Forum Telenowele Strona Główna Telenowele
Forum Telenowel
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Cuando Baja La Marea - Kiedy morze opada
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze zakończone telenowele i seriale
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
El.
Komandos
Komandos


Dołączył: 16 Sie 2008
Posty: 679
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 16:00:26 02-01-09    Temat postu:

A Lancelot jej nie wierzy że jest realistką
Julie naprawde jest zagubiona w tym jak dla niej obcym świecie..
Czekam na nowy odcinek:)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maite Peroni
Idol
Idol


Dołączył: 03 Kwi 2008
Posty: 1320
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 12:08:25 03-01-09    Temat postu:

Odcinek 6

Lancelot szedł korytarzem, stawiając długie zdecydowane kroki, głośno stukając obcasami po wypolerowanej marmurowej posadzce. Słoneczne smugi w kolorach drogocennych klejnotów
wpadały do środka przez witrażowe okna, oświetlając gładkie kamienne ściany, skrząc się na połyskliwych powierzchniach sprzętów. Strażnicy w jaskrawoczerwonych tunikach, dzierżący
w dłoniach kopie, jak jeden mąż odstąpili na boki, żeby go przepuścić przez ciężkie podwójne drzwi w końcu korytarza.
Przybył jako ostatni. Inni już stali na przypisanych sobie miejscach wokół olbrzymiego Okrągłego Stołu.
Czterdziestu dziewięciu rycerzy powitało go skinieniem głowy i, jak zwykle, Lancelot poczuł, że budzi się w nim jakaś nowa iskra życia. Nie był to tylko duch braterstwa, przynależności do grupy, chociaż to z pewnością też było dla niego bardzo ważne. Nie było to również ciche zadowolenie ze świadomości, że on, Lancelot, jest wybranym rycerzem króla, człowiekiem, którego opinię i rady władca bardzo sobie ceni, wojownikiem, który jest u boku króla zarówno podczas bitwy, jak i posiłków i uczt.
Nie, chodziło o coś głębszego, sięgającego podstaw sensu życia. Miał poczucie, że to, co tu robią, jest ważne, że każdy mieszkaniec Camelotu jest żywym dowodem na zdolność człowieka do życia w harmonii, na możliwość odrzucenia, na ile to tylko możliwe,
niskich uczuć i instynktów, które doprowadziły do upadku wiele innych potężnych królestw.
W Camelocie było inaczej.
Wspaniali rycerze, zgromadzeni przy stole, pochodzili z różnych krajów i ziem. Przybyli tu w poszukiwaniu miejsca, gdzie szanowano sprawiedliwość, a z dobrych uczynków jednego człowieka cieszyli się wszyscy inni. Szukali królestwa, w którym doceniano to, co w naturze ludzkiej najlepsze, a tłumiono niskie instynkty, kalające i niszczące nawet najlepsze zamiary najszlachetniejszych ludzi. Każdy z nich przysiągł walczyć o ideały Camelotu i swojego
króla. Wszyscy żyli, oddychali i myśleli niemal jak jeden mąż. Niemal.
- Jak to miło z twojej strony, że zaszczyciłeś nas swoją obecnością, Lancelocie - odezwał się ktoś tak cicho, że tylko Lancelot wyraźnie usłyszał jego słowa. Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, kto to powiedział.
- Malvern. - To słowo było jednocześnie powitaniem, jak i kontynuacją jego rozmyślań. Tacy ludzie jak Malvern byli w Camelocie rzadkością, chociaż poza królestwem, niestety,
często się ich spotyka.
Trudno było uwierzyć, że kogoś takiego zaproszono do tego stołu. Inni rycerze musieli wykazać się nie tylko przed królem, ale również przed wszystkimi mieszkańcami Camelotu. Brali udział w turniejach, a moralność i etyka każdego przyszłego rycerza były poddawane starannej analizie. Olbrzymia większość ubiegających się o tytuł rycerza Okrągłego Stołu została odrzucona, chociaż niemal każdy byłby szczęśliwy, gdyby mu pozwolono zostać w Camelocie, nawet jako zwykłemu mieszkańcowi.
Malvern był inny. Jego ojciec służył u króla Artura jako paź, kiedy obaj byli dziećmi. Gdy w końcu Artur został królem, ojciec Malverna, leżąc na łożu śmierci, poprosił go, żeby zaopiekował się jego jedynym synem. Artur przysiągł, że to zrobi, i to z radością.
Młody Malvern służył mu jako paź, potem jako giermek, aż w końcu został rycerzem.
A jednak nie pasował do innych rycerzy. Było w nim coś odmiennego, patrzył z jakimś mrocznym błyskiem w oku, często wybuchał gniewem, a to wszystko sprawiało, że ludzie odruchowo się od niego odsuwali. Krótko mówiąc, nie ufano mu z taką absolutną pewnością jak innym rycerzom. A Malvern z kolei nie ufał nikomu innemu.
Król jeszcze nie przybył, więc rycerze stali bez ruchu, czekając na Artura. Niektórzy wspierali dłonie na pięknym drewnie ogromnego stołu, jakby podświadomie chcieli poczuć jego solidność i siłę. Mityczny stół liczył już kilkaset lat, a znaleziono go w doskonałym stanie, w bagnie nieopodal granic królestwa. To Artur, widząc doskonałość jego kształtu, dzięki któremu wszyscy rycerze zajmowali za nim równą pozycję, nalegał, żeby sprowadzić
go na zamek. Osobiście wypolerował jego blat, na którym ukazała się przepiękna inkrustacja w postaci trójkątów z czerwonego, brązowego i żółtego drewna, rozchodzących się wachlarzowato od środka stołu. Wraz z upływem lat stół nabierał szlachetności,
jakby martwy przedmiot mógł wchłaniać siłę tych, którzy za nim zasiadali.
Nagle do komnaty wkroczył król.
Na jego widok wszyscy rycerze się wyprostowali.
Władca był zdecydowanie wyższy od zgromadzonych. Nosił się godnie, jakby urodził się w koronie. Teraz na głowie miał prostą złotą opaskę z kilkoma małymi kamieniami. Ubiorem nie odróżniał się od innych, zachowywał się naturalnie i swobodnie. Twarz miał kanciastą, nos duży, ale kształtny. Gęsta ciemna broda porastała podbródek i policzki; nie widać w niej było ani jednego siwego pasma. Ci, którzy widzieli go pierwszy raz, byli zaskoczeni
jego stosunkowo młodym wiekiem, ponieważ tak wielką mądrość jak on mają zwykle tylko sędziwi starcy. A jednak budził rzadko spotykany respekt. To nie był zwykły człowiek, tylko urodzony władca.
- Panowie- odezwał się, dając im znak, żeby usiedli na rzeźbionych krzesłach. Na chwilę zapanował zgiełk, kiedy rycerze sadowili się na swoich miejscach, a potem zaległa pełna oczekiwania cisza.
Król nie usiadł za Okrągłym Stołem, zajął miejsce osobno, jakby podkreślając zarówno samotność, jaką niesie ze sobą władza, jak i różnicę między rycerzami, nawet najdostojniejszymi, a królem.
Artur w ciszy zasiadł na wielkim, miękko wyściełanym tronie.
- Czy ktoś ma jakieś nowiny z królestwa?
Zawsze w ten sposób zaczynał ich zwyczajowe spotkania. Kilku rycerzy skinęło głowąi jeden po drugim przekazywali swoje wieści.
- Młody Carter, ten co mieszka tuż za murami, jest bardzo wystraszony. Twierdzi, że widział armię olbrzymów, nadciągającą z zachodu - oznajmił jeden z rycerzy. - Nie zakłócałbym twojego spokoju taką wiadomością, panie, ale Carter przez czas jakiś był moim giermkiem. Jest inteligentny i nie ma skłonności do fantazjowania. Rozległ się pełen niepokoju pomruk, ale król tylko się uśmiechnął.
- Młody Carter? Czy to ten młodzieniec, który się zaręczył z najstarszą córką piekarza?
- Ten sam, panie - przytaknął rycerz.
- A kiedy widział tę armię olbrzymów?
- To się zdarzyło przedwczorajszej nocy.
- Tak właśnie myślałem. Tego wieczoru przyszli teściowie wydali ucztę na cześć młodego Cartera. Zdaje się, że podali mu trochę za dużo wina. Pamiętasz zapewne, że na polach z zachodniej strony ustawiono stogi siana.
Policzki rycerza przybrały czerwoną barwę.
- Wybacz mi, panie, że marnowałem twój czas...
- Nic podobnego, Eliwlodzie. Jestem wdzięczny za wszelkie informacje, jakie mi przynosisz. Jeśli chodzi o życie w Camelocie, jesteś moimi oczami i uszami. - Uśmiechnął się do zawstydzonego rycerza i skinął głową następnemu, który miał dla niego wieści.
Lancelot zastanawiał się, czy powinien wspomnieć o dziewczynie, w zasadzie kobiecie, która przyszła do niego rano, przebrana za giermka. Czy to było ważne?
Głos zabrał następny rycerz, a Lancelot w zamyśleniu tarł podbródek. Niewątpliwie obca osoba w przebraniu, zakradająca się do Camelotu, to coś, o czym warto powiadomić króla. Może przysłał ją jakiś wróg? Może miała za zadanie wniknąć do najwyższych kręgów władzy w królestwie?
A jednak nie miał ochoty o niej wspominać.
- Lancelocie, masz jakieś wiadomości? - Król był zawsze bardzo spostrzegawczy. Wszyscy rycerze spojrzeli na Lancelota.
- Nie, panie. - Rycerz uśmiechnął się swobodnie, ale ten uśmiech tylko maskował nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się zataić niczego przed królem i rycerską bracią. Było to dla niego bardzo nieprzyjemne. Poczuł ukłucie
gniewu na tę młodą kobietę i zacisnął pięść pod blatem stołu. -Nie mam żadnych wiadomości.
Odezwał się kolejny rycerz, ale wzrok króla jeszcze przez chwilę spoczywał na Lancelocie.
Ten przekonywał się w duchu, że gdyby to było absolutnie konieczne, z pewnością wspomniałby o dziwnym gościu. Po prostu nie chciał marnować cennego królewskiego czasu.
Spotkanie przebiegało w zwykły sposób. Pod koniec król Artur dał znak Lancelotowi. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Król często zwracał się do niego o radę i zasięgał opinii w wielu sprawach.
- Lancelocie - zaczął, gdy inni zaczęli już wychodzić z komnaty.
Malvern zwlekał, jako ostatni ustawił się do wyjścia, żeby podsłuchać, o czym rozmawiają król i Lancelot.
- Panie. - Lancelot podszedł do Artura. - Czym mogę ci służyć?
- Nie chodzi tu o mnie. Nie o siebie się niepokoję. - Król położył dłoń na ramieniu rycerza. Żaden z nich nie zauważył obecności Malverna.
Lancelot słuchał swojego króla ze zmarszczonym czołem.
- Nie wiem, o czym mówisz, panie - oznajmił z prostotą.
- Chodzi mi o ciebie, Lancelocie. O ciebie się martwię. -Zanim rycerz zdążył odpowiedzieć, król uniósł rękę. - Wysłuchaj mnie, proszę. Usłysz, co mam do powiedzenia, zanim cokolwiek odpowiesz.- Lancelot skinął głową, a król mówił dalej: - Nie chodzi bynajmniej o to, że jestem niezadowolony z twojej służby w szeregach mojego rycerstwa. Nic nie byłoby odleglejsze od prawdy. Jak zawsze, jesteś moim najlepszym rycerzem i najbardziej
zaufanym. Niepokoi mnie twoje życie osobiste.
- Moje życie osobiste?
- Owszem. Wydaje mi się, że jest w tobie jakaś pustka, w głębi duszy czujesz, że nie masz żadnego celu. Teraz tylko ja to zauważam, ale z czasem to poczucie braku sensu życia ogarnie
cię całego i być może cię osłabi, zarówno duchowo, jak i fizycznie.
- Nie rozumiem cię, panie.
- Martwi mnie to, Lancelocie, głównie dlatego, że sam doświadczyłem podobnego uczucia. Był taki czas, kiedy zaczęła mi dokuczać pustka codziennego życia. Dobrze wypełniałem swoje obowiązki, ale w głębi duszy nie wiedziałem, po co to wszystko. Zycie wydawało mi się pozbawione celu. Co dzień się trudziłem, żeby życie innych ludzi biegło gładko, a nocami zastanawiałem się, dlaczego odczuwam taką pustkę.
- I dlaczego tak było?
- Przyczyna okazała się tak prosta, że chciało mi się śmiać. Prawdę mówiąc, rzeczywiście się z tego śmiałem i jeszcze dzisiaj wybucham śmiechem na wspomnienie moich dawnych rozterek. Rycerz, potrzebuje kobiety. - Lancelot chciał się odezwać, ale król znów uciszył go ruchem ręki. - Nie, nie chodzi mi o jakąkolwiek kobietę. Wiem, jak moi rycerze spędzają czas wolny od obowiązków, i zdaję sobie sprawę, że nie brakuje ci kobiecego towarzystwa. Ale to nie to samo, absolutnie nie to samo. Czasami nawet mi się wydaje, że zbyt wielki wybór potęguje samotność. Potrzebujesz kogoś wyjątkowego, kogoś, kto będzie umiał ukoić
twoją duszę i jednocześnie pobudzić zmysły. Kogoś, kto odgadnie twoje potrzeby i kogo ty będziesz potrzebował. Krótko mówiąc, przydałby ci się ktoś taki jak Ginewra.
Lancelot przez chwilę się zastanawiał nad tym, co powiedział król.
- Panie, nic nie sprawiłoby mi większej przyjemności niż znalezienie takiej kobiety, jaką opisałeś, pięknej i inteligentnej. Widzę tylko jeden problem.
- Czyżby? A jakiż to problem?
- Tylko jedna taka kobieta chodzi po ziemi, tylko jedna ma to wszystko, o czym mówiłeś. Niestety, panie, nie jest ona wolna. Przecież tylko jedna kobieta odpowiada twojemu opisowi, a jest nią królowa Ginewra.
Król poklepał Lancelota po plecach i uśmiechnął się.
- Wiem, wiem. Jestem najszczęśliwszym z ludzi. Ale mocno wierzę, że gdzieś żyje kobieta, która pewnego dnia stanie się dla ciebie tym, kim dla mnie jest moja droga Ginewra. Musisz tylko ją odnaleźć.
Teraz Lancelot się uśmiechnął.
- To może być dość trudne.
- Kto wie? Może to ona cię odnajdzie?
Lancelot roześmiał się głośno i obaj wyszli z komnaty, rozmawiając o sprawach Camelotu. Nie zauważyli Malverna, który stał tuż przy drzwiach.
Lancelot odszedł w milczeniu, splótłszy dłonie za plecami. Zamyślony, pochylił ciemną głowę. Nagle on również zaczął się uśmiechać, rozciągając usta w coraz szerszym, nieprzyjemnym grymasie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mrs.Pattinson
Mocno wstawiony


Dołączył: 01 Sie 2007
Posty: 5200
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 12:27:30 03-01-09    Temat postu:

strasznie spodobał mi się ten odcinek. Król Artur jest taki szlachetny, a w stosunku do Lancelota zachowuje się jak prawdziwy przyjaciel. Sama uwielbiam film o Rycerzach okrągłego stołu i oglądałam go chyba milion razy, może właśnie dlatego tak bardzo wciągnęłam się w tą historię.
już nie mogę doczekać się kolejnego odcinka.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
El.
Komandos
Komandos


Dołączył: 16 Sie 2008
Posty: 679
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 12:56:14 03-01-09    Temat postu:

Rzeczywiście Król Artur jest sprawiedliwy, dobrze traktuje rycerzy..Można powiedzieć że jest przyjacielem Lancelota..Czekam na new:)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maite Peroni
Idol
Idol


Dołączył: 03 Kwi 2008
Posty: 1320
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 18:03:37 03-01-09    Temat postu:

Odcinek 7

Lancelot otworzył drzwi. Z początku nie mógł jej dostrzec i przez krótką chwilę myślał, że odeszła, uciekła z królestwa, znikła.
Wtedy ją zobaczył.
Wciąż miała na sobie swój komiczny strój, dziwne niebieskie spodnie i bluzkę. Smaczne spała, zwinięta w kłębek na jego łożu. Podszedł ostrożnie, stąpając cicho, żeby jej nie obudzić.
Jak mógł ją wziąć za chłopca? Profil niewiasty dobitnie świadczył ojej płci. Nie tylko płeć była oczywista, ale coś jeszcze, coś czego przedtem jakoś w pełni nie zauważył.
Nieznajoma była piękna.
Co, rzecz jasna, czyniło ją jeszcze bardziej niebezpieczną. To znaczy, w razie gdyby przysłał ją tutaj nieprzyjaciel. Kiedy tak na nią patrzył, to podejrzenie wydało mu się całkowicie
niedorzeczne. Jaki nieprzyjaciel przysłałby samotną kobietę, żeby podbiła królestwo? Kobieta przecież nie może mieć takiej mocy, zwłaszcza nad mężczyznami.
Natychmiast przypomniała mu się Helena trojańska, ale odepchnął od siebie tę myśl. Powieki nieznajomej zadrgały i widać było, że za chwilę się obudzi.
Przez chwilę rozglądała się, zaspana i zagubiona, potem wydała cichy okrzyk i usiadła na łożu.
- Witam, George - odezwał się Lancelot.
Odwróciła się do niego, a strach zniknął z jej twarzy.
- Och, witam. Jak tam było na krucjacie?
- Gdzie?
- Nieważne. Zaczekaj kilka wieków, a sam się przekonasz. Spojrzała na zalaną ukośnymi promieniami popołudniowego słońca komnatę. Nadal była w Camelocie. To jej się nie przyśniło.
I Lancelot też tu był, stał przed nią, taki męski i pewny siebie, co ją jednocześnie zachwycało i irytowało. Zauważyła, że chce coś przed nią ukryć.
- Co masz za plecami?
- Aha, więc jednak jesteś kobietą.
- Słucham?
- Tylko kobieta wyczuje prezent z odległości dwudziestu kroków.
- Prezent? - Nie potrafiła stłumić radości w głosie.
Bez fanfar wyjął zza pleców jakiś pakunek i jej podał.
- Król i królowa wydają dzisiaj bardzo ważną ucztę. To jest strój dla ciebie, chyba że wolisz wystąpić w swoim dziwacznym kostiumie giermka.
- Uczta? I ja mogę wziąć w niej udział?
Skinął głową.
- Chcesz powiedzieć, że jestem zaproszona na ucztę w Camelocie?
- Tak, tak, oczywiście. A teraz obejrzyj prezent.
Spojrzała na niego z uśmiechem, wyrażającym czystą radość, a on poczuł, że ogarnia go jakieś nieznane mu dotychczas uczucie. Może sprawił to kolor jej oczu, przypominających szmaragdy. A może złote błyski we włosach. Przestał się nad tym zastanawiać i patrzył, jak rozwija pakunek.
Pod jasnobrązowym płótnem ukazała się suknia. Bez trudu znalazł odpowiedni strój, ponieważ znał najlepszą szwaczkę w Camelocie, i wystarczyło tylko...
- Och - westchnęła Julie, rozkładając przed sobą szatę. Lancelot nie obejrzał jej przedtem dokładnie, jednak teraz, widząc, jak zielony aksamit wspaniale odbija światło, jak połyskuje złoty pas, musiał przyznać, że suknia jest piękna. Szwaczka powiedziała, że jest niezwykła i że tylko kobieta o nieskazitelnej figurze wydobędzie z niej całe piękno.
Kiedy tylko zobaczył tę szatę, wiedział, że będzie doskonale pasowała. Na kolor nie zwrócił szczególnej uwagi. Teraz stwierdził, że doskonale współgra z cerą swojej właścicielki. Tak, suknia była jakby dla niej stworzona.
- Są tam też pantofle - dodał. - Zrobione z takiego samego aksamitu.
-Och - powtórzyła Julie. To słowo wyrażało wszystkie jej emocje.
Nagle Lancelot się zmieszał.
- Zostawię cię samą żebyś mogła się ubrać - burknął. Zdał sobie sprawę, że wcale nie chce wychodzić, chociaż powinien.
- Dziękuję - powiedziała i sięgnęła do jego dłoni.
Rycerz odsunął się, a Julie opuściła ramię. Potem znów chwyciła suknię.
- Bardzo dziękuję.
- Nie ma za co. - Ruszył do drzwi, ale nagle się zatrzymał. Zapomniałem... Jak się naprawdę nazywasz?
- Julie. Julie Gaffney.
- Dobrze. Teraz muszę się z kimś spotkać, ale za godzinę wrócę i razem pójdziemy na ucztę, lady Julio.
Uśmiechnęła się szeroko, a on lekko się skłonił i wyszedł.
- Wystarczy Julie - wyszeptała do zamkniętych drzwi. - Ale lady Julia też brzmi ładnie.
Dotknęła sukni i uśmiechnęła się. Zaczynała się czuć jak średniowieczna dama.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maite Peroni
Idol
Idol


Dołączył: 03 Kwi 2008
Posty: 1320
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 18:08:49 03-01-09    Temat postu:

Odcinek 8

Królowa uśmiechnęła się, czując, jak szczotka rozczesuje jej jasnozłote włosy, spływające na plecy niczym wspaniała gęsta, falująca grzywa. Wpadające przez okno promienie słoneczne
odbijały się od nich złotawymi błyskami.
- Mmm - westchnęła. - Jak cudownie!
Król czule pogładził jej włosy, potem ujął jeden kosmyk i pocałował, zamykając oczy.
- Ginewro - wyszeptał cicho.
Szczotka upadła na podłogę, a królowa odwróciła się do męża. Chociaż jak na kobietę była wysoka, górował nad nią, a jego silne ramiona obejmowały ją mocno i namiętnie.
- Nie powinniśmy - upomniała go. - Nie tutaj, w środku dnia.
Złapią nas na gorącym uczynku.
- Nie dbam o to.
- Moja reputacja zostanie zrujnowana - dodała nieśmiało.
- Ale pomyśl tylko, ile pięknych chwil nas czeka na tej drodze do ruiny. - Lekko chwycił zębami płatek jej ucha, a pod Ginewrą ugięły się kolana.
Już przepadła. Przestały się liczyć pozory i etykieta, jakby nigdy nie istniały.
Żadne z nich nie usłyszało pukania do drzwi.
A kiedy nikt nie odpowiedział na pukanie, drzwi się otworzyły.
- Panie... - wyjąkał stojący w progu rycerz.
Król oderwał wzrok od tulącej się do niego żony. Oczy zaszły jej mgłą pożądania, a suknia zsunęła się z jednego ramienia.
- Do diabła, Malvernie! Nie umiesz pukać? Właśnie odbywamy z królową prywatną naradę!
Rycerz zaczerwienił się, a Ginewrą pocałowała Artura w policzek.
- Później, najdroższy. Później dokończymy naradę. Może pod naszym magicznym drzewem?
Król parsknął śmiechem. Tuż pod murami zamku rósł stary dąb i właśnie pod nim pierwszy raz wymienili czułe słowa, wyznali sobie gorące uczucie. Od tamtych czasów stare drzewo wciąż miało dla nich ten sam szczególny urok. Kiedy pod nim stawali, ich miłość odżywała na nowo, bez względu na to, co się wcześniej zdarzyło.
- Trzymam cię za słowo, kochana. Zaczniemy dokładnie tam, gdzie musieliśmy przerwać. Do zobaczenia pod naszym drzewem. Uśmiechnęła się i podniosła srebrną szczotkę. Skinąwszy rycerzowi głową, wyszła z komnaty. Obaj mężczyźni wpatrywali się w nią w skupieniu.
- Królowa jest piękną kobietą, panie.
- Wiem. A teraz mów, co cię do mnie sprowadza o tak nietypowej porze dnia. - Rycerz długo nie odpowiadał. Król podszedł do stołu i zaczął przeglądać leżące na nim dokumenty.
W końcu podniósł głowę. - No, mówże - ponaglił Malverna.
- Nie wiem, od czego zacząć, panie.
- Po prostu zacznij od początku.
- Przyszedłem tu z bardzo niemiłym zadaniem. Muszę ci coś powiedzieć, chociaż wcale nie chcę tego robić. Jednak nie mogę dłużej pozwalać, żeby robiono z ciebie głupca. To się musi
skończyć.
Król przyglądał się rycerzowi z lekkim rozbawieniem. Nigdy nie potrafił obudzić w sobie żadnych cieplejszych uczuć w stosunku do tego młodego człowieka. Było w nim coś niepokojącego, mrocznego. Artur nie potrafił tego określić, ale po prostu wiedział, że w towarzystwie Malverna czuje się źle. Innym rycerzom gotów był powierzyć swoje życie. Ale Malvern był całkiem inny.
- A więc ktoś robi ze mnie głupca? - Król skrzyżował ramiona na piersi. - Jestem królem. Wiele razy robiono ze mnie głupca. A teraz uciekaj i bądź grzecznym rycerzem.
Twarz młodego człowieka poczerwieniała.
Wszyscy traktowali go w ten sposób, król, inni rycerze, nawet zwykli giermkowie i paziowie. Malvern- życiowa pomyłka. Jedyny rycerz, który nie zasługiwał na miejsce przy Okrągłym Stole.
Cóż, wkrótce Artur przestanie się śmiać. Niedługo wszyscy przestaną się z niego śmiać.
- Panie, wydaje mi się, i mam na to dowody, że królowa nie jest ci wierna.
W komnacie zapanowała cisza tak pełna napięcia, że Malvernowi się wydało, iż ściany wokół niego zaczynają drżeć. Przez chwilę się bał. Czyżby posunął się zbyt daleko? Może powinien zaczekać, aż jego plan przybierze wyraźniejszy kształt?
Ale przecież celem tego spotkania było zasianie ziarna intrygi, tak żeby sam król przyczynił się do jej dalszego rozwoju.
Malvern przełknął ślinę i patrzył na nieprzeniknione oblicze króla. Nagle Artur wydał z siebie przerażający dźwięk, przypominający ryk lwa.
A więc plan zaczął się już realizować. Nie było drogi odwrotu. To był początek nieodwracalnego procesu.
Rycerz z przerażeniem myślał o tym, co uczynił. Nieopisany strach ścisnął mu żołądek. Już miał się odwrócić na pięcie i uciec, kiedy nagle zdał sobie sprawę, czym jest ten przerażający
ryk.
Król się śmiał.
Śmiał się z całej duszy, tubalnym, gardłowym głosem, odrzuciwszy głowę w tył. Jego masywne ramiona trzęsły się nieopanowanie.
Malvern przyglądał mu się przez chwilę, nie wiedząc, co czynić.
Artur przestał zanosić się śmiechem, ale nadal miał rozbawioną minę.
- Dziękuję ci, Malvernie. Od wielu dni nic mnie tak nie rozśmieszyło. Nie mogę się doczekać, kiedy opowiem o wszystkim królowej. A teraz zmykaj. Czeka na mnie pilna praca.
Rycerz się nie poruszył. Oczy biegały mu niespokojnie, nerwowo zacisnął dłonie po bokach.
- To nie był żart, panie. To prawda, a mówię to z bólem serca. Królowa była ci niewierna i nadal zdradza twoje zaufanie. Rozbawienie znikło z twarzy króla.
- Twoje słowa to zdrada!
- Nie, nie! Chcę ci tylko, panie, oszczędzić dalszych przykrości i bólu!
Król zmierzył rycerza gniewnym spojrzeniem. Nigdy go nie lubił, nie ufał mu. Samo wysłuchiwanie takich kłamstw plamiło honor króla i królowej.
Jednak coś kazało mu ciągnąć tę rozmowę.
- A z kimże to królowa popełnia tę ohydną zbrodnię? Czy jest ich wielu, czy tylko jeden?
Malvern zawahał się. Nadeszła decydująca chwila. Kiedy wypowie to imię, znajdzie się w niebezpieczeństwie. Ryzykował, że straci wszystko.
Nie miał jednak wyboru. Zycie, jakie dotychczas wiódł, wydało mu się nie do zniesienia. Nie będzie dłużej obiektem kpin innych rycerzy i niemal wszystkich mieszkańców Camelotu. Nie może dłużej tkwić na dolnym szczeblu drabiny. Urodził się do większych rzeczy i tylko pech oraz zwykła niesprawiedliwość zepchnęły go na tak niską pozycję.
To była po prostu niesprawiedliwość, nic poza tym. Jeśli wprowadzi swój plan w życie, zostanie ona naprawiona. Wynagrodzi sobie wszystkie krzywdy. Tak, niektórzy ludzie będą
musieli ucierpieć. Ale czyż on również nie cierpiał? Czyż nie lepiej jest zmieniać bieg wypadków niż pozwalać, żeby niesprawiedliwość trwała nadal?
- Panie, do królowej zaleca się człowiek o wiele młodszy od ciebie i, niech mi będzie wolno dodać, o gładszym, bardziej urodziwym obliczu. Zauważyłem, że w kobiecej naturze leży
skłonność do krzepkich, pewnych siebie młodzików.
- Podaj mi jego imię.
- Nie chcę tego czynić, panie. Chciałem tylko cię ostrzec, obudzić twoją czujność, żebyś sam na własne oczy mógł dostrzec dowody zdrady.
- Podaj mi imię.
- Robię to pod przymusem.
Król nic nie odpowiedział, ale jego twarz wyrażała więcej niż jakiekolwiek słowa. Malvern, spięty i niezdecydowany, przestąpił z nogi na nogę.
- Lancelot - powiedział w końcu, mimo woli jadowitym tonem.
- Lancelot? - Król nie mógł w to uwierzyć.
- Tak, Lancelot. Widziałem ich razem. Spogląda na królową jak wygłodniały człowiek na dobrze wypieczoną sztukę mięsa i...
- Dość! - Artur uniósł wielką dłoń. Rycerz zamilkł. - Odejdź, Malvernie. Mam pilną pracę.
- Ależ, panie, pozwól mi...
- Powiedziałem, odejdź- powtórzył król Artur znużonym głosem.
Malvern zastanawiał się, co jeszcze mógłby dodać, coś bardzo obciążającego, co uplotłoby sznur na szyję Lancelota. Jednak w tej chwili nie potrafił nic takiego wymyślić. Przed rozmową z królem starannie rozważył różne możliwości i sposoby postępowania,
w zależności od rozwoju wypadków. Takiej reakcji jednak nie przewidział. Żadna z wcześniej obmyślonych odpowiedzi nie nadawała się do wykorzystania.
Nie tego oczekiwał.
Skłonił się lekko i wyszedł. Zatrzymał się tuż za drzwiami i nasłuchiwał, czy nie dobiegnie zza nich jakiś dźwięk. Nic nie usłyszał, więc przygarbiony, ze spuszczoną głową, odszedł w swoją stronę.
W komnacie król opadł na krzesło i zapomniawszy o ważnych dokumentach, wpatrywał się w przestrzeń.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maite Peroni
Idol
Idol


Dołączył: 03 Kwi 2008
Posty: 1320
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 18:12:03 03-01-09    Temat postu:

Odcinek 9
Julie przygładziła ręką suknię, rozkoszując się niezrównanym dotykiem mięsistego, trochę nierównego aksamitu. Już w samej szmaragdowozielonej tkaninie było coś niezwykłego, trudnego do określenia, czego jednak brakowało materiałom produkowanym masowo lub syntetycznym. Zamknęła oczy i z niczym nie zmąconą przyjemnością wdychała otaczające ją zapachy, takie dziwne i nowe.
Była w Camelocie, czekała nadejścia Lancelota, który miał ją zabrać na ucztę.
Oczywiście, w tej chwili był bardzo zajęty. Rzemiosło rycerskie zabiera o wiele więcej czasu, niż większości ludzi się wydaje.
Julie powiodła ręką wzdłuż uda, po talii i w górę, tam gdzie złota siatka zdobiła jej ramiona. Dotknęła palcami ust, które rozchyliły się w rozkosznym, pełnym zadowolenia uśmiechu.
Naprawdę tu była, w Camelocie, i czuła się wspanialej, niż to sobie kiedykolwiek mogła wyobrazić.
W rogu komnaty stało duże lustro. Właśnie przed chwilą przeglądała się w nim zadziwiona, dotykając odbicia kobiety, które przed sobą widziała, obwodząc dłonią rzeźbioną ramę, jakby
chciała się upewnić, czy obraz w lustrze jest prawdziwy. Oczywiście, widziała siebie, Julie Gaffney. Jednak była to Julie Gaffney, jakiej nigdy przedtem nie oglądała, nie sądziła nawet, że może tak wyglądać.
Stała przed nią piękność jak z romantycznego portretu, trochę niewyraźnie widoczna w zamglonym, pokrytym skazami zwierciadle. Jej włosy wyglądały jak nieziemska złota aureola, otaczająca głowę i spadająca na ramiona. Pamiętała, że jeszcze niedawno
były kilkanaście centymetrów krótsze.
Szata opinała wszystkie jej wypukłości z bezwstydną dokładnością. Czy zawsze miała taką doskonałą figurę? Niewątpliwie dawniej czuła się o wiele mniej pociągająca w klubie sportowym, w kostiumie kąpielowym, a nawet w sukni wieczorowej. Po raz pierwszy nie udało jej się znaleźć tuzina rzeczy w sobie, które chciałaby zmienić, ani nie marzyła o tym, żeby wielką gumką zetrzeć pewne kształty, a inne z kolei dorysować.
Teraz nic nie chciała w swoim wyglądzie zmieniać.
Najbardziej zaskoczyła ją własna twarz. Chociaż zawsze miała regularne rysy, to wydawały jej się one niezbyt godne uwagi, jak wizerunek namalowany przez wprawnego, ale pozbawionego natchnienia artystę. Jak to określała większość ludzi, twarz Julie
była miła dla oka. Teraz coś się zmieniło, jakby na artystę wreszcie spłynęło natchnienie albo kupił sobie lepszy pędzel, ponieważ jej twarz po prostu promieniała pięknem.
- Lady Julia. - Znajomy głos brzmiał bardzo cicho, jednak natychmiast otworzyła oczy.
Lancelot stał w drzwiach jak nieziemska wizja wspaniałego średniowiecznego bohatera. Miał na sobie niebieską tunikę zastanawiała się, ile tunik mieści jego szafa-w ciemniejszym
odcieniu, przypominającą niebo w nocy. Buty błyszczały jeszcze bardziej, włosy były staranniej uczesane.
Jego urodziwa twarz wyrażała te same uczucia, których doświadczyła Julia, spoglądając w lustro. On również spostrzegł w niej zmianę. I jego też ta transformacja zachwyciła.
- Lady Julia - powtórzył. Dźwięk jego głosu przyprawiał ją o przyjemny dreszcz. - Jesteś... - zaczął. Nagle potrząsnął głową i przetarł oczy, jakby nagle sobie przypomniał, że powinien
zachować ostrożność. - Muszę cię o coś zapytać.
- Słucham.
- Kto cię przysłał do Camelotu?
Nie tego oczekiwała. Miała nadzieję, że zapyta o coś całkiem innego.
- Kto mnie przysłał?
- Tak. Muszę to wiedzieć, i król także.
- Ja... cóż... - Nerwowo splotła palce. - Sama nie wiem.
Jego twarz nie wyrażała teraz żadnych uczuć.
- Nie wiesz?
- Brzmi to nieprawdopodobnie, ale tak jest. Wybrałam się do... - Jak mogła mu opisać restaurację z historycznym wystrojem i dziecięce przyjęcie urodzinowe? Odchrząknęła, desperacko szukając odpowiednich słów. - Po prostu się tu zjawiłam. Zmrużył oczy.
- W mojej zbrojowni?
- No, tak. Ściśle mówiąc, właśnie tam.
-A z jakiego królestwa przybywasz?
- Jestem z Nowego Jorku, z USA. - Po jego minie było widać, że nic mu to nie mówi. - Ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.
- A gdzież się to królestwo znajduje?
- Po drugiej stronie oceanu. Bardzo daleko stąd. Prawdę mówiąc, nie zostało jeszcze odkryte. To znaczy, jestem prawie pewna, że jeszcze nie zostało odkryte. Może tylko jacyś wikingowie dopłynęli tam przypadkiem, ale...
- Skoro tego królestwa jeszcze nie odkryto - przy ostatnim słowie kpiąco skinął głową- to skąd wiesz, że istnieje, a tym bardziej, jak możesz twierdzić, że to twój kraj rodzinny?
- Szczerze mówiąc, to właśnie jest w tym wszystkim najdziwniejsze. - Nagle poczuła się jak nieposłuszne dziecko, które się tłumaczy, dlaczego zbiło szybę w oknie. Nawet w jej uszach
własne tłumaczenie nie brzmiało wiarygodnie. - Widzisz, Lancelocie, to, co ci powiem, bardzo cię zdziwi. Nie przesadzam. Chociaż to nieprawdopodobne, to...
- Słucham cię. Mów dalej.
- Jestem z przyszłości. Moje czasy są odległe o jakieś... niech pomyślę... - Wpatrzyła się w przestrzeń i zaczęła na palcach liczyć stulecia. Lancelot spoglądał na nią, nic nie mówiąc. W zamyśleniu splótł ramiona na piersi. - Ojej! - powiedziała w końcu z pełnym zakłopotania uśmiechem. - Urodzę się dopiero za jakieś tysiąc pięćset lat. Z dokładnością do pół wieku.
Lancelot nie zareagował. Nawet nie drgnęła mu powieka. Gdyby nie to, że Julie wcześniej widziała, jak się poruszał, to przysięgłaby, że jest nieożywioną figurą. W końcu przymknął
oczy.
- Uderzenie w głowę pomieszało ci zmysły.
- Nie! Mówię całkiem poważnie!
- Chodź. - Spojrzał na nią badawczo, jak na ciekawy okaz pod lupą.- Porozmawiamy o tym później. Może niedługo wróci ci rozum.
- Nie wierzysz mi.
- Lady Julio, zjawiłaś się w mojej zbrojowni przebrana za chłopca. Zostałaś uderzona w głowę, straciłaś przytomność, a ja odkryłem, że nie jesteś młodzieńcem, tylko w pełni dojrzałą kobietą. A teraz twierdzisz, że przybywasz z przyszłości, odległej o tysiąc lat. Czy ty w tych okolicznościach uwierzyłabyś w taką opowieść?
Już miała powiedzieć, że tak, jak najbardziej, ale nie dał jej dojść do słowa.
- Pozwól, że wyrażę to w inny sposób - tłumaczył rycerz tonem dobrego wujka. - Wyobraź sobie, że to ja pojawiłem się w twojej komnacie, gdziekolwiek ona jest.
Oczyma wyobraźni zobaczyła swoją sypialnię na Manhattanie, komodę, dywan, zasłony w oknach i piękny widok na miasto.
- Sama powiedz - ciągnął. - Co byś sobie pomyślała, gdyby mężczyzna w dziwacznym stroju stanął nagle przed tobą i oznajmił, że przybył z odległej o, powiedzmy, pięćset lat przeszłości. Co byś zrobiła, lady Julio?
Wyobraziła sobie, że stoi w swoim mieszkaniu i nagle znikąd pojawia się przed nią nieznajomy, ubrany jak średniowieczny rycerz.
- Pewnie zadzwoniłabym na policję - przyznała. -1 zaczęłabym wzywać pomocy.
- A może doszłabyś do wniosku, że ta osoba jest najpewniej chora?
- Tak - potwierdziła cicho.
- Albo że ta osoba chce cię skrzywdzić?
- No, tak... rozumiem, co chcesz powiedzieć, Lancelocie. Ale błagam, uwierz, nie jestem szalona ani nie zamierzam cię skrzywdzić. Tak samo jak ty, nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
- Wątpię. Nie wydaje mi się, żebyśmy zdołali teraz cokolwiek sobie wyjaśnić. Może po wybornym posiłku będziesz w stanie sobie przypomnieć, skąd się tutaj wzięłaś.
- Ależ ja pamiętam, skąd się tu wzięłam. Tylko ty nie chcesz mi uwierzyć.
Nie zwrócił uwagi na jej słowa.
- Chodźmy na ucztę, lady Julio. Z największą rozkoszą będę ci towarzyszył, ponieważ jesteś... - Wydawało się, że szuka odpowiednich słów. - Dzisiaj będziesz... Co powie? Będziesz najpiękniejszą kobietą w towarzystwie? Najbardziej elegancką? Wcieloną doskonałością?
- Dzisiaj będziesz moją daleką krewną w drugim pokoleniu zakończył triumfalnie.
- Co takiego?
- A w jaki inny sposób mogę wytłumaczyć twoje istnienie?
- Jak to, moje istnienie? - Dotknęła swoich włosów, wyczuwając ich jedwabistą miękkość. Czy on był ślepy?
- Twoją obecność - wyjaśnił szorstko. - Przecież muszę coś powiedzieć. A więc... -Uśmiechnął się szeroko i podał jej ramię. -Czy można?
- Ja... no... - Zawahała się. - Lancelocie, czy zauważyłeś we mnie jakąś odmianę? Nie chodzi mi tylko o strój. Zmarszczywszy czoło, powiódł wolno wzrokiem od czubka jej głowy w dół. Potem, równie powoli, znów zmierzył j ą spojrzeniem od obutych w pantofelki stóp aż po czubek głowy.
- Miałem rację. Miałem absolutną rację.
- W jakiej sprawie?
- Ta druga suknia byłaby na ciebie za mała. - Potarł dłonie. -Idziemy?
- Co tam, do licha! - Uśmiechnęła się lekko. - Dlaczego nie. Spodziewam się, że nie przyniosłeś mi bukietu kwiatów?
- Słucham?
- Nieważne. - Ujęła jego ramię i razem zeszli po wąskich, krętych schodach.
- Jesteś cudowna - wyszeptał tuż za jej uchem.
Nie usłyszała, zajęta zbieraniem fałd długiej sukni.
- Co powiedziałeś? - Spojrzała mu prosto w oczy, a on się uśmiechnął.
- Powiedziałem, żebyś uważała na stopnie. - Ruchem głowy wskazał na strome schody.
- Och, dziękuję.
Delikatnie położył dłoń na jej karku i trzymał ją tak przez całą drogę w dół.
Znaleźli się w wielkiej sali, wyłożonej perskimi dywanami. Stał tam wielki kredens, na którym pyszniły się złote talerze. Julie nie miała jednak czasu podziwiać wystroju wnętrza, ponieważ od razu wyszli na zewnątrz.
Natychmiast otoczyły ją widoki, dźwięki i wonie tak niewiary godnie wspaniałe, jakby to wszystko było tylko cudownym snem. Widząc jej reakcję, Lancelot uśmiechnął się, ponieważ taką minę mieli wszyscy, którzy po raz pierwszy przybywali do tego królestwa.
Odwróciła się i z zachwytem spojrzała na krzewy róż, rosnące przy drzwiach, przez które przed chwilą przeszli.
- One są niebieskie! Niebieskie róże!
- Tak, wiem - odparł i poprowadził ją przez piękny łukowaty mostek. Pod nim skrzył się strumień, pełen dziwnej flory i fauny, falującej w prądzie wody. Zielono-żółta ryba z czerwonymi płetwami przeskoczyła przez leżący w strumieniu kamień. - Jaka piękna ryba! Widziałeś ją? Wygląda, jakby ją tu przeniesiono z filmów Disneya!
Lancelot niedbale zerknął na strumień, w samą porę, żeby dostrzec następną rybę, tym razem turkusowo-fioletową, która skoczyła śladem swojej poprzedniczki.
- Tak, lady Julio. Owszem, w tym strumieniu żyją ryby. Julie nadal stała z rozwartymi z zaskoczenia ustami, więc rycerz czubkiem palca delikatnie dotknął jej podbródka, żeby je zamknęła. Mimo to w oczach wciąż miała wyraz tak czystego zdziwienia, że w końcu się roześmiał.
- Widzę swoje odbicie w twoich oczach - rzekł i poprowadził ją obok marmurowej fontanny, tryskającej winem. Otaczały ją kwiaty niewiarygodnej wręcz piękności. W następnej pieniły
się nektary owocowe, była tam też nawet fontanna z chłodną wodą.
- Nie wyobrażałam sobie, że takie miejsce istnieje - wyszeptała Julie.
Tak też było. Przy Camelocie reszta świata wydawała się beznadziejnie szara i smutna.
Szli ulicami dużego murowanego miasta; popołudniowe, żółte słońce wisiało na bezchmurnym, błękitnym niebie. Wokół latały ptaki, odcinając się od nieba cudownymi barwami. Ich śpiew był dziwny - nigdy jeszcze takiego nie słyszała - egzotyczny, a jednocześnie znajomy, jakby fantazja stała się rzeczywistością. Wielkie domy stały z dala jeden od drugiego. Wszystkie zbudowane z różowego kamienia, a ich ściany błyszczały, jakby wmurowano w nie okruchy diamentów. Chodniki były z tego samego kamienia
i różowe płyty skrzyły się pod stopami.
Nie było tu nigdzie błota ani gołej ziemi, z wyjątkiem żyznych klombów, na których rosły imponujące kwiaty, tak wysokie jak małe drzewka, o pąkach, których barwy zdumiewały - czerwień wręcz oślepiała, pomarańczowy zdawał się jarzyć własnym światłem,
a różne odcienie błękitu przywodziły na myśl ogon pawia. Julie aż zmrużyła oczy, nienawykłe do tak pięknych widoków. Wydawało się, że jakaś niewidzialna ręka podkręciła gałkę stopnia nasycenia barw obrazu. Wszystko tu było większe, barwniejsze i po prostu lepsze niż gdziekolwiek indziej.
Ludzie byli równie wspaniali. Nosili proste ubrania, właściwie były to doskonale skrojone tuniki. Suknie kobiet omiatały połyskujące chodniki, mężczyźni mieli takie same wysokie buty i tuniki jak Lancelot i w równie zdecydowanych barwach. Same materiały, mieniące się przy każdym ruchu, budziły zachwyt.
Piękne stroje niemal przyćmiewały ludzi, ale nie do końca. Na twarzach przechodniów Julie dostrzegła taką radość, zadowolenie i po prostu czyste szczęście, że każde oblicze wręcz promieniało.
Po ulicach konie ciągnęły zgrabne drewniane wozy lub niosły na grzbiecie kobiety, mężczyzn albo roześmiane dzieci. Jednak Julie nigdzie nie dostrzegła końskiego nawozu, nawet najmniejszej po nim pozostałości.
- Nie ma tu końskich odchodów- stwierdziła. Spojrzała na Lancelota, który właśnie przyjmował od uśmiechniętego handlarza piękne czerwone jabłko. Wszędzie wokół stali przekupnie i piętrzyły się stosy różnorakiego jedzenia, gorący chleb prosto z pieca,
pięknie dekorowane ciasta, pieczone mięsa, jakich tylko dusza mogła zapragnąć, owoce i warzywa, począwszy od tropikalnych mango, a skończywszy na polanych masłem kolbach kukurydzy.
Nikt za nic nie płacił. Przekupnie po prostu rozdawali całą tę wspaniałą żywność, przyjmując za całą zapłatę jedynie uśmiech i skinienie głową.
- Oczywiście, że nie ma tu końskich odchodów. Konie załatwiają takie sprawy za murami, za placem, gdzie odbył się dzisiejszy turniej. - Lancelot wbił zęby w jabłko, a strużka soku pociekła mu po brodzie.
- Chcesz powiedzieć, że konie są przyuczone do czystości jak koty?
Roześmiał się.
- Niezupełnie. Po prostu wolą robić takie rzeczy z dala od miasta.
- Nie rozumiem. Przecież dla nich załatwianie swoich potrzeb gdzie popadnie jest naturalne.
- Nie w Camelocie. Instynktownie wiedzą, co robić. - Wzruszył ramionami. - Król Artur ma powiedzenie, które można zrozumieć tylko po odwiedzeniu tego królestwa.
- Niech zgadnę. Ulice tutaj są tak czyste, że można z nich jeść?
- Nie. - Wystawił twarz do słońca, a Julie zauroczona patrzyła, jak światło gra na opadających na ramiona włosach, jak jego skóra wręcz promienieje zdrowiem i energią. Spojrzał na nią z wielką powagą. - Król mawia, że my, w Camelocie, sprawiamy, iż reszta świata wydaje się niepotrzebna.
Julie już miała się oburzyć na takie pełne przesady stwierdzenie, ale kiedy spojrzała na otoczenie, na ludzi, na ogrody, które zdawały się wyrastać na każdym rogu, zdała sobie sprawę, że ta opinia nie wynika z zarozumiałości. To była po prostu prawda.
- Och - odparła cicho, bo tylko tak była w stanie zareagować. Lancelot chyba ją zrozumiał, ponieważ się roześmiał. Juli e spojrzała na wyniosły zamek, trzymając się kurczowo
ramienia Lancelota i wyraźnie czując, że dodaje jej ono siły.
- Jak ten zamek się obroni w razie ataku? - Wiedziała wystarczająco wiele o średniowiecznych budowlach, więc brak jakichkolwiek fortyfikacji od razu rzucił się jej w oczy. Ale zanim dokończyła pytanie, zdała sobie sprawę, że to w zasadzie jeszcze
nie jest średniowiecze ani renesans, ani żadna inna epoka historyczna, o której cokolwiek by wiedziała, tym bardziej że z historii nigdy nie była mocna.
To przecież był Camelot, dziwne miejsce poza czasem, jednocześnie obce i bardzo znajome. Po prostu Camelot.
- Zamek nie musi się bronić - wyjaśnił Lancelot. - Właśnie dlatego ja tu jestem i inni rycerze. - Zamilkł, uniósł głowę i popatrzył na zamek. - Gdyby nieprzyjaciel dotarł aż tutaj, i tak
byłoby za późno. Już bylibyśmy pokonani. Coś nagle zaciekawiło Julie.
- Ty zadawałeś mi pytania, teraz moja kolej. Powiedz mi, dlaczego ty się tu zjawiłeś, Lancelocie?
- Ponieważ zostałem zaproszony na ucztę.
- Chodzi mi o to, skąd się wziąłeś w Camelocie. Co sprawiło, że postanowiłeś opuścić dom i zaryzykować wszystko, żeby tu zamieszkać?
Lancelot zerknął na nią, przechylając głowę w jedną stronę, jakby inny kąt widzenia mógł pomóc mu lepiej zrozumieć jej pytanie i myśli, które się za nim kryły. Zatrzymał się i przysiadł na skraju fontanny z winem. Poklepał miejsce obok siebie, zachęcając
Julie, żeby również usiadła.
Przy ciemnoniebieskiej tunice jego oczy wydawały się ciemniejsze, z bławatkowych zmieniły się w szafirowe. Pod wysokimi czarnymi butami miał getry, w takim samym odcieniu głębokiej czerni jak jego włosy i brwi.
- W przeciwieństwie do ciebie, znam odpowiedź na to pytanie. -Jego głos brzmiał ostrożnie, lecz stanowczo. - Ale najpierw, lady Julio, wyjaśnij mi, dlaczego ty się tu zjawiłaś? Może oboje przybyliśmy do Camelotu z tego samego powodu?
Julie zawahała się, niepewna, co odpowiedzieć. Dlaczego tu trafiła? I nagle ją olśniło. Przyszło jej do głowy najlogiczniejsze i najbardziej szalone wytłumaczenie: prawda.
- Tak dokładnie to nie wiem. Może dlatego, że przez całe życie wierzyłam w istnienie Camelotu. Tylko nie zdawałam sobie z tego sprawy. Przechowywałam jego obraz gdzieś na dnie duszy od bardzo dawna. Byłam przekonana, że istnieje naprawdę, chociaż rzeczywistość okazała się o wiele wspanialsza niż moje najśmielsze marzenia. Szłam przez życie, czując jakąś pustkę, wszystko dawało mi połowiczną satysfakcję - tak jakbym w mroźny dzień
włożyła tylko jedną rękawiczkę. Czegoś mi brakowało. I nagle, niespodziewanie, znalazłam się tutaj. Lancelocie, zapewniam cię, że nic więcej na ten temat mi nie wiadomo. Po prostu się tu znalazłam. Rycerz wpatrywał się w nią bławatkowymi oczami. Napotkała jego spojrzenie i spostrzegła, że w źrenicach rozpala mu się jakieś srebrne światło, jakby nagle ujrzał ją na nowo i rozpoznał w niej bratnią duszę.
- Dokładnie tak samo było ze mną - zaczął. - Niewiele sobie przypominam z życia, które wiodłem, zanim jako młodzieniec przybyłem do Camelotu. Pamiętam jednak brud, błoto, choroby i głód. Pamiętam jakąś kobietę. Nie była to moja matka, ale jakaś kobieta, którą chyba kochałem. Nie jestem pewien, bo przecież gdybym ją kochał, to zapamiętałbym ją lepiej, nie byłaby tylko niewyraźną postacią we mgle, daleką i nieosiągalną. To musiał
być tylko sen. - Przez chwilę patrzył prosto przed siebie. Potem, jakby obudzony z letargu, mówił dalej. Jego głos brzmiał teraz pewnie. - Tylko tyle pamiętam. Ale nawet te wspomnienia zacierają się z każdym dniem spędzonym w Camelocie. I wydaje mi się,
że przybyliśmy tu oboje z tego samego powodu, lady Julio. Z tego powodu dzieciom śni się Camelot, z tego powodu ludzie wielcy i mali chcą poznać opowieści o tym cudownym królestwie. - A jaki to powód? - Ledwie była w stanie wypowiadać słowa.
- To wszystko dlatego, że wierzymy w Camelot. - Wziął głęboki oddech i ciągnął: - Wierzyliśmy, że istnieje, podczas gdy inni mówili nam, że to tylko mit. Wszyscy wiedzą, że to jest miejsce, gdzie panuje prawda i sprawiedliwość, ale my gorąco wierzyliśmy, wbrew wszelkim dowodom, że Camelot to realne, prawdziwe królestwo. Dlatego się tutaj znaleźliśmy. Jesteśmy tu, ponieważ wierzymy. Julie skinęła głową. Rozumiała jego słowa i zgadzała się z nimi. Być może trudno było to wszystko logicznie wytłumaczyć, ale taka była prawda.
- Czy to znaczy, że doszedłeś do wniosku, że nie stanowię zagrożenia dla ciebie ani dla Camelotu?
Nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami. Jego twarz znów stała się nieprzenikniona, więc Julie zdała sobie sprawę, że Lancelot nadal nie jest pewien jej intencji. Ten brak zaufania zranił ją. Choć nie wiedziała dlaczego, pragnęła, żeby jej ufał, żeby na
nią patrzył bez tej czujności, która wciąż uporczywie pojawiała się w jego oczach.
Lancelot wstał i skinieniem głowy wskazał na zamek.
- Chodź. Jestem głodny.
Lekki wietrzyk przyniósł woń kwiatów i słodkiego wina z fontanny. Samo powietrze pachniało cudownie. Jeszcze raz spojrzawszy na piękno Camelotu, Julie i jej rycerz
wkroczyli do zamku. Kiedy przechodzili przez szeroką, łukowatą bramę, Julie odruchowo mocniej chwyciła swego towarzysza za ramię.
- Ojej - wyszeptała pod nosem.
Spojrzała na sklepienie, tak wysokie, że ledwo mogła dostrzec zdobiące je malowidła. Wnętrze zamku było jeszcze wystawniejsze niż zewnętrzne mury, ale Julie nie była już w stanie podziwiać jego wspaniałości. Więcej piękna tego dnia nie mogła już wchłonąć.
Znaleźli się w głównej sali.
Wszystko tu wyglądało jak cudowny sen w technicolorze, wszystko było większe, piękniejsze, doskonalsze niż w normalnym życiu. Długie stoły uginały się pod olbrzymią ilością wszelkich potraw, jakie tylko można sobie było wyobrazić, a na dodatek dostrzegła jeszcze kilka takich, których istnienia nawet nie podejrzewała. Wielkie pieczone udźce, parujące talerze ze stertami barwnych warzyw, pięknie zdobione ciasta i torty, wszystko to
ustawiono na miękkich materiach i wyszywanych złotą nicią obrusach.
No i mieszkańcy Camelotu. Oni również wydawali się bardziej urodziwi niż zwykli ludzie. Wydawało się, że bije od nich wszystkich zdrowie i radość, bez względu na wiek, płeć czy pozycję w królestwie.
Lancelot zaprowadził ją na miejsce, a Julie usiadła z westchnieniem ulgi. Siedzieli tak, że mieli widok na całą salę.
- Zaraz wrócę - powiedział cicho. - Pamiętaj, gdyby ktoś cię o to zapytał, jesteś moją daleką kuzynką. -Z tymi słowami odszedł. Potrzebowała chwili czasu dla siebie. Oszołomiona, po prostu patrzyła na panujący wokół ruch.
Naprawdę tu jestem, w Camelocie, powtórzyła sobie jeszcze raz. To zdanie wciąż do niej wracało, jak refren, jak mantra, jak modlitwa.
Camelot. Gorączkowo szukała w pamięci jakichkolwiek wiadomości o tym miejscu.
W szkole średniej czytała z zachwytem mistyczne powieści fantastyczno-naukowe i wiktoriańskie poematy epickie. Jednak teraz, jako dorosła kobieta, nie była w stanie sobie przypomnieć, co ją w nich tak fascynowało. Pamiętałajedynie opowieść o młodym
królu Arturze, o spotkaniu z Merlinem, który został jego mentorem, uczył go i szkolił, aż Artur w końcu stał się potężnym i mądrym królem. Od tego punktu legenda miała wiele różnych wersji. Chyba każda część świata miała jej własną interpretację, odpowiadającą
regionalnym gustom. Francuski Artur był bardzo romantyczny i namiętny, niemiecki - zdyscyplinowany. Lancelot okazywał się ofiarą zdradzieckiej Ginewry lub playboyem bez
honoru. Jednak istota opowieści zawsze pozostawała taka sama: Artur zabiegał o względy pięknej Ginewry i w końcu ją zdobywał. Pobierali się i żyli jak wcielony wzór wszelkich cnót. Potem zjawiał się rycerz, równie tajemniczy i szlachetny, co przystojny i uwodzicielski.
Młoda Ginewra, w końcu przecież tylko słaba niewiasta, traciła głowę dla Lancelota i wtedy coś się zaczynało psuć w państwie Camelot.
Od tej chwili magia Camelotu zaczynała obracać się wniwecz. I znów legenda przybierała różne kształty, ale jedna rzecz się nie zmieniała. Romans - czy to czysty, czy zmysłowy - zrujnował królestwo i jego mieszkańców.
Julie wzięła głęboki oddech. Zastanawiała się, w którym punkcie scenariusza znajdują się w obecnej chwili. Ile czasu zostało tej zaczarowanej krainie? Ile jeszcze dni minie, zanim ten kruchy czar pryśnie na zawsze?
W wielkiej sali biesiadowały setki ludzi. Stoły nakryto barwnymi tkaninami, nad głowami gości wisiały proporce, nad kominkami pyszniły się wspaniałe gobeliny. Wydawałoby się, że w sali powinno być nieznośnie gorąco, tymczasem temperatura otoczenia była po prostu idealna.
Julie nadal rozglądała się i podziwiała otaczające ją cuda i wspaniałości, które były tu dostępne dla każdego, na wyciągnięcie ręki.
Król i królowa jeszcze się nie zjawili. Lancelot wyjaśnił jej, że przyjdą później. Nie chcieli w żaden sposób przeszkadzać poddanym, więc zwykle czekali z wejściem do sali, dopóki tłum gości nie zaspokoił pierwszego głodu i pragnienia.
Nagle rozległ się dźwięk trąbki. Nie brzmiało to jak granie zwykłej trąbki - dźwięki były głębsze, bogatsze, bardziej aksamitne i łagodne. Wszyscy wstali zgodnie; Julie podążyła w ich ślady.
Do sali, przy ogłuszających brawach, wszedł król Artur wraz z królową Ginewrą.
Julie widziała w telewizorze, jaką reakcję wywołuje pojawienie się prezydenta i jego ludzi. Kiedy rozlegała się charakterystyczna melodia, korpus prasowy i pracownicy administracji z szacunkiem podrywali się na równe nogi i zaczynali bić brawo. Tutaj było inaczej.
W przeciwieństwie do powitania, jakie zwykle gotowano głowie państwa, a nawet członkowi królewskiego rodu, powitanie Artura przypominało bardziej żywiołowy wybuch entuzjazmu po niezrównanej sztuce teatralnej, na przykład po premierze Hamleta z Olivierem w roli głównej lub musicalu Oklahoma! albo filmu Tramwaj zwany pożądaniem z Brando i Jessicą Tandy. Tak zapewne było, kiedy młody Leonard Bernstein pierwszy raz przejął batutę od starzejącego się maestra albo kiedy Beatlesi wystąpili u Eda Sullivana.
To było po prostu niczym nie skażone uwielbienie.
Teraz wyraźnie widziała królewską parę. Przy boku króla stała wysoka kobieta, szczupła i pełna gracji niczym tancerka. Kiedy się odwróciła, Julie zobaczyła jej twarz, być może nie wielkiej piękności, ale o ogromnej sile charakteru. Ginewra również wyglądała młodziej,
niż można było tego oczekiwać. Julie przez chwilę patrzyła, jak królowa uśmiecha się, rozmawia cicho z jakąś kobietą, gładzi po głowie dziecko, i zrozumiała, że pierwsze wrażenie ją zawiodło.
Ginewra była piękna.
Jej uroda nie była pospolita, nie była urodą gwiazdy sezonu, którą za chwilę zastąpi następna. Twarz Ginewry przyćmiewała; była piękna, a nie po prostu ładna. Całą jej postać otaczała jakaś aura, nieziemska wręcz poświata. Nagle oblicze królowej rozjaśniło się, jakby na widok kogoś bliskiego. Jej usta rozciągnęły się w ciepłym uśmiechu. Wyciągnęła dłoń.
A Lancelot, Lancelot Julii, ujął tę dłoń z szacunkiem i przycisnął do niej usta. Potem wolno odwrócił ją i ucałował nadgarstek.
Julie spojrzała dokoła, żeby sprawdzić, czy inni byli równie wstrząśnięci tą sceną. Jednak najwyraźniej nikt nic nie zauważył. Może tak wyglądało typowe powitanie w Camelocie. Pewnie, jako nowo przybyła, po prostu nie wiedziała, że tutaj panują takie zwyczaje. Ale widząc mocny rumieniec na twarzy królowej oraz pełne uwielbienia i radości spojrzenie Lancelota, Julie doszła do wniosku, że to chyba nie było zwyczajowe powitanie.
Tragiczny w skutkach flirt między Ginewrą i Lancelotem już się rozpoczął.
Uważnie patrzyła na całą scenę i ^zastanawiała się, czy król zauważył iskrę, jaka przeskoczyła między jego żoną i zaufanym rycerzem.
Zauważył. Julie bezbłędnie odczytała wyraz jego twarzy, chociaż był on tylko przelotny. Na obliczu Artura położył się jakiś cień, widać było na nim wybuch gniewu, srogiego, chociaż krótkotrwałego.
Obok króla, na wyciągnięcie ramienia, stała samotna postać.
Kierowana intuicją Julie przyjrzała się jej z uwagą. Chociaż mężczyzna miał na sobie taki sam odświętny strój w jaskrawych barwach jak wszyscy inni, otaczała go jakaś ciemność, coś, co mówiło, że to zły człowiek. Jego twarz nie jaśniała jak oblicza otaczających go ludzi. I te oczy. Spojrzały najpierw na Lancelota, potem na królową. Kryła się w nich czysta wrogość.
- Och, nie - wyszeptała Julie. - Lancelocie, masz tutaj wroga.
-W rzeczy samej - rozległ się męski głos, dochodzący nie wiadomo skąd.
Podskoczyła, ze zdumienia otwierając szeroko oczy. Zobaczyła starszego mężczyznę o wielkiej i kościstej głowie, której kanciasty zarys łagodziły tylko rzadkie kępki śnieżnobiałych włosów. Miał nos jak niekształtny kartofel i otoczone sinymi kręgami, wodniste, zaczerwienione oczy. Nagle uśmiechnął się, pokazując krzywe żółte zęby, a jego uśmiech sprawił, że oczy nabrały ciepła i życia, a Julie poczuła, że zna tego człowieka od niepamiętnych czasów.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maite Peroni
Idol
Idol


Dołączył: 03 Kwi 2008
Posty: 1320
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 20:23:02 03-01-09    Temat postu:

Odcinek 10

- Moja droga- zwrócił się do niej. - Oczekiwałem cię.
W przeciwieństwie do innych mieszkańców Camelotu, był ubrany jak biedak. Miał na sobie powłóczystą brązową szatę o grubych, nierównych szwach. Szorstką tkaninę pokrywały liczne plamy, a wielki kaptur tworzył pod szyją fałdy i ciężko zwisał na plecach.
- Oczekiwałeś mnie? - zdziwiła się. - Wiesz, kim jestem?
- Oczywiście, że wiem - odparł z pogardliwym skinieniem głowy. - Nazywasz się Julie Gaffney. Mam nadzieję, że podróż nie była zbyt niewygodna?
- Wiesz coś o mojej podróży.
- Ależ naturalnie, panno Gaffney. A może powinienem się do ciebie zwracać teraz, „panno Julio"? Mnie osobiście „lady Julia" bardziej odpowiada. Brzmi mniej pospolicie. Imiona są bardzo ważne. Wiele zdradzają na temat charakteru i ambicji człowieka. Weźmy, na przykład, takiego.Lancelota. Czy byłby uważany za tak wspaniałego rycerza, gdyby jego imię brzmiało, powiedzmy, Igor albo Buster? Raczej nie! Rzecz jasna, Szekspir twierdzi, że róża pachniałaby równie słodko i tak dalej, ale mimo to ośmielam się mieć inne zdanie.
- Szekspir? - Poczuła, że kręci jej się w głowie, i musiała się chwycić krawędzi stołu. - Szekspir! Jak możesz wiedzieć cokolwiek o Szekspirze, skoro on urodzi się dopiero za tysiąc lat? A ja! Skąd wiesz, kim jestem? Znów się uśmiechnął.
- Ależ, oczywiście, że wiem, kim ty jesteś i kim jest William. W końcu... Cóż. Moja droga, co ty przed chwilą mówiłaś? Coś o tym, że Lancelot ma wroga. Była tym wszystkim tak wstrząśnięta, że po prostu odpowiedziała na pytanie starca.
- Tak sobie tylko głośno myślałam.
- O Lancelocie i Malvernie?
- Tak się ten rycerz nazywa? Malvern?
- Co niezbicie dowodzi, że w sprawie imion mam rację oznajmił starzec, jakby to był główny temat ich rozmowy. -Malvern. To imię nie jest najmilsze dla ucha. Ale takie imię może
zawieść człowieka w różne strony, jeśli wolno mi się tak wyrazić. Jak napisał Lester Spurnick: „Imiona to kapelusze naszych dusz".
- Lester Spurnick?
- Właśnie on, moja droga. Jeden z wybitnych pisarzy dwudziestego pierwszego wieku. Och, proszę o wybaczenie! On pojawi się dużo później niż ty.
Julie zamrugała, całkiem zagubiona. Potem, nie bardzo wiedząc, co jeszcze powiedzieć, wyciągnęła rękę.
- Bardzo przepraszam, ale chyba nie poznałam jeszcze twojego imienia, ty tymczasem znasz moje i w ogóle bardzo dużo wiesz.
- Ach! Przepraszam, zapomniałem o dobrych manierach. Oto skutki życia w samotności. Zapamiętaj to sobie. Nazywam się Merlin.
- Merlin? - Odchyliła się na krześle. - Ależ, oczywiście wyszeptała.
- Najpierw Lancelot, potem Artur. Dlaczego nie Merlin?
- Nie bój się, nie tracisz rozumu, lady Julio. - Merlin roześmiał się. - To wszystko dzieje się naprawdę. Jesteś tutaj, w Camelocie. Sięgnęła po kielich i upiła mały łyk; wino było słodkie i aromatyczne, po prostu wyśmienite. Nigdy jeszcze nie próbowała podobnego.
- Oczywiście, że nie próbowałaś. To jest nasze zwykłe wtorkowe stołowe wino, a ty pierwszy raz przybyłaś na ucztę do tego domostwa we wtorkowy wieczór - odpowiedział Merlin, czytając w jej myślach.
- Jak ty to robisz?
- Jestem Merlinem.
- Jasne. - Pociągnęła następny łyk, tym razem większy. Jesteś Merlinem.
Ludzie na sali ożywili się, jedni siadali za stołami, inni krążyli wśród gości, jeszcze inni upominali się o deser lub dokładkę głównego dania. Julie nic jeszcze nie zjadła. Jak mogłaby cokolwiek przełknąć, kiedy wokół tyle się działo?
- Musisz coś zjeść - rzekł Merlin. Sięgnął po złoty półmisek i wybrał dla niej smakowite kąski. Jego poznaczone niebieskawymi żyłkami dłonie lekko się przy tym trzęsły. Na talerzu Julie znalazły się małe pierożki, kolby młodej kukurydzy, kilka tartinek z owocami
i kawałki pieczonego mięsa. - Przecież nie możemy dopuścić, żebyś głodowała w Camelocie, prawda? Zadowolony, postawił przed nią jedzenie. Ku swojemu zaskoczeniu Julie stwierdziła, że jest bardzo głodna, i z entuzjazmem zupełnie nie przystającym damie pochłonęła wszystko, co było na talerzu.
- No, tak już lepiej. - Merlin uśmiechnął się, jakby ten posiłek zaspokoił i jego apetyt.
- Panie Merlinie - zaczęła, ale on tylko roześmiał się wesoło.
- Merlinie. Mów mi po imieniu. - Zakasłał i przesunął palcem po dolnej powiece, żeby zetrzeć łzę. - Jestem po prostu Merlin.
- Dziękuję. A więc, Merlinie, czy będziesz tak uprzejmy i wyjaśnisz mi to wszystko? I czy mógłbyś potem wyjaśnić wszystko Lancelotowi?
- A dlaczego miałbym to zrobić?
- Ponieważ naprawdę chciałabym wiedzieć, jak się tutaj, u licha, znalazłam.
- I miałbym zepsuć całą zabawę?
- Zabawę?
- Oczywiście! Nie, moja droga. Wkrótce sama się dowiesz. Gdybym ja ci wyjaśnił, wszystko bym zepsuł. Wszystko. Czasami stare porzekadła okazują się prawdziwe.
- Aż się boję zapytać. - Westchnęła. - Jakie stare porzekadło masz na myśli?
- Sama dobrze wiesz. Musi boleć, żeby zadziałało.
- Ale to powiedzenie dotyczy przecież ćwiczeń fizycznych.
- Na początku była to ogólna prawda życiowa. Tak się dzieje ze wszystkimi naprawdę udanymi powiedzeniami. Wraz z upływem lat zatracają swój pierwotny sens. Ale oto nadchodzi sam Lancelot, nasz bohater.
- Powiesz mu, że nie przybyłam tutaj po to, żeby zniszczyć Camelot od wewnątrz?
- Oczywiście, że nie!
Lancelot przeciskał się między ludźmi w ich stronę, od czasu do czasu zatrzymując się i witając niektórych gości. Kiedy podszedł bliżej, Julie przełknęła ślinę.
- O, Merlin. - Lancelot uśmiechnął się i wyciągnął rękę do czarownika.
- Witaj, Lancelocie - rzekł starzec. - Właśnie gawędziłem z twoją daleką krewną. Ta lady Julia to wprost cudowna istota. Absolutnie wspaniała!
Lancelot zrobił zadowoloną minę, a Julie uśmiechnęła się z przymusem. Dlaczego czarownik w kilku słowach nie wyjaśni całej sytuacji? To zabrałoby mu tylko chwilę, krótką chwilę,
a Lancelot nie patrzyłby już na nią tak podejrzliwie.
- Być może - odezwał się Merlin. - Ale wtedy nigdy już nie miałabyś pewności, prawda? Bez względu na to, gdzie i z kim skończysz, już nigdy nie byłabyś całkiem pewna. Ani siebie, ani
jego. Bo to właśnie jest prawdziwa magia - głęboka miłość. I jest to jedna z niewielu rzeczy, które nie podlegają mojej mocy. Przemyśl to sobie, moja droga - powiedział, po czym zwrócił się do Lancelota: - Wybacz mi. Kończyłem naszą rozmowę z Julią na temat tresury spanieli. Och, król wzywa mnie do siebie. Zegnam was, lady Julio, Lancelocie. Odszedł niepewnym krokiem, witając skinieniem głowy wszystkich mijanych, a zwłaszcza młode kobiety o zgrabnych figurach.
- Rozmawialiście na temat tresury spanieli? - zaciekawił się Lancelot.
- Coś w tym rodzaju. Jadłeś już? - Bardzo chciała zmienić temat.
- Tak. Dziękuję i przepraszam, że zostawiłem cię samą.
- Byłeś zajęty rozmową z królową.
- Zadała mi kilka pytań, a odpowiedzi na nie zabrały mi więcej czasu, niż przewidywałem. Usiądziemy?
Potaknęła, a on podsunął jej rzeźbione krzesło. Musiała z nim porozmawiać, a nie była pewna, kiedy będzie miała następną ku temu okazję.
Jeśli w ogóle będzie następna okazja.
W każdym zakątku Camelotu czaiła się jakaś niespodzianka. Za wiele by ryzykowała, czekając na kolejną sposobność.
- Muszę z tobą porozmawiać - oznajmiła bez ogródek.
- Co cię gnębi?
- Powiem krótko. - Wzięła głęboki oddech, usiadła prosto i oznajmiła stłumionym głosem: - Lancelocie, wydaje mi się, że nie powinieneś flirtować z królową.
Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy Lancelota. Potężna sylwetka rycerza budziła respekt, a po jego minie widać było, że za chwilę może wybuchnąć przerażającym gniewem, jednak Julie zdawała sobie sprawę, że jakakolwiek zwłoka w działaniu może przynieść tragiczne skutki, mówiła więc dalej:
- Jeśli nadal będziesz to robił, zniszczysz nie tylko siebie, ale także króla Artura, królową Ginewrę i cały Camelot. Zrujnujesz wszystko, w co wierzysz, a kiedy tak się stanie, już nigdy nie da się tego odbudować. Camelot zniknie na zawsze.
- Zamilcz.
- Mówię poważnie.
Chwycił ją za ramię tak mocno, że poczuła dojmujący ból, ale nawet się nie skrzywiła.
- Nic nie rozumiesz! - rzuciła Julie.
- To ty nic nie rozumiesz. Czy wiesz, że popełniasz zdradę, kiedy wypowiadasz takie okropne słowa, kiedy choćby tylko sugerujesz, że coś tak ohydnego może się dziać między mną
a królową?
Skinęła głową. Patrzył na nią bardzo długo; ledwo była w stanie oddychać.
W końcu zrezygnowany puścił jej ramię. Jednak gniew nadal brzmiał w jego głosie.
- Lady Julio, z pewnością coś źle zrozumiałaś. Jestem ulubieńcem zarówno króla, jak i królowej. Nic więcej. Wolałbym raczej własnoręcznie wydrzeć sobie serce z piersi niż uczynić coś, co by zakłóciło ich szczęście. - Lancelot wstał, przewracając krzesło.
Siedzący wokół nich ludzie umilkli i patrzyli na nich ciekawie. Widać było wyraźnie, jak wielkie zapanowało między nimi napięcie. Wolno, z rozmysłem, Lancelot ustawił krzesło we właściwej pozycji.
Wśród przyglądających się tej scenie byli również król i jego rycerz, Malvern, który właśnie coś szeptał władcy do ucha.
Lancelot nie widział reakcji króla. Jego gniew wzbudziła ta ubrana w zieloną suknię kobieta, bez wątpienia niespełna rozumu.
- Natychmiast wychodzimy - wycedził przez zaciśnięte zęby. Dla niego dyskusja się skończyła.
- Inni też to zauważyli - powiedziała Julie, tak łagodnie, jak tylko potrafiła. Zaciśniętą pięścią uderzył w oparcie jej krzesła, najwyraźniej nieświadom skierowanych ku niemu spojrzeń. Gwałtownie odwrócił się do wyjścia.
Julie szybko wstała, zebrała fałdy aksamitnej sukni i ruszyła za nim. Musiała biec, żeby nadążyć.
- Inni też to zauważyli - powtórzyła, kiedy przechodzili przez wielką salą.
Lancelot zatrzymał się.
- Kogo masz na myśli?
- Tego rycerza o twarzy złego człowieka.
- W Camelocie nie ma złych rycerzy, chociaż zaczynam myśleć, że znalazłaby się tu jakaś zła kobieta.
- Ma coś mrocznego w twarzy i wrogie spojrzenie. Stał tuż za królem. Był ubrany w żółto-czarną tunikę. Obserwował ciebie i Ginewrę. Obaj widzieli, jak całowałeś jej rękę.
- To przecież zwykłe...
- Widzieli, jak ucałowałeś jej nadgarstek.
Chciał jej coś wyjaśnić, ale po chwili potrząsnął głową.
- Źle zrozumiałaś to, co zobaczyłaś - powiedział tylko.
- Zdaje mi się, że bardzo dobrze zrozumiałam to, co zobaczyłam - upierała się.
Przez chwilę patrzył na nią groźnie, potem chwycił ją za ramię i pomaszerował przed siebie w gniewnym, pełnym napięcia milczeniu. Szedł coraz szybciej, z wściekłością machając wolną ręką, drugą zaś ciągnął za sobą Julie. Nawet nie zauważył, kiedy się potknęła. Chciała zwolnić, ale on jeszcze zwiększył tempo marszu.
Kręciło jej się w głowie, z trudem łapała oddech, lecz Lancelot jakby całkowicie zapomniał o jej istnieniu.
- Możemy trochę zwolnić? Proszę! - Nie zareagował, więc powtórzyła głośniej: - Proszę!
W końcu zatrzymał się i spojrzał na nią jak na nieproszonego gościa. Bez słowa znów ruszył przed siebie, ale trochę wolniej. Jego ręka nadal jak imadło zaciskała się na jej ramieniu.
W ciszy doszli do domu Lancelota. Rycerz kopniakiem otworzył drzwi, potem skłonił się i ruchem ramienia dał jej znak, żeby pierwsza weszła do środka. Uczyniła to z wahaniem, a on podążył za nią.
- Gdzie mogę... - zaczęła.
- Nic mnie to nie obchodzi - powiedział i zatrzasnął drzwi do swojej komnaty.
Julie stała sama w wielkim przedsionku. Złożyła ramiona na piersi i zastanawiała się, jak to się stało, że jej ostrzeżenie, wypowiedziane w dobrej wierze, wywołało taką okropną nieprzewidzianą reakcję.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maite Peroni
Idol
Idol


Dołączył: 03 Kwi 2008
Posty: 1320
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 20:46:06 03-01-09    Temat postu:

Odcinek 11
Na piętrze, w swojej sypialni, Lancelot mocno zacisnął pięści. Ogarnęło go nieznane uczucie, jakiś przykry ciężar przygniatał go do ziemi. Coś gryzło jego duszę, ale nie potrafił na
razie określić, co to jest. Coś tutaj się nie zgadzało. Czegoś tu brakowało.
Do chwili, w której zjawiła się lady Julia, świat był taki, jak należy, wszystko toczyło się harmonijnie.
Odkąd zamieszkał w Camelocie, życie Lancelota było proste i czyste. Z każdej próby, jakiej go poddawano, wychodził zwycięsko, czy była to bitwa, czy długa dyskusja z braćmi rycerzami na temat honoru i sprawiedliwości. Wydawało się, że każdy dzień jest z góry zapisany w księdze przeznaczenia, i Lancelotowi bardzo to odpowiadało.
Pomagało mu to zapomnieć o snach, które nadal go nawiedzały, snach o kobiecie we mgle, o kobiecie, która trzyma go za rękę i woła jego imię. Musiał zapomnieć o dawnym życiu; ono już się skończyło. Cokolwiek się wtedy wydarzyło, kimkolwiek była dla niego ta kobieta, teraz nie było to ważne, odeszło na zawsze w przeszłość. Lancelot nie wątpił, że jego służba w Camelocie jest wszystkim, czego mu do szczęścia potrzeba, wszystkim, czego potrzeba każdemu mężczyźnie, obdarzonemu chociaż odrobiną zdrowego rozsądku.
Kobieta, która nadal przychodziła do niego z przeszłości, nie była królową Ginewrą. Jednak musiał się zgodzić z królem Arturem, który wychwalał swą małżonkę ponad inne kobiety, zachwycał się jej urodą i dobrocią. Kiedy Lancelot całował jej dłoń, przypomniał sobie słowa króla i poczuł woń pachnideł królowej. To wszystko, co się zdarzyło. Nic więcej.
Ale przecież królowa się zaczerwieniła. Lancelot widział, jak na jej policzki wpełza rumieniec, i ta reakcja poruszyła coś w głębi jego duszy. Spodobało mu się to. Czuł satysfakcję i radość z tego, że Ginewra tak zareagowała na jego powitalny pocałunek.
Teraz widział przed oczami jedynie pełną świętego oburzenia twarz lady Julii. Była zazdrosna. Właśnie. Lady Julia po prostu była zazdrosna.
Nie. Nie o to chodziło, i dobrze o tym wiedział.
Najbardziej zaniepokoiła go absolutna pewność i odwaga, z jaką wygarnęła mu dokładnie to, co myśli. Większość mężczyzn nie śmiałaby w ten sposób wystawić się na jego gniew. Ale
ta nieznajoma, przybyła nie wiadomo skąd Julia, nic miała takich obaw.
A jeśli ona ma rację? Jeśli się nie myli co do króla i Malverna?
- Do diabła z nią! - zaklął na głos w zaciszu komnaty. - Do diabła z nią! Że też musiała trafić akurat do mnie!
Juli e stała zupełnie sama w zimnym wielkim korytarzu. Zielona suknia już nie wydawała się tak zachwycająca, jakby jej piękno wiązało się bardziej z urokiem chwili niż z jakością
materiału i kroju. Cokolwiek sprawiło, że szmaragdowa szata wydała się Julie tak wspaniała, znikło bez śladu. Cudowny nastrój również opuścił ją na dobre.
Kamienne ściany były ciemne, surowe i nagie. Zagubiona, przytłaczająco samotna Julie przez chwilę miała ochotę poddać się smutkowi i wybuchnąć głośnym płaczem. Jednak to byłoby
zbyt łatwe i takie banalne.
Co za ironia losu. Oto stała tutaj, jak zrozpaczona dziewica z romantycznej powieści, a przyczyną jej cierpienia był szlachetny rycerz, i to ni mniej, ni więcej, jak tylko sam Lancelot
z Jeziora. Z komnaty na górze, w której zniknął, zatrzasnąwszy za sobą ze złością drzwi, nie dobiegał żaden dźwięk. Jakoś nigdy nie przyszło jej do głowy, że Lancelotowi przytrafiają się wybuchy gniewu. Może właśnie to stanowiło część jej problemu. Dla Julie ludzie z Camelotu byli zawsze postaciami mitycznymi. Chociaż wydawali się prawdziwi, nie należeli do rzeczywistego świata.
Byli wytworami pisarskiej wyobraźni, odrealnionymi ilustracjami Gustawa Dore'a, łagodnymi, wyidealizowanymi bohaterami dzieł Williama Morrisa i obrazów Edwarda Burne-Jonesa.
A przecież Camelot okazał się inny, zamieszkany przez prawdziwych ludzi z krwi i kości, którym nieobce są słabości i żądze. Tutaj Lancelot nie był tylko walecznym rycerzem na koniu, rzucającym się w wir bitwy o szlachetne ideały lub stającym w obronie pokrzywdzonych. Był postacią o wiele bardziej złożoną.
Ten Lancelot był człowiekiem.
Usłyszała z góry głuchy łomot i mogła się tylko domyślać, że to gospodarz wyładowuje gniew na kolejnym krześle.
Julie uśmiechnęła się w ciemnościach, chociaż nadal czuła się zagubiona i trochę wystraszona. Jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić Edwarda Burne-Jonesa malującego wspaniały obraz, na którym Lancelot gwałtownie kopie krzesło w wybuchu szaleńczej furii.
Rozejrzała się, zastanawiając się, gdzie spędzi dzisiejszą noc. Oczywiście, mogła wejść na górę wąskimi, krętymi schodami i odnaleźć komnatę, w której wcześniej zamknął ją Lancelot, ale nie miała ochoty błąkać się w ciemnościach po obcym domu.
Odwróciła się i zobaczyła pod ścianą drewnianą ławę. Nie było tu innych mebli, więc ława będzie musiała jej wystarczyć za posłanie. Julie wzruszyła ramionami i ułożyła do snu na twardym drewnie, w chłodnym korytarzu.
Jakoś udało jej się zasnąć, zapewne z powodu zmęczenia. Nic jej się nie śniło i nawet przez sen była świadoma, że leży na twardej ławie, a chłodne powiewy nocnego powietrza owiewają jej stopy.
W pewnej chwili chłód przestał jej dokuczać. Poczuła miłe ciepło. W półśnie chciała odwrócić się na drugi bok i natrafiła na coś twardego. Wystraszona, natychmiast się obudziła.
Na podłodze, u jej stóp, siedział Lancelot, opierając się plecami o ławę.
- Nie rozumiem twoich oskarżeń- oświadczył stanowczo, jakby nieprzerwanie prowadzili rozmowę, a on właśnie odpowiadał na jakąś jej uwagę.
- Lancelot? - Usiadła z westchnieniem i podkurczyła nogi, otulając je obszerną suknią.
Nawet na nią nie spojrzał. Wciąż patrzył nieruchomo wprost przed siebie, w czarną pustkę.
- Nie rozumiem twoich oskarżeń - powtórzył.
- Aha. Chodzi o ciebie i królową?
Skinął głową.
- Lancelocie, nie chcę cię w żaden sposób zranić i przepraszam, jeśli to, co powiedziałam, cię obraziło. Po prostu staram się cię ochronić.
- Ochronić mnie? Ależ jesteś tylko kobietą!
- Owszem, ale wiem o tobie o wiele więcej, niż podejrzewasz.
- W takim razie, powiedz mi. - Jego głos zabrzmiał wyzywająco.
- Cóż, przede wszystkim, jesteś zakochany w królowej.
- Ha! I tu się mylisz!
- W takim razie, wkrótce się w niej zakochasz, a ona odwzajemni twoje uczucie. - Lancelot tylko potrząsnął głową. - To prawda. Kochasz ją, ponieważ widzisz w niej wzór wszelkich cnót, kobietę doskonałą. Ginewra jest twoim ideałem, czyż nie tak? Czy nie zazdrościsz Arturowi, tak troszeczkę, że dopisało mu wielkie szczęście i pojął Ginewrę za żonę?
W końcu odwrócił ku niej twarz.
- Ja... Oczywiście, że nie! To jakaś niedorzeczność. - Chociaż zaprzeczał, robił to już bez takiego przekonania. - Mów dalej. Powiedz mi, co się potem wydarzy.
- Naprawdę chcesz to wiedzieć?
Znów wpatrzył się ciemność.
- Oczywiście.
- Istnieją różne wersje dalszych wydarzeń. Jednak pewne szczegóły pozostają takie same. We wszystkich wersjach Artur jest zdruzgotany twoją zdradą. Już nigdy nie będzie taki sam,
opuszczą go siły i wiara w człowieka. Ty uciekniesz wraz z królową. Tak przynajmniej dzieje się w większości interpretacji mitu o Camelocie.
- Mitu?
- Tak, mitu. Nie zapominaj, że dla mnie to tylko starodawna legenda. - Starała się mówić obojętnym tonem, rozumiejąc w pełni, że jeśli Lancelot jej uwierzy, to te wiadomości wstrząsną nim do głębi. - W każdym razie, uciekniesz z królową, ale oboje będziecie
cierpieć z powodu zdrady. Ona darzy uczuciem i ciebie, i Artura, ale ciebie kocha tak, jak kobieta kocha mężczyznę. Artur jest dla niej kimś takim, jak teraz ona dla ciebie: symbolem dobra i szlachetności. Najsmutniejsze jest to, że tak naprawdę oboje kochacie to samo, tylko wasza miłość zbacza na manowce, idzie w złym kierunku.
- Idzie w złym kierunku?
- Oboje tęsknicie za miłością romantyczną, ale też za czystym, niemal świętym uczuciem. Te dwa pojęcia z definicji się wykluczają.
- Nie. Tutaj się mylisz, lady Julio. Takie dwie miłości mogą współistnieć. Ale muszą się zdarzyć między odpowiednimi ludźmi i zrodzić się z właściwych pobudek.
- Być może. Ostatecznym wnioskiem, jaki można wysnuć z tej historii, jest to, że w swoim charakterze masz cechy, które wydobywają na powierzchnię zarówno to, co najlepsze, jak i to, co najgorsze w ludzkiej naturze. Jesteś jednocześnie szlachetny i samolubny, szczodry i zachłanny. Już miał jej przerwać, ale w końcu spuścił głowę.
- Co się potem stanie? - spytał
- Zostaniesz wygnany z Camelotu, co i tak nie będzie miało większego znaczenia, ponieważ Camelot, taki, jakim go teraz znamy, przestanie istnieć. W zależności od wersji, zostajesz
mnichem, pustelnikiem albo umierasz jako nieszczęśliwy starzec.
- No, to ładna przyszłość mnie czeka - rzekł z goryczą. -A królowa?
- Biedna Ginewra wstąpi do klasztoru i umrze jako nieszczęśliwa stara kobieta.
Lancelot wyprostował nogę. Nie odezwał się ani słowem.
- Nie protestujesz? - zdziwiła się Julie -Nie krzyczysz? Nawet się ze mnie nie śmiejesz?
- Powinienem tak zareagować. Ale w twoich słowach jest coś, co mnie niepokoi.
- Bo mówię prawdę i w głębi duszy dobrze o tym wiesz. Nie zaprzeczył.
- Nie rozumiem, skąd masz takie wiadomości. Nikomu nie zdradziłem swoich uczuć do Ginewry. - Zamyślił się i mówił dalej, jakby sam do siebie: - Może to nie Ginewrę kocham? Może kocham ideał kobiety, który uosabia królowa? Nie żywą kobietę, tylko ideał.
- Tak nie wygląda prawdziwa miłość. Wierz mi, jestem znawczynią prawdziwej miłości.
- Naprawdę? - Odwrócił się do niej. Oparł ramię na skraju ławy, dotykając jej kostki. - Jak możesz być znawczynią prawdziwej miłości?
- Lancelocie, każda kobieta, która w moich czasach skończyła dwadzieścia lat, jest znawczynią prawdziwej miłości. W dwudziestym wieku wydaje się mnóstwo książek i czasopism, poświęconych właśnie miłości. Są też audycje radiowe i telewizyjne
wyłącznie na ten temat.
- Więc czerpiesz swoją wiedzą z ksiąg?
- Ha! Chciałabym. - Uśmiechnęła się i wzięła głęboki oddech. -Nie zliczę nawet, ile razy umawiałam się na pierwszą randkę albo przyjaciele załatwiali mi randki w ciemno. - Chciał jej zadać pytanie, ale zanim wydobył z siebie głos, uprzedziła jego wątpliwości.
- „Randka" to wyjątkowo perfidna tortura z drugiej połowy dwudziestego wieku. Przedtem nazywało się to „zaloty". To słowo brzmi o wiele przyjemniej, prawda?
- Czy randka jest bardzo przykra?
Słysząc te słowa, Julie musiała się uśmiechnąć.
- Czy przykra? Opowiedziałabym ci o szczegółach, ale jesteś tylko średniowiecznym rycerzem, przyzwyczajonym do takich miłych rzeczy, jak gwałtowna śmierć, rzezie i poważne okaleczenia fizyczne. Nie chcę, żeby zrobiło ci się niedobrze.
- Proszę, wytłumacz mi to.
- Zgoda. Większość moich randek to były tak zwane randki w ciemno.
- W sensie dosłownym?
- Nie. Jak mi się wydaje, nazwano je tak dlatego, że w większości przypadków byłoby lepiej, gdyby partnerzy rzeczywiście się nie widzieli.
- Ach! Chyba zaczynam rozumieć.
- Właśnie. Niestety, niektóre ludzkie doświadczenia mają wymiar uniwersalny.
- A więc ty również przeżyłaś bolesne rozczarowanie.
- Nie wiem, czy to było aż tak poważne - zaczęła, ale natychmiast zamilkła.
Jak mogła mu opisać ostatnie lata swojego życia? Była na kilkudziesięciu pierwszych randkach, na kilku drugich randkach i na niewielu trzecich. Poznawała sympatycznych mężczyzn, trochę mniej sympatycznych, czasami całkiem nieokrzesanych, a nawet kilku, którzy wydawali się tak samo zagubieni i samotni jak ona. Jednak nigdy nie odczuła tej iskry, dreszczu przejęcia, kiedy ich dłonie stykały się przelotnie. Nigdy nie zdarzyło się, żeby nie mogła oderwać spojrzenia od czyichś oczu.
Krótko mówiąc, nigdy nie spotkała kogoś takiego jak Lancelot.
- Tak, chyba przeżyłam rozczarowanie - przyznała w końcu. -Tylko nigdy tego nie zauważyłam.
- Jak mogłaś tego nie zauważyć? Dobry Boże, ja codziennie mam świadomość, że czegoś mi brakuje. Owszem, służę Arturowi, ale czasami ta misja wydaje mi się taka pusta. Jako człowiek chciałbym czegoś więcej. Chciałbym... - Chwycił ją za rękę, ale chyba zrobił to mimowolnie, odruchowo. - Chciałbym mieć jakiś punkt oparcia. Musi istnieć coś jeszcze, dla czego poświęcałbym życie, nie tylko dla siebie, Artura czy Camelotu. Musi istnieć coś
jeszcze.
- Jestem pewna, że istnieje - powiedziała cicho.
- Twierdzisz, że przybywasz z przyszłości.
Zaskoczona nagłą zmianą tematu, milczała przez chwilę.
- No, tak - przyznała w końcu.
- Chcesz mi powiedzieć, że za tysiąc lat rodzaj ludzki będzie się nadal borykał z takimi samymi podstawowymi kłopotami jak teraz?
- Ściśle mówiąc, za tysiąc pięćset lat.
- Za tysiąc pięćset lat - Lancelot mówił teraz głośniej - nadal będziemy samotni i nieszczęśliwi?
- Pewnie nie wszyscy.
- Nie. Nie wszyscy. Tylko tacy jak my.
- Nie wierzysz mi - stwierdziła.
- Lady Julio... - Poklepał japo dłoni i cofnął ramię. - Wydaje mi się po prostu, że do tego czasu ludzie z pewnością znajdą lekarstwo na swoje podstawowe bolączki. Nie wątpię, że za
półtora tysiąca lat wojna, głód, choroby, a przede wszystkim samotność bezpowrotnie odejdą w przeszłość. A może nawet o wiele wcześniej.
- Przykro mi, że burzę twoje marzenia, ale tak naprawdę, te problemy jeszcze bardziej się pogłębią. Wojna to nie będzie bitwa między dwiema grupami ludzi, ale masowa zagłada, wywołana naciśnięciem guzika. Miliony będą cierpiały, a reszta świata będzie to oglądać w telewizji. Ogólnie długość życia się zwiększy, ale ludzie będą umierali na straszliwe choroby, które teraz jeszcze nawet nie istnieją. I chociaż świat się zaludni, miasta staną się nieopisanie zatłoczone i trudno będzie znaleźć ustronne, spokojne miejsce, to nie zniknie samotność i rozpacz. - Łzy napłynęły jej do oczu. - Będzie o wiele, wiele gorzej, niż potrafisz to sobie
wyobrazić tutaj, w Camelocie. Nie masz o tym najmniejszego pojęcia, Lancelocie. I cieszę się z tego. Naprawdę. Na świecie jest tyle okropności. Tyle strasznych rzeczy.
Usiadł obok niej na ławie i wolno wziął ją w ramiona.
- Ciii, Julio. - Pogładził ją po głowie i odsunął włosy z czoła i ze skroni. - To tylko sen. Po prostu koszmarny sen.
- Wcale nie! Czy ty nic nie rozumiesz? Wszystko, co się w przyszłości zdarzy, ma swoje korzenie tutaj, w Camelocie! Ból, nieszczęścia i klęski zaczynają się od ciebie i od Ginewry.
- Biedna Julia - wyszeptał współczująco, kołysząc ją łagodnie w ramionach, jakby była dzieckiem. Jego wielkie męskie dłonie były zadziwiająco delikatne. - Jakże wielkie brzemię musisz dźwigać.
- Nie uwierzyłeś w ani jedno moje słowo, prawda? Świetnie! W takim razie, pozwól, że o coś cię zapytam. - Odchyliła się w tył i spojrzała mu prosto w oczy. Wokół panował półmrok, a napływające pod powieki łzy przesłaniały jej widok, więc nie potrafiła odczytać wyrazu twarzy Lancelota. - Czy nie wydaje ci się raczej dziwne, że tyle o tobie wiem? Nie tylko o tym, co zrobiłeś. Znam twoje myśli i pragnienia.
- Prawdę mówiąc, nie dziwi mnie to zbytnio. To zapewne tylko kobieca intuicja. Nauczyłem się nie lekceważyć kobiecych możliwości.
- To nie jest tylko kobieca intuicja. Próbuję cię ostrzec. Mam szansę nie tylko na to, żeby ocalić ciebie, ale i swoją własną przyszłość. Może właśnie dlatego się tu znalazłam.
- Wydaje ci się więc, że z milionów ludzi, którzy żyją w twoich czasach, właśnie ty...
- Z miliardów - poprawiła go. - W moich czasach na Ziemi żyją miliardy ludzi.
- Przepraszam za pomyłkę. A więc, z tych miliardów ludzi, ze wszystkich uczonych, medyków, teologów i królów, właśnie ty zostałaś w jakiś sposób wybrana jako najlepsza z możliwych osób, która byłaby zdolna ocalić świat?
- No, cóż... - Oparła się o niego. - Rzeczywiście, kiedy tak to ujmiesz, wydaje się trochę naciągane. - Miło było tak siedzieć, czuć ciepło i siłę jego ciała. - W takim razie, nadal się zastanawiam, dlaczego w ogóle się tutaj znalazłam.
- Może po to, żeby mi pomóc.
Odsunęła się i spojrzała na niego z namysłem.
- A więc z miliardów ludzi, którzy kiedykolwiek żyli lub będą żyć, właśnie do ciebie przybył ktoś z przyszłości, żeby ci pomóc?
Uśmiechnął się.
- Cóż mogę odrzec na takie słowa? Może rzeczywiście odpowiedź na to pytanie wymaga dłuższego zastanowienia? Julie zamknęła oczy i pozwoliła sobie cieszyć się tym, że ktoś
ją czule obejmuje, ktoś o nią dba - nawet jeśli miało to trwać tylko krótką chwilę. Mimo że znalazła się na obcej ziemi, w odległych czasach, sama bliskość Lancelota sprawiała, że była
niemal szczęśliwa.
- Jesteśmy do siebie tacy podobni - powiedział, gładząc ją po ramieniu. - Żadne z nas nie znalazło tego, czego szukaliśmy.
- A czego szukaliśmy?
Zaśmiał się cicho i potrząsnął głową.
- To też jest część naszego problemu. Sami tego' nie wiemy, Julio. Nie wiemy dokładnie, czego szukamy. Możemy tylko mieć nadzieję, że jeśli na to coś w życiu natrafimy, będziemy wystarczająco spostrzegawczy, żeby to rozpoznać. Miał rację. Kiedy wypowiedział te słowa, Julie natychmiast sobie uświadomiła, że ona także całe życie szukała. I ona również, tak samo jak on, nie miała pojęcia, jak się te poszukiwania zakończą.
Zastanawiała się nad tym, senna i zadowolona, a on nadal gładził rytmicznie i delikatnie jej ramię, a potem szyję. Lekko przesunął palcem po obojczyku i nagle Julie poczuła, że wcale
nie jest już senna.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
El.
Komandos
Komandos


Dołączył: 16 Sie 2008
Posty: 679
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 20:54:37 03-01-09    Temat postu:

Cztery odcinki w jednmym dniu! Mile mnie zaskoczyłaś.Nie lubie Malverna.Artur sie dovwiedział o zdradzie Ginewry.Ach Camelot- jak ja chciałabym się tu znależć.I już wiem jak prawdopodobnie Julie do niego przybyła..
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maite Peroni
Idol
Idol


Dołączył: 03 Kwi 2008
Posty: 1320
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 21:03:15 03-01-09    Temat postu:

Odcinek 12
Każdy nerw ciała Julie obudził się z uśpienia, kiedy palec Lancelota przesuwał się po jej szyi. Odwróciła ku niemu głowę. Wstrzymała oddech, kiedy jego usta odnalazły jej wargi i spoczęły na nich, z początku lekko, jak nieśmiało rozwijający skrzydła motyl. Dotknęła jego policzka, wyczuła szorstki zarost i jedwabiste włosy. Jęknął i przyciągnął ją bliżej, nadal delikatnie. Jednak budziło się już w nim jakieś nowe uczucie, nieznane i niemal groźne.
Objął ją ramieniem, przycisnął dłoń do jej pleców, a ona przytuliła się do niego, wyczuwając twardość mięśni. Lekki pocałunek zmienił się w coś bardziej intymnego, namiętniej szego,
kiedy Lancelot delikatnie rozchylił jej wargi.
Nagle się odsunął. Oddychał spazmatycznie, oczy miał zamglone i spoglądał gdzieś w bok.
- Wybacz mi, Julio - wychrypiał.
Była zbyt oszołomiona i rozkojarzona, żeby znaleźć słowa.
- Ja... proszę...
Na chwilę pochylił głowę, potem spojrzał na Julie. Oczy znów miał jasne i przejrzyste.
- Przepraszam, lady Julio. Nie było moim zamiarem cię wykorzystać. Na ustach wciąż czuła ciepło i namiętność jego pocałunku.
Próbowała się uśmiechnąć.
- Może to ja zamierzałam wykorzystać ciebie -wyznała, zanim zdała sobie sprawę z tego, co mówi.
Odetchnął głęboko i roześmiał się.
- Ach, lady Julio. Jaka szkoda... - zaczął, ale przerwał.
Chodź. - Wstał, podniósł ją z ławy i po chwili ostrożnie postawił na kamiennej podłodze, która już nie wydawała się taka zimna i twarda. - Zaprowadzę cię do twojej komnaty.
Zrobił kilka kroków, zatrzymał się i zwrócił do Julie. Zobaczyła jego uśmiech i poczuła, że coś w niej zadrżało, obudziło się jakieś ciepło. Bez słów wyciągnął rękę, a ona ją ujęła. W jego uścisku dłoń Julii wydawała się tak mała i krucha. Nacisnął kciukiem jej nadgarstek. Razem weszli po schodach i Lancelot poprowadził ją do komnaty, którą już znała.
Ku swojemu wielkiemu rozczarowaniu, a trochę i uldze, zostawił ją tam samą. Ułożyła się na posłaniu, chociaż wiedziała, że sen tak łatwo nie przyjdzie.
Poranne słońce wstało nad królestwem, oświetlając jego skrzące się kamienne mury, omywając kolorowe kwiaty, niosąc ze sobą świeżość i ciepło. Wszyscy powoli budzili się ze snu, kobiety zamiatały i tak nieskazitelnie czyste chodniki, przekupnie wytaczali stragany, zaspane dzieci wyciągały ramiona nad potarganymi główkami. Zaczynał się nowy dzień.
Król spoglądał przez okno na wspaniałość Camelotu. Było to przecież jego dzieło, jeśli w ogóle jakakolwiek kraina może być ukształtowana i pilnowana ręką jednego człowieka. Jak
okiem sięgnąć, widział owoce swojego trudu. Każde drzewo i kwiat, każdy dom, ścieżka i droga, a przede wszystkim ludzie wszystko to było pielęgnowane i doglądane osobiście przez
Artura.
Potarł czoło u nasady nosa. Minionej nocy nie spał wiele. Nękały go niespokojnie myśli, a żona, wyczuwając jego niepokój, namawiała go, żeby powiedział, co go gnębi.
I po raz pierwszy w ich małżeństwie zdarzyło się, że nie zdradził jej swoich myśli. Zachował dla siebie zmartwienie. No bo jak mógł wyznać Ginewrze, że już nie jest jej pewny, że po raz
pierwszy odczuł ukłucie czegoś tak nieprawdopodobnego i ohydnego, że nie był w stanie wypowiedzieć myśli, które przychodziły mu do głowy?
W takich wypadkach, kiedy coś go trapiło, żona zawsze była dla niego źródłem pocieszenia i mądrości. Ale nie tym razem. Nie w tej sytuacji.
- Panie. - Głos rozbrzmiewał gdzieś za jego plecami. Król nie musiał się odwracać. Wiedział, kto to mówi.
- Malvern. Nie słyszałem, kiedy wszedłeś.
- Pukałem kilka razy, panie, ale ty nie odpowiadałeś.
Król nie odchodził od okna. Poniżej, na drzewie, śpiewał ptak, przeskakując z gałęzi na gałąź.
- Muszę w tobą pomówić w bardzo ważkiej sprawie. - Malvern obserwował plecy swojego władcy; król stał sztywno wyprostowany, a dłonie o szlachetnym kształcie splótł za sobą.
Rycerz wahał się tylko chwilę. Kiedy wypowie słowa, które tak starannie obmyślał, nie będzie mógł ich wycofać. Ta rozmowa była ważniejsza niż wczorajsza, kiedy to ostrożnie badał grunt. Teraz jest właściwy moment. Jego złota szansa, na którą od dawna
czekał. Los się do niego uśmiechnął.
Odchrząknął. Wyuczone na pamięć słowa należało wypowiedzieć z odpowiednią elegancją.
- Panie - zaczął. Był zadowolony z brzmienia swojego głosu.
Czasami pojawiały się w nim piszczące, nieprzyjemne tony, które denerwowały nawet jego samego. Jednak nie teraz. Ciągnął z większą pewnością siebie: - Panie, muszę pomówić z tobą o bardzo ważnej sprawie.
- Mów, Malvernie, słucham cię.
Rycerz siłą woli powstrzymał gniew, jaki wzbudził w nim niedbały ton Artura. Nie mógł pozwolić, żeby nerwy odebrały mu panowanie nad sobą. Wziął głęboki oddech.
- Panie, sądzę, że zauważyłeś, jak królowa zareagowała na powitanie Lancelota wczoraj, podczas uczty?
Król podszedł bliżej okna i wolno oparł dłoń nie nierównym szkle. Malvern nie widział, że szczęki Artura zacisnęły się, a oczy zwęziły.
- Słuchasz mnie, panie? Ta sprawa ma bardzo wielkie znaczenie dla pomyślności całego królestwa.
- Słucham cię. Mów dalej.
Rycerz przełknął ślinę. Czy król naprawdę uważnie go słuchał? Trudno mu było to poznać, ale ciągnął swój wątek:
- Cały dwór mówi o rumieńcu, jakim zalała się królowa, kiedy Lancelot jej dotknął. A przecież to było tylko dotknięcie. Oczywiście, taki gest jest bardzo intymny. Jak sam widziałeś, panie, Lancelot przytknął usta do delikatnego nadgarstka królowej. Niektórzy twierdzą, że widzieli, jak dotykał jej tam językiem, ale ja nic takiego nie zauważyłem. Stałem trochę z boku, ale jednak... Nieważne. A królowa zareagowała jak zadurzony podlotek! Cały
dwór aż wrze! Ludzie mówią tylko o tym. Rzecz jasna, nie była to prawda. Malvern jednak wiedział, że król nikogo o to nie zapyta, a nawet jeśliby to zrobił, nawet najbardziej szczere i stanowcze zaprzeczenie zostałoby uznane za coś wręcz przeciwnego. Nie, Malvern mógł bezpieczne zmyślać dalej.
Król milczał.
Rycerz czekał na atak gniewu, na jakiś wybuch uczuć, na dziką furię, jego władca jednak nie reagował.
Teraz Malvern się zaniepokoił. A co będzie, jeśli ta sprawa nie poruszy Artura? Może miłość między królewską parą dawno już wygasła, a Malvern, jak zwykle, dowiaduje się o tym
ostatni?
Jakie to typowe, pomyślał. Takie typowe! Właśnie dlatego musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Jeśli on nie zmieni tej niesprawiedliwej sytuacji, to któż inny zrobi to za niego?
Król nadal nie okazywał żadnych oznak wzburzenia. Malvern musiał coś wymyślić, i to szybko. Natychmiast. Nie było czasu do stracenia. Król nie poświęci mu wiele więcej czasu. I tak już wdarł się bez zaproszenia do królewskiej komnaty. Draga taka okazja może mu się nigdy nie trafić.
- Skończyłeś, Malvernie?
- Nie! Nie, panie!
Król nic nie odpowiedział, tylko czekał, nadal zwrócony plecami do rycerza. Malvern powiedział to, co pierwsze przyszło mu do głowy.
- Lancelot zamierza strącić cię z tronu!
Artur bardzo wolno się odwrócił.
- Coś ty powiedział?
No tak, stało się. Jedno niewłaściwie słowo, błędna myśl i całe życie Malverna legło w gruzach. Wykryte kłamstwo sprowadzi na niego hańbę, wygnanie, a może nawet śmierć.
Zbierając w sobie wszystkie siły, jakie mu jeszcze pozostały,
zaczął:
- Słyszałem różne pogłoski. Lancelot próbuje zebrać armię i przejąć władzę w Camelocie. Jego celem jest zdobycie królowej i korony za jednym zamachem.
-Z kim się kontaktował, przygotowując ten plan?- Król mówił tak spokojnym i obojętnym głosem, jakby prosił o podanie kubka wody.
- Rozmawiał z wieloma rycerzami, panie. - Malvern uświadomił sobie, że król będzie chciał wydobyć z niego więcej wiadomości. Z trudem opanowywał drżenie głosu.
- Czy zwracał się również do ciebie?
- Tak, tak. Zwracał się, trzy razy.
- Czy znasz imiona innych rycerzy?
O, to było podchwytliwe pytanie. Malvern musiał powiedzieć nie, ale żeby zabrzmiało to tak, jakby wiedział o wiele więcej, niż mówi. Musiał się postarać, żeby król uznał go za nieocenionego sojusznika. To było to! Tylko on mógł w zaufaniu dostarczać królowi takich wiadomości!
- Imiona innych rycerzy? - Rycerz zmarszczył czoło, udając, że namyśla się głęboko. - Lancelot mi je powiedział, ale wybacz mi, panie, byłem tak oburzony i wstrząśnięty, że wszystkie wyleciały mi z głowy. Nie potrafię ich sobie teraz przypomnieć.
- Dziękuję ci, Malvernie, za te wiadomości. Gdybym cię jeszcze potrzebował, każę przesłać ci wiadomość. Życzę ci miłego dnia.
To wszystko?
Król znów odwrócił się do okna.
- Panie, nalegam, żebyś niezwłocznie...
- Zegnam cię! - rzucił Artur.
Nigdy przedtem Malvern nie słyszał, żeby król mówił takim nieprzyjemnym tonem. Rycerz zaczął cofać się ku wyjściu. Zastanawiał się, czy to przekazane mu przed chwilą wiadomości tak zdenerwowały władcę.
A może król rozgniewał się na Malverna? Czyżby przejrzał jego intrygę?
Rycerz wyszedł z komnaty tak cicho, jak tylko potrafił, niepewny i przerażony.
Wciąż jeszcze był wczesny ranek. Zamek do końca nie otrząsnął się ze snu, nocni strażnicy skończyli właśnie wartę, zastępowali ich nowi. Młoda służąca - chyba od niedawna pracująca
na zamku- ze skupioną miną pośpiesznie niosła gdzieś srebrny dzban.
Myśl, nakazał sobie w duchu Malvern, przemierzając korytarz. Myśl!
Po drodze natrafił na osobistą komnatę Artura. Młoda służąca z dzbanem chyba wyszła właśnie stąd. W tej komnacie król zazwyczaj sypiał, ale tego ranka wyglądała tak, jakby nikt w niej nie nocował.
Tylko raz zerknę do środka, przyrzekł sobie w duchu Malvern. Co za przepych! Chociaż w komnacie stało niewiele sprzętów, wszystkie były wykwintne, przepiękne. Komnata godna
męża.
Nie. Coś więcej niż to. Komnata godna króla. Rycerz już miał wyjść, gdy nagle coś przyciągnęło jego wzrok. Był to miecz Excalibur.
Dlaczego znajdował się w prywatnej komnacie Artura? Zwykle magiczny miecz spoczywał bezpieczny w zamknięciu. Malvern nigdy jeszcze nie znalazł się sam na sam z tym magicznym przedmiotem o wielkiej sile. Ten miecz, ta zaklęta broń była kluczem do Camelotu.
Miecz króla Artura. Spojrzeć na niego z bliska...
Przy rękojeści leżał kawałek materii. Ach, więc to dlatego. Król nie spał w nocy, tylko czyścił swój ukochany miecz tą miękką materią. Klejnoty kusząco błyszczały przed oczami Malverna, jakby do niego mrugały.
Jaką wartość miał ten przedmiot? Jej wyliczenie było absolutnie niemożliwe. Już sam materiał, z którego go wykonano, był niemal bezcenny. A do tego zaklęta w nim moc, jego tajemnicze dzieje, miłość Artura... no, tak. Tylko Ginewra miała w oczach króla większą wartość.
Co by począł bez swojego miecza? Jak wyglądałby król bez Excalibura?
Malvern nie myślał. Kierowany odruchem, po prostu chwycił miecz i owinął go w leżący przy nim kawałek materii. W korytarzu nie było nikogo, więc rycerz przyśpieszył kroku. Szybko. Musiał jak najszybciej wydostać się z zamku.
Zaczął biec i zdyszany, w końcu stanął pod murami. Serce ze strachu łomotało mu w piersi jak oszalałe. Oparł się o pień starego drzewa.
- Co ja najlepszego zrobiłem? - wymamrotał. Dolna warga zaczęła mu dygotać. Myśl, rozkazał sobie. Teraz musi coś zrobić. Ale co? Musi pozbyć się miecza. Musi...
Nagle go olśniło. Ależ oczywiście! Spłynął na niego dziwny spokój. Całe ciało, wszystkie kończyny rozluźniły się. W głowie już rodził się podstępny plan.
Pomysł był po prostu doskonały. Że też wcześniej nie przyszło mu do głowy to błyskotliwe rozwiązanie. Oto klucz do jego przyszłości. Staranniej zawinął miecz w materię, chociaż miał ochotę wyjąć go z ukrycia i ucałować tę cudowną broń.
Nie teraz. Ale już niedługo. Niedługo.
Wyprostował się i ruszył wolnym, zdecydowanym krokiem. Dobrze wiedział, gdzie idzie. Już nie miał wątpliwości, co musi dalej zrobić.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maite Peroni
Idol
Idol


Dołączył: 03 Kwi 2008
Posty: 1320
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 21:13:28 03-01-09    Temat postu:

Odcinek 13
Poranek był cudowny.
Julie rozluźniła jedwabną wstążkę pod szyją, ozdabiającą dekolt nocnej koszuli, którą wręczył jej Lancelot po tym, jak przyprowadził ją do tej komnaty. Wysunęła się z łóżka i szeroko
rozłożyła ramiona, jakby chciała objąć i ucałować cały świat.
Właśnie tak się czuła. Okrągłe słońce wisiało na lazurowym niebie, wszędzie unosił się zapach wiosny i nigdy jeszcze nie czuła się tak pełna życia.
W rogu komnaty, na krześle, leżała starannie złożona kolejna suknia. Jak się tam znalazła?
Pewnie w taki sam sposób, w jaki Lancelot darował jej nocną koszulę i zieloną suknię i w jaki ona trafiła do Camelotu.
Niewątpliwie te same cuda sprawiły, że znalazła się w ramionach Lancelota. Wszystko wokół było cudowne, niesamowite i zaczarowane. Z trudem się powstrzymała, żeby z radości nie zacząć wirować po całym pokoju jak dziecko.
W podskokach podbiegła do krzesła. Nowa suknia była niebieska, dokładnie w takim samym odcieniu jak niebo za oknem. Miała głęboko wycięty, kwadratowy dekolt i długie rękawy, z bułkami u nasady, spod których wypływały wdzięczne fałdy w nieoczekiwanie pięknym, żółtym kolorze.
- Wygląda tak jak słońce na niebie. - Julie westchnęła, wpatrując się w cudowne barwy. Szerokie rękawy i skraj dekoltu obszyto jedwabnymi wstążkami. Choć wydawało się to prawie niemożliwe, ta suknia była jeszcze piękniejsza od poprzedniej, zielonej.
Kiedy ją włożyła, okazało się, że doskonale układa się na jej figurze, a lustro powiedziało Julie to, co i tak sama już wiedziała.
Ale tym razem zauważyła coś jeszcze. Cerę miała kwitnącą, chociaż był to wczesny ranek, nie była wcale umalowana i miała za sobą niemal bezsenną noc. Oczy wydawały się wyrazistsze, roziskrzone. Czy jej usta zawsze były tak pięknie wykrojone i miały tak cudowną różową barwę? Dotknęła skóry, potem włosów, miękkich i błyszczących.
Nie obchodziło jej wcale, czy te zmiany naprawdę zaszły, czy są tylko subiektywnym wrażeniem, wywołanym przez nieoczekiwane szczęście.
Wyszła z komnaty i ruszyła schodami w dół, po raz pierwszy uważnie przyglądając się domowi Lancelota. Był czysty, urządzony z prostotą i niemal całkowicie pozbawiony indywidualnego charakteru. Nie dostrzegła nic, co zdradziłoby jej cokolwiek na temat charakteru człowieka, który tutaj mieszkał.
Dom był pusty, ale w głównej komnacie, na prostym stole, piętrzyły się bochenki chleba i bułki, okrągłe i prostokątne. Wzięła jedną z nich i zaczęła się rozglądać.
Chociaż dzień był piękny, nie potrafiła całkowicie zapomnieć o rozmowie z Lancelotem. Nie wierzył jej, przynajmniej nie do końca. Nie była w stanie go przekonać, że przybyła z przyszłości. Co gorsza, zaczynał dopiero mgliście rozumieć, jakie niebezpieczeństwa
niesie ze sobą jego flirt ż Ginewrą.
- Muszę to przerwać - powiedziała. Oderwała kęs bułki i przełknęła, tylko mgliście uświadamiając sobie jej wyborny smak.
Ale jak? Jak może zwykła kobieta, średniowieczny odpowiednik pracującego bez zapłaty praktykanta, wywrzeć wpływ na kogoś takiego jak Lancelot? Próbowała rozmówić się z nim poważnie, ale jej wysiłki skończyły się całkowitym niepowodzeniem. Gdyby tylko kogoś tutaj znała. Gdyby znalazł się ktoś, komu mogłaby zaufać.
Nagle jasno sobie uświadomiła, że ktoś taki istnieje: Merlin.
Chociaż rozmawiali zaledwie raz, wiedziała, że jeśli wszystko mu jasno i szczegółowo wytłumaczy, mędrzec zrozumie, jak ważne jest, żeby poświadczył przed Lancelotem prawdziwość jej słów. Potem wszystko potoczy się dobrze. Przecież nie może być
inaczej.
Zastanawiała się, jak odnaleźć starca. Musi mieszkać gdzieś w okolicy. Może jest tu jakiś dom spokojnej starości dla emerytowanych czarowników. Może wystarczy, że wyrecytuje jakieś zaklęcie, a Merlin zjawi się znikąd w obłoku wielobarwnego dymu. A może trzeba tylko zamknąć oczy i stuknąć obcasem o obcas?
- Chyba zwariowałam - powiedziała głośno. I zaraz roześmiała się, bo jej niedorzeczne myśli nie były bardziej szalone niż to, że kobieta robiąca karierę w agencji reklamowej, mieszczącej się przy Madison Avenue w Nowym Jorku, zrobiła sobie niespodziewaną wycieczkę do królestwa Camelotu. Zaczęła się śmiać głośniej, wyobrażając sobie, jak taka wiadomość wyglądałaby na notatce służbowej.
Tak, najwyraźniej zaczynała dostawać kręćka.
Wzięła sobie jeszcze jedną bułkę i wyszła przed dom. Wciągnęła w płuca balsamiczne powietrze i zapach dziwnych, niebieskich róż, pnących się po ścianie domu Lancelota. Chociaż przed domem nie było ogrodu, żadnego kawałka gruntu, który miałby spełniać
tę rolę, to cała okolica wydawała się rozległym, przepięknie rozplanowanym parkiem.
- Witam, lady Julio - usłyszała młody męski głos.
Odwróciła się i zobaczyła chłopca, chyba piętnastoletniego. Wydawał się jej dziwnie znajomy.
- Witam- odrzekła. - Przepraszam, ale nie pamiętam, jak ci na imię.
- Wiem. Tutaj trudno się we wszystkim połapać. Jestem Nathan.
Miał ciemne włosy i piegi. Im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej wydawał się znajomy. Może widziała go na uczcie albo kiedy szła ulicami?
- Jak ci się podoba w Camelocie? - zapytał Nathan, wpychając sobie do ust garść malin.
- Bardzo mi się tu podoba, dziękuję. Ja też mam do ciebie pytanie. - Starała się, żeby jej głos zabrzmiał tak lekko, jak to tylko możliwe. - Może przypadkiem wiesz, gdzie mieszka Merlin?
Chłopiec skinął głową.
- Idź ścieżką, która biegnie za murami zamku. Zaprowadzi cię prosto do jego domu.
- Dziękuję, Nathanie.
- Ależ nie ma za co, lady Julio. - Potem uśmiechnął się psotnie i dodał: - Żegnaj, piękna damo. Automatycznie odpowiedziała:
- Żegnaj, szlachetny rycerzu. - Nathan zniknął w zaroślach, zanim zdążyła coś jeszcze powiedzieć. - Hej! Zaczekaj chwilę!
Jego jednak już nie było.
Czy to możliwe? Młody człowiek wyglądał zupełnie jak Nathan, siostrzeniec Peg Reilly z Long Island. Jednak tutaj nie miał dziesięciu lat, tylko co najmniej piętnaście lub szesnaście.
To zupełna niedorzeczność. Gorzej niż niedorzeczność. To jakieś szaleństwo. A najdziwniejsze było to, że to niedorzeczne szaleństwo, ten ciąg dziwacznych, nie powiązanych ze sobą zdarzeń wydawał się całkiem sensowny i logiczny, jeśli spojrzało
się na niego jak na całość.
Julie potarła skronie i postanowiła się nad tym nie zastanawiać. Wszystko to było takie niewiarygodne, takie skomplikowane.
Postanowiła, że zamiast dumać nad dziwacznościącałej tej sytuacji, zrobi coś rozsądnego.
Udała się na poszukiwanie czarownika Merlina.
Była tak zajęta obmyślaniem tego, co powie mędrcowi i jak się zachowa podczas tej ważnej wizyty, że nie zauważyła człowieka, który czekał, aż odejdzie spod domu Lancelota. Ukryty w zaroślach, śledził każdy jej ruch.
Czekał.
Tak jak mówił Nathan, nie sposób było nie trafić do domu Merlina. Był to jedyny dom w całym królestwie, który nadawał się wyłącznie do natychmiastowego remontu generalnego.
Julie poszła ścieżkąbiegnącą wokół zamku. Po drodze zauważyła sad brzoskwiniowy.
Zeszła z niewielkiego wzniesienia i ujrzała to, czego szukała, dom Merlina. Natychmiast go rozpoznała. Dach pochylał się pod dziwnym kątem, jakby lada chwila miał się zawalić, a wielkie kawały tynku odpadły od ścian, obnażając drewniane elementy konstrukcji. Całość robiła bardzo nieporządne wrażenie. Inną wskazówką, że mieszka tu czarownik, był prosty napis, który głosił: „Dom Merlina".
Potknąwszy się o obluzowany kamień brukowy, Julie skierowała się do drzwi, które wyglądały tak, jakby zaraz miały wypaść z zawiasów. Zanim jeszcze przed nimi stanęła, otwarły się na oścież.
- Spodziewałem się ciebie - oznajmił Merlin. - Proszę wejść, panno Gaffney. A może wolisz, żeby się do ciebie zwracać „lady Julio"? Nie ustaliliśmy tego podczas wczorajszej rozmowy.
- No... Wszystko jedno. To znaczy, dziękuję za zaproszenie. Merlin był ubrany w brązową szatę, tę, w której przyszedł na ucztę, chyba że miał kilka takich samych strojów, identycznie
zniszczonych i poplamionych. Nie było to tak całkiem wykluczone.
- Jaka piękna suknia - pochwalił Merlin, kiedy Julie weszła do domu.
Uśmiechnęła się, gorączkowo myśląc, jak najzręczniej skierować rozmowę na temat Lancelota. Czy powinna mówić bez ogródek? A może najpierw rozpocząć rozmowę o czymś innym?
Czarownik odpowiedział na jej uśmiech uśmiechem, pokazując nierówne żółte zęby, a Julie poczuła, że zna go od wieków. Nie miała szans, żeby odezwać się pierwsza.
- Wiem, po co tu do mnie przyszłaś- oświadczył i zrzucił jakieś papiery z obitego czerwonym płótnem stołka, żeby mogła na nim usiąść. Izba była niska i ciemna; kurz wirował w kątach,
a wyblakła papuga skrzeczała pod ścianą, rozrzucając ziarna po całym pokoju. - To jest Charo - wyjaśnił Merlin, wskazując głową na ptaka.
- Charo? - powtórzyła Julie z niezbyt rozgarniętą miną.
- Tak. A teraz przejdźmy do rzeczy. - Mówił ze zdecydowanie angielskim akcentem, prosto z Królewskiej Akademii Szekspirowskiej. Brzmiał bardziej brytyjsko, niż ktokolwiek, kogo Julie w życiu widziała, z wyjątkiem aktorów występujących w sztukach Noela Cowarda. - Martwisz się o swojego rycerza. I masz rację, bo są powody do niepokoju. Tym razem nie była zdziwiona, że tak bezbłędnie odgadł, dlaczego tutaj przyszła.
- Tak, martwię się. Boję się, że Lancelot ściągnie na siebie kłopoty, poważne kłopoty.
- Właśnie.
Przez dłuższą chwilę stali, spoglądając sobie w oczy. Charo rozrzuciła po izbie jeszcze kilka ziaren. Potem Merlin potarł dłonie.
- No, cóż. Wystarczy na dzisiaj. Wybacz mi, ale mam kilka pilnych spraw do załatwienia. Mam nadzieję, że sama trafisz do wyjścia.
Z tymi słowy podszedł do wielkiego stołu, na którym piętrzyły się papiery, a wśród nich stały szklane naczynia. W niektórych, ustawionych nad niewielkimi niebieskimi płomieniami, bulgotały jakieś podobne do rozgrzanej lawy substancje, inne były wypełnione cieczami, przejrzystymi lub w pastelowych kolorach. Stał tam też duży kosz z piórami. Merlin wrzucił dwa do niebieskiego płynu i nad jego głową wykwitł obłok dymu w kształcie grzyba.
- Przepraszam, co powiedziałeś? - zapytała Julie.
Merlin podskoczył.
- Słucham?
- Czy możemy jeszcze trochę porozmawiać?
- Nie trzeba, nie trzeba. Wszystkiego się sama domyślisz, moja droga. Rozwiązanie przyjdzie do ciebie samo.
- Skąd wiesz?
Pochylony nad stołem, nic nie odpowiedział. Wsunął na swój kartoflowaty nos dziwaczne okulary. Julie widywała takie w sklepach ze śmiesznymi rzeczami. Zamiast szkieł miały spirale. Jednak Merlin pracował w nich w wielkim skupieniu, jakby rzeczywiście mu pomagały.
- Dlaczego się tutaj znalazłam, Merlinie?
Nie podniósł wzroku i już miała powtórzyć pytanie, kiedy się odezwał:
- Jesteś tutaj, ponieważ chciałaś się ode mnie czegoś dowiedzieć. To proste.
- Ależ nie. Chodzi mi o to, dlaczego znalazłam się w Camelocie. Wolno uniósł głowę, zdjął okulary i kilka razy zamrugał, zanim się odezwał.
- Odpowiedź tkwi w tobie samej, moja droga. Zawsze tam była. Tylko ty na razie nie potrafisz jej zrozumieć. Pomyślała o minionej nocy, o czasie, który spędziła w towarzystwie
Lancelota. Co się z nią działo? Co się działo między nimi? A co będzie, jeśli nagle zostanie usunięta z Camelotu, w taki sam szybki i tajemniczy sposób, w jaki tutaj przybyła?
- Proszę, Merlinie. Tylko ty możesz mi pomóc przekonać Lancelota, żeby postępował rozważnie. On nie wierzy, że grozi mu poważne niebezpieczeństwo. Ani z powodu jego flirtu z królową, ani z jakiegokolwiek innego powodu.
- Obawiam się, że już niedługo przekona się o tym na własnej skórze.
- Ale jeśli pójdziesz ze mną, wyjaśnisz, skąd i z jakich czasów przybyłam, i przekonasz go, że moje ostrzeżenia nie są wymysłem osoby niespełna rozumu, to będziemy mieli szansę, żeby go ocalić, żeby ocalić Camelot!
- Wymysł osoby niespełna rozumu, powiedziałaś? Interesujące, moja droga. Chyba nigdy nie myślałem o sobie jako o człowieku niespełna rozumu, chociaż, być może, nie wszyscy by się w tej sprawie ze mną zgodzili.
Julie znów nie wiedziała, o czym dokładnie mówi czarownik, ale nalegała dalej:
- Pomożesz mi więc?
Znów zamrugał.
- W czym mam ci pomóc?
- Czy pomożesz mi wytłumaczyć Lancelotowi, dlaczego się tutaj znalazłam?
- A dlaczego się tu znalazłaś?
- Słucham?
- Pytam, dlaczego się tutaj znalazłaś.
- Żeby cię zapytać o Lancelota!
- Nie, nie. Chodzi mi o to, dlaczego przybyłaś do Camelotu.
Całą siłą woli powstrzymała się, żeby z rozpaczy nie unieść ramion.
- Właśnie to sama bardzo bym chciała wiedzieć!
- Naprawdę? No, to rzeczywiście jest się nad czym zastanawiać.
- Czy wiesz, dlaczego tutaj trafiłam, do Camelotu? Czy to ze względu na mnie, czy na Lancelota? A może jest jakiś inny powód? Cienkie wargi starca wykrzywiły się lekko w grymasie, trochę przypominającym uśmiech. Niespodziewanie zniknął gdzieś roztrzepany
czarownik i Julie niemal cofnęła się o krok, ponieważ nagle poczuła wielką siłę, bijącą od tego człowieka.
- Znam odpowiedzi na wszystkie twoje pytania, lady Julio. Jednak ty musisz sama znaleźć na nie odpowiedź. To dla ciebie jedyna możliwość, żeby się czegoś dowiedzieć.
Fragmenty obrazów zawirowały jej w głowie, jak rozrzucone na podłodze fotografie. Zobaczyła swoją dłoń, spoczywającą na ramieniu Lancelota, wyraz jego twarzy, kiedy stał tak blisko niej, że czuła jego ciepło. Obrazy zmieniły się w uczucia, we wspomnienie dotyku jego skóry, oddechu, owiewającego jej ucho i burzliwych emocji, jakie jąpóźniej ogarnęły. Z trudem przełknęła ślinę i znów spojrzała na Merlina.
- Znasz odpowiedzi, moja droga. Musisz tylko odkryć właściwe pytania.
Potem czarownik wrócił do stołu, znów wsunął na nos okulary i ponownie zabrał się do pracy. W ten sposób dał do zrozumienia, że to koniec wizyty. Miała teraz więcej pytań niż na początku rozmowy.
- Dziękuję - powiedziała Julie słabym głosem. - Nie przeszkadzaj sobie, wyjdę sama.
Charo zaskrzeczała i rzuciła przed siebie odprysk drążka, na którym siedziała. Julie cofała się do drzwi. Nagle rozległ się jakiś wysoki dźwięk, jakby gdzieś zaczął dzwonić telefon, ale ona
prawie tego nie zauważyła. Na zewnątrz nadal panowała wspaniała pogoda, chociaż jej zupełnie to nie obchodziło.
Zaczęła sobie uświadamiać, że chociaż Camelot jest niewątpliwie cudownym miejscem, to jego najbardziej godnym uwagi elementem jest Lancelot. Nie był to człowiek, który robiłby cokolwiek połowicznie. Wszystkiemu, czego się podjął, poświęcał się całkowicie.
Tylko takie działanie dawało mu satysfakcję.
Niewykluczone, że bez względu na to, co Julie powie lub zrobi, nadal będzie bez opamiętania dążył ku katastrofie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maite Peroni
Idol
Idol


Dołączył: 03 Kwi 2008
Posty: 1320
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 21:28:12 03-01-09    Temat postu:

Odcinek 14
Kiedy tylko postawiła stopę za progiem domu Lancelota, od
razu wiedziała, że on tu jest. Pustka, która ją ogarnęła rano, zniknęła. W całym domu czuło się obecność Lancelota; wypełniała każde pomieszczenie, każdy kącik.
- Julio?
Jego głos owionął ją jak podmuch chłodnego wiatru, dodawał energii, uderzał do głowy. Gdy Lancelot ukazał się na schodach, Julie zachwiała się i musiała dla równowagi oprzeć się o ścianę.
Czy ten mężczyzna istnieje naprawdę?
- Witaj. - Jej głos był równie chwiejny jak ona.
- Dobrze się czujesz?
- Tak, tak. Nic mi nie jest.
Miał na sobie kolejną niebieską tunikę. Ta jednak była bardziej dopasowana i doskonale podkreślała zalety jego sylwetki. Biło od niego coś jeszcze, coś nie całkiem z tej ziemi, co sprawiało, że wydawał się Julie absolutnie wspaniały. Było to chyba połączenie wybitnej osobowości i doskonałej formy fizycznej, siły charakteru i sprawności ciała.
- Masz piękną suknię. - Dotknął jej rękawa.
- Och, dziękuję - odparła skromnie.
Nagle roześmiał się, ona po chwili również. Rozbawiło ich to niespodziewane, niedorzeczne napięcie, które wprawiało w zakłopotanie ich oboje, a zwłaszcza Julie. Ich cichy śmiech rozproszył wszelką niepewność i skrępowanie.
- Dzisiaj ma się odbyć kolejna uczta. — Nadal trzymał rękę na jej rękawie. - Życzysz sobie dostać nową suknię na ten wieczór?
- Nie, nie. Ta mi wystarczy. Jest doskonała.
- To nie suknia jest piękna - rzekł cicho Lancelot. - To ty. Ty jesteś doskonała.
Jego ręka przesunęła się w górę i spoczęła na chwilę na jej ramieniu, a potem dotknęła nagiej skóry na szyi Julie. To było bardzo wrażliwe miejsce. Mężczyzna takiego wzrostu i siły mógł
łatwo sprawić jej ból. Kiedy kciukiem gładził jej szyję, Julie zastanawiała się nad swoimi emocjami. Zaskoczyło ją, że wcale nie czuje lęku, ale radość i spokój. Wiedziała, że bez względu na wszystko, Lancelot ją obroni.
Nagle lekko zmarszczył czoło.
- Tasiemka na plecach się rozluźniła.
- Takie rzeczy się zdarzają, kiedy trzeba się ubierać samej odparła lekko i natychmiast zdała sobie sprawę, jak to zabrzmiało. -To znaczy... no... Wiesz, co chciałam powiedzieć.
Skinął głową i bez namysłu rozwiązał aksamitną tasiemkę, pociągnął za oba końce, żeby ciaśniej zasznurować suknię i zawiązał w kokardę.
- Proszę bardzo. - Z zadowoleniem poklepał ją po ramieniu. -Chyba lepsza ze mnie garderobiana niż z ciebie giermek.
- No, to przynajmniej będziesz miał jakiś fach w ręku, kiedy rycerze Okrągłego Stołu stracą pracę. - Gdy tylko wypowiedziała te słowa, natychmiast chciała je cofnąć, ale już było za późno. -Lancelocie, dobrze wiesz, że tylko żartowałam.
- Doprawdy? - Jego twarz nagle spochmurniała, jakby w ułamku sekundy przeniósł się do jakiejś odległej krainy. Potem uśmiechnął się, ale jego oczy nadal pozostały smutne. - Wyruszamy na ucztę?
- Ja... Tak, oczywiście.
Podał jej ramię i razem poszli na zamek, lekką towarzyską pogawędką zagłuszając poważne myśli, starannie unikając poważniejszych tematów.
Uczta była podobnie wystawna i radosna jak ta poprzedniego dnia i Julie nadal czuła, jak niezwykła atmosfera panuje na sali. Nie chodziło tylko o to, że bierze udział we wspaniałej uczcie, wydawanej w bajkowym zamku. Nie były to też jedynie emocje związane z bliskością Lancelota, chociaż to również nadal ją ekscytowało.
Sam fakt, że znajduje się w Camelocie, wprawiał ją w niezwykle podniosły nastrój. Było tak, jakby legenda zderzyła się z rzeczywistością i powstała z tego zupełnie nowa jakość. Ten świat zawierał najlepsze elementy fantazji i rzeczywistości: wzniosłe ideały i zwykłych ludzi, którzy mogli żyć i oddychać tą niesamowitą atmosferą.
Julie czuła, że napełnia ją to energią i taką radością życia, jakiej sobie nawet nie wyobrażała. To, co czuła jako dziecko w wigilijne wieczory, urodziny czy przed wyjazdem na wakacje, było tylko niejasną zapowiedzią doznań, jakie zawładnęły nią teraz.
Inni mieszkańcy Camelotu już zaczynali ją rozpoznawać, witali skinieniem głowy, uśmiechami i serdecznymi słowami. Smakowite wonie licznych potraw mieszały się z innymi pięknymi zapachami. Julie już wiedziała, że jest to po prostu zapach Camelotu.
Czuła się jak najbardziej lubiana dziewczyna w klasie, jak zwyciężczyni konkursu piękności podczas szkolnego balu. Tyle że w przeciwieństwie do szkolnego balu, nie było tu samotnych
postaci, siedzących nad nie dojedzonymi kanapkami i kubkami z ciepłą colą, nikt nie czuł się wyrzucony poza nawias, odepchnięty, niedoceniony.
W Camelocie każdy był zwycięzcą konkursu piękności lub gwiazdą drużyny futbolowej.
Lancelot zaprowadził ją na podwyższenie obok stołu króla i królowej i pomógł usadowić się na ławie. Jakiś rycerz rozpoczął z nimi rozmowę, ale Julia prawie nie słyszała jego słów. Wpatrywała się w Lancelota, w jego ożywioną mimikę twarzy, inteligentne spojrzenie, w piękne bławatkowe oczy.
Wcale nie czuła głodu.
Patrzyła na odwróconego do niej bokiem towarzysza. Jego gesty w jakiś niewytłumaczalny sposób były jednocześnie pełne gracji i bardzo męskie. Nagle któryś z młodych rycerzy poklepał go po ramieniu i coś do niego powiedział. Lancelot w odpowiedzi skinął
głową i zwrócił się do Julie:
- Król chce ze mną o czymś porozmawiać. Wrócę za chwilę.
Julie została więc sama, siedziała, słuchała i obserwowała otoczenie. Czasem zerkała na suknię, gładziła jej materiał i rysowała palcem pełne skomplikowanych zawijasów wzory na aksamitnej powierzchni. Gwar uczty czasami się nasilał, co chwila wybuchały gdzieś salwy śmiechu. Zdarzało się, że zapadała cisza, ale natychmiast przerywał ją kolejny wybuch śmiechu.
Siedziała i czekała, aż jej rycerz wróci do jej boku.
Wasza królewska wysokość! - Lancelot wszedł do niewielkiej izby, tuż obok wielkiej sali biesiadnej. - Kirwin przyniósł mi wiadomość, że chcesz ze mną pomówić.
- Po królestwie krążą plotki. - Głos króla był ponury i znużony.
- Plotki?- Lancelot zrobił krok do przodu, wpatrując się w twarz Artura. Jak zwykle była spokojna, ale pojawił się na niej jakiś nowy wyraz. I rycerz od razu spostrzegł tę różnicę.
Król najwyraźniej unikał wzroku swojego pupila.
- Jakie to plotki, panie?
- Plotki o tym, że postanowiłeś zdobyć moją żonę.
Lancelot czekał przez chwilę, aż król oznajmi, że to tylko żart, albo wyśmieje tak ohydne pomówienie. Ale władca nic podobnego nie uczynił, tylko wodził palcem po krawędzi grubej świecy i czekał na odpowiedź.
- Panie...
- Czyż nie jest prawdą że od dawna podziwiasz królową? - Głos Artura nawet nie brzmiał tak jak zawsze. Był ostry, pełen goryczy. Lancelot nigdy przedtem nie słyszał, żeby król tak przemawiał.
- Ależ oczywiście, że podziwiam Ginewrę - odrzekł rycerz. -Jest moją królową, małżonką mojego dobrego króla.
- Nie igraj ze mną! Bardzo dobrze wiesz, co chcę powiedzieć. Czy kochasz ją miłością jaką mężczyzna kocha kobietę?
- Nie! Panie, nie wiem, kto ci to...
- Czyżbyś chciał zaprzeczyć, że całowałeś jej dłoń? Robiłeś to długo i czule, niczym kochanek, a potem patrzyłeś, jak rumieniec wykwita na jej twarzy! Chcesz powiedzieć, że było inaczej?
Lancelot wziął głęboki oddech. Dokładnie to samo powiedziała lady Julia. Właśnie przed tym go ostrzegała.
- Owszem, pamiętam, że całowałem jej dłoń w sposób dworski, panie. Nie było w tym nic więcej.
Artur w końcu spojrzał na Lancelota. Potem znów zwrócił wzrok na świecę, na żółty wosk, który ugniatał kciukiem. Jeszcze raz popatrzył na rycerza.
- Czy jest coś jeszcze, co pragnąłbyś mi wyznać? Jeśli wyznasz mi swoje plany, Lancelocie, postąpię wobec ciebie bardzo wyrozumiale. Rycerz potrząsnął głową. O czym Artur mówi? Może dotarła do niego wiadomość o lady Julii, że to wcale nie jego krewna, tylko
nieznajoma i nikt nie wie, skąd przybyła? Może usłyszał o jej dziwnych opowieściach o obcym kraju i odległej przyszłości?
Honor nakazywał mu wierność królowi. Jednak nie mógł wydać Julii. Nie teraz, a może i nigdy.
- Nie mam żadnych planów, panie. - Tylko tyle mógł powiedzieć. Nic więcej nie chciał wyjaśniać, ponieważ nie zamierzał okłamywać swojego władcy.
Artur spoglądał na rycerza uważnie. Widział, że ten się waha i bardzo ostrożnie dobiera słowa.
- Dość - odezwał się król zmęczonym głosem. - Wracaj na ucztę.
- Ale, panie...
- Powiedziałem, dość!
Lancelot wyciągnął rękę, ale król się odwrócił.
- Dobrze, panie. - Z tymi słowy wycofał się z izby.
Prawie natychmiast Malvern wyszedł spoza czarnej zasłony.
- Czyż nie miałem racji, wasza wysokość? Czy nie widziałeś, jak niepewnie ci odpowiadał? Ten człowiek z pewnością coś knuje!
- Malvernie, proszę, zostaw mnie samego. - Król zamknął oczy.
Malvern uśmiechnął się i zrobił, co mu kazano. W sumie przebieg tego spotkania był dla niego ze wszech miar pomyślny.
Ze wszech miar.
Lancelocie! - Julie powitała go z uśmiechem, kiedy wrócił na ucztę. Jednak uśmiech zniknął, kiedy rycerz usiadł obok niej. -Czy stało się coś złego?
Zanim odpowiedział, skinął głową jakiemuś starszemu mężczyźnie.
- Skąd miałaś wiadomości o mnie i o królowej? - wyszeptał i Julie musiała się ku niemu pochylić, żeby usłyszeć jego słowa, zagłuszane gwarem gości.
- Co powiedział ci król?
- Odpowiedz na moje pytanie - wycedził szorstko przez zaciśnięte zęby.
- Mój Boże, co się stało?
Spojrzał na nią gniewnie. Zrozumiała, że nie będzie z nią rozmawiał, dopóki nie udzieli mu odpowiedzi. Wyjaśniła więc szybko, łagodnym tonem.
- To, co ci mówiłam o tobie i Ginewrze, jest częścią opowieści o Camelocie. Wszyscy w moich czasach ją znają. I tutaj za rok wszyscy będą ją znali.
- Jest w tym coś jeszcze. Nie wiem co, ale jestem pewien, że królowi jeszcze o coś chodziło. Nie powiedział mi wszystkiego do końca. Co jeszcze się za tym kryje, Julio?
- Nie wiem. - Przypomniała sobie wszystkie możliwie wersje legendy, ale nie przysedł jej do głowy żaden wątek, który nie dotyczyłby wyłącznie Lancelota i Ginewry. - Przysięgam ci, że
nic więcej nie wiem. Lancelot był zagubiony i niespokojny, chociaż nadal sprawiał
wrażenie silnego, niezłomnego rycerza. Tylko Julie wyczuwała jego niepokój i miała wrażenie, jakby to ona przeżywała jego rozterkę i ból.
-Źle się czuję - wyszeptała.
- Nie okazuj tego po sobie. Cokolwiek się stanie, musimy się uśmiechać i udawać, że się dobrze bawimy.
- Nie mogę jeść.
- W takim razie nie jedz. Ale musimy zostać, przynajmniej, dopóki król i królowa się nie pojawią.
Po krótkiej chwili królewska para rzeczywiście ukazała się zebranym, podobnie jak ubiegłego wieczoru.
Lancelot zbliżył się do królowej i ucałował jej dłoń. Tym razem Julie zauważyła nagły skurcz, który przebiegł po twarzy Artura, jakby król nagle poczuł się niedobrze. Patrzył z namysłem na Lancelota, a Malvern szeptał mu coś do ucha.
Ramiona Artura lekko opadły, ale władca natychmiast znów przybrał królewską postawę. Jednak nie był to już ten sam człowiek, którego widziała poprzedniego dnia. Udawał, że jest w dobrym nastroju, ale oczy straciły blask, pojawiło się w nich niezdrowe zmęczenie.
Lancelot i Julie zostali za stołem, uśmiechali się, rozmawiali i jakoś dotrwali do końca wieczoru. Wreszcie poczuła dłoń rycerza na ramieniu.
- Musisz być bardzo zmęczona- powiedział. Wolno, wraz z innymi, mogli już opuścić wielką komnatę pałacu. Szli w milczeniu, zatopieni we własnych myślach, a jednak cały
czas świadomi obecności drugiego. Nagle Julie w coś wdepnęła i zatrzymała się.
- Co się stało? - zapytał Lancelot.
Spojrzała w dół na swoje pantofelki. Końskie odchody. Oczy Julie i Lancelota spotkały się; ta sama myśl przebiegła im przez głowę.
Coś się zaczynało psuć w królestwie Camelotu.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Maite Peroni
Idol
Idol


Dołączył: 03 Kwi 2008
Posty: 1320
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 21:45:10 03-01-09    Temat postu:

Odcinek 15
Miło było wrócić do domu Lancelota, jakby grube kamienne mury mogły powstrzymać zachodzące wokół zmiany. Oczywiście, było to tylko przyjemne złudzenie. Nawet Lancelot już zaczynał sobie uświadamiać, jak drastycznie zmienia się jego świat.
Bez słowa zaprowadził Julie do głównej komnaty i zaczął rozpalać ogień w wielkim marmurowym kominku. Nie przerywając pracy, zaczął rozmowę:
- W królu zaszła jakaś zmiana. Zauważyłaś to. Poznałem po twojej minie, że też to spostrzegłaś.
- Tak - odparła krótko. W tej chwili nie było miejsca ani czasu na kwieciste sformułowania i wymijające odpowiedzi.
- Znów pytał mnie o Ginewrę, zarzucał mi złe intencje. Jak może oskarżać mnie z powodu czegoś, co było jedynie przelotną, płonną myślą? - Wpatrzył się w ogień i z bezsilnej złości zacisnął pięść przy boku. - Ale czy mogę wypierać się tych nieszczęsnych myśli i nadal pozostać uczciwym? Teraz w jego głosie pobrzmiewało cierpienie. Julie opadła na
kolana na nagą zimną posadzkę. Kiedy usłyszała jego słowa, przeszedł ją dreszcz.
- Nic nie można poradzić na własne myśli. Nie możesz ich kontrolować. -Patrzyła na jego twarz, oświetlaną pomarańczowym blaskiem ognia.
- Ależ właśnie o to chodzi! Kiedyś umiałem panować nad tym, co rodziło się w mojej głowie. A teraz czuję, że ta zdolność, ta siła gdzieś zniknęła.
- I wydaje ci się, że to się stało z mojej winy?
- Nie. - Powiedział to bez wielkiego przekonania. - Po prostu zdarzyło się tak, że pojawiłaś się w moim życiu, kiedy po raz pierwszy w siebie zwątpiłem.
Nie była pewna, czy powinna się odezwać. Może lepiej by było, gdyby sam, we własnym tempie, zastanowił się nad swoimi uczuciami, uporządkował je. Na to jednak nie było czasu. Wszystko zaczynało się dziać zbyt szybko.
- Lancelocie, muszę ci coś powiedzieć.
Zwrócił się ku niej i uniósł brwi w niemym pytaniu.
- Wydaje mi się, że Malvern coś knuje - oznajmiła.
- Malvern? Ależ, Julio! To ostatni człowiek, który mnie w tej chwili obchodzi.
- A to błąd. - Starała się ostrożnie dobierać słowa. - Sądzę, że to on powiedział coś Arturowi. Nie wiem dokładnie, co to było, ale sądzę, że chce cię w coś wkopać.
- Wkopać?
- No, wiesz. Zrobi coś złego, zdradzieckiego, ale sprawi, że oskarżą o to ciebie.
- Lady Julio, Malvern jest rycerzem Okrągłego Stołu. Przysięgał wierność królowi Arturowi oraz wszystkim braciom rycerzom. Może nie zawsze się z nim zgadzam, ale nigdy nie zrobiłby niczego nieuczciwego, nie zdradziłby mnie ani żadnego innego rycerza.
- Obawiam się, że się mylisz - upierała się Julie.
- Czy tam, skąd pochodzisz, gdziekolwiek to jest... - Ich spojrzenia się spotkały, ale Lancelot odwrócił wzrok i mówił dalej: - Czy tam Malvern pojawia się w opowieści?
- Nie. Prawdę mówiąc, przed przybyciem do Camelotu nigdy o nim nie słyszałam.
- Więc jak możesz rzucać oszczerstwa na jego imię?
- Ponieważ przedtem, w znanych mi wersjach opowieści, nie było potrzeby, żeby pojawił się ktoś taki jak Malvern. Ty i Ginewra wystarczyliście, żeby zniszczyć Camelot.
- Jak możesz...
- Dlaczego nie chcesz tego dostrzec? - spytała podniesionym głosem. - Czy ty jesteś ślepy? Honor i zaufanie to jedna rzecz. Ale, Lancelocie, stawiasz zaufanie ponad zdrowym rozsądkiem. To jest zwykła głu... - Zamilkła.
- Dokończ.
- Nie. Nie to chciałam powiedzieć.
- Tak, właśnie to. - Nie wiedzieć kiedy, znalazł się przy niej i spojrzał na nią z góry. - Zamierzałaś nazwać mnie głupcem. Cóż, lady Julio, wolę być w twoich oczach głupcem niż stracić honor w oczach całej reszty świata.
- Proszę, wybacz mi. - Wyciągnęła ku niemu rękę w błagalnym geście. Nie zwrócił na to uwagi.
- Mam ci przebaczyć? - zagrzmiał.
Kiedy patrzyła na niego z dołu, jak stoi dumnie wyprostowany, wydawał się jej olbrzymem.
- Przebaczyć? - powtórzył gromko. - Dopiero teraz widzę, jakie zniszczenie siejesz dokoła. Jesteś chodzącym nieszczęściem. Nic dziwnego, że w krainie, z której przybywasz, aż się roi od ludzkiego nieszczęścia. To wszystko przez ciebie, prawda? A teraz przybyłaś do naszego spokojnego królestwa i dopiero tutaj zamierzasz pokazać, co potrafisz. - Dotknął butem jej pantofelka. -Powiedz mi, czy pod jedwabiem kryją się czarcie kopyta? Trochę chciało jej się śmiać z tych niedorzecznych oskarżeń, wypowiadanych z takim ogniem, ale przede wszystkim czuła, że rozumie jego lęk i zagubienie. Lancelot mówił najzupełniej serio.
Przecież wychował się w czasach, w których panowały przesądy i wiara w magię, w miejscu, gdzie Merlin był oficjalnie uznanym czarodziejem, a niebieskie róże spotykało się częściej niż chwasty. Tyle mu chciała powiedzieć, ale tylko potrząsnęła głową.
- Nie, nie jestem diablicą.
Wciąż trzymała uniesioną ku niemu rękę. Lancelot nagle podciągnął jaku górze. Gwałtownie nabrała powietrza i stanęła przed nim na chwiejnych nogach. Musiał objąć ją w talii, żeby nie
straciła równowagi.
- Popatrz na mnie - wyszeptał. - Spójrz mi prosto w oczy. Przysięgnij, że nie przybyłaś tu po to, żeby mi zaszkodzić.
Spuściła głowę. Jak mógł nawet pomyśleć, że chce mu zaszkodzić? Nie wierzył jej. Uważał ją za wroga. Nie podejrzewała, że coś może ją tak bardzo zranić, sprawić jej tak wielki ból, że zamieniłaby go na najcięższe fizyczne cierpienie.
- Patrz na mnie! - zażądał, chwytając ją jeszce mocniej.
- Ja... - zaczęła niepewnie.
Spojrzała na stojącego przed nią rycerza. Gdyby tylko mogła wyrzucić z serca to, co do niego czuła, do tego archaicznego człowieka, który przecież nie był częścią jej prawdziwego życia.
Wiedziała jednak, że nigdy nie zdusi w sobie uczucia do niego.
Niepewnie, z bólem w oczach, spojrzała na Lancelota. Była zbyt zmęczona, zbyt wyczerpana emocjonalnie, żeby ciągnąć tę rozmowę. Patrzyła na niego otwarcie, niczego nie udając.
Lancelot przyglądał się jej z uwagą, badał wyraz jej twarzy i zastanawiał się, czy to nie jest tylko gra. Może naprawdę była jego wrogiem albo czarodziejką, która postanowiła go zniszczyć.
Nie, to niemożliwe. Nikt nie potrafiłby tak zagrać. Takiego głębokiego smutku nie sposób udawać.
Nagle, w krótkiej chwili olśnienia, wszystko stało się dla niego jasne. Bez względu na to, co się stanie, jakie wydarzenia nastąpią w przyszłości, w tej chwili nie było między nimi żadnej gry pozorów, żadnych barier. Wszystko nagle stało się prawdziwe i czyste.
Z ust Lancelota wyrwał się cichy jęk. Rycerz przytulił Julie mocniej do siebie.
- Julio - wyszeptał. Obejmował ją z taką siłą, że jej stopy oderwały się od ziemi, a całe ciało zdawało się w niego wtapiać. Zamknęła oczy i cieszyła się jego bliskością. Miała nadzieję,
że łączące ich uczucia, tak zmienne i niepewne, nie przekształcą się w gniew i złość. Zanurzył rękę we włosach Julie i uniósł jej twarz ku sobie. Widział ją teraz oświetloną słabym blaskiem ognia. Wolno otworzyła oczy.
Patrzył na nią z wyrazem tak czystego pożądania, że na chwilę zaparło jej dech. Niespodziewane pragnienie Lancelota odbiło się na jej twarzy niczym w lustrze. Potem jego usta dotknęły ust Julie. Czuła tylko siłę obejmujących ją ramion i nic innego się dla niej
nie liczyło.
Każde odczucie przeżywała w dwójnasób, jakby bliskość rycerza wyostrzyła jej zmysły, spotęgowała wszelkie doznania. Wydawało się, że między nimi wibruje jakiś dźwięk, stworzony przez energię płynącą z nich obojga, wywołany obudzoną w nich namiętnością.
Wodziła rękami po jego ciele, przesuwając je po twardych, wyraźnie zaznaczonych mięśniach, a Lancelot obejmował ją coraz ciaśniej i coraz mocniej przytulał.
Razem opadli wolno na podłogę. Oboje poczuli zimno bijące od gładkiego kamienia, tak różniące się od żaru bijącego z ich ciał. Bardzo delikatnie Lancelot ułożył Julie na swoim ramieniu; przez chwilę tylko patrzyła na jego twarz. W świetle ognia płonącego na kominku widziała jego rysy i zadziwiło ją, że wydają się jej tak dobrze znajome - rzęsy dotykające policzka, kiedy spuszczał wzrok, wgłębienie między nosem a górną wargą.
Jego ciepło było tak bliskie i realne jak nigdy przedtem. Patrzył jej w oczy chyba przez całą wieczność, a potem położył dłoń na dekolcie i odsunął na bok materię sukni. Julie przełknęła ślinę zamknęła oczy. Lancelot wsunął drugą dłoń pod jej włosy, opadające na kark. Zaczęła drżeć, ale uspokoił ją, dotykając wargami jej ust. Całował ją najpierw delikatnie, potem coraz śmielej. Wziął ją w ramiona i namiętnie pieścił plecy, językiem rozsuwał wargi,
pobudzając ją do coraz żywszej reakcji. Pozwoliła, żeby zawładnęły nią emocje. Objęła Lancelota i zanurzyła palce w czarnych włosach. Czuła jego pożądanie, kiedy obsypywał pocałunkami jej szyję i wypukłość piersi. Przesuwała dłonie po jego ciele, a mięśnie
na barkach i piersi, gorące i gładkie, poruszały się pod jej dotykiem. Nagle świat zmienił się w wir namiętności i kontrastów. Ubrania chyba same zsunęły się z ich ciał, potem już czuli tylko dotyk materii, kamienia, a przede wszystkim siebie nawzajem. Nic innego dla nich nie istniało, żadne inne miejsce ani czas. Tylko oni dwoje.
Długo leżeli w tańczącej strudze światła. On delikatnie ułożył ją na swoim ciele, żeby ochronić przed zimnem, i nakrył suknią, którą z siebie zrzuciła. Wkrótce Julia zapadła w sen, kojący i głęboki, bez żadnych sennych koszmarów.
Lancelot nie spał. Poruszył się lekko, uważając, żeby jej nie obudzić. Westchnęła przez sen, uniosła rękę i przytknęła ją do policzka rycerza. Uśmiechnęła się lekko i znów znieruchomiała.
Lancelot patrzył na sufit, niewyraźnie widoczny w słabym świetle dogasających polan. Był zdziwiony i zachwycony tym, co się przed chwilą wydarzyło. Bezwiednie okręcał kosmyk jej
złotych włosów wokół palca i zastanawiał się, jak to się stało, że taka kobieta wkroczyła w jego życie i w jednej chwili na zawsze je odmieniła. Nie miał bowiem ani cienia wątpliwości, że tak właśnie było.
Skąd się tutaj wzięła? Odpowiedź, jakkolwiek brzmiała, stała się niemal bez znaczenia. Przecież wszystkie te dziwne rzeczy, które mu mówiła, zaczynały się sprawdzać.
Jeśli naprawdę przybyła z przyszłości, jej przepowiednie zapowiadały nie tylko jego osobistą porażkę, ale również upadek jako rycerza. Wszystko, co teraz sobą reprezentował, wszystko, o co walczył i w co wierzył, obróci się wniwecz. Zostanie Lancelotem, upadłym rycerzem. Łotrem. Zdrajcą.
Tego nie potrafiłby znieść.
Tylko jedna myśl wydawała mu się jeszcze straszliwsza. Kiedy wdychał zapach włosów Julie, ta myśl stała się realną, fizyczną groźbą.
A co będzie, jeśli Julia zniknie równie szybko i niewytłumaczalnie, jak się pojawiła? Co zrobi, jeśli obudzi się sam, na kamiennej podłodze, przed wygasłym kominkiem?
- Nie - wyszeptał ochryple, zamknął oczy i przytulił twarz do jej skroni.
Poruszyła się, więc wstrzymał oddech, żeby jej nie obudzić. Nie chciał, by zobaczyła jego strach, którego nie byłby w stanie ukryć w tej chwili bolesnej szczerości.
- Spij dalej, moja ukochana - poprosił szeptem.
Westchnęła i znieruchomiała, pogrążając się w jeszcze głębszym śnie. W końcu sen przyszedł również do Lancelota.
Obudził ją śpiew ptaków.
Przez długą chwilę leżała zupełnie nieruchomo, bojąc się poruszyć, ze strachu, że to wszystko okaże się snem. Mocne ramię Lancelota otaczało opiekuńczo jej talię, twarz rycerza kryła się
na ramieniu Julie.
Wszystko zdarzyło się naprawdę.
Teraz reszta Camelotu może okazać się halucynacją, miłym odskokiem od realnego świata, wywołanym jej nadziejami i pragnieniami. Ale wszystko to, co zaszło między nimi, było szczere i prawdziwe. Obrazki z książek z bajkami to jedno. Czułość, troska o siebie nawzajem i... miłość, tak miłość, którą się dzielili kilka godzin temu, nie miały nic wspólnego z fantastycznymi zamkami czy wymyślonymi kwiatami. Nieważne, gdzie się znajdowali - w Camelocie czy w Jersey City - te chwile wydawałyby się jej równie zaczarowane. Ponieważ
magia nie wypływała ze świata zewnętrznego. Rodziła się w nich, w ich duszach, łączących się w jedność. W nich mieszkała cała magia świata.
Julie zamknęła oczy, napawając się zadziwiającym ciepłem i radością. Czuła, że wreszcie znalazła to, czego jej zawsze brakowało, i co, jak wierzyła, było jej przeznaczone. I tak ma już być zawsze.
Nieważne, co się stanie dzisiaj albo jutro, albo za sto lat, przeżyła coś, co będzie jej największym skarbem, coś niespotykanego, magicznego, czego nigdy nie zapomni.
Julie Gaffney w końcu przeżyła tę jedną, jedyną noc miłości doskonałej.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
El.
Komandos
Komandos


Dołączył: 16 Sie 2008
Posty: 679
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:47:52 03-01-09    Temat postu:

Maite dziękuję za aż 9 odcinków Były świetne, naprawde świetne.Nareszcie coś na poważniej ''zaisktzyło między Julie a Lancdeelotem:)Znaczy sie zakochali się w sobie. Szkoda iż Malvin knuje między nim a Arturem; Nie wiadomo co wyjdzie z rzekomej kradzieży miecza..
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze zakończone telenowele i seriale Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
Strona 4 z 7

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin