasu wycieczki do ośrodka wychowawczego dla dziewcząt. Ingrid jednak zmusiła go do podróży, a wiedząc, przez co ona i Julian ostatnio przechodzili, zgodził się jechać, by ją udobruchać. Podróż przez wspomnienia nie była łatwa, ale potrzebna. Ingrid dobrze to zrobiło. Jednak w ciągu całego pobytu w Czyśćcu (czy raczej w tym, co z niego pozostało) Delgado nie mógł przestać myśleć o Joaquinie i jego matce. Nic na to nie mógł poradzić. Villanueva również trafił do ośrodka poprawczego i nie miał łatwego dzieciństwa. Jednak w jego przypadku było zupełnie inaczej niż u Ingrid. Mulan musiała walczyć o przetrwanie każdego dnia. Dziewczęta miały stokroć gorzej w takim miejscu. Joaquin natomiast był zadowolony z pobytu w Czyścu. Hugo pamiętał, że Villanueva mało mówił o poprawczaku, ale kiedy to robił, mówił z rozrzewnieniem o starych czasach. Hugo mógł się tylko domyślać, że pobyt w okrutnym ośrodku nie mógł być gorszy niż piekło, które w domu zgotowywał mu codziennie starszy brat Angel.
Hugo wiele zawdzięczał Joaquinowi, ale też wiele przez niego stracił. Miarka się przebrała, kiedy obecny szef Templariuszy podpalił fabrykę Ernesta Vegi. Ucierpieli na tym niewinni ludzie, nie mówiąc już o tym, że Camilo, Sergio i Astrid również mogli zginąć tamtego felernego dnia. Ale Delgado nikomu nie powiedział, kto stał za podpaleniem. Część jego próbowała usprawiedliwić Joaquina. Ernesto Vega był podłym człowiekiem, który traktował nie tylko swoich pracowników jak śmieci, ale też własną rodzinę. Nadal na myśl o bliznach na ciele Astrid robiło się Delgado niedobrze i ze złości zaciskał pięści, kiedy przypomniał sobie jak Ernesto traktował córkę i żonę. Ale nic nie usprawiedliwia takiej zbrodni. Nie zasłużył na śmierć, a przynajmniej nie taką, z rąk szaleńca.
Hugo długo nad tym rozmyślał – przez całą drogę do czyśćca i z powrotem a także długo po powrocie. Kiedy Joaquin zaczął taki być? Nie było dobrej odpowiedzi na to pytanie. Był zły do szpiku kości? Niekoniecznie. Nauczył się, jak przetrwać. Włączał mechanizm obronny, tak samo jak Ingrid. On jednak nauczył się tego już we wczesnym dzieciństwie. Matka zostawiła go jak miał siedem lat, co kompletnie zniszczyło jego ojca, Jorge, który rzucił się w wir pracy zapominając o trzech dorastających synach. Jedyny normalny członek rodziny, Renzo, wyjechał do stolicy, a Joaquin później już nigdy mu tego nie wybaczył. Został sam, skazany na łaskę lub niełaskę Angela, starszego o trzy lata brata, który, krótko mówiąc, był podłym sukinsynem.
Hugo nie był psychologiem, ale za to dobrym obserwatorem. Joaquin lubił otaczać się ludźmi słabszymi od niego, głównie dlatego, że sam zawsze czuł się słabszy w obliczu Angela, który siał postrach w całej okolicy. Może to głupie, ale Delgado czasami nawet współczuł Joaquinowi. I rozumiał też, dlaczego tak bardzo najmłodszy Villanueva lgnął do rodziny Angarano. Potrzebował ciepła domowego ogniska, a nikt nie był większą ostoją ciepła i dobroci jak Sonia Delgado. Wacky traktował Huga jak brata, a Leonor jak własną siostrę, bo w rodzinnym domu, choć nie był sam, był przeraźliwie samotny.
Delgado uśmiechnął się sam do siebie na wspomnienie własnej matki. Kochał tę kobietę najbardziej na świecie i bardzo przeżył jej śmierć. Ale przynajmniej miał czas ją poznać, być blisko niej i czuć się kochanym. Joaquin nigdy tego nie zaznał. Mercedes Nayera była wyrachowana i zimna, a przynajmniej takie wrażenie odnosił Hugo patrząc na jej zdjęcia. Nigdy sam jej nie poznał, był za mały by ją pamiętać. Na pewno nigdy nie dała swoim synom miłości, której potrzebowały. Uciekła od nudnego życia, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Później poznała Fernanda i zapomniała o Bożym świecie, zapomniała o synach, którzy wychowywali się bez niej, w biedzie, codziennie walcząc o przetrwanie na ulicach Monterrey. Mercedes Nayera była żywym dowodem na to, że ludzie, którzy nie są gotowi do macierzyństwa, nie powinni mieć dzieci.
Delgado nie znał tej kobiety osobiście, ale wiedział, że nie zapałałby do niej sympatią. Jaka kobieta porzuca własne dzieci? Sonia Delgado zginęła, pomagając innym. Osierociła dwójkę dorosłych już dzieci, ale nigdy nie zostawiłaby ich z własnej woli. Hugo mimowolnie zacisnął pięści, myśląc nad tym głęboko. „Niektórzy nie mają wyboru” – pomyślał – „A ci, którzy go mają, podejmują złe decyzje”. Czy Mercedes naprawdę aż tak bardzo nienawidziła bycia matką i żoną? A może życie u boku Jorge Villanuevy, niegdyś dość zamożnego spadkobiercy jubilerskiego interesu, a potem zubożałego robotnika, nie sprostało jej ambicjom? Może to właśnie u boku Fernanda Barosso, hojnego biznesmena, który obdarowywał ją drogimi prezentami i obsypywał komplementami, poczuła że żyje? Hugowi nie dawało to spokoju. I nie zamierzał spocząć, póki nie dowie się całej prawdy, a tak się składało, że żeby do niej dotrzeć musiał najpierw dowiedzieć się, kto był ojcem Caroliny Nayery. Delgado czuł, że musi rozwikłać tę zagadkę za wszelką cenę, bo tylko w ten sposób, będzie mógł naprawdę zniszczyć Fernanda. A przynajmniej taką miał nadzieję.
Camilo wreszcie wrócił z sanatorium w Veracruz i wydawał się być nowo narodzony. Na widok syna w kawiarni rozpromienił się i uściskał go, nie zważając na Nicolasa, który kręcił się za ladą, lekko nadąsany.
– Jak się czujesz? – zapytał Hugo ojca, siadając przy jednym ze stolików w kawiarni. Było jeszcze wcześnie i nie było klientów, co bardzo mu odpowiadało, bo miał zamiar zadać tacie kilka pytań o Mercedes.
– Jak nowo narodzony. – Właściciel kawiarni uśmiechnął się dobrodusznie, a Hugo dobrze wiedział, że nawet gdyby ojciec czuł się źle, nie przyznałby tego przed swoimi dziećmi. Wyglądał jednak zdrowo i pobyt w sanatorium zdecydowanie mu posłużył. Mógł odpocząć po zawale i Hugo odetchnął z ulgą, czując, że kryzys już minął.
Rozmawiali przez chwilę o zdrowiu ojca, ale Camilo był spostrzegawczy i wkrótce zdał sobie sprawę, że jest jakiś powód, dla którego syn przyszedł do niego tak wcześnie rano. Hugo przesunął po stoliku zdjęcie grupy znajomych, a Camilo spojrzał na nie, uśmiechając się na widok burzy loków swojej zmarłej żony.
– Zawsze tryskała energią – rozmarzył się, gładząc z czułością zdjęcie.
– Masz więcej zdjęć? – zapytał Hugo i po chwili Camilo wrócił z góry z opasłym albumem.
Hugo nigdy nie był sentymentalny i nie przywiązywał wagi do fotografii tak jak jego matka, która starannie grupowała zdjęcia. Zapewne nauczyła się tego od swojej przyjaciółki ze szkolnych lat, Ofelii. Delgado bez trudu rozpoznał na wielu zdjęciach pułkownika Jimeneza, przyjaźnił się z Sonią w liceum i Hugo już dawno zdążył wywnioskować, że Gilberto czuł do Sonii miętę. Było to zresztą widać na zdjęciach. Nawet na czarno-białych fotografiach Hugo z łatwością mógł domyślić się, że Gilberto rumieni się na widok przyjaciółki.
– Kto to? – zapytał Hugo wskazując na wysokiego młodzieńca, którego jego matka obejmowała jak młodszego brata na jednym ze zdjęć.
Camilo musiał wytężyć wzrok, by przyjrzeć się ciemnowłosemu, zawstydzonemu młodzianowi. Odwrócił fotografię na drugą stronę, by przeczytać podpis i powiedział:
– To Adrian, kuzyn twojej matki. Byli razem blisko w dzieciństwie.
– No tak… – Hugo przypomniał sobie słowa Gilberta Jimeneza. Jego pasierb, Marcus, był synem Adriana, a co za tym idzie, kuzynem Huga. Delgado wciąż zapominał, że gdzieś w rejonach Pueblo de Luz miał kiedyś dalszą rodzinę. Większość z jego krewnych już umarła, ale ten dzieciak coraz częściej pojawiał mu się na drodze. Przyjrzał się uważnie zakłopotanej twarzy Adriana na zdjęciu, który tutaj mógł mieć najwyżej piętnaście lat, ale wyglądał nadzwyczaj dojrzale, wysoki i smukły. Marcus bardzo go przypominał. – Właściwie to chciałem cię o coś zapytać.
– Domyślam się. Chyba nie bez powodu wzięło cię na wspominki. – Camilo schował fotografię do albumu i uśmiechnął się do syna. – O co chcesz zapytać?
– O Mercedes Nayerę. Co o niej wiesz?
Nicolas poruszył się niespokojnie za ladą, ale żaden z nich nie zauważył, że syn Fernanda przysłuchuje się tej rozmowie.
– Niewiele. – Camilo przyznał ku zawodzie syna. – Wiem tylko, że wychowała się w tej okolicy i nie cieszyła się dobrą sławą w młodości. Pochodziła z biednej rodziny, dzieci w Mieście Światła jej dokuczali. Wtedy zaprzyjaźniła się z Sonią. Wiesz, jaka była twoja mama. Zawsze stawała w obronie słabszych. A potem Mercedes poznała Jorge Villanuevę i wyszła za mąż, sądząc że jej los się odmieni. Niektórzy mówili, że go usidliła i celowo zaszła z nim w ciążę. Chciała jak najszybciej uciec z rodzinnego domu, a Jorge wydawał się wtedy dobrą partią. Niestety nie wszystko poszło po jej myśli. Stary Villanueva stracił majątek, a ona została uwięziona w małżeństwie bez miłości i z dzieckiem, które… No, sam wiesz jaki był Angel. Do aniołka było mu daleko.
Hugo pokiwał głową, doskonale to rozumiejąc. W tamtych czasach nie robiono dzieciom takich badań jak teraz, szczególnie ludzi z niższych klas społecznych, a do takich zaliczali się Mercedes i Jorge, nie było na to stać. Oczywistym jednak było, że pierworodny syn Jorge i Mercedes miał problemy psychiczne, mówiąc oględnie.
– Nie wiem, może Mercedes wykończyła opieka nad dzieckiem. W końcu coś w niej pękło – ciągnął dalej Camilo. – Kiedy ją poznałem, to było jakoś w 1987, kiedy przeprowadziliśmy się do Meksyku zaraz po twoich narodzinach, wydawała mi się kompletnie wyzuta z emocji. No a potem uciekła, zostawiając wszystko za sobą. Sonia zawsze powtarzała, że Mercedes zabiła jej własna ambicja.
– Mama utrzymywała z nią potem kontakt? – zapytał Hugo, ciekawy co takiego mogą znaczyć te słowa.
– Zdaje się, że widziały się kilka razy, ale za każdym razem twoja mama wracała z tych spotkań smutna i zamyślona. Niewiele mówiła o starej przyjaciółce z dzieciństwa. Ale jak wiesz pomagała Jorge i jego synom jak tylko mogła. Czuła, że to jej obowiązek, skoro Mercedes uciekła od odpowiedzialności. Poczekaj… – Camilo nagle sobie coś przypomniał i poszedł na górę, zostawiając syna z osłupiałą miną.
Nicolas wykorzystał okazję, by przysiąść się do stolika Delgado.
– Zgubiłeś się? – warknął Hugo, mierząc Nico zdegustowanym spojrzeniem.
– Dlaczego interesujesz się Mercedes? – zapytał młody Barosso bez ogródek. Hugo zmarszczył czoło.
– Mam swoje powody i nie muszę ci się tłumaczyć.
– Jeśli to ma związek z moim ojcem…
– Wszystko w tym pieprzonym miasteczku ma związek z twoim pieprzonym ojcem.
– A więc to prawda. Działasz z Viktorią i Javierem? Współpracujesz z Conradem, żeby zniszczyć mojego ojca? – Delgado uśmiechnął się zawadiacko. Nicolas zaczynał myśleć po swojemu, bez ojca dyszącego mu nad karkiem i mówiącemu mu, co ma robić. – Wiem, że Alejandro grzebał w przeszłości Mercedes. Rozmawiałeś z nim o niej, mam rację? Pomagałeś mu, gdy był w El Tesoro.
– „Pomagałeś” to za dużo powiedziane – odrzekł Delgado, odchylając się na krześle i zakładając ręce na piersi. – Ale Alex wiedział sporo na temat Nayery i jej związku z Barosso. Wiedział sporo o El Tesoro.
– Dlatego musiał zginąć?
– Zginął, bo nie pasował do roli syna przyszłego burmistrza miasteczka. Dobrze o tym wiesz. Zbiegły morderca nie wychodzi dobrze na zdjęciach w gazecie u boku najważniejszego człowieka w okolicy.
Nico pochylił się nad stolikiem i wyszeptał tak, że Hugo ledwo go usłyszał.
– Wiem, że Alex żyje.
Hugo ponownie zmrużył oczy. Coś w zachowaniu Nicolasa mu się nie podobało, zupełnie jakby ostatnie wydarzenia go odmieniły. Od kiedy wrócił z odwyku zachowywał się inaczej, ale do tej pory sądził, że to pozory, nakaz prokuratora, wskazówki ojca, by nie rujnował mu dobrej reputacji. Prawdą było jednak, że coś w Nicolasie pękło. Być może była to domniemana śmierć brata a być może prawda, jakiej się dowiedział o dawnej miłości życia (o której Hugo jednak nie miał pojęcia).
– I co w związku z tym? – odpowiedział Hugo, czując jednak lekką irytację. Viktoria i Javier ostatnio coraz mniej wtajemniczali go w swoje plany, a był pewien, że to oni uświadomili Nicolasa.
– Jestem po waszej stronie.
Hugo się uśmiechnął. Nie wesoło czy zawadiacko w swoim stylu, ale kpiąco, trochę przypominając tym uśmiechem samego Alejandra.
– Nigdy nie będziesz po mojej stronie, Nico. Działam solo.
– Czyżby? Teraz wszystko układa się całość. Nienawidzisz mojego ojca i chcesz, by cierpiał. Chcesz się zemścić, widzę to w twoich oczach. Może wcale nie różnimy się tak bardzo od siebie…
Delgado nie zdążył zapytać, co Nicolas miał na myśli, bo z mieszkania nad kawiarnią wrócił Camilo z wielkim pudłem, a młody Barosso wycofał się na zaplecze z jakąś dziwną determinacją w oczach, która nie dała Hugowi spokoju.
– Pamiętniki twojej matki. Nigdy nie sądziłem, że je odkopię. To jak naruszanie jej prywatności, ale myślę, że możesz się z nich dowiedzieć tego, czego potrzebujesz. Widzę po tobie, że to niezwykle ważne.
Hugo spojrzał na ojca ze zdziwieniem. Poznanie Mercedes, jej motywów, jej relacji z Fernandem, tożsamości biologicznego ojca Caroliny – to wszystko rzeczywiście było dla Huga niezwykle ważne. Ale nie był pewny czy był w stanie zagłębiać się w osobiste zapiski matki. Przyjął jednak od ojca karton z dziennikami, postanowiwszy, że spróbuje chociaż znaleźć wzmianki o Mercedes, nie naruszając prywatności Sonii Delgado. Być może te dzienniki pomogą mu znaleźć klucz do zniszczenia Fernanda Barosso.

***

Conrado coraz częściej się martwił. A zwykle zamartwianie się nie leżało w jego naturze. Zadręczał się ponurymi myślami, poczuciem winy i wyrzutami sumienia – to prawda. Ale bardzo rzadko martwił się tak, jak teraz, a tak się złożyło, że miał się o kogo martwić. Wiedział, że Fabricio i Emily umieją o siebie zadbać. Nie znał bardziej walecznej kobiety niż Emily, ale teraz, kiedy spodziewała się bliźniąt, można było ją łatwo zranić. Czuł się głupio, że przez niego państwo Guerra się pokłócili. Czuł, że pojawienie się Santosa DeLuny wywróci do góry nogami życia ich wszystkich, ale przede wszystkim mogło zagrozić misji zniszczenia Fernanda, a na to Saverin nie zamierzał dać przyzwolenia. Nie był jednak w stanie dać Santosowi tego, czego zażądał. Hotel w Monterrey był już gotowy do użytku i lada moment miało nastąpić otwarcie, ale Conrado prędzej spaliłby nowiutki budynek niż przekazał kierownictwo temu lekkomyślnemu dzieciakowi, któremu przed laty nieopatrznie zaufał.
Saverin potarł się po czole po cienkiej bliźnie, pamiątce po dawnym starciu z Santosem. Co by o chłopaku nie mówić, nożami rzucał celnie, prawie jak Emily. DeLuna wiedział o Conradzie wiele – o jego przeszłości z Fernandem, o tym, do czego Saverin się uciekł, by zemścić się na starym Barosso. Wiedział też o niezbyt legalnych początkach a także kilku epizodach w późniejszym życiu milionera. A to wszystko sprawiało, że mógł nieźle zamieszać. Nie groził otwarcie jego przyjaciołom, ale wymowne wiadomości i zdjęcia, które od miesiąca regularnie przysyłał Conradowi nie świadczyły o jego pokojowym nastawieniu. Santos był w gorącej wodzie kąpany, był wściekły i chciał zniszczyć Conrada. Ale Saverin nie zamierzał dopuścić do tego, by pogrążył również jego przyjaciół.
Dlatego kiedy siedzieli u Javiera i Viktorii po wspólnej kolacji, a Fabricio udał się na pogawędkę z Magikiem, postanowił szczerze porozmawiać z Emily.
– Santos nie będzie was niepokoił, obiecuję ci to – powiedział jej, kiedy zostali sami, a ona spojrzała na niego z lekkim uśmiechem. Złość, którą wcześniej poczuła, już jej minęła. Ale świadomość, że jest przez kogoś obserwowana nie była miła, dlatego zdenerwowała się na Fabricia.
– Skąd możesz to wiedzieć, Conrado? Bez obrazy, ale twoi wrogowie nie mają żadnych zahamowań.
– Santos to zwykły dzieciak, chce forsy, a tacy nie są niebezpieczni.
– Dlaczego mam wrażenie, że sam w to nie wierzysz? – Emily nachyliła się lekko do Conrada i spojrzała na niego jak psycholog analizujący pacjenta. – Kim jest Santos DeLuna, Conrado? I dlaczego Fabricio tak bardzo przejmuje się jego pojawieniem się w okolicy?
– Znasz, Fabricia. Jest po prostu nadopiekuńczy. – Saverin spróbował się uśmiechnąć, a widząc, że Emily zaczęła niecierpliwie postukiwać palcami o stolik, dał za wygraną. – Fabricio go nie lubi, bo kiedyś z nim przegrał.
– Ściemniasz.
– Nic podobnego. – Conrado uśmiechnął się lekko na wspomnienie dawnych wydarzeń. – Santos pracował w jednym z moich pierwszych hoteli. Było mi żal dzieciaka, ciężko pracował na utrzymanie, pomagał dziadkom, którzy go wychowali, nie miał rodziców. Chłopak miał ogromny talent do tenisa. Jak wiesz często z Fabriciem kibicowaliśmy na regatach wioślarskich i przez to zaczął się nasz konflikt – Cambridge i Oxford nie przepadają za sobą, a sport traktują bardzo poważnie. Nie tylko wioślarstwo, ale też inne dyscypliny. No i tak się złożyło, że drużyna Cambridge zapłaciła Santosowi sporą sumkę, żeby zastąpił ich zawodnika w jednym z turniejów tenisa. Nagięli przepisy, załatwili DeLunie fałszywy papierek, że niby studiuje na ich uczelni i voila! Cambridge wygrało. Fabricio, jak to Fabricio, zwęszył podstęp od razu i oskarżył mnie. Poszperał trochę, dowiedział się, że Santos to zwykły chłopak na posyłki, dorabiający jako kelner w moim hotelu, no i mi się oberwało, choć nie miałem z tym nic wspólnego.
– Żartujesz. – Emily słuchała z ciekawością, bo nigdy tej historii nie słyszała.
– Czy wyglądam, jakbym żartował? – Conrado się uśmiechnął, co przeczyło jego słowom. – W każdym razie wtedy jeszcze się nie lubiliśmy z twoim mężem. Było też kilka rękoczynów, ale to opowieść na inny wieczór. Santosowi też się oberwało, a dzieciak chciał tylko zarobić trochę kasy. Jego samego nie było stać na to, by profesjonalnie trenować tenisa. Więc sama rozumiesz, zwietrzył okazję.
– A duma Fabricia została urażona, bo przegrał. Dlatego zaczął węszyć wokół Santosa?
– Dokładnie tak.
– Conrado, wiesz że jestem za mądra na to, by uwierzyć, że głupie studenckie oszustwo jest powodem niechęci mojego męża do tego całego Santosa? – Emily założyła ręce na piersi i wpatrzyła się w Conrada wyczekująco. – Co tak naprawdę jest na rzeczy?
– Wiedziałem, że cię nie przekonam, ale długo chciałem opowiedzieć historię, w której ktoś kopie tyłek Fabcia w tenisa.
– Doceniam, że się tym podzieliłeś, ale domyślam się, że nie o to chodzi.
– Słuchaj, Em, przygarnąłem Santosa pod swoje skrzydła i pomagałem mu jak mogłem. Chłopak miał talent i szkoda było to zaprzepaścić. Ale wkrótce okazało się, że DeLuna miał swoje własne plany. Zdradził mnie przy pierwszej lepszej okazji, szantażował i próbował wykorzystać przeciwko mnie moje słabości. Miarka się przebrała. Fabricio wiedział, że tak będzie, przejrzał go, zanim ja to zrobiłem. W późniejszych czasach, kiedy już się przyjaźniliśmy, wciąż mi powtarzał, żebym nie ufał Santosowi, ale ja, głupi, nie posłuchałem go.
– Więc po co Santos wrócił? Skoro to on zdradził ciebie, dlaczego nadal chce ci dopiec? Obrał to sobie za punkt honoru? Nie rozumiem.
– Sprawy wymknęły się spod kontroli. – Conrado oparł się na krześle, lekko zamyślony. – Myślałem, że go trochę nastraszę i będzie po kłopocie. Kilka siniaków miało załatwić sprawę.
– Boże, Conrado… Co ty zrobiłeś?
Saverin nie odpowiedział. Już i tak powiedział zbyt dużo i bał się, że Fabricio będzie miał mu to za złe.
– Patrzyłem na niego w tej ciemnej alejce, czując, że powinienem mu pomóc, że to zaszło za daleko. Ale nie mogłem. Część mnie żałowała, że wynająłem zbirów, żeby dali mu nauczkę, ale z drugiej strony wiedziałem, że jeśli Santos zacznie sypać, nigdy nie dorwę Fernanda. Więc go tam zostawiłem.
Emily westchnęła ciężko, nie wierząc w to, co słyszy.
– Santos jednak przeżył. Krwotok wewnętrzny, wstrząs mózgu, stalowy pręt w nodze i przekreślona kariera tenisisty. Cena za to, co wiedział o mnie.
Długo siedzieli w ciszy, bo żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć. Teraz wydawało się jasne, dlaczego Santos ponownie pojawił się w życiu Conrada. Chciał zemsty, podobnie jak Conrado chciał się zemścić na Fernandzie. Fabricio to czuł i dlatego tak się bał. Kiedy po kilkunastu minutach Fabricio i Javier wrócili roześmiani od ucha do ucha, żaden nie zauważył, że Conrado i Emily odbyli tę rozmowę. Nie dali tego po sobie poznać. Conrado obiecał Emily, że włos jej z głowy nie spadnie. Santos był nieprzewidywalny, ale nie był mordercą. A przynajmniej Santos, którego Conrado kiedyś znał nim nie był. Pytanie tylko, jakim człowiekiem Santos DeLuna był teraz?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3156
Przeczytał: 7 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:20:34 14-02-20    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 014
Lukrecja/Fabrcio/Emily/Nicholas
Złość, która czuł po przegranym meczu tenisa wyparowała z niego a ściślej rzecz ujmując została wypocona. Fabricio spędził dwie godziny wściekle uderzając piłeczką o ścianę raz za razem wyładowując swoją wściekłość na rzeczach martwych. Wolał to od wrzeszczenia na ludzi mu bliskich. I to wcale nie przegrana frustrowała go najbardziej. Z nią był wstanie się pogodzić. Nienawidził przegrywać. Jak każdy. Mecz który rozegrał z Santosem uważał za swój najlepszy w całej swojej sportowej karierze lecz był zły z zupełnie innego powodu.
Wygrali dzięki oszustwu! Fabricio od chwili w której go zobaczył przeczuwał ze coś tutaj śmierdzi. Pierwszy raz widział go na oczy a grał fenomenalnie więc niemożliwe że pojawił się tak znienacka. Jak królik w kapeluszu ulicznego Magika. A wystarczyło niewiele aby poznał prawdę.
Pierwsza rzeczą jaką przyszła mu na myśl było pójście na policję. Pojechał nawet pod najbliższy posterunek policji starym wysłużonym rowerem i był gotów wejść do środka i złożyć donos o popełnieniu przestępstwa. Takowe zostało popełnione i nie trzeba wielkich śledczych umiejętności aby je odkryć. Zrezygnował z tego. Nie chciał bowiem zwracać na siebie nie potrzebnej uwagi. Myślał także o po prostu wykonaniu telefonu z budki, ale nagrania z monitoringu łatwo sprawdzić. Rozmówił się także z Severinem ,ale on zgrywał wielkie niewiniątko. A Santos Deluna go wyśmiał. Tak, po prostu zwyczajnie patrząc mu prosto w oczy. Najgorsze nadeszło jednak dziś rano kiedy pojawił się na wydziale.
Plakaty były wszędzie a młoda twarz ojca spoglądała na niego hardo. W tamtej chwili poczuł jak świat usuwa mu się z pod nóg. To była jego tajemnica. Ich rodzinny sekret. Fabricio o przestępczym życiu ojca wiedział niewiele. Tak wiedział że w młodości Fausto został aresztowany w Meksyku i w Stanach. To było dawno temu. Mężczyźni nie poruszali tego tematu. On nie pytał ojciec mu nie opowiadał zbyt wiele o tamtych chwilach. Teraz od liczby i rangi zarzutów kręciło mu się w głowie. Nie chodziło bowiem o kradzież cukierka w spożywczym.
A Fabricio wylądował na dywaniku u samego rektora gdzie mężczyzna z miną pełna współczucia zasugerował urlop dziekański. Tak będzie lepiej, powtarzał. Blondyn zastanawiał się dla kogo? Bynajmniej nie jego. Większy cios przyszedł później kiedy to pojawił się w pracy.
Zwolniono go ze stażu. Kolejny mężczyzna, kolejne pełne współczucia spojrzenie, dobrotliwy uśmiech i stwierdzenie że nie pasuje do wizerunku firmy. Przynajmniej nie kłamał. Szczerość bolała i sprawiła że wyładowywał swoją frustrację dopóki jego nogi nie odmówiły mu posłuszeństwa. Bolał go każdy mięsień, ale przynajmniej czuł że żyje. To tylko ściana, mur do którego go przyparty musiał znaleźć sposób aby go rozwalić. I znalazł. Tylko czy jest gotów postawić wszystko na jedną kartę? To co chciał zrobić było pomysłem szalonym. I kosztownym. Blondyn westchnął i resztkami sił poszedł pod prysznic.
Najbliższy bar znajdował się w hotelu należącym do Severina. Fabricio chciał coś zjeść, wypić kilka drinków. Potrzebował też miejsca gdzie mógł usiąść i pracować.
Na początek zamówił jedynie dzbanek kawy, po dwóch godzinach poprosił o dostarczenie drukarki i rdzy papieru. Okazało się to wykonalne a liczby uspokoiły jego skołatane nerwy. Świat cyfr zawsze tak na niego działał. Wyuczone schematy, postępowanie zgodnie z zasadami i przyjemny szum drukarki wyrzucający kolejne partie dokumentów. To działało na niego niczym plaster.
Ojciec zawsze mu powtarzał ze czasem kiedy jest się przypartym do muru należy po prostu rozwalić ścianę. Fabricio wiedział, że informacje o przestępczej karierze jego ojca mu nie pomogą wręcz przeciwnie. Pracodawcy do których aplikował skutecznie go spławiali twierdząc iż nie pasuje do ich wizerunku lub po prostu milcząc. Nie chciał także biec po pomoc do ciotki. Karolina zatrudniłaby go od ręki jednak on miał własny plan na przyszłość.
Santos Deluna dostrzegł Fabricio przy jednym ze stolików. Blondyn był tak zaabsorbowany praca że go nie dostrzegł. Tak samo nie zauważył Conrado Severina który wszedł do restauracji zawiadomiony przez pracowników. Fabricio Guerra zajął dwa stoliki, wypił dwa dzbanki kawy i nie wszczął żadnej awantury co uważano za spory sukces.
— Zajmę się tym — zapewnił pracowników. — długo już tam siedzi?
— Pięć godzin — poinformował go pracownik.
Conrado skinął głową i ruszył w kierunku stolika przy którym siedział blondyn.
— Cześć — przywitał się. Blondyn podniósł na niego wzrok i zamrugał. Ich ostatnia rozmowa nie skończyła się zbyt dobrze. Fabricio zarzucił Conrado oszustwo , a Conrado próbował go przekonać że nie miał z tym nic wspólnego. Blondyn miał zupełnie odmienne zdanie i konieczna była interwencja ochrony.
— Zasłaniasz mi światło słoneczne — mruknął kciukami pocierając zmęczone oczy.
— Światło słoneczne już dawno zaszło — poinformował go i Odsunął krzesło aby następnie usiąść. Fabricio spojrzał na zegarek. Ściągnął z nosa okulary i poruszył głową to w lewą to w prawa stronę
— Nad czym pracujesz?
— Nad nie twój interes — mruknął ale za nim zdążył go powstrzymać Conrado wziął jeden ze spiętych dokumentów. Przeczytał nagłówek i spojrzał na blondyna że zdziwieniem. — Kaprys bogatego dzieciaka — dodał.
— Drogi — stwierdził i zagłębił się w lekturze. Po dziesięciu minutach wziął czerwony długopis i polecił kelnerowi aby przyniósł karty dań.
— To jest naprawdę dobre — pochwalił go a Fabricio spojrzał na niego z powątpiewaniem. — Nie wierzysz mi?
— Wiem że to jest dobre — wyrwał mu skoroszyt z rąk. — W powietrzu czuje jakieś ale.
— Dlaczego chcesz to zrobić? Masz
— Wszystko? — dokończył za niego Guerra a brunet skinął głową. —To proste chce więcej i chce osiągnąć to sam. Taki tam kaprys bogatego dzieciaka.

***
W tamtej hotelowej restauracji założył swoją firmę. To był kaprys bogatego dzieciaka. Mógł zaczekać, rok czy dwa lata. Pracować u Karoliny, nabyć doświadczenia jednak wybrał trudniejsza drogę lecz nigdy nie żałował. Teraz znajdował się w nowym hotelu Conrada i rzucił wściekle rakieta o ścianę.
Santos Deluna ponownie pojawił się w życiu ich obu, burzył ich spokój, spowodował że Fabricio pokłócił się z żoną. Pojawił się aby znowu zatruwać im życie. Tak jak kiedyś. Fabricio nigdy nie uzyskał stuprocentowej pewności że to Deluna odpowiadał za ulotki rozwieszone po kampusie. Informacje o Fausto były ogólnodostępne i wystarczyło wpisać ich nazwisko do Google i wcisnąć enter. Tamtemu młodemu chłopakowi wystarczyło samo podejrzenie ale Fabricio dorósł i nie był już tego taki pewien. Tak nazwał Santosa dupkiem, oszustem użył kilku jeszcze gorszych epitetów opisujących jego paskudna osobowość (nie mylił się) ale to nie był przekonywujący motyw. Blondyn westchnął głośno.
— Powinieneś nosić Dzwoneczek — powiedział głośno dostrzegając w progu przyjaciela.
— A ty powinieneś przestać się tak martwić. Od tego wypadają włosy — Fabricio odwrócił się a Conrado rzucił mu butelkę z woda która złapał. — Kiepsko wyglądałbyś z łysym plackiem na głowie.
— Nie martwię się — zapewnił przyjaciela. Conrado popatrzył na niego z politowaniem. — Nie chodzi o Santosa — zapewnił go — Nie tylko o niego.
— Emily — domyślił się — znowu się pokłóciliście?
— Nie — usiadł na podłodze — dla odmiany uprawiamy seks — westchnął. — O tym niekoniecznie musisz wiedzieć — uśmiechnął się pod nosem.
— Co się dzieje?
— Ma koszmary — zaczął — Płaczę, budzi się przerażona i zdezorientowana i próbuje mi wmówić ze to tylko hormony.
— Próbowałeś z nią rozmawiać?
— Wielokrotnie, ale zazwyczaj Emily mamrocze coś o hormonach zaczyna mnie całować i możesz domyślić się jak to się kończy. Czuję podskórnie że coś jest nie tak.
— Zapytaj wprost.
— Pytałem — zapewnił go — Najpierw spogląda na mnie oczami kota że Shreka a później — westchnął — przepraszam, masz masę własnych problemów
— Nie przepraszaj o tego są przyjaciele. I moja rada — zaczął — rozmowa w związku jest tak samo ważna jak seks. A wracając do moich problemów to mam nadzieje, że pamiętasz o przyjęciu dobroczynnym? — zapytał go.
— Tak pamiętam. Jedzmy, nie chcę żebyś się spóźnił.

Przyjęcie zatytułowano „Sen nocy letniej” co było jasnym nawiązaniem do Szekspira. Przybyłym gościom przed wejściem do okazałej rezydencji rodziny Castelanich dano jedno zadanie mieli wybrać dla siebie maskę. Pomysłodawczyni nie tylko nawiązywała do Hamleta, ale także w żywe oczy kpiła z mieszkańców miasta. Tutaj każdy udawał kogoś kim nie był, dziś wedle przesłania miał być sobą. Conrado Severin nie miał bynajmniej ochoty na uczestnictwo w przyjęciu, ale przyznał rację Fabrciowi. Nie pokona Fernanda bez poparcia elit. Sięgnął po maskę i założył ją. Wchodząc do ogrodu z Evą u boku rozejrzał się po ogrodzie. Państwa Reverte nie dało się przeoczyć, tak samo jak Fernanda Barosso i jego syna Nicholasa. Brunet był oddalony od ojca i najwyraźniej chciał być zupełnie w innym miejscu.
Jak co roku celem wiosennego bankietu była aukcja dzieł sztuki lokalnych artystów. W tym roku zdecydowano się na podzielenie środków. Część pieniędzy zostanie przekazana na Szpital miejski i rozbudowę oddziału ratunkowego, część na remont tutejszej szkoły podstawowej. Oba cele były szczytne więc skupiły bogatszą mniejszość do pomocy biedniejszej większości. W tym roku zainteresowanie aukcją było tak duże, że przyjęcie z Ratusza przeniesiono do jednego z domów w dzielnicy willowej Valle de Sombras.
[link widoczny dla zalogowanych] zasugerowała burmistrzowi, iż przeniesienie przyjęcia do jej rezydencji będzie wygodniejsze dla wszystkich uczestników. W jej salonie i ogrodzie było zdecydowanie więcej miejsca niż w Sali ślubów miejskiego Ratusza. A pani domu miała pretekst, aby sprowadzić wszystkich zainteresowanych do swojej posiadłości. Zadbała także o odpowiedni catering, najwyższej klasy alkohol i subtelną muzykę. Teraz stała przed lustrem w długiej czerwonej sukni.
— Śmiało możesz to powiedzieć — zwróciła się do mężczyzny stojącego w progu jej sypialni. — Wiem, że chcesz.
— Uważasz, że popełniasz błąd.
— Myślisz, że niebieska byłaby lepsza? — zapytała go świadoma, że bynajmniej nie wybór sukienki ma na myśli. — Rozmawialiśmy o tym.
— To raczej był komunikat nie rozmowa. To przyjęcie mogło odbyć się w ratuszu.
— Wiem, ale zasugerowałam Gideonowi, że będzie lepiej urządzić je tutaj im mniej uszu podsłucha moją rozmowę z Conrado Severinem tym lepiej. A jeśli obawiasz się obcych szwendających się po domu to Victoria Reverte zapewniła mnie że bez moich odcinków palców nikt nie przekroczy progu zamkniętego gabinetu. Przestań więc się zamartwiać.
— A maski?
— Ludzie boją się oficjalnie poprzeć Severina maski zapewnią złudzenie prywatności. To jaką maskę wybrał dla siebie Severin wiele powie mi o człowieku.

***
Dla Nicholasa Barosso ojciec był wzorem do naśladowania. Kiedy był dzieckiem chciał być taki jak tata. Być silny i charyzmatyczny jak on, mieć wpływowych przyjaciół, rozległą sieć kontaktów jednak teraz mając trzydzieści trzy lata widział postać ojca zupełnie inaczej. Nie jako dobroczyńcę lecz złoczyńcę dlatego też podjął się roli podwójnego agenta na usługach Victorii Reverte. Mógł mieć jedynie nadzieję, że jego plan się powiedzie i jego psychika wytrzyma pomysły ojca. Na chwilę obecną nic nie wskazywało aby plan miał się powieść a Nicholas musiał znosić pomysły ojca i angażować się w kampanię wyborczą ojca.
Była to dla niego tortura. Spotkania z wyborcami, wiece wszechobecne na każdym kroku media z wycelowanymi w niego kamerami i aparatami. Każdego dnia o poranku powtarzał sobie „będzie warto” Teraz znajdując się w ogrodzie pełnym pokus nie był tego taki pewien. Miał ochotę odwrócić się na pięcie i wyjść jednak widok Conrardo Severina w masce „upiora z opery” zatrzymał go na miejscu. Chciał wreszcie z nim porozmawiać. Hugo go zbył, Vitoria kazała uzbroić mu się w cierpliwość więc pora aby ucią sobie pogawędkę z wrogiem numer jeden Fernando Barosso. Ku jego zaskoczeniu i zaskoczeniu wszystkich obecnych na przyjęciu gości Lukrecja Castelani serdecznie uściskała Fabricio Gurrę ewidentnie witając go w swoim domu jak dobrego, starego dawno niewidzianego przyjaciela. Fabrcio przedstawił ich sobie i usiedli przy głównym stole zajmowanym przez panią domu i kilku najbliższych przyjaciół.
— Fabrcio nie wspomniał, że się znamy? — zapytała wprost Conrado sięgając jednocześnie po kieliszek wina przyniesiony przez kelnerkę.
— Nie — przyznał zgodnie z prawdą zerkając na przyjaciela. — Zapewne wypadło mu z głowy.
— W tym wieku — popatrzyła na Fabricio z lekkim uśmiechem na ustach.
— A skąd się znacie? — zapytała Emily.
— Ojciec Fabrcio znał mojego ojca — wyjaśniła — Mieszkałam o u nich kiedy studiowałam na Oksfordzie — wyjaśniła zerkając na Fabrcio. — Grywaliśmy razem w szachy, ale to stare dzieje — upiła łyk wina. — Miałam nadzieję, że pana tutaj spotkam i będę miała okazję podziękować osobiście za ocalenie ośrodka, wiele dla mnie znaczył kiedy dorastałam.
— Cała przyjemność po mojej stronie — skłonił lekko głowę.
— Skarbie — zwrócił się Fabricio do żony. — Zatańczymy? — Emily spojrzała zaskoczona na męża.
— Dlaczego by nie? — podała mu dłoń i razem ruszyli na parkiet.
— To było subtelne — skomentowała Lukrecja i mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem — Panie Severin — odezwała się pierwsza. — Interesujący dobór maski — zauważyła kiedy ściągnął ją z twarzy.
— Interesujący dobór tematyki — Conrado ściągnął z twarzy maskę odkładając ją na stolik.
— Uznałam, że pan doceni wybór — powiedziała — Grywał pan w tatrze na studiach — widząc jego zaskoczoną minę dodała — Wszystko co wiem na pański temat wiem od Fabricia — Lubię wiedzieć dla kogo otwieram swój portfel. Wypisałam już czek i zamierzam wypisać kolejny.
— Doceniam to.
— Nie proszę o oklaski tylko o pańskie zwycięstwo. — odparła. — Conrado — zwróciła się do niego po imieniu — przejdźmy do mojego gabinetu — wstała — wolę porozmawiać w cztery oczy. Proszę nie martwić się o narzeczoną Franisco dotrzyma jej towarzystwa.

***
— Wszystko idzie zgodnie z planem? — zapytała męża.
— Tak, poszli uciąć sobie pogawędkę bez świadków i może my powinniśmy zrobić to samo — zasugerował Guerra lekko ujmując ją za podbródek. — Coś cię trapi kochanie — powiedział wprost. — Nie chcesz o tym rozmawiać Wiem że coś ukrywasz i chce o tym porozmawiać.
— Na środku parkietu? — zapytała go.
— Nie — wziął ją za rękę i ruszyli przed siebie. Znaleźli się na górze w jednym z gościnnych pokoi.
— Fabricio — zaczęła — To tylko hormony — zaczęła kiedy zamknął za sobą drzwi.
— Nie kłam. Chcę Ci pomóc być dla ciebie wsparciem, ale nie musisz mi całej prawdy. To nie są tylko hormony — wziął ja za rękę. — Cokolwiek cię trapi da się to rozwiązać.
— Boję się że je stracę.
— Kochanie — wyciągnął rękę w jej kierunku a ona bez słowa wślizgnęła się w jego ramionach. Pocałował ją w czoło. — Wszystko będzie dobrze. Lekarka powiedziała że wszystko będzie dobrze.
— Kiedyś też w to wierzyłam — westchnęła i wstała. — Poroniłam pięć lat temu — wyznała opierając dłonie płasko na parapecie. — Miałam romans z kolegą z pracy i zaszłam w ciążę Prowadziliśmy ciężkie śledztwo w sprawie seryjnego mordercy. Śledztwo tkwiło w miejscu byliśmy sfrustrowani, trochę wypiliśmy i samo tak wyszło.
— Emily — blondyn zrobił niepewnie krok do przodu.
— Przeżyłam osiemnaście godzin tortur tylko dlatego że po raz pierwszy w życiu miałam dla kogo żyć. Nie miało szans — głośno przełknęła ślinę — Serce przestało bić. Tak po prostu. Wróciłam do pracy po miesiącu.
— Kochanie — położył dłonie na jej ramionach.
— Rzuciłam się w wir pracy. Tak było łatwiej. Uznałam że ignorowanie problemu sprawi że on zniknie. I wszystko było dobrze aż do jednej spawy. Zaginęła kobieta w ciąży, a żeby było zabawniej była to żona mojego kochanka.

***

Śledztwo tkwiło w martwym punkcie już od tygodnia. Nie mieli absolutnie niczego żadnego punktu zaczepienia żadnej najmniejszej wskazówki że popełniono przestępstwo. I prawdopodobnie gdyby nie chodziło o żonę jednego z nich śledztwo zostało by przez FBI umorzone. Intuicja mówiła jej jednak że coś jest na rzeczy. Kobieta w ciąży nieważne jak wściekła na męża nie porzuca go bez słowa bez jakiegokolwiek wyjaśnienia. ubrania zostały w szafie wyszła z domu w cienkim płaszczu sandałach a karta kredytowa nie została użyta przez kolejne sześć tygodni to zdecydowanie nie było normalne i budziło uzasadniona wątpliwość. Dlatego pozostali w Seattle aby pomóc rozwikłać tajemnicze zniknięcie. Poza tym Emily czuła się odpowiedzialna za to co się stało.
Miała romans z mężem. Na początku próbowała tłumaczyć sobie samej że kiedy spędzasz z nim z kimś tyle czasu ile ona i Matt, kiedy rozumiecie się niemal bez słów zdarza się tak że granica między pracą a życiem prywatnym zostanie przekroczona i nie byłoby w tym nic złego. Biuro nie zabrania związków między agentami. Pojawia się wtedy kiedy ta druga strona ma żonę którą znasz którą lubisz przypadkiem dzielicie łóżko z tym samym facetem.
Nie wiedziała że to co robią jest złe nie potrafiła tego przerwać. Matt bo pierwszym facetem od bardzo dawna w którym czuła się bezpieczna a może nawet kochana może dlatego tak trudno było jej zakończyć romans. Była przecież tylko człowiekiem który poza pracą nie miał absolutnie niczego. Relacje z rodziną były napięte, pracy poświęcała się całkowicie więc kiedy na horyzoncie pojawił się ktoś kto o nią zabiegał kupił jej kwiaty na urodziny rozśmieszał ją i pracował z nią ramię w ramię raz czy dwa uratował jej życie poczuła się wyjątkowa. I to on zdecydował się zakończyć ich związek.
I dopiero wtedy dostrzegła jak naiwna była. Zachowała się jak głupiutka nastolatka a nie dorosła kobieta. Powinna była się domyślić albo chociaż zauważyć iż człowiek którego uważała za przyjaciela wykorzystał jej własne słabości i pragnienia. Zrozumiała to kiedy oznajmił że on Jenny spodziewają się dziecka i poprosił o przeniesienie. Matt był zupełnie nieświadomy że nie tylko jego żona była w ciąży. Emily nigdy mu nie powiedziała. Nikomu nie powiedziała. To był jej problem do rozwiązania. W grudniu wzięła urlop i planowała odwiedzić nie tylko rodzinny Londyn ale także klinikę. Wszystko zmieniło się kiedy stanęła przed frontowymi drzwiami placówki. Po raz pierwszy naprawdę zapragnęła dziecka. Tak Matt okazał się być palantem, ale ona była wstanie poradzić sobie bez jego pomocy. Los miał dla niej zupełnie inne plany.
I nie myślała o tym od pół roku. Zepchnęła żałobę na dalszy plan, zrobiła wszystko aby wrócić do pracy i nawet jeśli współpracownicy wiedzieli ze coś jest nie tak, że nagle zamiłowanie do joggingu nie pojawiło się bez powodu nie pytali nie była gotowa na rozmowę. Aż do chwili kiedy w jej życiu ponownie nie pojawił się kochanek. Zburzył jej spokój. Dlatego teraz biegła przed siebie.
Musiała stamtąd wyjść gdyż wiedziała, że jeszcze pięć minut przed weneckim lustrem a tama pękłaby. Słowa mężczyzny którego wreszcie zdecydował się przycisnąć Derek były jak maleńkie igiełki wbijane wprost w jej serce. Przyznał się żonie do romansu dlatego tamtego dnia Jenny wyszła z domu bez słowa wyjaśnienia w płaszczu i sandałach. Ukochany mąż złamał jej serce to jednak nie tłumaczyło jej zniknięcia. Kobieta w ciąży nieważne jak wściekła na męża nie przestaje chodzić na badania do lekarza. Dba o siebie i o dziecko. Jenny by tak nie postąpiła. Nikt nie chciał dopuszczać do siebie myśli, że Matt zabił żonę, ale dla Emily i śledczych zajmujących się ta sprawa wniosek nasuwał się sam. Blondynka zawróciła w kierunku komendy.
Pol godziny później wbiegła po schodkach ignorując ciekawskie spojrzenia policjantów, koledzy kiedy weszła do Sali konferencyjnej zamilkli wpatrując się w nią przez chwilę. Wyszarpnęła słuchawki z uszu.
— Powiedział coś istotnego? — zapytała ich.
— Nie — odparł Derek — Gdzie może być Jenny?
— Miejmy nadzieję że wśród żywych — mruknęła pociągając łyk wody. — Wszyscy o tym myślimy ktoś musi powiedzieć to głośno. — Jenny dowiedziała się że jest niewierny, małżeńska kłótnia i trup.
— Zarzeka się że tego nie zrobił
— A co ma powiedzieć? Zabiłem żonę i nienarodzone dziecko? — zapytała ich. — Porozmawiam z nim.
— To nie jest dobry pomysł Emily — wszedł jej w słowo Derek.
— Bo z nim sypiałam? — zapytała wprost. W pomieszczeniu zapanowała cisza. — Jeśli zabił Jenny zasłużył na karę. Agent FBI czy nie — wyminęła ich i weszła do pokoju przesłuchań.
— Gdzie jest ciało twojej żony?
— Nie zabiłem żony — zaprzeczył — Emily znasz mnie, kochałem Jenny i naszego synka. One nie miały znaczenia.
— One? — zapytała go i roześmiała się. — Lista nazwisk — przesunęła kartkę i długopis. — Nie pomiń żadnego nazwiska


***
— Fernando Barosso przekonał mojego ojca aby wydać mnie za mąż za Castelaniego. Roberto był właścicielem niewielkiego wtedy gaju pomarańczowego, posiadł najżyźniejsze ziemie w regionie na których mój ojciec chrzestny chciał koniecznie położyć łapy. Nie potrzeba było wiele aby przekonać do tego mojego równie chciwego ojca. — upiła łyk wody — Roberto był pijakiem i rozpustnikiem ale nie był złym człowiekiem i wbrew wszystkiemu co usłyszysz na jego temat nigdy mnie nie zgwałcił ani nie uderzył. Zmarł krótko po naszej pierwszej rocznicy ślubu.
— Fernando maczał w tym palce? — zapytał wprost Conrado.
— Nie wiem a on raczej nam nie powie — uśmiechnęła się smutno. — Po jego śmierci odziedziczyłam wszystko. Ja i Francisco. Nie przechwalam się, ale to czyni ze mnie miejską elitę. Nie wygrasz tych wyborów bez naszego poparcia i myślę, że teraz to wiesz.
— Lukrecjo — zaczął.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, do środka szybkim krokiem wszedł Francisco z Evą.
— Wybacz, że przeszkadza, ale mamy problem na dole.
— Dwudziesty pierwszy wiek, ale ludzie nadal wszczynają burdy po pijaku — mruknęła.
— Tym razem to coś poważniejszego — zapewnił ją brunet. — Chodzi i Nicholasa Barosso, całe szczęście doktor Vazquez był na miejscu.
— Co się stało? — zapytał Conrado.
— Nie jestem lekarzem, ale na moje oko to wyglądało jak atak padaczki.
— Wybacz Conrado, ale muszę uspokoić gości — ruchem dłoni wskazała kierunek wyjścia z gabinetu.
— Oczywiście, poszukamy z Evą Fabricia i Emily — ujął narzeczoną pod ramię i wyszli.
— Atak epilepsji?
— Na to wygląda, a mówiłem nie urządzaj przyjęcia tutaj — mruknął — Gotowa zażegnać kryzys?
— Zawsze.


Ostatnio zmieniony przez Sobrev dnia 23:22:09 14-02-20, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5432
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 18:17:35 18-04-20    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 015

HUGO/ ARIANA/ QUEN


Hugo czuł, że coś się w nim zmieniło – nigdy nie należał do osób bojaźliwych. Cholera, robił w życiu takie rzeczy, że nie było miejsca na strach. Teraz jednak odczuwał panikę na myśl o zajrzeniu do zapisków matki. Pamiętniki Sonii Delgado leżały w pudle pod jego łóżkiem w domu Ibarrów, zakurzone i pełne odpowiedzi na pytania, których tak desperacko łaknął. I chociaż powtarzał sobie, że to dla dobra ogółu, ciężko mu było się przemóc i przeczytać intymne wspomnienia matki. Bezwiednie obracał w dłoniach płytę, którą jakiś czas temu wręczyła mu Viktoria, płytę z wiadomością od Alejandra Barosso. Tego też się bał. Co takiego Alex miał mu do przekazania i dlaczego nie mógł zrobić tego osobiście, kiedy widzieli się ostatnio w El Tesoro? Na te i inne pytania, które kłębiły mu się w głowie niczym czarne chmury nad Valle de Sombras, Hugo nie znał odpowiedzi. Prawdą było jednak, że syn Fernanda Barosso był bardzo skomplikowanym człowiekiem, nawet jeśli Delgado zawsze się wydawało, że łatwo go rozszyfrować.
W misji pokonania Fernanda nie było jednak miejsca na strach. To, co miał usłyszeć, nie mogło być gorsze od tego, co już w życiu widział, a widział dużo. Sięgnął po komputer stojący na nocnym stoliku, uruchomił go i już po chwili odtwarzał płytę. Na widok wymęczonej twarzy Alejandra poczuł coś na kształt mieszaniny zdegustowania i litości. Alex był jaki był, zrobił to, co zrobił, ale nie zasłużył na los, jaki go spotkał w więzieniu, a już na pewno nie powinien „zginąć” z rąk własnego ojca. Alex mówił o ojcu z wyrazem pogardy, Hugo przewinął nagranie, by znaleźć interesujące fragmenty. Nadal nie przywykł do myśli, że można Alejandrowi współczuć. Wolał nie zagłębiać się za bardzo w jego życie.
– …więc jeśli zastanawiałeś się, dlaczego mój ojciec tak bardzo chce pozyskać El Tesoro – znasz już odpowiedź – mówił Alex z pewnością siebie. – Ale jednego nie przewidziałeś, a i ja nie do końca to pojmuję. El Tesoro już leży w jego rękach. Nie musiał się nawet specjalnie starać.
Hugo zmrużył oczy, zastanawiając się, co Alejandro miał na myśli. El Tesoro należało do Astrid, nie do Fernanda. Barosso skutecznie blokował transakcję pomiędzy Conradem a panną Vega dzięki swoim licznym znajomościom, ale chyba nie o to chodziło Alexowi. Z jego słów wynikało, że Fernando był już właścicielem El Tesoro, ale nie trzymało się to kupy. Niby w jaki sposób mógłby kupić hacjendę bez wiedzy prawowitej właścicielki? Chyba, że Astrid już dawno mu ją sprzedała, ale udawała przed Conradem. Tę myśl Hugo szybko od siebie odrzucił – Astrid nie należała do takich osób. Więc o co mogło chodzić Alejandrowi? Delgado przewinął nagranie kilka razy, szukając odpowiedzi na nurtujące go pytania, ale Alex nie powiedział niczego nowego. Historia miłości Fernanda i Mercedes nadawała się na kiepską telenowelę i nic poza tym.
Wściekły na Alexa i na samego siebie Hugo rozłożył na podłodze swojej sypialni wszystkie materiały, które udało mu się zgromadzić i zaczął je analizować. Stare artykuły z gazet, akt urodzenia Caroliny, zdjęcie paczki przyjaciół z Pueblo de Luz… Miał w głowie pustkę, ale czuł że to ważne, by rozwikłać te zagadkę. Jeśli istniał jakikolwiek cień szansy, że pokrzyżuje plany Fernanda, było warto spróbować.
Z lekkim oporem sięgnął po pamiętniki matki i zaczął je czytać. Być może tam znajdzie wskazówki, których tak bardzo potrzebował.

***

Ponury nastrój po śmierci Roque Gonzaleza udzielił się wszystkim w liceum Pueblo de Luz, nie tylko jego przyjaciołom, którzy znali prawdę na temat jego śmierci. Restrykcje nałożone na miejscową młodzież nie przypadły do gustu nastolatkom, którzy obwiniali Quena, Marcusa i resztę o sytuację w jakiej się znaleźli. Zupełnie jakby to była ich wina, że Roque przedawkował to świństwo, które podsunął mu Wacky. Enrique Ibarra miał już tego wszystkiego po dziurki w nosie – postanowił ignorować krzywe spojrzenia kolegów ze szkoły czy poszeptywania za plecami podczas treningów szermierki, ale z jego wybuchowym charakterem było to niezmiernie trudne. Nie zrobili przecież nic złego. Mogli co prawda zgłosić to wcześniej na policję, ojciec Felixa wiedziałby co robić, ale jeśli prawdą było, że policja Miasta Światła miała jakiś dziwny układ z Templariuszami, na niewiele by się to zdało. Faktem było, że Roque nie żył i nic nie wróci mu życia. Ale może istniało coś, co przywróciłoby sprawiedliwość w mieście i sprawiło, że społeczeństwo dojrzy na własne oczy jakimi kłamstwami karmi ich opinia publiczna. Śmierć Roque nie była „nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności”. To było morderstwo, a przynajmniej według Marcusa Delgado, który za cel honoru obrał sobie wymierzenie kary szefowi kartelu. Choć Enrique bardzo chciał wierzyć, że Marcus się myli, w głębi duszy również czuł, że są to winni zmarłemu koledze.
Do tego wszystkiego dochodziły prywatne problemy i odkrycie, którego niedawno dokonali – Quen nie mógł przestać myśleć o fotografii matki. Jeśli miał być szczery sam ze sobą, od zawsze czuł się obco w domu Rafaela i Ofelii. Zupełnie jakby do nich nie pasował, często żartował, że został adoptowany, bo nie wdał się w żadne z rodziców – burmistrz i jego żona byli bezinteresownymi ludźmi, którzy często więcej uwagi poświęcali celom charytatywnym niż własnemu synowi, ale kochali go i wiedział o tym. Problem w tym, że przez całe życie go okłamywali, a jednej rzeczy Quen nienawidził najbardziej na świecie – kłamstwa. Nie chciał też wierzyć w podejrzenia Marcusa jakoby Rafael miał coś wspólnego z pokątnymi interesami Fernanda Barosso, które wiązały go pośrednio z kartelem Templariuszy, ale musiał przyznać, że sam już nie wiedział, jaką osobą jest Rafael. Jeszcze parę dni temu uważał go za ojca, burmistrza, przykładną głowę rodziny. Teraz wydawał mu się obcym człowiekiem, który w dodatku może być przestępcą.
Takie myśli kłębiły mu się w głowie całymi dniami – podczas lekcji, podczas kozy w szkolnej bibliotece, podczas treningów szermierki czy lekcji online z Davidem Duranem (po sprawie z Roque wszystkie dzieciaki miały zakaz opuszczania granic Pueblo de Luz, przez co Quen nie mógł spotykać się ze swoim korepetytorem, a ten również nie mógł przyjechać, ponieważ miał własne problemy ze zdrowiem). Tak więc Enrique utknął w mieście, które jeszcze do niedawna wydawało mu się skrajnie inne od sąsiedniego Valle de Sombras, z przyjaciółmi, z którymi od dawna nie utrzymywał tak bliskich kontaktów, a których teraz połączyła wspólna chęć zemsty.
Denerwowało go to, że musi spędzać tyle czasu z Marcusem, który wmanewrował go w kampanię wyborczą ojca, przy której pomagali, szukając jakichś poszlak mających powiązać burmistrza z dilerem Wackym. Zawsze żył w cieniu młodego Delgado i nigdy mu się to nie podobało, dlatego odsunęli się od siebie i już od dawna nie spędzali ze sobą tyle czasu. Musiał jednak przyznać, że Marcus i Felix byli chyba jedynymi ludźmi, których mógł określić mianem przyjaciół. Razem się wychowali i jako dzieciaki spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Często dołączał też do nich Roque i razem tworzyli coś na kształt zgranej paczki.
Marcus był zawsze tym rozsądnym i niepakującym się w kłopoty, szkolny prymus i miejscowy młody dżentelmen – marzenie każdej matki. Był dobry absolutnie we wszystkim, przez co można było go albo kochać albo nienawidzić, nie było opcji po środku. Roque był cichy i małomówny, ale za to lojalny i pomocny, kiedy go potrzebowali. Jego problemy z narkotykami zaczęły się później, kiedy ojciec zostawił matkę dla jakiejś lafiryndy z Monterrey. Felix natomiast był totalnie postrzelony i to on był głównym prowodyrem ich psot, zawsze potrafił ich rozśmieszyć. Syn zastępcy szeryfa lubił zwracać na siebie uwagę i chociaż uchodził za szkolnego klowna, miał też w sobie ciepło, które sprawiało, że ludzie do niego lgnęli. No i był też on – Enrique Ibarra III, miejscowy VIP, robiący na złość rodzicom, mający dość stereotypów i ram, w które go wrzucano z powodu pochodzenia. Nie zamierzał zostać kolejnym burmistrzem czy miejscowym bohaterem, miał duszę artysty, ale dobrze wiedział, że nigdy nie spełni swoich marzeń, nie w tej dziurze zabitej dechami.
– Ostatni raz tak się spotkaliśmy trzy lata temu – powiedział Felix, obracając w dłoniach piłkę do baseballa.
Siedzieli w jego pokoju na poddaszu w schludnym domku z nieco wybujałym ogrodem.
– Cztery – poprawił go Enrique, a obaj Marcus i Felix spojrzeli na niego zdziwieni.
– Liczyłeś? To nawet słodkie.
W stronę Felixa poszybowała poduszka, na której siedział na podłodze Quen. Prawdą było, że chociaż sam zerwał znajomość z kolegami, tęsknił za ich wspólnymi wybrykami. Nie pamiętał dlaczego przestali się widywać. Czy to dlatego, że każdy z nich w końcu poszedł w swoją stronę, czy może dlatego, że wieczna zazdrość o Marcusa nie pozwalała mu się już z nim przyjaźnić? Delgado i Castellano przyjaźnili się cały czas, to Quen i Roque zdecydowali się pójść własną drogą i prawdą było, że ostatnie cztery lata były dla Enrique bardzo samotne. I smutne było, że potrzeba było tragedii, śmierci Roque, by na nowo połączyć paczkę przyjaciół.
– U ciebie zawsze było najfajniej – powiedział Marcus, rozglądając się po sypialni przyjaciela. – Można było swobodnie pogadać.
– O tak – przyznał Quen. – Mama Marcusa zawsze zaglądała co pół godziny, żeby przynieść nam coś do jedzenia albo picia, a mój ojciec wciąż chciał grać partyjkę szachów z Marcusem. Ojciec Felixa zawsze był spoko.
– Jeśli akurat był w domu – dodał Castellano i uśmiechnął się krzywo. Kochał ojca, ale wiedział też, że oprócz życia rodzinnego miał obowiązki jako stróż prawa. Był z niego dumny – chyba jako jedyny policjant w okolicy nie był skorumpowany i jeszcze zależało mu na tym miasteczku.
– Czy twój tata mówił coś o Roque? Wiadomo coś w sprawie Wacky’ego? – zapytał Marcus, a Felix pokręcił głową.
– Sprawę umorzyli, nadal uważają, że to samobójstwo. Pseudonim „Wacky” nigdy nawet nie pojawił się w rozmowach. Ojciec mówi, że mam siedzieć cicho i się nie wychylać. – Felix prychnął, nie rozumiejąc ojca.
– Martwi się o ciebie, to zrozumiałe – zauważył Marcus, a Quen pokiwał głową.
– Po prostu chciałbym, żeby to się już skończyło i ten drań dostał za swoje. – Felix Castellano przeczesał włosy ręką, wzdychając ciężko.
– Myślicie, że możemy go dorwać? – Quen zapytał poważnym tonem, nie spoglądając na przyjaciół, bo wiedział, że wszystkich trapi to samo. – Uda nam się udowodnić winę Wacky’ego?
Nikt nic nie odpowiedział, bo żaden nie znał odpowiedzi na to pytanie. Rozmawiali jeszcze długo, snując plany pogrążenia Templariuszy i wyrzucenia ich z okolicy raz na zawsze – im bardziej były nierealne, tym więcej sprawiały im frajdy. Nawet jeśli wiedzieli, że żaden z tych planów nie ma szansy powodzenia, dawało im to dziwną satysfakcję i pozwoliło na chwilę oderwać się od bólu po śmierci kolegi. W pewnym momencie jednak wszyscy troje podskoczyli w miejscu, słysząc hałas dochodzący z dołu.
– Co to było? – wyszeptał Enrique z przerażeniem w oczach, zerkając na Marcusa, który rozcierał obolałą głowę – poderwał się z miejsca, uderzając w spadzisty sufit.
Felix chwycił kij baseballowy i obrócił go kilka razy w ręce, wychylając głowę z pokoju niczym jakaś parodia szpiega. Wszyscy troje zeszli ostrożnie na dół do kuchni, skąd dobiegł hałas.
– Boże, Ella, mało nie dostaliśmy zawału! – Felix odłożył kij, widząc że to tylko jego młodsza siostra zbiła szklankę.
– Przepraszam. – Dziewczynka spojrzała na nich przerażona, zagarniając szkło na szufelkę.
– Zostaw to, zrobisz sobie krzywdę!
Felix powiedział to stanowczo, ale nie ze złością, raczej z troską. Quen i Marcus wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Znali historię rodziny Castellano i sami również traktowali Ellę jak własną siostrę. Felix był czasem nadopiekuńczy, ale to dlatego, że przez większość swojego życia musiał pełnić rolę nie tylko starszego brata, ale także matki i ojca.
– Przepraszam – powtórzyła, a zaraz potem jęknęła, bo kawałek szkła rozciął jej palec.
– Głupia, to nie twoja wina. – Felix zgarnął jednym zwinnym ruchem szkło na szufelkę i wyrzucił do kosza na śmieci. – Pokaż rękę. – Zacmokał cicho na widok rozcięcia – było dość głębokie. – Będzie blizna – nastraszył ją, a kiedy zobaczył zaszklone oczy trzynastolatki, uśmiechnął się promiennie i poczochrał jej włosy. – Tylko się z tobą droczę, do wesela się zagoi.
– Co ty tu robisz, dzieciaku? – zapytał Enrique, bezceremonialnie siadając na blacie w kuchni i wgryzając się w jabłko leżące na tacy. – Już po dobranocce.
– W takim razie dlaczego TY jeszcze nie śpisz? – odgryzła się dziewczynka, a Marcus stłumił wybuch śmiechu. – Nie mogłam spać.
– Coś cię boli, wszystko dobrze? – zapytał Felix, marszcząc czoło. Czasami ta troska go wykańczała. Kiedy siostra budziła się w nocy z atakiem kaszlu, kiedy szła do szkolnej pielęgniarki, bo źle się poczuła. Kiedy znikała w łazience na odrobinę za długo – nawiedzały go czarne scenariusze.
Ella Castellano chorowała na mukowiscydozę i marniała w oczach. Coraz częściej traciła apetyt i nie była w stanie pochłaniać tyle kalorii, ile powinna przy swojej przypadłości. Sama dziewczynka nie traciła pogody ducha i była promyczkiem w życiu Felixa i jego ojca. W swoim krótkim życiu przeżyła wiele, ale nie traciła nadziei na lepsze jutro. Tak bardzo kochała kwiaty, że uparła się, by ojciec pozwolił jej pracować w ogródku, chociaż nie powinna narażać się na infekcje ani zbyt przemęczać. Była upartą nastolatką, umiała postawić na swoim.
Teraz jednak wyglądała tak bezbronnie, że Felix całą siłą woli musiał się skupić na opatrywaniu palca siostry, starannie go odkażając, będąc nazbyt skrupulatny.
– Próbujecie złapać tego typka Wacky’ego? Czy on jest tym dilerem, który dostarczył narkotyki Roque? – zapytała nagle Ella, sprawiając że Quen zakrztusił się jabłkiem, a Felix spojrzał na nią wielkimi oczami. – Podsłuchiwałam was – wyjaśniła bez cienia skrępowania, a chłopcy wymienili między sobą spojrzenia.
– Nieładnie jest podsłuchiwać! – zwrócił jej uwagę Enrique, niemal wytykając w jej stronę język jak dziecko. – Poza tym jak już musisz być taka wścibska, to słuchaj ze zrozumieniem. Mówiliśmy o wackach, a nie o żadnym Wackym.
– Hej, rozmawiasz z moją młodszą siostrą! – upomniał go Castellano, a Ibarra uniósł ręce w geście poddania.
– Och, dajcie spokój, przecież nie jestem już dzieckiem. Wiem, co tutaj się dzieje. Chodzi o Roque.
– Kiedy zrobiłaś się taka mądra, Ella? – Marcus uśmiechnął się w jej stronę, ale uśmiech ten był nieco smutny ze względu na wspomnienie przyjaciela.
– Anna, siostra mojej koleżanki Belindy, uważa, że przez was wszyscy w szkole mają teraz godzinę policyjną i nie wolno im opuszczać miasteczka. I że to wszystko wasza wina. Uważa, że Roque popełnił przez was samobójstwo, że przedawkował narkotyki, bo odrzuciliście go z waszej paczki. I teraz nikt was w szkole nie lubi. Poza Marcusem, jego lubią wszyscy.
– Dzięki, że to dodałaś, bo już się obawiałem. – Quen wywrócił oczami, ale Ella nie zwracała na niego uwagi. Spojrzała na starszego brata, domagając się odpowiedzi.
– Czy Anna ma rację? Roque zabił się przez was?
Anakonda? – Felix wybałuszył oczy ze zdumienia. – Wierzysz w to, co mówi Anakonda?!
– Nie nazywaj jej tak, ma na imię Anna Conde, przecież wiesz!
– Słuchaj, Ella, mówię ci prawdę – Roque nie popełnił samobójstwa, a już na pewno nie zrobił tego przez nas. Dzieciaki w Pueblo de Luz lubią opowiadać niestworzone historię, a już szczególnie Anakonda mogłaby zostać bajkopisarzem. Nie zajmuj się sprawami, które ciebie nie dotyczą.
– Kiedy nie chcę, żeby połowa miasta nienawidziła mojego brata. – Ella się naburmuszyła, a zaraz potem dodała: – No i byłoby słabo, gdybyś okazał się mordercą.
– Felix mordercą? – Quen zaśmiał się w głos. – Spokojna głowa, mała. Jedyne, co Felix zabił to swój dobry gust – tylko spójrzcie na te ohydne żółte dresy.
Felix zerknął na stare, powyciągane spodnie, które miał na sobie.
– Hej! To moje ulubione!
Ella roześmiała się i atmosfera się rozluźniła do momentu, kiedy nie zaczęła strasznie kaszleć.
– Czas już na ciebie. Chodź, zaniosę cię do łóżka.
– Mam nogi, poradzę sobie. – Trzynastolatka próbowała się sprzeciwiać, ale przerwał jej napad tak gwałtownego kaszlu, że nie mogła dłużej oponować. Felix wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni na piętrze.
– Jesteśmy idiotami – powiedział Marcus, patrząc na szczyt schodów, gdzie przed chwilą zniknął jego najlepszy przyjaciel z siostrą.
– Ty to wiem, ale ja dlaczego? – Quen udał oburzonego.
– Żyjemy w swoich poukładanych światach, mamy wszystko, czego potrzebujemy, kochające rodziny, pieniądze, zainteresowania. A i tak udaje nam się zawsze na coś narzekać. Podczas gdy oni mają tylko siebie a jakoś udaje im się przetrwać kolejny dzień z uśmiechem. – Delgado zamyślił się, a Enrique musiał przyznać mu rację, choć raczej trudno było mu uwierzyć, że Marcus kiedykolwiek mógł na coś narzekać – był ucieleśnieniem cnót i przykładnym synem.
– Cóż, ja mogę nie mieć tego, co do tej pory uważałem za swoje – odezwał się w końcu Ibarra, po raz pierwszy wypowiadając na głos swoje obawy. Czuł się z tym głupio, szczególnie, że zwierzał się Marcusowi, który zawsze miał rację i był tak do bólu idealny. – Moja mama może nie być moją mamą, a mój ojciec może nie być moim ojcem, a do tego może maczać palce w narkotykowym biznesie Templariuszy.
– Nieważne, co się okaże, Quen. – Delgado spojrzał na przyjaciela z dzieciństwa i zapewnił go swoim głębokim głosem: – Nieważne, czy w twoich żyłach płynie krew Ibarrów. Są ważniejsze rzeczy od więzów krwi. Wiem, co mówię.
– Łatwo ci mówić, ty swojego ojca znałeś, a Gilberto to równy gość. Moi starzy okłamywali mnie całe życie.
– Byłem mały, kiedy zginął mój tata, ale masz rację – przynajmniej go pamiętam. To jednak nie zmienia faktu, że Ibarrowie dali ci miłość, wychowali jak własne dziecko. Może nie są biologicznymi rodzicami, ale ty zawsze będziesz ich dzieckiem.
Enrique odwrócił głowę, żeby nie dać po sobie poznać, że się wzruszył. Taki już był, chował emocje do kieszeni, a najlepiej zamykał na cztery spusty na dnie swojego serca, żeby nikt nie poznał, co tak naprawdę myśli lub czuje. Tak było łatwiej – im mniej pokazywał emocje, tym trudniej było go zranić. Przynajmniej takie miał wrażenie.
– Chodźmy spać, jutro trzeba wcześnie wstać – zarządził Marcus.
– Zapomniałem. – Enrique wywrócił oczami. – Myślą, że jak każą nam chodzić do kościoła, to nagle wszyscy się nawrócimy?
Kolejnego dnia miała się odbyć msza w intencji Roque Gonzaleza i choć żadne z nich nie czuło się w nastroju do odstawiania szopki, zgodnie stwierdzili, że należy tam pójść i oddać cześć zmarłemu. Mieli wstać wcześnie i wrócić do swoich domów, by móc się przebrać w coś odpowiedniego i pod kościół zajechać w towarzystwie swoich rodziców, którzy od czasu śmierci Roque pilnowali ich jak oka w głowie. Powlekli się więc do pokoju Felixa i Quen położył się na materacu na podłodze. Marcus zajął łóżko Felixa – oboje wiedzieli, że Castellano całą noc spędzi w fotelu przy łóżku siostry, za bardzo bojąc się zostawić ją samą.

***

Arianę obudziło łomotanie do drzwi. Przez chwilę rozważała powrót do snu, ale łomotanie nie ustępowało, więc ze złością ruszyła otworzyć. Na jej progu stał Hugo, unosząc w powietrzu papierową torbę z jedzeniem.
– Potrzebuję twojej pomocy, gringa – oświadczył, wpakowując się do jej mieszkania i od razu udając się do kuchni, jakby był u siebie.
– Masz pojęcie, która jest godzina? – Ariana wskazała na zegarek na kuchence mikrofalowej dla podkreślenia swoich słów. – Poza tym jest sobota. Czego chcesz?
– Pamiętasz jak kiedyś udawaliśmy małżeństwo, żeby wydobyć informację o Fernandzie od jego terapeuty?
– Tak, ale co to ma do rzeczy?
– Cóż… – Hugo wypakował zakupy na stół kuchenny, po czym ukląkł na jedno kolano i z poważną miną oświadczył: – Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją fałszywą żoną raz jeszcze?
– Oszalałeś? – Ariana pewnie by się zezłościła, gdyby nie było tak wcześnie rano. W obecnej sytuacji jednak mogła się tylko roześmiać. – Naprawdę masz coś z głową.
– Słuchaj, wiem że to głupie, ale muszę sprawdzić pewien trop, a małżeństwo to najlepsza przykrywka.
– Jaki trop? – Ariana zmrużyła podejrzliwie oczy, sięgając po jedną z kanapek przyniesioną przez Huga. – To ma związek z Barosso? Kolejne mroczne sekrety?
– Można tak powiedzieć. Nie mogę zbyt wiele zdradzić, ale jestem bliski rozwiązania zagadki i, choć niechętnie to przyznaję, potrzebuję twojej pomocy.
– Dobrze. – Ariana się zgodziła, co zdziwiło Huga do tego stopnia, że zastygł w pozycji klęczącej na dobrą minutę. – Ale wiesz, że nic nie ma za darmo. Oczekuję pełnego zaangażowania, musisz mi zdradzić wszystko, co wiesz.
– Eh, zapomnij. Aż tak bardzo cię nie potrzebuję.
Hugo wstał i ruszył do wyjścia. Mógł się spodziewać, że Santiago tak zareaguje – była wścibska i zawsze lubiła wiedzieć, w co się pakuje, za co zresztą nie mógł jej winić. Nie chciał jednak zdradzać wszystkich tajemnic Fernanda.
– Okej, w takim razie powodzenia w szukaniu innej fałszywej żony. Hej! Może Eva Medina będzie wolna?
Hugo przeklął pod nosem, a panna Santiago uśmiechnęła się zwycięsko.
– Dobra, ale nie będziesz się odzywała niepytana i będziesz robić wszystko, co ci każe.
– Czyli jak w małżeństwie z lat 50tych? Umowa stoi. – Ariana oblizała palce, które ubrudziła majonezem i wyciągnęła rękę w stronę Delgado, by dobić targu.
– Obrzydliwość – skwitował Hugo, ale uścisnął jej dłoń. – Tylko ubierz się ładnie.
– Co to ma znaczyć? Zawsze się ładnie ubieram.
– Niech ci będzie, tylko się pospiesz.
Pół godziny później Hugo parkował już swój służbowy samochód od Rafaela Ibarry przed sierocińcem przy Klasztorze Miłosierdzia w Pueblo de Luz.
– Manuel i Catalina Santamarina. Byliśmy umówieni z ojcem Horacio – przedstawił się Hugo siostrze przełożonej.
Podczas drogi do pobliskiego miasteczka Hugo zdradził Arianie swój plan – chciał dowiedzieć się więcej na temat Caroliny Nayery, której prawnym opiekunem nadal pozostawał Fernando Barosso. Ariana nie rozumiała dlaczego Fernando oddał dziewczynkę do domu dziecka i nie wychował jak swojej córki, skoro rzekomo kochał jej matkę, Mercedes, i miał zamiar uznać dziecko za swoje. Jak to możliwe, że ksiądz Horacio zezwalał na takie procedery, jaki układ łączył go z Barosso? Santiago czuła, że kręci jej się w głowie od nadmiaru informacji. Była jednocześnie oburzona i zła na Fernanda, z drugiej strony było jej żal dziewczyny, którą często widziała w bibliotece miejscowego liceum. Carolina Nayera przypominała Arianę z czasów szkolnych – wolała spędzać czas na czytaniu i nauce niż na zabawach z przyjaciółmi. Santiago czasami tęskniła za tymi czasami, zanim Lucas się nią zainteresował, zanim poznała jego paczkę, zanim zdarzył się wypadek. Carolina również wplątała się bagno przez swoich znajomych. Było między nimi wiele analogii i nie można było temu zaprzeczyć.
– Wszystko dobrze, pani Santamarina? – ojciec Horacio spojrzał na zamyśloną Arianę z troską. Kobieta ocknęła się z letargu i zdała sobie sprawę, że siedzą w gabinecie kapłana przy herbacie, a on sam jest zajęty opowiadaniem o wychowankach sierocińca. – Rozumiem, że wizyta w tym miejscu może się wydać pani nieco przytłaczająca. Mogę panią jednak zapewnić, że te dzieci potrzebują miłości i są w stanie wiele dać. Niestety z roku na rok przybywa wychowanków, a chętnych małżeństw do adopcji brakuje.
– Moja żona i ja od dawna się staramy, ale niestety nie przynosi to rezultatów – powiedział Hugo, przybierając dramatyczny ton, a Ariana poczuła lekką irytację. Urządzali sobie szopkę dla własnego śledztwa, a tymczasem dla wielu ludzi niemożność spłodzenia dziecka była prawdziwą tragedią. – Widzi, ojciec, uznaliśmy, że już czas porzucić nadzieję i zwrócić się do Boga.
– Dobrze trafiliście, synu.
Ojciec Horatio poinstruował ich jednak, że muszą być absolutnie pewni swojej decyzji co do adopcji i polecił im klinikę leczenia niepłodności. Potem poprosił siostrę przełożoną, by oprowadziła ich po sierocińcu, a sam udał się na nabożeństwo.
– Stary obłudnik – warknęła Ariana, kiedy szli z Hugiem korytarzem.
– Cicho, bo Cerber cię usłyszy. – Hugo zniżył głos do szeptu, wskazując na tęgą zakonnicę, kroczącą przed nimi.
– Ten cholery Horacio udaje niewiniątko, każe nam się zastanowić, kiedy oboje dobrze wiemy, że pod stołem zgarnia sporą sumkę od Barosso.
– Ściślej rzecz ujmując, nie wiemy, ale się domyślamy – doprecyzował Hugo. Jego też uderzyła obłuda księdza, który próbował im wmówić, że najpierw powinni się całkowicie upewnić, że są gotowi na adopcję i zrobić badania. – Zrobimy badania, przyniesiemy mu papierek i dowiemy się więcej.
– Chyba nie mówisz poważnie? – Ariana spojrzała na Huga jak na idiotę. – Mamy się badać, żeby zaspokoić tego degenerata? Pewnie ma umowę z kliniką leczenia niepłodności.
– Niewykluczone.
– A to świetlica – powiedziała siostra przełożona, wskazując na pomieszczenie, przy którym się zatrzymali, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że jej goście w ogóle nie są zainteresowani wycieczką.
– Jest i gwiazda wieczoru – szepnął Hugo, wskazując na Carolinę, bawiącą się z młodszymi dziećmi.
Siostra Faustyna musiała chyba dostrzec ich zainteresowanie Nayerą i błędnie je zinterpretowała.
– Ach, Carol… Złote dziecko, choć z niezłym temperamentem. Jest z nami od siedemnastu lat.
– To chyba… długo? – zagaiła Ariana, a siostra westchnęła głęboko.
– Biedaczka, nikt jej nigdy nie przygarnął, a z czasem było coraz trudniej – starszych dzieci nikt nie chce adoptować, wszyscy wolą niemowlęta. To prawdziwa tragedia, przecież nawet starsze dzieci potrzebują miłości. Carolina jest z nami najdłużej, patrzyła jak jej siostry i bracia opuszczają to miejsce, pomagała nam z nowymi wychowankami… A za niecały rok opuści nas zawsze.
– Zabrzmiało złowieszczo – mruknął Hugo, co nie uszło uwadze Faustyny.
– Kiedy skończy osiemnaście lat stanie się odpowiedzialna za siebie. Dlatego tak pilnie się teraz uczy i zbiera fundusze na studia.
– I nikt nigdy się po nią nie zgłosił? Rodzice lub opiekunowie nie wrócili? – zapytał Hugo, starając się subtelnie rozwiązać siostrze język.
– Niestety. – Faustyna zamyśliła się głęboko. – Chociaż jest pewien człowiek, anonimowy darczyńca. Często wpłaca pieniądze na fundację klasztoru, dzięki niemu Carolina i wiele innych dzieci mogły pójść do dobrych szkół.
– Filantrop w ciele Fernanda Barosso – wysyczał przez zaciśnięte zęby Hugo, kiedy opuścili mury domu dziecka.
– Myślisz, że to o nim mówiła?
– A o kim innym? Słuchaj, gringa, ta dziewczyna to inwestycja Fernanda, to normalne, że na nią łoży. Poza tym wydaje mi się, że właśnie znaleźliśmy sekretne miejsce, w którym stary zgred ulokował swoje fundusze. Macki Mauricia Rezende nie miały szansy go tutaj dosięgnąć. Pomyśl tylko – wpłaca miliony na fundację, z czego jakieś marne grosze dostają się sierotom. Fernando to szczwany lis. Wyparł się odpowiedzialności za córkę Mercedes, ale chciał ją sobie pozostawić jako własność. Czy to ma dla ciebie sens?
– Nie.
– No właśnie, dla normalnych ludzi nie ma. Ale mówimy o Fernandzie. Jestem pewien, że hoduje ją jak ciele na rzeź.
– Nie mów tak.
– Kiedy to prawda. Znam Fernanda jak własną kieszeń i wiem, że nie utrzymywałby dziewczyny, gdyby nie miał w tym ukrytego motywu. Bezpieczne przechowanie pieniędzy, układ z Horacio to jedno, ale fakt, że nadal pozostaje opiekunem prawnym Caroliny to coś zupełnie innego. On ma jakiś demoniczny plan, a ja jestem o krok od odkrycia, co mu chodzi po głowie. Mam wrażenie, że przegapiłem coś ważnego.
– Może mnie uda się czegoś dowiedzieć – powiedziała z pełną determinacją Ariana.
– Tobie? – Hugo miał pewne wątpliwości. – Bez urazy, ale żaden z ciebie detektyw. I wolałbym, żebyś nie grzebała w sprawach Barosso – oboje wiemy jak to się kończy. Wiesz już, do czego jest zdolny.
– Może właśnie dlatego chcę pomóc? – Ariana czuła, że to właściwe. Po raz pierwszy nie myślała o materiale do książki, ale o bezpieczeństwie mieszkańców miasteczka. Cokolwiek planował Barosso, tylko on mógł na tym zyskać, a to oznaczało, że wielu ludzi może ucierpieć. Za bardzo polubiła to miasto, zbyt wielu przyjaciół tutaj miała, by przyglądać się jak Fernando niszczy to, na czym jej zależy. Pomyślała o tych wszystkich ludziach, których już skrzywdził – o Nicolasie i Alejandrze, o Hugu, o Viktorii… Musiał ponieść karę. – Porozmawiam z Cosme, może on będzie coś wiedział.
– Zuluaga? – Delgado nie był przekonany co do tego pomysłu.
– Dlaczego nie? Mieszka tu najdłużej i zna mroczne sekrety Fernanda. No i nienawidzi go prawie tak samo jak ty, więc chyba nie zaszkodzi spróbować?
– Jak chcesz, bylebyś za dużo mu nie zdradzała. Już i tak dużo ryzykuję, wtajemniczając cię w to wszystko.
– Spokojnie, umiem być ostrożna. Poza tym chyba lepiej, że nie jesteś w tym wszystkim sam? Można oszaleć od tych wszystkich tajemnic i sekretów.
Hugo nic na to nie odpowiedział, bo wiedział, że miała rację. Potrzebował podzielić się z kimś swoimi teoriami konspiracyjnymi, bo by oszalał. Normalnie zwróciłby się z tym do Juliana lub Conrada, ale doktorek miał teraz ważniejsze rzeczy na głowie, a Conrado zawiódł jego zaufanie razem z Viktorią snując spiski za jego plecami. Choć trudno mu było to przyznać, Ariana Santiago była w tym momencie całkiem dobrym sprzymierzeńcem.


***

Msza w intencji Roque Gonzaleza odbyła się 17 maja w miejscowym kościele pod wezwaniem Ducha Świętego w Pueblo de Luz, tym samym w którym za nieco ponad dwa tygodnie ślubować mieli Conrado Saverin i Eva Medina. Na mszy obowiązkowo stawili się przyjaciele Roque wraz z rodzicami. Quen chciał usiąść w ostatniej ławce, ale ugiął się pod ostrzałem spojrzenia matki i zajął miejsce w drugim rzędzie po lewej, tuż obok Felixa, Elli, Marcusa i jego mamy, którzy przywitali się z nim, Ofelią i Rafaelem skinieniem głowy.
– Gdzie Gilberto? – zapytał szeptem Rafael, siadając obok Normy Aguilar i rozglądając się po powoli wypełniającym się kościele.
– Rozmawia z Bastym przed kościołem – odpowiedziała mama Marcusa, również szukając wzrokiem męża. – Powinni już tu być, zaraz się zacznie.
Norma przeniosła wzrok na rząd ławek po drugiej stronie, gdzie siedziała rodzina Roque – matka była zrozpaczona, ale nie płakała. Już nie miała sił. Byli z nią dziadkowie zmarłego chłopca i kilku najbliższych krewnych. Gdzieniegdzie można było też dostrzec znajomych Roque ze szkoły. Jimena Bustamante ze swoją córką Olivią usiadła w bezpiecznej odległości – na tyle blisko, by wszyscy widzieli, że stanęła na wysokości zadania jako kandydatka na burmistrza, a na tyle daleko, by nie przypominać ludziom, że jej córka brała udział w fatalnych wydarzeniach. Norma uśmiechnęła się do niej lekko, ale Jimena niestety tego nie widziała, bo przy drugiej ławce jak spod ziemi wyrósł ojciec Horacio, który miał poprowadzić mszę.
– Organista się rozchorował. Felix, mógłbyś? – zapytał, a Castellano, który zbyt był skupiony na modlitwie by dotarł do niego sens tych słów, spojrzał na księdza jak na idiotę. Dopiero po chwili zrozumiał, że duchowny prosi go, by zajął miejsce organisty – świetnie grał na pianinie i w ogóle znał się na muzyce, często zastępował też starego organistę, który piał jakby go obdzierali ze skóry, fałszując niemiłosiernie, więc Horacio zdecydował się go zaangażować.
– Nigdzie nie widzę taty – powiedział nieprzytomnie Felix, spoglądając ze strachem na młodszą siostrę, która już wypychała go w stronę krętych schodów prowadzących na chór.
– Basty zaraz przyjdzie, zaopiekuję się Ellą, spokojnie – zapewniła go Norma, a on rzucił ostatnie wylęknione spojrzenie siostrze i udał się z Caroliną i resztą chóru na górę.
– Żenada – mruknął Quen do Marcusa, kiedy kościół zaczął się wypełniać ludźmi ze szkoły. – Połowa z nich nawet nie znała Roque, a ci którzy go znali wyzywali od ćpunów i mieli go w d***e, a teraz udają żal.
– Może mają wyrzuty sumienia – podsunął Delgado, sam nie bardzo w to wierząc.
– Bzdura. Nauczyciele i rodzice kazali im tu przyjść. Z chęcią bym coś rozwalił – warknął Enrique, ale akurat nie mógł sobie na to pozwolić, bo do kościoła wkroczył nie kto inny jak Fernando Barosso.
– A ten co tutaj robi? – Marcus zmarszczył czoło, przyglądając się starcowi z ciekawością. Quen obok niego cały zesztywniał na ławce.
– Jak to co? Kampania wyborcza musi się toczyć.
Postukiwanie laski Fernanda rozległo się echem po kościele. Stanął na środku jak jakaś wielka gwiazda, uścisnął sobie dłoń z księdzem sprawującym ceremonię i wymienił z nim kilka słów dramatycznym szeptem. Potem jak gdyby nigdy nic podszedł do pierwszej ławki, by osobiście złożyć kondolencje pani Gonzalez. Marcus wyrwał się z miejsca, chcąc podejść do Barosso i powiedzieć mu jak niestosownie się zachowuje, szczególnie że wiedział, że stary robi interesy z Templariuszami, ale Enrique w porę go powstrzymał.
– Nie chcemy skandalu – syknął Quen, a Marcus musiał się z nim zgodzić. Nie było to mądre.
Norma posłała synowi troskliwe spojrzenie, ale nie patrzył na nią – wzrok utkwił w Fernandzie, który teraz odwrócił się i miał zająć miejsce z tyłu kościoła. Musiał przejść główną nawą, pokazując się wszystkim zgromadzonym wiernym, dzięki czemu był w centrum uwagi. Nagle dało się słyszeć ponurą muzykę z filmu „Ojciec chrzestny” w wersji na organy. Enrique nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem. Nawet kąciki ust Marcusa zadrgały lekko i oboje mogliby przysiąc, że Ofelia i Norma zakamuflowały wybuchy śmiechu, udając kichnięcie. Jednak Rafael Ibarra siedzący razem z nimi wydawał się być oburzony tym zachowaniem. Nie on jeden – ochroniarze Fernanda wyglądali teraz jak dwa pawiany w buszu, próbując znaleźć źródło owego dźwięku, choć pewnie nie zdawali sobie sprawy z metafory. Barosso jednak nic nie powiedział i spokojnie zajął miejsce w ławce. Enrique pomyślał, że chyba podobało mu się, że ktoś uważa go za miejscowego ojca chrzestnego. Felix grał tylko przez chwilę, bo zaczęła się msza i nie było już miejsca na wygłupy.
Ksiądz mówił jakieś nic nieznaczące frazesy o Roque, którego nawet tak naprawdę dobrze nie znał – chłopak chodził do kościoła, ale Horacio nigdy specjalnie nie zajmował się parafianami, którzy nie łożyli na utrzymanie kościoła, a do takich należała jego matka. Msza w intencji jej syna została ufundowana przez rodziców przyjaciół zmarłego. Enrique pomyślał, że Horacio to straszny nudziarz, który powie wszystko z ambony byleby tylko dostać odpowiednią sumkę od parafian. Rozejrzał się po kościele – Gilberto Jimenez i Sebastian Castellano stali przy wyjściu ze złożonymi do modlitwy dłońmi. Miał dziwne wrażenie, że przypominają teraz ochroniarzy, którzy mają zamiar bronić bezpieczeństwa zebranych w kościele. Miałoby to sens – jeden był byłym wojskowym, a drugi policjantem, który też miał swoje doświadczenie w armii.
W pewnym momencie stało się coś, w co Enrique nie do końca mógł uwierzyć. Pociągnął Marcusa za rękaw koszuli, ale nie musiał tego robić, bo teraz i Marcus to dostrzegł, zresztą nie on jeden – drzwi do świątyni rozwarły się z głośnym skrzypnięciem i rozległo się postukiwanie obcasów drogich butów z włoskiej skóry. Elegancki garnitur i standardowe okulary przeciwsłoneczne, które przybysz zdjął, gdy przekroczył próg kościoła, nie budziły wątpliwości co do jego tożsamości.
Joaquin „Wacky” Villanueva wszedł spóźniony na mszę w intencji chłopaka, do którego śmierci de facto się przyczynił, i usiadł w tylnej ławce, przyjmując minę pełną pokory. Horacio kontynuował nabożeństwo, ale przyjaciele Roque nie byli w stanie się skupić.
– Jak on śmie… – warknął Enrique, ale bardziej zaniepokojony był o Marcusa, który aż trząsł się z gniewu. Przez chwilę Ibarra miał wrażenie, że Marcus wstanie, podejdzie do ambony i wykrzyczy wszystkim, że oto właśnie do kościoła zawitał morderca Gonzaleza. Nic takiego jednak nie miało miejsca.
Ella Castellano złapała Marcusa za rękę. Dłonie miała zimne jak lód, ale przeniknęło go uspokajające ciepło. Dziewczynka była dość bystra i być może połączyła wszystkie fakty, bo szepnęła „nie warto, on by tego nie chciał”. Mówiąc „on” nie miała oczywiście na myśli Joaquina, a Roque. Delgado poczuł, że siostra przyjaciela ma rację. Nic by nie dało zrobienie sceny w środku mszy, wyszedłby na szaleńca, a poza tym okazałby brak szacunku Roque. Czuł jednak, że Wacky nie będzie łatwym przeciwnikiem skoro nie miał za grosz poczucia moralności, zjawiając się tutaj.
Po mszy Quen pożegnał się z przyjaciółmi i musiał spełnić swoje obowiązki jako syn burmistrza. Rafael i Ofelia stali przed kościołem, wymieniając jakieś uwagi z Fernandem.
– Mówiąc szczerze, uważam że to kompletny brak szacunku – mówił Fernando, choć w jego głosie pobrzmiewała raczej kpina a nie oburzenie. – Bardzo się dziwię Saverinowi, że nie przyszedł na tę mszę, szczególnie że niby tak bardzo zależy mu na tutejszej młodzieży.
– A niby po kiego grzyba miał tu przychodzić? – Enrique nie zastanowił się dwa razy, zanim wypowiedział te słowa. Nie lubił Conrada, ale uznał słowa wuja za niesprawiedliwe. – Co mu niby do jakiegoś dzieciaka z Pueblo de Luz?
– Enrique… – upomniała syna matka, ale zupełnie ją zignorował.
– O ile mi wiadomo Saverin i ty, wuju, ubiegacie się o stanowisko burmistrza w Valle de Sombras, a nie w Pueblo de Luz. Twoje pojawienie się tutaj też nie przysporzy ci wyborców, jeśli o to ci chodziło.
– Och, Enrique, zupełnie nie rozumiesz polityki. – Barosso był trochę zirytowany a trochę rozbawiony jego zachowaniem.
– To mnie oświeć.
– Saverin w swoim programie wyborczym nawołuje do wspierania młodzieży, zwłaszcza trudnej młodzieży. Walczył o utrzymanie ośrodka Ignacia Sancheza, a teraz kiedy pod jego nosem dzieje się taka tragedia, umywa ręce. Czyż Roque nie był wychowankiem Sancheza? Nie uczęszczał na zajęcia w jego ośrodku? Potwierdzają się moje słowa – ośrodek Sancheza to wylęgarnia narkomanów i przestępców. Ale rada miasta zdecydowała, że ośrodek powinien działać…
Quen nic na to nie odpowiedział, bo tak było w istocie. Roque często przebywał w ośrodku Sancheza, ale niestety jego uzależnienie było silniejsze.
– To nie zmienia faktu, że Pueblo de Luz to oddzielne miasto – dokończył swój wywód Enrique, choć nie miał zbyt wielu argumentów. – Chyba że z jakiegoś powodu zależy ci na poparciu mieszkańców Miasta Światła? – Enrique rzucił subtelne spojrzenie na swojego ojca, na tyle jednak widoczne, by Fernando zrozumiał jego aluzję – Rafael był jego marionetką w Pueblo de Luz, a to oznaczało, że jeśli Barosso wygra wybory w Dolinie Cieni, będzie władał całą okolicą, nabijając się każdego wieczoru z głupoty zaściankowego społeczeństwa przy szklaneczce brandy przed kominkiem. A przynajmniej tak Enrique sobie wyobrażał wuja po wygranych wyborach.
– Zależy mi na całym stanie Nuevo Leon, synu. Zależy mi na przyszłości całego Meksyku. Conrado Saverin jednak woli chodzić po balach i przedstawieniach teatralnych zamiast zająć się na poważnie polityką.
Enrique zmrużył brwi. Zabrzmiało to co najmniej tak, jakby Fernando miał ambicję zostać gubernatorem, a może nawet prezydentem.
– Bez obrazy, wuju, ale skąd możesz wiedzieć czym zajmuje się Conrado Saverin? Śledzisz go czy jak? – Quen poczuł się na tyle swobodnie, że się roześmiał. – Może właśnie w tej chwili, kiedy ty zajmujesz się takimi bzdurami, on tworzy plan gospodarczy dla miasta albo zajmuje się innymi pożytecznymi sprawami. A może – wyliczał Quen – jest zbyt zajęty w niedzielę, spędzając czas ze swoimi bliskimi, przyjaciółmi i rodziną. Ty chyba jeszcze pamiętasz co to takiego?
– Enrique! – Tym razem Ofelia nie wytrzymała.
– Dzieciak wie, co mówi – do zebranych podszedł Joaquin Villanueva i przywitał się ze wszystkimi, wzrok zostawiając na dłużej na latorośli Ibarrów. – Ma charakterek. Niezły byłby z niego burmistrz.
Quen prychnął, spoglądając na przybysza morderczym wzrokiem. Nie spuszczał z niego wzroku, kiedy Fernando przedstawił go jako przedsiębiorcę z Monterrey, z którym robił interesy.
– Jaki to rodzaj interesu, wuju? Coś jak handel? – Enrique igrał z nimi, ale nie dbał o to. Był wściekły i chciał dać im popalić. Ofelia załamała ręce nad jego brakiem manier, ale Rafael był zbyt zaabsorbowany towarzystwem nowego znajomego.
– Właściwie to rozrywka – wyjaśnił Joaquin, uśmiechając się szeroko i rozumiejąc aluzję siedemnastolatka. – Prowadzę bar w Valle de Sombras. To właściwie kasyno. Chcemy razem z Fernandem poszerzyć działalność.
– Chcecie założyć klub ze striptizem?
– Nie do końca.
– Przepraszam, nie dosłyszałem pana imienia. – Enrique zmarszczył czoło, świdrując mordercę Roque wzrokiem, choć dobrze wiedział, że nie mógł przestraszyć tym szefa kartelu.
– Joaquin Villanueva – przedstawił się. – I wystarczy Joaquin, nie jestem aż taki stary by mówić do mnie per pan.
– Czyli w zdrobnieniu to pewnie Wacky?
– Właściwie to Juaco, ale mam dużo przyjaciół w Kanadzie, stąd Wacky. Dziwię się, że o tym wiesz. – Jego mroczne spojrzenie sugerowało jednak, że zdawał sobie sprawę o zaangażowaniu paczki przyjaciół w sprawę – Roque musiał zdradzić im tożsamość dilera.
– Ach rozumiem. Że taki z ciebie świr?
– Enrique, naprawdę, miejże trochę dobrych manier!
– Nic się nie stało, zabawny ten wasz dzieciak. – Joaquin patrzył cały czas na Enrique i sposób w jaki wypowiedział słowo „wasz” wcale się Quenowi nie spodobał. Zupełnie jakby wiedział, że Ofelia i Rafael nie są jego biologicznymi rodzicami. Ale przecież to niemożliwe…
Quen próbował coś jeszcze powiedzieć, ale nie było mu to dane. Matka pożegnała się ze znajomymi i poprowadziła go do samochodu za łokieć.
– Auć, nie tak mocno – pisnął Quen, rozcierając obolałe ramię, ale kiedy spojrzał na matkę, serce mu się ścisnęło.
– Wiem, że jesteś zdenerwowany i że bardzo przeżywasz śmierć przyjaciela, ale błagam cię – nie prowokuj Fernanda Barosso. Rozumiesz?
– Ale…
– Rozumiesz mnie?!
Enrique nie miał nawet odwagi, by zapytać dlaczego. Coś w spojrzeniu matki go sparaliżowało. Pokiwał posłusznie głową, a Ofelia odetchnęła z ulgą i wsiadła do samochodu. Wyglądało na to, że niektórzy mieli już po dziurki w nosie tajemnic.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sobrev
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 04 Kwi 2010
Posty: 3156
Przeczytał: 7 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 17:17:23 24-04-20    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 016
Alba/Nicholas/Fabrcio/Emily

Palcami przeczesała krótkie ścięte w modnego boba włosy ciesząc się z podjętej przed kilkoma godzinami decyzji. krótka fryzura była zdecydowanie bardziej praktycznym rozwiązaniem zwłaszcza dla lekarki pracującej na ostrym dyżurze. Nad krótkimi włosami łatwiej jest zapanować, stwierdziła kiedy udała się do salonu fryzjerskiego siostry. Prawa była jednak taka, że potrzebowała pretekstu aby się z nią zobaczyć. Siostry nie mogły się bardziej od siebie różnić i być jednocześnie tak do siebie podobne. Alba sama zdawała sobie sprawę z absurdu tego określenia, ale taka była prawda. Każda z nich na swój sposób uciekła z domu, w zupełnie innych okolicznościach. Starsza z nich wybrała pociąg do stolicy, młodsza małżeństwo.
Desperackie czasy wymagają desperackich metod, nie mogła przypomnieć sobie, kto to powiedział, ale była w tym krzta prawdy. Siostry dorastały w rodzinie, której dalekiej było od ideału. Ojciec pił i bił, wynosił z domu wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Telewizor, mikser a kiedyś sprzedał nawet czajnik. Wszystkie zarobione pieniądze przepijał, albo przegrywał, więc Rocio pragnęła zupełnie innego życia i ucieczki. Wybrała, co prawda drastyczną metodę, ale skuteczną. Wiedziała, bowiem, że ojciec prędzej zorganizuje jej wesele niżeli pozwoli, aby panna z brzuchem żyła pod jego dachem. Alba musiała przyznać, iż siostra podjęła mądrą decyzję. Tak została nastoletnią matką, ale przynajmniej była szczęśliwa. Tego samego nie mogła powiedzieć Renata Diaz. Jej mama nie zaznała szczęścia u boku męża.
Renata Diaz wyszła za mąż za Damiana w szóstym miesiącu ciąży na oczach całego miasteczka i na ustach. Wszyscy komentowali jej wielki brzuch a Damianowi gratulowano nikt nie zapytał szesnastoletniej wówczas dziewczyny czy tego chcę. Puściła się, więc trzeba było zorganizować wesele, tak zawsze powtarzał świętej pamięci dziadek. Uczucia nie miały najmniejszego znaczenia, ani siniaki skrywane przez młodą mężatkę. Bije, ma temperament, pije po pracy musi się odprężyć. Wszyscy wiedzieli i nie był to ich problem. Alba westchnęła. Od ślubu minęły trzydzieści trzy lata a mentalność ludzi z miasteczka nie zmieniła się tak bardzo.
— Pani doktor usłyszała za swoim plecami głos pielęgniarki mającej nocy dyżur. — Karetka wiezie do nas pacjenta — zaczęła — Mówią, że to atak padaczki — Alba podeszła do siostry mając wrażenie, że kobieta chcę coś dodać — to Nicholas Barosso.
— Nicholas Barosso ma padaczkę? — Zapytała zaskoczona.
— Druga wersja jest taka, że znowu ćpa i znowu przedawkował, więc pierwsza wersja jest zdecydowanie lepsza.
Ciekawe, dla kogo, pomyślała lekarka, lecz nie powiedziała tego na głos. Zamiast tego ruszyła na izbę SOR. Kierowca parkował już przed wejściem, Alba wyszła im naprzeciw.
— Mężczyzna lat trzydzieści trzy, podejrzenie padaczki ewentualnie przedawkowanie. Przytomny i kontaktowy.
— Dzięki, do czwórki — wskazała kierunek jednocześnie zapoznając się z kartą pacjenta, którą wypełnił sanitariusz. Podano mu trzy miligramy lazepanu- leku przeciwdrgawkowego. Wzięła głęboki oddech i weszła do sali. Nicholas był blady a na czole skrzyły się kropelki potu. Elegancki garnitur nosił ślady trawy na, którą upadł. Nie miał krawata.
— Siostro pobierzemy krew do badań na morfologię, poziom alkoholu we krwi, test narkotykowy, podstawowa toksykologia. A także proszę podłączyć drugą kroplówkę.
— Oczywiście
— Jak się czujesz? — zwróciła się bezpośrednio do bruneta, który w pozycji półleżącej wpatrywał się w nią oszołomiony. Podeszła do niego i zaświeciła mu latarką w oczy. — Pamiętasz, co się stało?
— Ścięłaś włosy — odezwał się mimowolnie wyciągając rękę do jej twarzy. Alba chwyciła go za nadgarstek i spojrzała mu w oczy.
— To mało istotne — odparła. — Pamiętasz, co się stało?
— Zakręciło mi się w głowie —przełknął ślinę niepewnie spoglądając jej w oczy — później upadłem. Nic nie piłem, ani nie brałem.
— To rutynowa procedura — wyjaśniła. — Musimy ustalić przyczynę ataku i być może uda się ją wyeliminować.
— Wiem co mi dolega Albo — powiedział sprawiając, że zatrzymała się w progu. — Mam padaczkę, mój ojciec ma dokumentację medyczną wystarczy poprosić.
***
To nie był dla niej udany wieczór, dlatego też z ulgą opuściła rezydencję Castellanich i pieszo udała się do domu. Fabricio został na przyjęciu. Nie miała mu tego za złe, wręcz przeciwnie potrzebowała czasu, aby uporać się z własnymi myślami. I najlepiej będzie, jeśli zostanie z nim sama. Nie myślała o byłym partnerze od lat. Matt był kimś więcej niż kochankiem, był, co niechętnie przyznawała jej pierwszą miłością.
Parsknęła śmiechem. życie, które prowadziła przed rokiem dwa tysiące dziewiątym nie sprzyjało związkom. Emily zdawała sobie sprawę, że przez pracę, którą wykonuje jakiekolwiek bliższe relacje były problemem a nie ułatwieniem, mogły zostać wykorzystane przeciwko niej, więc się nie angażowała. Do czasu aż nie przeniesiono jej do FBI.
Emily nie dano prawa wyboru, co zawsze wypominała Aaronowi. Przyjaciel i mentor postawił ją przed faktem dokonanym i potraktował jak kukułcze jajko, które należy przerzucić do innego obcego gniazda. Narozrabiała, lecz spodziewała się bardziej zwolnienia niż przymusowego przeniesienia do innej Agencji i to po drugiej stronie globu. Po latach była mu za to wdzięczna, ale w wieku dwudziestu trzech lat miała ochotę go zamordować. Uśmiechnęła się z nostalgią. Z pierwszym aresztowanym podejrzanym wjechała do jeziora. Dostała drugą szansę tylko, dlatego, że Aaron się za nią wstawił. BAU stało się rodziną, której nie miała od dawna. Przyznanie się do romansu z jednym z nich było dla niej jedną z najtrudniejszych rzeczy, jaką zrobiła. I z tych samych powodów nie powiedziała mężowi wcześniej.
Było jej po prostu wstyd. Romans z kolegą z zespołu to jedno. Matt miał żonę a Emily czuła się odpowiedzialna za rozbicie rodziny. I cierpiała z powodu złamanego serca. Straciła kochanka i dziecko. I była się, że historia z ich dziećmi się powtórzy.
— Dobry wieczór — usłyszała, a mężczyzna za kierownicą opuścił szybę po stronie pasażera. —Trochę chłodno jak na samotny spacer — zagadnął. Emily obdarzyła bruneta nieufnym spojrzeniem.
— Mieszkam niedaleko — rzuciła chłodno robiąc krok do przodu.
— Zna więc pani okolicę — usta nieznajomego rozciągnęły się w przyjaznym uśmiechu. — Planuje kupić dom w tej okolicy.
—I postanowił pan urządzić sobie zwiedzanie w środku nocy? — zapytała nieufnie.
— W środku dnia każde sąsiedztwo wygląda przyjaźnie, ale to w środku nocy możemy odkryć jego prawdziwe oblicze — skomentował. — Może podrzucę panią do domu?
— Nie ma takiej potrzeby mieszkam już tutaj — wskazała na swój dom.
— Robi wrażenie — skomentował i wyłączył silnik. Wyszedł z auta spoglądając na dom. — Rzadko spotyka się taki piękny dom w tej części świata. To styl amerykański?
— Według opisu z folderu w biurze nieruchomości dom to styl Indii Zachodnich. A jeśli chodzi o okolicę to mieszka tutaj niewiele osób, głównie rodziny z dziećmi, właściciele prywatnych przedsiębiorstw. Ludzie są mili chociaż w większości przypadków ciekawscy — uśmiechnęła się a telefon w małej koktajlowej torebce zawibrował. Emily wyciągnęła aparat zerkając na wyświetlacz. — Przepraszam muszę to odebrać
— Oczywiście i tak zająłem pani dużo czasu. do widzenia a może nawet do zobaczenia.

***
W życiu są takie chwile na które nie da się przygotować. Los bywa przewrotny i zaskakuje człowieka w najmniej spodziewanym momencie dlatego też Emily McCord odbierając telefon z Londynu nie spodziewała się, że usłyszy tak zaskakujące wieści. Camille nie żyła. Zginęła w wypadku samochodowym na drodze krajowej nr.19 prowadzącej ze Szkocji do Londynu. Według policjantów prowadzących śledztwo zawiniły fatalne warunki na drogach. Szosa była śliska, a prędkość jazdy zbyt duża więc wystarczyła chwila nieuwagi aby auto z wyrodną matką wypadło z drogi odbierając kobiecie życie. Według lekarza śmierć nastąpiła natychmiast. I to nie śmierć matki była dla blondynki szokująca, a informacja iż Camille nie podróżowała tej nocy sama. Towarzyszyła jej dziesięcioletnia jasnowłosa dziewczynka.
Alice Caroll Adams miała krótko ścięte blond włosy i duże wystraszone brązowe oczy. Była w rodzinnej posiadłości w towarzystwie pani z opieki społecznej i psa. Zwierzak opierał łepek na jej udach. Według lekarzy miała jedynie kilka siniaków i zadrapań., jej życiu nie groziło żadne niebezpieczeństwo. Emily natomiast niepewnie przekroczyła próg swojej starej sypialni. Nie była pewna co ją przerażało bardziej dziesięcioletnie dziecko wpatrujące się w nią czy list od matki który teraz czytał w salonie jej mąż w towarzystwie jej brata zaglądającego mu przez ramię. To co zaskakiwało ją jeszcze bardziej to fakt, iż matka nadal mimo tylu lat potrafiła ją zaskoczyć i dotkliwie zranić.
— Cześć — odezwała się niepewnie pierwsza.
— Przeczytałaś list od Camille? — zapytała ją głaszcząc po łebku psa.
— Tak — odpowiedziała Emily siadając na podłodze na przeciwko dziewczynki.
— I co teraz?
— Szczerze to nie mam pojęcia
— Zostawię was same — Opiekunka społeczne wstała i pogłaskała dziesięciolatkę po głowie. — Dobranoc Alice.
— Dobranoc — wymamrotało dziecko, a po wyjściu kobiety całą swą uwagę skupiła na Emily, która rozglądała się po pokoju. Blondynka czuła się tak jakby trafiła do króliczej nory albo na drugą stronę lustra gdzie musi się zmierzyć z nową rzeczywistością. — Nie chciała wiele zmieniać — wyjaśniła wystrój wnętrza. — Jej zdaniem dzięki temu mogłam ciebie bliżej poznać — uśmiechnęła się niepewnie. — Kiedy pogrzeb?
— Jutro rano odbędzie się nabożeństwo — odpowiedziała
— A później wrócę do Szkocji, do szkoły — opuściła oczy, a jej ręka zaczęła nerwowo gładzić psie futro.
— Nie lubisz tej szkoły?
— Nie, ale dzięki temu jestem bliżej ciebie.
Emily poczuła jak coś ściska ją w dołku i nie miało to nic wspólnego z jej obecnym stanem.
— Przepraszam, że przeszkadzam — w progu pojawił się Fabrcio. — Wujek Leo pyta czy masz ochotę na kolację? — zawrócił się do dziewczynki. — Będzie składał zamówienie, możesz wybrać restaurację — poinformował ją. Dziewczynka zeszła z łóżka.
— Wystarczy, że powiesz że chcesz z nią porozmawiać — odpowiedziała. — Cheshire — zawołała psa. Małżonkowie zostali sami.
— Alice Caroll — powiedziała powoli podnosząc się powoli z podłogi. — Nazwała ją po moim ulubionym pisarzu z dzieciństwa. Doskonale wiedziała co robi. — głośno przełknęła ślinę. — W jej wieku uwielbiałam Alicję w krainie czarów i nie ważne jak doskonała jest ekranizacja stworzona przez mojego ojca w mojej wyobraźni to Camille jest Czerwoną Królową — poczuła jak ramiona męża otaczają jej talię. — Ten pokój jest jak wehikuł czasu — zaczęła — Te same książki, łóżko, kolory ścian. Nie zostawię jej tutaj, nie odeślę jej do szkoły z internatem — westchnęła — Wiem, że się na to nie pisałeś, żadne z nas się na to nie pisało, ale to tylko mała dziewczynka Nie mogę jej zostawić, po prostu nie mogę.

***
Dla Fabrcio i jego żony miniony weekend był intensywny i trudny. Bal charytatywny podczas którego trwania blondyn dowiedział się o romansie z przeszłości i utraconym dziecku był niczym w porównaniu z rewelacjami prosto z Londynu. Fabrcio w obecnej sytuacji czuł się jak tytułowa Alicja, która wpadła do króliczej nory. Problem polegał na tym, że Alicja z czasem mogła wydostać się ze świata magii, Fabrcio żył w nowej rzeczywistości i ciągle próbował się w niej odnaleźć. I byłby prościej gdyby co chwila nie wyskakiwało coś nowego, przemknęło mu przez myśl kiedy o poranku sączył małymi łykami kawę wpatrując się w artykuł wyświetlony na ekranie laptopa. Zamknął go jednak po chwili. Nie miał dziś głowy do polityki gdyż jego myśli znajdowały się zupełnie gdzieś indziej. Na górze, przy żonie i małej śpiącej w jej ramionach dziewczynce.
Alice Caroll Adams. Do blondyna nadal nie docierało to wszystko. To było ostatnie szaleństwo, jak scenariusz telenoweli. Camille w krótkim liście wyjaśniła nawet iż to scenariusz telenoweli w której grała był inspiracją dla jej działań. Fabrcio nie mógł się nadziwić jak kobieta względem własnych dzieci mogła być taka okrutna. Wszystko zaczęło się jednak od operacji wyrostka robaczkowego. To właśnie podczas zabiegu Camille „pożyczyła” kilka komórek jajowych swojej najmłodszej córki i je zamroziła a natomiast jedenaście lat temu otrzymała telefon od kliniki leczenia niepłodności iż takowe komórki są zamrożone. Camille uznała takowy telefon za znak, aby zrealizować swój plan. I tak naradziła się Alice. Biologicznie dziesięciolatka była córką Emily a Fabrcio miał ochotę ożywić teściową i zgotować kobiecie los gorszy od śmierci. Na łaskę nie zasługiwała. Mężczyzna mimowolnie pomyślał o Alice. Przebywając w Londynie Fabrcio ledwie mógł oderwać oczy od małej blondyneczki. Widział w niej swoją żonę. W jej blond włosach, brązowych oczach a nawet niepewnym uśmiechu. Jasnowłosa była jednak przede wszystkim dzieckiem. Zdezorientowanym i przerażonym, które obecnie spało przytulone do jego żony. Dźwięk dzwonka wyrwał mężczyznę z zadumy. W progi stał Conrado Severin, który na widok zmęczonej twarzy przyjaciela zmarszczył brwi.
— Kiepsko wyglądasz — stwierdził. Fabrcio wpuścił go do środka.
— Ciebie też miło widzieć — odparł i spojrzał na siatkę trzymaną w dłoniach przez Severina.
— Domyślam się że macie pusta lodówkę — wyjaśnił wchodząc do jego kuchni. Torbę postawił na blacie i zaczął rozpakowywać zakupy.
— I postanowiłeś nam je zrobić? — zapytał go blondyn sięgając po pozostawiony kubek z kawą.
— Miałeś dziwny głos przez telefon — zaczął — Jak się czuje Emily? — zapytał
— Pochowała matkę — odpowiedział — po czymś takim nawet Rambo nie czułby się dobrze — westchnął i usiadł. — Chcesz dłuższą wersję czy krótszą?
— Dłuższą — odpowiedział czując, iż za pogrzebem Camille kryje się coś więcej.
Fabrcio wziął głęboki oddech i zaczął mówić. Conrado natomiast słuchając zaczął wyrabiać ciasto na naleśniki. Przyjaciel był jednak tak zaangażowany w swoją opowieść, że nie zwrócił na to uwagi i dopiero jak po kuchni rozszedł się zapach śniadania uświadomił sobie, że od wylotu z Londynu nie miał nic w ustach.
— Jak to znosisz?
— Ja? — zapytał zdziwiony.
— O samopoczucie Emily będzie pytał , każdy — odparł stawiając przed nim talerz. — O twoje tylko ja.
— Nie wiem — pokręcił głową. — Ona jest jej córką — powiedział powoli — nieważne, że przez dziesięć lat jej matką była Camille biologicznie Alice jest dzieckiem Emily. — Fabricio chciał coś jeszcze dodać, ale do środka weszła Emily z Allice u boku. Dziewczynka popatrzyła na Conrado i na Emily.
— Dzień dobry — wydukała
— Dzień dobry — odpowiedział Conrado uśmiechając się lekko. Fabrcio zapomniał wspomnieć o podobieństwie jakie niewątpliwie dzieliła z Emily.
— Obudził nas ten zapach — pogładziła Alice po włosach — Uwielbiamy naleśniki — dodała próbując dodać małej odwagi. Wcale jej się jednak nie dziwiła, że mała była milcząca a jedną ręką mocno obejmowała ją w pasie. — Skarbie wyciągniesz talerze? — zwróciła się do męża po angielsku.
— Jasne
— Ten pan to twój wujek Conrado — wyjaśniła — wujku Conrado poznaj Alice.
Fabrcio wyciągając talerze z szafki i układając je na stole obserwował jak Conrado równie niepewny jak Alice wita się z małą oficjalnym uściskiem dłoni. Mężczyzna nigdy nie czuł się dobrze i swobodnie w towarzystwie dzieci, ale Fabrcio miał cichą nadzieję, że to on zostanie ojcem chrzestnym jednego z bliźniąt. Usiedli przy stole w kuchni.
— A wujek to ma męża czy żonę? — zapytała Alice kiedy cisza się przeciągała. Fabrcio parsknął śmiechem
— Wujek żeni się nie długo. — odpowiedział za przyjaciela. — Z kobietą Evą. Mam tą przyjemność być jego drużbą.
— Nie rozmawialiśmy o tym — zauważył Conrado.
— To nie jest temat do rozmowy, to oczywista oczywistość — stwierdził puszczając do przyjaciela oczko. — Czy czasem jednym z obowiązków drużby jest organizacja wieczoru kawalerskiego
— Co to takiego? —zapytała zaciekawiona Alice.
— To takie przyjęcie — odparł Fabrco. — Conardo musi z hukiem pożegnać stan kawalerski — mrugnął do niego blondyn.
— Acha, taka stypa
Conrado parsknął śmiechem.
— Coś w tym stylu. Będę się zbierał — powiedział wstając. — Fabrcio odprowadzisz mnie do samochodu?
— Jasne.
Mężczyźni wyszli na zewnątrz.
— Nie myśl nawet o tym
— O czym? — zapytał z niewinną minką.
— Ty już dobrze wiesz o czym — odpowiedział Conrado.
— Myślę o tym jak poszła ci rozmowa z Nicholasem czy w ramach zacieśniania współpracy przebrałby się za striptizerkę?
Conrado roześmiał się i po chwili spoważniał.
— Dostałem jego grafik do końca miesiąca. Miejsca i godziny spotkań, nazwiska.
— To dobrze — stwierdził Guerra — Czemu kręcisz nosem? — zapytał go Fabrcio
— Nadal mam wrażenie, że mam do czynienia z chłopcem, który ma uraz do tatusia.
— Ten urażony synek może nam się przydać — Conrado spojrzał na niego zaskoczony. — Mówiłem, że gra fair się skończyła, a dzięki grafikowi dowiemy się którzy sojusznicy są dla niego istotni a na których nie należy zwracać uwagi. — Brunet zmarszczył brwi. — Jakie spotkania zapisujesz w kalendarzu?
— Nie prowadzę kalendarza — odparł
— jaki cudem ty kierujesz firmą? — zapytał kręcąc głową. — Istotne. W kalendarzu umieszczasz istotne spotkania. Dlatego zadam ci pracę domową przejrzyj ten kalendarz i wyłap tych istotnych. Nazwiska które się powtarzają, które coś ci mówią. Użyj kolorowych zakreślaczy.
— Dobrze, ale też masz pracę domową?
— Jaką?
— Porozmawiaj z żoną.


Ostatnio zmieniony przez Sobrev dnia 17:18:13 24-04-20, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maggie
Mocno wstawiony
Mocno wstawiony


Dołączył: 04 Cze 2007
Posty: 5432
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Los Angeles, CA
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 18:20:06 19-07-20    Temat postu:

TEMPORADA III, CAPITULO 017

ARIANA/QUEN/LUCAS/CONRADO/HUGO


Ariana siedziała przy kuchennym stole w mieszkaniu Ingrid i Juliana, obracając w dłoniach kubek z herbatą. Od kiedy pracowała w kawiarni odczuwała dziwną niechęć do kawy, dlatego Ingrid uraczyła ją jakimiś ziółkami. Ingrid dysponowała teraz wyostrzoną intuicją i od razu rozpoznała, że coś jest z jej przyjaciółką nie tak, choć nie zmuszała jej do zwierzeń – czekała aż Ariana sama jej powie, co ją trapi. Problem w tym, że Santiago sama nie wiedziała, jak się z tym czuć. Prawie nie słyszała słów Ingrid, która poprowadziła ją do świeżo wyremontowanego pomieszczenia, które miało służyć za dziecięcy pokoik.
– No a tutaj w rogu postawimy sex-huśtawkę – zakończyła swój wywód Ingrid, przypatrując się Arianie z troską. – Co o tym myślisz?
– Tak, to świetny pomysł – przyznała bezwiednie Santiago, do której nie dotarł sens tych słów.
– Dobra, kochana, mów co jest grane, bo nie wytrzymam! – Lopez stanęła naprzeciwko Ariany, złapała ją mocno za ramiona i potrząsnęła. – Co ci jest?
– Nic mi nie jest…
– Tak? Przez ostatnie piętnaście minut w ogóle nie słyszysz, co do ciebie mówię. Gdybym cię nie znała, to uznałabym, że jesteś jakimś zboczeńcem, który cieszy się na myśl o sex-huśtawce w dziecięcym pokoju.
– CO?!
– Ano właśnie, w ogóle mnie nie słuchałaś. Widzę, że coś cię gryzie. Jesteś jakaś nieswoja. Opowiadaj.
Nim się obejrzała, Santiago już opowiadała Ingrid o swojej wyprawie z Hugiem do sierocińca. Co prawda obiecała Delgado, że nikomu się nie wygada, ale pominęła ważne szczegóły z zaznaczeniem, że jest to związane z Barosso i pozwoli go zniszczyć, a Ingrid obiecała, że nie użyje swoich dziennikarskich zapędów, by zbadać szczegółowo ten temat – w końcu mogłoby to zaszkodzić Hugowi, którego Fernando nadal uważał za wiernego mu człowieka.
– I co, serio zrobiliście te testy w klinice leczenia bezpłodności? – Ingrid nieco się skrzywiła. Wydawało jej się dziwne, że Hugo jest zdolny zabrnąć aż tak daleko, byleby tylko odkryć sekrety swojego szefa i jego powiązań z ojcem Horatio.
Ariana wyciągnęła jakiś urzędowo wyglądający dokument z torebki i pokazała go Ingrid. Oczy Lopez rozszerzały się w miarę czytania, a na końcu była bliska płaczu, kiedy złapała Ari za rękę.
– Przykro mi. Jak się z tym czujesz?
– Właściwie to nie wiem – przyznała szczerze Santiago, odgarniając włosy z twarzy i zastanawiając się nad tym głęboko. – Zawsze myślałam, że to naturalne, że kiedyś wezmę ślub i będę mieć dzieci. Nigdy się na tym nie skupiałam. Ale teraz, kiedy wiem, że dzieci mieć nie będę, nie wiem jak mam się z tym czuć. To nie tak, że marzyłam o gromadce szkrabów albo że moją jedyną życiową ambicją było rodzenie dzieci i zajmowanie się domem. Po prostu chyba wystarczyła świadomość, że jeśli zechcę, mogę je mieć.
– Rozumiem. A ja wciąż paplałam o ciuszkach i smoczkach, na pewno uważasz mnie za jakąś bezduszną kobietę. – Ingrid była na siebie zła, ale przecież nie mogła przewidzieć tego, przez co przechodzi jej przyjaciółka.
– Oszalałaś? – Ariana zezłościła się na nią za to, że w ogóle przyszło jej to do głowy. Podeszła do niej i przytuliła ją do siebie, z niemałym trudem, bo brzuch Lopez był coraz większy. – Będziesz mamą i to najwspanialszą na świecie! To naturalne, że zaprzątają ci głowę te wszystkie rzeczy. A ja… sama nie wiem, co mam czuć i chyba to jest trochę przerażające. Bo czy nie czyni to ze mnie potwora, jeśli powiem, że chyba odczułam lekką ulgę?
– Ulgę?
– Tak. – Santiago zamyśliła się nad tym. – Mogę skupić się na sobie, na mojej książce i w ogóle… I nie muszę myśleć o życiu, które mogłabym wieść. Teraz wszystko jest w moich rękach. To ja o wszystkim decyduje a nie zrządzenie losu albo pęknięta prezerwatywa.
– Mówisz jak Nie-Ariana. Kim jesteś? – Lopez zachichotała przez łzy, które kręciły jej się w oku.
– Nie, mówię poważnie. Przecież zawsze można dziecko adoptować, prawda? Wystarczy spojrzeć na Vicky i Javiera. Alec jest ich promyczkiem szczęścia. Byłam w tym sierocińcu i widziałam te dzieci – wszystkie zadbane i zdrowe, a jednak niechciane. To takie przykre. No i ta Carolina… wyobraź sobie żyć przez siedemnaście lat ze świadomością, że nikt cię nie chce, nie ma nikogo. Jest otoczona ludźmi a jednak jest sama. To mi uświadomiło, że trzeba żyć tu i teraz i bardziej troszczyć się o tych, którzy nas otaczają.
– Więc nie jest ci przykro? – Ingrid wskazała na kopertę z wynikami badań.
– Może to jeszcze do mnie nie dotarło, może kiedyś poczuję się przez to inaczej, ale teraz… Poza tym i tak nie mam kandydata na ojca na horyzoncie, więc o czym tu w ogóle myśleć. – Ariana spostrzegła spojrzenie Ingrid, więc szybko wycelowała w nią oskarżycielsko palec, jakby spodziewała się, co ta chce zaraz powiedzieć. – Tylko proszę mi do tego nie mieszać Lucasa, dobrze?
– Wcale o nim nie myślałam. – Na ustach Ingrid pojawił się kpiący uśmieszek. – Ale dobrze wiedzieć, że to on pierwszy przyszedł ci na myśl.
– Zamknij się!
– No dobra, już dobra… – Ingrid roześmiała się serdecznie i usiadła przy stole, a Ariana zrobiła to samo. – A ten ortopeda? Sergio, tak? Coś tam ze sobą kręcicie?
– Nic ze sobą nie kręcimy, nie. To znaczy byliśmy może na dwóch randkach, ale czy ja wiem czy wspólną kawę albo wizytę na meczu można nazwać randką? To trochę pogmatwana sytuacja.
– Dlaczego pogmatwana?
– Cóż, pomyślmy… – Ariana udała, że jest detektywem, rozbijającym wszystkie poszlaki na czynniki pierwsze. – Sergio jest byłym mężem Leonor, córki mojego szefa. Ma z nią syna i walczy o prawa rodzicielskie. Mnie z kolei Leonor nienawidzi, bo za bardzo się mieszam w ich życie, a poza tym uważa, że pogrywam sobie z Sergiem i jej bratem Hugiem, który z kolei nie cierpi Sergia…
– Jak na to spojrzeć, to wcale nie jest skomplikowane. Olej Norrie, to zimna suka, która myśli tylko o sobie, w ogóle nie przejmuje się dobrem swoich dzieci.
– To nie do końca prawda…
– Czyżby? A więc dlaczego zabroniła widywać się synowi z ojcem, co? No i nie zapominajmy, że puściła się z jakimś gościem, kiedy była jeszcze żoną Sergia.
– Żałuję, że ci to powiedziałam.
– Nie, dobrze zrobiłaś! Ktoś musi zmienić twoje nastawienie. Posłuchaj – masz prawo spotykać się z kim chcesz. Sergio czy Hugo… Nie przerywaj mi! – dodała, bo Ariana już zamierzała zaprotestować. – Leonor nie ma prawa ci tego dyktować, tym bardziej skoro sama zachowuje się jak hipokrytka. Czy ona czasem nie zaręczyła się z Ethanem Crespo? Myślałby kto, że powinna myśleć o dobru dzieci, a ona myśli o własnym szczęściu i nie przejmuje się tym, jak to odbiorą jej synowie. Jaime jest już na tyle duży, że rozumie wiele spraw. Wiesz, że przychodzi do ośrodka Juliana, prawda? Dzieciak ma w sobie tyle gniewu, że czasami mam wrażenie, że patrząc na niego, widzę siebie z dawnych lat, z czasów Czyśćca. Julian też jest zaniepokojony. Jaime długo nie miał żadnego męskiego autorytetu. Dorastał ze wspomnieniem wujka, który był jego wzorem, a Leonor to wszystko przekreśliła. Teraz, kiedy wrócił Sergio, Jaime ma wreszcie szansę na odbudowanie relacji, ale co robi Leonor? Planuje ślub i nie widzi, że jej synowie coraz bardziej się od niej oddalają. Dlatego nie przejmuj się tym, co ci powie ta zołza. Jest zgorzkniała. Pewnie dlatego, że dawno nikt jej nie przeleciał.
– Ingrid!
– No co? Też na pewno o tym pomyślałaś. – Ingrid uśmiechnęła się zwycięsko, kiedy Arianie zadrgały kąciki ust.
– Możemy już nie mówić o Norrie i jej życiu miłosnym? Mamy ważniejsze rzeczy na głowie. – Widząc uniesione wysoko brwi Lopez, dodała: Baby shower dla twojej Kruszynki!
– Co? Nie wiem czy to dobry pomysł… – Ingrid spodobał się ten pomysł, ale biorąc pod uwagę sytuację przyjaciółki, czuła się trochę winna, że ją tym obarcza.
– Nie ma o czym mówić, zorganizuję ci przyjęcie i będziesz zachwycona! Trzeba należycie potraktować naszą małą księżniczkę.
– Zaraz tam księżniczkę, nie przesadzaj… – Ingrid machnęła ręką, spuszczając wstydliwie wzrok, a Ariana się roześmiała.
– Mówiłam o Lucy!
Zarobiła za te słowa kuksańca w bok, a potem wypadła z mieszkania Ingrid twierdząc, że ma dużo do roboty w związku z baby shower. Lopez jeszcze przez chwilę patrzyła na zatrzaśnięte drzwi z troską. Miała szczerą nadzieję, że Arianie naprawdę nic nie jest.

***

Quen był nie w sosie od czasu mszy w intencji Roque. Nie mógł wyrzucić z pamięci słów Joaquina Villanuevy i swojej matki. Czuł, że zaczyna popadać paranoję, podejrzewając wszystkich o jakieś ukryte zamiary. Bo przecież nie było możliwe, by Wacky wiedział o tym, że został adoptowany. Enrique sam jeszcze tego nie potwierdził. Jednak sposób w jaki szef kartelu wypowiedział „wasz syn” wtedy, przed kościołem, był co najmniej dziwny. W dodatku Ofelia, zwykle opanowana i podchodząca do wszystkiego z zimną krwią, zaczynała tracić nad sobą panowanie. W jej ostrzeżeniu, by nie prowokował Fernanda Barosso było coś złowieszczego. Enrique Ibarra złapał się za głowę i mocną nią potrząsnął, jakby chciał oddalić od siebie te ponure myśli. Obwiniał Marcusa za to, że zaszczepił w nim to uczucie paranoi. Teraz już wszędzie widział podstęp i nikomu nie ufał, nie wiedział, co jest prawdą a co kłamstwem. Zgodził się jednak pomóc przyjacielowi w tej misji przeciwko Templariuszom. Oficjalnie po to, by dać Roque sprawiedliwość na jaką zasłużył, nieoficjalnie – by dowiedzieć się, jakie relacje łączą Rafaela Ibarrę z Fernandem Barosso i kartelem narkotykowym. Nadal nie chciał wierzyć, że burmistrz Pueblo de Luz byłby zdolny do układania się z przestępcami. Czuł, że w tej całej sprawie jest jakieś drugie dno. Nie ulegało wątpliwości, że wuj Nando manipulował jego ojcem, ale Quen nie wiedział, czy Rafael jest aż taki głupi, by się tego nie domyślić, czy może pozwala na to z innych, sobie tylko znanych powodów.
– Dziś wieczorem w El Paraiso. – Z rozmyślań wyrwał go szept Marcusa, który tego dnia usiadł koło niego na hiszpańskim.
– Czy naprawdę musimy wchodzić sami do paszczy lwa? Jeszcze chciałbym trochę pożyć…
– Musimy. Jeśli interesy Wacky’ego i Barosso są związane z tym klubem, to będzie idealna okazja, by wykryć, co oni tam robią. – Oczy Delgado błyszczały determinacją. – Wskakuj w gajer, idziemy na wieczór hazardowy. Nie spocznę, póki nie dowiem się, co oni tam knują.
– Czy nie uważasz, że lekko przesadzasz? Troje nastolatków w barze dla dorosłych to chyba nie jest dobry pomysł.
– Troje? – Felix, który siedział za nimi, przechylił się do przodu i zniżył głos do szeptu. – Bez urazy, ale mnie w to nie mieszajcie. Dopiero co zdjęli nam zakaz opuszczania miasteczka, nie uśmiecha mi się znów wylądować na komisariacie. Poza tym mój ojciec…
– Tak, wiemy, że twój ojciec jest zastępcą szeryfa. – Quen wywrócił oczami. W głębi duszy zgodził się z nim jednak – nie powinni wychylać się przed szereg. Mogli prowadzić swoje śledztwo z ukrycia, a tymczasem Delgado miał inny plan. – Wiesz co, chyba masz lekką obsesję – zwrócił się Enrique do Marcusa, któremu oczy znów zabłyszczały.
– Jeśli obsesją jest chęć pomszczenia przyjaciela i pozbycie się Templariuszy z terenów miasteczka raz na zawsze to owszem, mam obsesję. Ale wydawało mi się, że wy dwaj zgodziliście się mi pomóc?
Quen i Felix wymienili spojrzenia i spuścili głowy. Żaden z nich nie spodziewał się, że plan Marcusa zabrnie aż tak daleko.
– Jeśli macie cykora to w porządku. – Delgado uniósł ręce i nie zamierzał ich więcej przekonywać. – Pójdę sam, nie powstrzymacie mnie.
Quen sam nie wierzył, że to robi, ale o godzinie ósmej wieczorem wkroczył do baru Joaquina Villanuevy, odstrzelony w swój najlepszy garnitur, z nieco zakłopotaną miną. Razem z Felixem uznali, że nie mogą zostawić Marcusa samego. Czy tego chcieli czy nie, tkwili w tym razem i teraz, kiedy odnowili przyjaźń po latach, musieli się trzymać razem. Enrique czuł się niebywale głupio, od biedy można było poznać, że nie jest pełnoletni. Wątpił jednak, by któryś z oblechów przy barze czy stole do pokera rozpoznał w nim syna burmistrza Pueblo de Luz. Może po prostu uznali go za dzieciaka żądnego wrażeń. W każdym razie prócz kilku chichotów i krzywych spojrzeń, nie czekały go nieprzyjemności ze strony klienteli El Paraiso. Marcus z jego ponad 190 cm wzrostu wyglądał jak dorosły i ze swobodą poruszał się po barze, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Enrique zaklął pod nosem, bo kiedy tak patrzył na kumpla, nasunęło mu się skojarzenie z Jamesem Bondem. Delgado miał coś z popularnego agenta, może to kwestia tego, że był synem żołnierza i pasierbem pułkownika, ale miał smykałkę do tajnych akcji.
– Jak on to robi? – Ibarra aż podskoczył, kiedy ktoś podszedł do niego przy barze. Złapał się za serce i odetchnął z ulgą, kiedy zdał sobie sprawę, że to tylko Felix Castellano. Wystrojony w białą dwurzędową marynarkę mógł uchodzić za syna bogatego przedsiębiorcy.
– Jest albo bardzo odważny albo bardzo głupi – skwitował Quen, odrywając wzrok od Marcusa, który przyglądał się właśnie grupce ludzi grających w ruletkę. – Chyba nie będzie stawiał, co?
Ale w tym samym momencie czerwone kotary po przeciwległej stronie sali rozsunęły się i do przestronnej sali hazardowej wkroczył Joaquin Villanueva w towarzystwie swojej prawej ręki Lalo Marqueza. Bystre oczy Marcusa od razu spostrzegły okazję, kiedy Joaquin przysiadł do stolika Black Jacka, rozpoczynając nową rozgrywkę.
Quen prawie opluł się lemoniadą, którą popijał przy barze (barmanka Maria Elisa, która kojarzyła ich z widzenia, od razu rozpoznała, że nie są pełnoletni i kiedy zamówili dwie szkockie, dostali tylko lemoniadę). Marcus jak gdyby nigdy nic dokonał wpisowego i siedział już przy jednym stoliku z Joaquinem, który przypatrywał mu się z lekkim uśmieszkiem.
– Myślisz, że wie, co tu jest grane? Rozpoznał go? – zapytał zaniepokojony Felix, a Quen pokręcił głową, bo sam był tego ciekaw. Joaquin mógł widzieć Marcusa w kościele, ale wątpił, by zaprzątał sobie głowę bandą nastolatków z Pueblo de Luz, pewnie nie widział w nich zagrożenia. Bardziej mogło go intrygować, dlaczego ktoś jest na tyle głupi, że zasiada z nim to partyjki Black Jacka. Po większości graczy przy stoliku można było poznać, że są bardzo spięci, Delgado wydawał się jednak rozluźniony.
Tymczasem Lucas i Javier pojawili się w barze spóźnieni. Magik w ogóle nie miał ochoty wracać do tego miejsca po pamiętnym wieczorze, kiedy to Wacky upatrzył sobie za cel Raula, który potem marnie skończył, podobnie zresztą jak jego żona. Poczuł jednak, że jego moralnym obowiązkiem jest towarzyszenie Hernandezowi, który podobnie jak Marcus (o czym nie mieli pojęcia), korzystał z każdej okazji to rozpracowania Templariuszy. Wieczór hazardowy przy alkoholu (i być może mocniejszym towarze na zapleczu baru) był idealną okazją do wybadania Joaquina, ale też jego ludzi. Lucas jako agent FBI był dobrym obserwatorem. Wiedział też, że aby dowiedzieć się więcej o Villanuevie musi zbliżyć się do jego ludzi i sam stać się jego człowiekiem.
– Nadal uważam, że to głupi pomysł. – Javier popijał swojego drinka przez słomkę, rozglądając się po barze z nietęgą miną. – A mogłem się wybrać na otwarcie hotelu Conrada. Vicky musi się tam porządnie nudzić beze mnie.
– Daj spokój, nie będzie sama. Przecież będzie tam jej nowa przyjaciółka, Eva Medina. – Lucas wypowiedział te słowa ze złośliwą nutą.
– Hej, to naprawdę niesprawiedliwe. Eva nie jest taka zła… – Lucas spojrzał na niego spode łba, więc Magik dał sobie spokój. – Nie usprawiedliwiam tego, co zrobiła. Ale wydaje mi się, że chce odpokutować, a przynajmniej próbuje.
– Tak, wiem, że ty i Vicky bratacie się ostatnimi czasy z moimi wrogami, ale to rozmowa na inny czas.
Javier chciał chyba zaprotestować, ale wzrok Luke’a padł na stolik do Black Jacka i uniósł rękę, by go uciszyć.
– Co jest? – zapytał Magik, bo oczy Lucasa zamieniły się w małe szparki, kiedy zobaczył, kto siedzi obok Joaquina Villanuevy. – To pasierb półkownika Jimeneza. Co on tu robi? – Reverte zmarszczył czoło, również przypatrując się rozgrywce.
– Nie wiem, ale to nie wróży niczego dobrego. Chodź.
Podeszli nieco bliżej, by móc się lepiej przyjrzeć grającym. Lucas skupił się na Joaquinie – szef kartelu uśmiechał się półgębkiem, ale jego oczy pozostawały zimne i skupione. Javier natomiast zacmokał cicho, przypatrując się młodemu Delgado.
– Co jest? – Hernandez oderwał wzrok od Villanuevy i spojrzał na przyjaciela z niepokojem.
– Młodemu chyba życie niemiłe. – Javier pokiwał głową, po czym upił łyk swojego drinka przez słomkę, co wyglądało dość komicznie i nie pasowało do powagi sytuacji. Widząc zdumione spojrzenie Luke’a, dodał: – Liczy karty.
– Co?
– Bardzo bym się zdziwił, gdyby Joaquin pozwalał na to w swoim barze. Wystarczy wspomnieć biednego Raula, któremu zdarzyło się oszukiwać w pokera.
– Joaquin wie? – szepnął Lucas. Był dobrym obserwatorem, ale na hazardzie i oszustwach w kasynach się nie znał.
– Nie sądzę, młody dość dobrze się z tym kryje. Ale jako że jestem geniuszem, widzę to, co jest nieuchwytne dla zwykłego oka. – Javier uśmiechnął się w stronę przyjaciela, jednak sam lekko się spiął. Raul marnie skończył, Marcus mógł podzielić jego los. – Jednak w końcu zrozumie, młody gra dość odważnie i podwaja stawki. Na pewno nie puści mu tego płazem.
– Nie podoba mi się to – mruknął Lucas, a kiedy Javier na niego spojrzał, głową wskazał Enrique i Felixa, którzy stali z boku, zaciskając pięści i obserwując grę w Black Jacka, którą teraz śledziło również wielu klientów El Paraiso.
– To te dzieciaki, których przyjaciel przedawkował Heliosa? – zapytał Reverte, a Hernandez odpowiedział półgębkiem.
– To nie był Helios. Wyniki toksykologii to potwierdziły. To kolejna mieszanka, podobna receptura, ale z pewnymi modyfikacjami. Joaquin nie próżnuje, chyba obrał sobie za cel zostanie nowym Cayetanem Cortezem.
– Mówiłeś, że on nie chce być jak Cortez. Że chce opracować narkotyk, który nie zabija tak jak to robił Zeus.
– Tak mi powiedział. Ale w przypadku Joaquina nigdy nie można niczego wykluczyć, już sam nie wiem, co mu siedzi w głowie.
Powrócili do obserwowania gry. Teraz przy stoliku zostali już tylko Marcus i Joaquin. Kiedy Delgado wyciągał rękę, by zabrać wygrane żetony, Joaquin złapał go za przegub i mocno ścisnął, tak że jego paznokcie wbiły się w opaloną skórę nastolatka. Marcus skrzywił się, ale nie wyrwał ręki, zamiast tego spojrzał na Joaquina z nienawiścią w oczach.
– Ktoś chyba nie zapoznał się z regulaminem baru – wysyczał Wacky przez zaciśnięte zęby.
Felix poruszył się niespokojnie i wykonał ruch, chcąc podejść do przyjaciela i mu pomóc, ale Quen złapał go za łokieć i pokręcił głową – nie mogli zwracać na siebie zbyt wielkiej uwagi.
– Ktoś tu chyba nie umie przegrywać – odgryzł się Delgado, dzielnie wytrzymując spojrzenie przekrwionych oczu Joaquina. Przez chwilę panowała cisza, wszyscy zebrani w barze wstrzymali oddechy, a po chwili Joaquin się roześmiał. Kilka osób się rozluźniło i pozwoliło sobie na chichot, ale nie uczynili tego zbyt pewnie. Nie było mądrze nabijać się z szefa.
– Ile masz lat, dzieciaku? – zapytał bez ogródek Joaquin, zaciskając dłoń coraz mocniej na nadgarstku chłopaka. – To już chyba twoja pora do spania. Nie powinieneś wałęsać się sam po nocach między dorosłymi. Coś mogłoby ci się przytrafić.
– Czy to groźba?
– Nie, stwierdzenie faktu. Wiesz co robimy w tym barze za liczenie kart?
– Podwieszacie na łańcuchach pod sufitem? – mruknął Marcus, teraz już w ogóle nie przejmując się, że prowokuje szefa Templariuszy. Zdrowy rozsądek wyparował i zostało tylko poczucie gniewu i niesprawiedliwości.
– Nie. – Joaquin się roześmiał i machnął na Lalo, który podał mu srebrny nóż myśliwski. – Odcinamy palce.
Chwycił mocno dłoń Marcusa i położył ją płasko na stoliku do Black Jacka, a ten spróbował się wyrwać, ale na próżno. Zamachnął się gwałtownie i już miał zamiar zadać cios, kiedy tuż przy nim pojawili się Lucas i Javier.
– Daj spokój, Wacky, to tylko dzieciak – odezwał się Hernandez, czym zasłużył sobie na mordercze spojrzenie ze strony Lalo.
– Nie wtrącaj się, Hernandez – mruknął Marquez, po czym zaczął podjudzać swojego szefa, by wykonał „wyrok”. – Dalej, Wacky. Takie mamy zasady. Musisz dać ludziom przykład.
– Guzik prawda – odezwał się Javier, ale zaraz potem tego pożałował, bo klienci El Paraiso od dłuższego czasu przypatrywali się spode łba jego eleganckiemu garniturowi. Widać było, że pochodzi z elity i nie chcieli mieć z nim do czynienia. Wielu wiedziało również, że jego teściem jest miejscowy szeryf, co również nie przysporzyło mu przyjaciół w barze. – Chłopak wygrał uczciwie. Nie jego wina, że jest bystrzejszy od was.
– Mamy tu swoje zasady! – Lalo podszedł do Javiera i wymierzył w niego oskarżycielsko palcem. – Żaden paniczyk w garniaku od Dolce & Gabbana nie będzie nam mówił jak mamy prowadzić interesy.
– Po pierwsze, Lalo, to jest Armani. – Magik strzepnął niewidoczny pyłek ze swojego garnituru. – Po drugie, dziwny to sposób na prowadzenie interesów – oskalpowanie nastolatka.
– Nikt nic nie wspominał o oskalpowaniu, ale to też ciekawy pomysł. – Marquez wyszczerzył zęby a kilka osób zachichotało.
– Daj spokój, braciszku, to tylko nastolatek. – Maria Elisa podeszła do brata i podparła się pod boki, dodając sobie powagi.
– Siedź cicho, kobieto, nie masz o niczym pojęcia. – Lalo zacisnął zęby, czując się upokorzony, że jego młodsza siostra śmie zwracać mu uwagę przy wszystkich zebranych.
– Wacky. – Maria Elisa zwróciła się do Joaquina, który nie zwracał uwagi, co się działo za jego plecami. Nadal ściskał dłoń Marcusa i świdrował go wzrokiem szaleńca. – Puść Delgado i wróćmy do gry. Takie porachunki nie sprzyjają prowadzeniu interesów.
– Delgado? – mruknął Villanueva, wpatrując się w Marcusa. – Nazywasz się Delgado?
– Co ci do tego, jak się nazywam? – warknął Marcus, a Quen poczuł przemożną ochotę, by go walnąć albo nim potrząsnąć. To nie była pora na takie odzywki, trzeba było stąd szybko zwiewać.
Joaquin poluzował uścisk i Marcus wreszcie wyrwał dłoń.
– Dzisiaj ci się upiekło dzięki nazwisku. Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia. Żebym cię tu więcej nie widział. Ciebie i tych dwóch pozostałych siusiumajtków. – Wskazał głową na Enrique i Felixa, którzy skurczyli się w sobie. – Lucas! – Joaquin zwrócił się do Hernandeza, który nadal stał obok niego, z niepokojem obserwując tę scenę. – Odprowadź pana Delgado i jego przyjaciół do wyjścia.
Marcus nie podniósł się z miejsca. Wpatrywał się w Joaquina z taką samą intensywnością jak on w niego, nie zamierzał dać za wygraną.
– Chodź – powiedział Lucas, kładąc mu rękę na ramieniu, ale ten się wyrwał.
– Marcus. – To Felix przemówił mu do rozsądku i w końcu cała piątka opuściła bar.
– No, to dopiero udany wieczór. – Javier odetchnął z ulgą, kiedy znaleźli się na ulicy. – Co wam do łbów strzeliło, żeby się pakować do El Paraiso? Twój ojciec jest chyba pułkownikiem, co? Co on na to powie?
Marcus nic nie odpowiedział, rozcierał tylko obolały nadgarstek.
– Dzięki za ratunek – mruknął Quen w stronę Javiera i Lucasa.
– Dziękujesz mu? – Marcus nie mógł uwierzyć własnym uszom. – To jeden z nich!
– Hej, hej wypraszam sobie. – Javier lekko się oburzył, ale dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Delgado nie mówi o nim.
– Wiemy, że współpracujesz z Templariuszami, widzieliśmy cię. Więc daruj sobie te heroiczne czyny. Niczego ci nie zawdzięczamy. – Marcus choć młodszy był wyższy od Lucasa, który stojąc z nim twarzą w twarz po raz kolejny odniósł wrażenie, że już się kiedyś spotkali.
– Gliniarz właśnie ocalił wam dupsko, więc wypadałoby powiedzieć „dziękuję” – zwrócił mu uwagę Javier, nie bardzo rozumiejąc, skąd taka złość u młodego Delgado. Poznał go na przyjęciu urodzinowym Conrada i wydawał mu się wtedy całkiem sympatyczny i dobrze wychowany. Teraz widział drugą twarz nastolatka – liczącego karty młodego gniewnego.
– Nie potrzebuję pomocy skorumpowanego gliny, który popełnił krzywoprzysięstwo. Idziemy.
Ruszył w dół ulicy, a Quen i Felix rzucili dorosłym posępne spojrzenie i powlekli się za nim.
– Skąd on wie? – zapytał Javier, patrząc jak trzech nastolatków oddala się w stronę Pueblo de Luz. – Powiedziałeś mu?
– Oszalałeś? Czy wyglądam na kogoś, kto zwierza się z takich rzeczy?
– Więc skąd wie?
Lucas wzruszył ramionami. Miał wrażenie, że złość Marcusa jest spowodowana nie tylko współpracą policjanta z Templariuszami.

***

Tymczasem przyjęcie z okazji otwarcia hotelu Conrada w Monterrey okazało się być sukcesem. Symboliczne przecięcie wstęgi i toast były zwieńczeniem wielomiesięcznej pracy Saverina i jego sztabu. Mężczyzna od dawna zastanawiał się, czy to rzeczywiście dobry pomysł kontynuować budowę hotelu w tych niespokojnych czasach, niektórzy w Valle de Sombras mogli krzywo na to patrzeć. W końcu Fernando też był przedsiębiorcą i wielu ludzi straciło przez niego pracę. Teraz Conrado mógł wyjść na głupka, który pokazuje swoją wyższość i chwali się bogactwem, podczas gdy powinien walczyć o fotel burmistrza. Eva przekonała go jednak, że powinien pokazać się z tej strony wyborcom. Osiągnął wiele w krótkim czasie i należało się tym pochwalić. Była to obietnica stabilnych rządów w miasteczku, co z pewnością przekona wielu mieszkańców Valle de Sombras.
– Świetne przemówienie. Krótko i na temat. – Julian Vazquez uścisnął dłoń Conradowi, podchodząc do niego z Ingrid. Dostał zaproszenie jako kierownik ośrodka dla młodzieży i do samego końca bił się z myślami czy je przyjąć. Ostatecznie uznał, że przyda im się obojgu romantyczny wieczór we dwoje. Wszyscy goście mieli bowiem zagwarantowany nocleg w hotelu.
– Dziękuje, nie lubię przynudzać przy toaście. – Conrado się uśmiechnął i zerknął na Vicky, która dotrzymywała mu towarzystwa tego wieczoru. Eva tańczyła właśnie z obecnym burmistrzem Monterrey po drugiej stronie sali balowej.
– Javiera nie ma? – zdziwiła się Ingrid, rozglądając się po towarzystwie, jakby spodziewała się, że Magik zmaterializuje się pod stolikiem.
– Umówił się z Lucasem. Wolałam nie ingerować. Robi się nieco wrażliwy, kiedy chodzi o Harcerzyka. A Alexander został z moim ojcem.
Emily, która stała z Fabriciem obok nich zacisnęła usta, co nie uszło uwadze Conrada, ale nie zamierzał pytać, o co chodzi. Wszyscy życzyli sobie dobrej zabawy i wrócili do swoich zajęć. Pułkownik Jimenez z żoną Normą Aguilar wywijali po parkiecie jak para z „Tańca z gwiazdami” i nawet Cosme Zuluaga, który otrzymał zaproszenie z tej okazji, walcował z Arianą w dość dobrym humorze.
– Mogę spytać, dlaczego go zaprosiłeś? – Fabricio zmarszczył czoło, przypatrując się uśmiechniętemu ojcu. Dziwnie było go widzieć w takim stanie.
– To w końcu twój ojciec.
– Proszę cię, o ile mi wiadomo nigdy oficjalnie go nie poznałeś.
– I właśnie o tym musimy porozmawiać. Dlaczego nie przedstawiłeś mnie własnemu ojcu? Wstydzisz się mnie?
– Gdyby ktoś to usłyszał, pomyślałby, że jesteśmy kochankami.
– Boże, broń. – Do mężczyzn podeszła Nadia w ponętnej srebrnej sukni z głębokim dekoltem. – Nie zrozumcie mnie źle, możecie kochać kogo chcecie, ale zważywszy na naszą historię, byłoby to dość…
– Skomplikowane? – podpowiedział Fabricio, a Nadia się skrzywiła.
– Miałam zamiar powiedzieć obrzydliwe, ale to też pasuje.
Wszyscy troje się roześmiali.
– Miło mi, że przyszłaś, Nadio. Naprawdę wiele to dla mnie znaczy. – Conrado pocałował ją w policzek, a ona spojrzała na niego spode łba.
– Muszę dbać o swój wizerunek. – Odrzuciła do tyłu długie czarne włosy i spojrzała na Saverina. – Ale nie pochlebiaj sobie, nie jestem tu dla ciebie. W ogóle jak wielkie ego trzeba mieć, żeby nazwać hotel własnym nazwiskiem?
– Wszystkie ładne nazwy były już zajęte. Poza tym to całkiem niezłe nazwisko, nie uważasz? Sama chciałaś je nosić, przypomnę ci.
– Błagam, oszczędźcie mi tego. – Fabricio skrzywił się i pokręcił głową, a oni się roześmiali.
– Tak się tylko droczymy. No, Saverin, gratuluję otwarcia hotelu. A teraz wybaczcie. – Nadia uśmiechnęła się do nich i zniknęła w tłumie, a oni powrócili do swojej poprzedniej rozmowy.
– Zaprosiłeś mojego ojca. Dlaczego mam wrażenie, że masz w tym ukryty cel?
– Dlaczego wszystko, co robię, musi mieć jakiś ukryty cel? – Conrado uśmiechnął się tajemniczo.
– Właśnie przez takie gesty. – Fabricio wskazał na niego oskarżycielsko palcem. – Co ci chodzi po głowie? Fakt, że Cosme Zuluaga jest zapartym przeciwnikiem Fernanda Barosso odgrywał tu chyba kluczową rolę.
– Jest też jednym z mieszkańców Valle de Sombras, który nie cieszy się zbyt dobrą sławą. Naprawdę myślisz, że próbuję zdobyć jego względy w wyborach? Myślisz, że ma jakiś posłuch wśród mieszkańców? Bo ja miałem raczej wrażenie, że z większością z nich ma na pieńku.
– Cóż, nie jest to do końca nieprawdą… Ale w takim razie po co go zaprosiłeś?
– Bo jest ojcem mojego najlepszego przyjaciela i może chciałem, żeby mieli okazję swobodnie porozmawiać.
– Conrado… – Fabricio złapał się za nasadę nosa i pokręcił głową.
– Nie wtrącam się. – Saverin uniósł ręce. – Nie musisz nic robić, jeśli nie chcesz. Ale gdybyś się zdecydował, masz ku temu okazję.
– O czym tam dyskutujecie? – Viktoria i Emily podeszły do mężczyzn, którzy urwali rozmowę.
– O tym, że Conrado ma wielkie ego, bo nazwał hotel własnym nazwiskiem.
– Właśnie miałam o to zapytać. Co jest z tobą? Wszystkie ładne nazwy były już zajęte?
– Wyobraź sobie, że tak, Emily. Poza tym kiedy zaczynałem w branży hotelarskiej nie miałem zbyt wielkiego polotu i nie sądziłem, że odniosę taki sukces tworząc całą sieć hoteli. – Conrado uśmiechnął się, a Emily pokiwała głową z uznaniem.
– Trzymajcie szczęki, widzicie kto właśnie wszedł? – Vicky wpatrywała się w wejście, w którym stanął nie kto inny jak Fernando Barosso.
– Zaprosiłeś go? – Fabricio spojrzał na przyjaciela z wyrzutem.
– Byłoby niegrzecznie tego nie zrobić.
– Powiedział Stalin, zapraszając Hitlera na herbatkę. Pogięło cię?
– Spokojnie, jest tu prasa, obejdzie się bez skandali. – Saverin był przekonany o słuszności swoich słów, a zaraz potem jego wzrok padł na osobę, która towarzyszyła Fernandowi.
– Czy to… – zaczął Fabricio, ale nie dokończył.
– Hugo! – Viktoria wpatrywała się w znajomego z niedowierzaniem. Nie rozmawiali od czasu sprawy z Alejandrem, nigdy nie udało im się tego porządnie przedyskutować. Delgado nadal miał jej za złe, że razem z Javierem uknuli spisek za jego plecami, nie pytając go o zdanie. A ona była przekonana o słuszności tego, co zrobiła.
– Wrócił do bycia salonowym pieskiem Barosso? – Fabricio upił łyk szampana wpatrując się w Huga, który trzymał się z boku, uważnie obserwując gości.
– Musi robić dobrą minę do złej gry. To jego praca.
– A skąd pewność, że on rzeczywiście jest po twojej stronie, Conrado? – Fabricio wypowiedział słowa, które Saverinowi nigdy nie przyszłyby do głowy. W Hugu widział siebie z młodszych lata i dobrze wiedział, co znaczy utracić członka rodziny z rąk Fernanda Barosso. Hugo mógł nie darzyć Conrada sympatią, ale zrobi wszystko, by pogrążył Barosso, a w tej chwili to Saverin był jego najlepszą szansą na powodzenie.
– Idą tutaj – szepnęła Viktoria i już po chwili do zebranych przy stoliku podszedł Fernando, podpierając się o lasce, w towarzystwie Huga, który nie dał po sobie poznać, że zna przybyłych.
Krótkie gratulacje wypowiedziane ze złośliwym uśmieszkiem zostały utrwalone na fotografii zrobionej przez jednego z dziennikarzy obecnych na sali. Fernando zobaczył w tłumie znajomych, do których odszedł, pozostawiając Huga przy stoliku Saverina. Zrobiło się niezręcznie.
– Dobrze cię widzieć – zaczął Conrado, a Hugo prychnął. Nie chciał z nim rozmawiać. Saverin wiedział o sprawie z Alexem i nie poinformował go o tym. Cały czas współpracował z Javierem i Viktorią i to im bardziej ufał, choć to on narażał codziennie życie.
– Daruj sobie, nie chciałem uczestniczyć w tej szopce.
– Szopce? – Conrado uniósł brew, wpatrując się w Huga wyczekująco.
– Tyle mówisz o ludziach i o tym, co chcesz dla nich zrobić, kiedy uda ci się wygrać wybory, ale tak naprawdę jesteś taki sam jak on. – Hugo wskazał głową Fernanda, który rozmawiał w najlepsze z jakimiś urzędnikami i w ogóle nie zwracał na nich uwagi. – Myślisz tylko o sobie.
– Uważaj na słowa – upomniał go Fabricio, a Hugo się roześmiał.
– Wszyscy jesteście tacy sami. Uprzywilejowani, bogaci, macie wszystko, czego dusza zapragnie. Bawicie się na wystawnych przyjęciach, a jedyne co macie do zaoferowania zwykłym ludziom to puste słowa. – Spojrzał na wszystkich po kolei, zatrzymując wzrok nieco dłużej na Viktorii, do której miał osobisty żal. – Pławcie się w swoim luksusie, ale nie udawajcie, że rozumiecie, co czują ci wszyscy biedni ludzie, którym rzekomo chcecie pomóc. Bo nikt z was tego nie wie. Nikt z was nigdy nie musiał się martwić, że nie ma co włożyć do garnka, żeby nakarmić dzieci albo że nie ma czym napalić w piecu. Fernando to łajdak i egoista, który poświęcił rodzinę dla własnej korzyści, ale przynajmniej wszyscy o tym wiedzą. Wy udajecie „tych dobrych”, ale czcze obietnice to nie wszystko. Myślicie, że jak wesprzecie akcje charytatywne i wypiszecie gruby czek to rozwiąże to wszystkie problemy? Wy będziecie mogli spać spokojnie w nocy, ale ci ludzie nie potrzebują waszej litości czy jałmużny tylko zapewnienia, że są czegoś warci.
Po tych słowach zostawił ich samych.
– Gość ma tupet, nie ma co. – Fabricio wyglądał na oburzonego, ale Conrado wpatrywał się w plecy Huga zamyślony.
– On ma rację. Tylko mówimy, co chcemy zrobić, ale niczego w tym kierunku nie robimy. Fundacja to plan który wymaga dopracowania, a tym ludziom potrzebna jest realna pomoc tu i teraz.
– Więc co, zamierzasz zabawić się w Robin Hooda i rozdać cały swój majątek ludziom z miasteczka? Wiem, że Magik nadał ci taki pseudonim, ale to nie rozwiąże ich problemów.
– Hugo ma rację, ci ludzie nie potrzebują jałmużny. – Conrado zastanowił się nad czymś głęboko. Muszę coś załatwić. – Bez słowa ruszył do wyjścia, ale ku swojemu zdumieniu zdał sobie sprawę, że drzwi wyjściowe są zamknięte.
– Co się dzieje? – zapytała Eva, która podeszła do niego z zaniepokojoną miną.
– Drzwi są zamknięte – odpowiedział spokojnie Saverin, ale brwi miał zmarszczone. – Od zewnątrz.
– Co?
Rozejrzeli się po sali, ale wszyscy goście bawili się w najlepsze. W tej samej chwili telefon w kieszeni Conrada zawibrował i to samo stało się z komórką Evy w jej kopertówce. Na sali dało się słyszeć dźwięk przychodzących wiadomości, wszyscy otrzymali je w tym samym czasie. Oboje Eva i Conrado wyciągnęli telefony i przeczytali wiadomość – była identyczna:
Panie i Panowie! Mieszkańcy Monterrey i okolic! Pora zacząć grę. To będzie niezapomniana noc.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze telenowele Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 39, 40, 41
Strona 41 z 41

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin