Forum Telenowele Strona Główna Telenowele
Forum Telenowel
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Una historia escrita despues de la muerte....
Idź do strony 1, 2, 3 ... 10, 11, 12  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze zakończone telenowele i seriale
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 18:53:46 17-06-07    Temat postu: Una historia escrita despues de la muerte....

Kategoria: Psychologiczny/Dramat/ thriller/komedia

Zapraszam do czytania mojej telci pod tytułem „ Historia napisana po śmierci…”. Tlcia ta różni się trochę od innych. Pisana jest w pierwszej osobie w formie pamiętnika. Główną bohaterką jest Marina, dwudziesto dwu letnia dziewczyna, która zostaje zabita w dniu swoich urodzin i trafia do nieba. Poznaje tam anioła, Jesusa. Anioł stwierdza, że nie może jej wpuścić do nieba, zanim nie spełni swojej misji na ziemi. Marina dostaje rok czasu, aby na ziemi poznać prawdę o swoim pochodzeniu, znaleźć kogoś, kto ją pokocha i nauczyć się wybaczać. Dziewczyna, która wychowywała się w biednej dzielnicy, jest pod ogromnym wrażeniem, gdy dowiaduje się, że należy do bardzo bogatej rodziny. Poznaje też miłość swojego życia, męża swojej krewnej. Marina i Santiago bardzo się kochają, ale muszą walczyć o swoją miłość. Dziewczyna odnalazłszy swoją miłość i szczęście na ziemi, marzy już tylko o jednym, aby pozwolono jej zostać tu na dłużej. Niestety rok mija bardzo szybko….
Poniżej obsada:
Bianca Castanho – Marina


Mario Cimarro – Santiago / Jesus


Victoria Ruffo – Mariana Velazquez


Flor Nunez – Emperatriz Romero


Cesar Evora – Andres Romero


Andres Garcia – Octavio Velazquez


Ana Layevska – Ana Karina Briceno


Miguel Ángel Biaggio – Angel Suarez


Vanessa Villela – Carlotta


Pablo Azar – Abelardo Perez


Zapraszam do obejrzenia entrady. Zobaczycie tu glownych bohaterow historii...
http://www.youtube.com/watch?v=WMrNxoNMG4s


Ostatnio zmieniony przez cris dnia 14:11:14 13-08-07, w całości zmieniany 7 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 19:26:33 17-06-07    Temat postu:

Mam nadzieje, ze Was nie rozczaruje:-) Foty postaram sie wkleic, ale wszyscy wymienieni aktorzy sa w entradzie pod tym adresem: http://www.youtube.com/watch?v=WMrNxoNMG4s

Zapraszam do obejrzenia:-)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 9:11:01 18-06-07    Temat postu:

odc. 1

Ta historia zaczęła się w dniu mojej śmierci. Tak. Musiałam umrzeć, żeby na nowo się odrodzić. Umarłam, żeby zrozumieć, czym jest życie. Zrozumieć miłość, poznać smak rozczarowania i ludzkiej zawiści. Dowiedziałam się, co człowiek jest zdolny uczynić, aby zdobyć pieniądze i władzę.
Mam na imię Marina. Moja historia rozpoczęła się w pewien lipcowy poranek. Był to dzień moich dwudziestych pierwszych urodzin. Tego dnia, kobieta, która mnie wychowywała wyjątkowo źle się czuła. Juana od dawna cierpiała na serce. Lekarz ostrzegł nas, że jej dni są już policzone. Nigdy nie wiedziałam, w jaki sposób pojawiłam się w jej życiu. Jej mąż Theodoro, kiedy jeszcze bywał w domu, często powtarzał, że jestem przybłędą. Wspominał o pieniądzach, które otrzymał po to, żeby się mną zająć. Theodoro nie stronił od alkoholu i pewnie innych używek. Często wyżywał się na Juanie i ich synu, młodszym ode mnie o pięć lat Angelu. Najczęściej jednak swą frustrację wyładowywał na mnie. Byłam jego ulubionym workiem treningowym. Kiedy przebywał w domu, starałam się być niewidzialna. Zaszywałam się w kącie swojego pokoju i nie pokazywałam się mu na oczy. Często to działało. No chyba, że był w wyjątkowo podłym nastroju i musiał się na kimś wyżyć. Wtedy ciągnął mnie za włosy na sam środek pokoju i bił gdzie i czym popadło. Wstydziłam się pokazywać w szkole z wiecznie podbitymi oczami, siniakami na całym ciele. Przewróciłam się, uderzyłam o regał – ciągle nowa bajeczka, byle nikt się nie domyślił. Pewnie się domyślali, ale kogo to obchodziło. Nikogo nie interesowała biedna przybłęda, którą przed laty przygarnęli Suaresowie. Koszmar skończył się, kiedy Theodoro wyniósł się z domu. Wtedy też wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.
Wróćmy teraz do dnia mojej śmierci. Tego poranka obudziłam się z uśmiechem na ustach. Nie co dzień przecież obchodzi się dwudzieste pierwsze urodziny. Zajrzałam do pokoju Juany. Wyglądała okropnie. Była blada jak ściana. Wpatrywała się w ekran telewizora. To ona – wyszeptała do mnie, wpatrując się w ekran. Spojrzałam w tym kierunku. Jakiś reportaż. Mówili o znanej w całym kraju gazecie „El dia”. Wypowiadała się jej właścicielka Mariana Velasquez i jej kuzynka Emperatriz Ferrero. Obie pracowały w redakcji gazety. Były piękne. Mariana miała ogromny talent. Emperatriz zawsze starała się jej dorównać. Była niemal cieniem swojej kuzynki. Zawsze przy niej.
- Co się dzieje Juano? – zaniepokoiłam się.
- Ta kobieta – mówiła z trudem, wpatrując się w ekran – To twoja matka – wyznała.
- Która? – spojrzałam w stronę ekranu zszokowana. Emperatriz czy Mariana, która z nich? – Która? – powtórzyłam pytanie.
- Uważaj. Uważaj na siebie – ostrzegła mnie Juana w swoich ostatnich słowach.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 8:15:34 19-06-07    Temat postu:

odc. 2

Nie byłam w stanie nic czuć. Ani żalu, ani łez. Odeszła osoba, która przez tyle lat mnie wychowywała, ale nie potrafiłam zdobyć się na łzy. Byłam w szoku. Jedna z tych kobiet mnie urodziła, ale która? Musiałam się tego dowiedzieć. Pobiegłam do swojego pokoju. Wyciągnęłam spod poduszki bransoletkę. Piękny klejnot, jedyna cenna rzecz, jaką posiadałam. Juana podarowała mi ją na piętnaste urodziny. Przez tyle lat ukrywała ją przed Theodoro. Powiedziała, że to bransoletka, która jest pamiątką rodzinną. Pamiątką mojej prawdziwej rodziny. Włożyłam ją do kieszeni i wyszłam z domu. Biegłam wzdłuż ulicy, przy której mieszkaliśmy. Była to bardzo biedna i wyjątkowo zaniedbana dzielnica. Biegłam, myśląc tylko o jednym. Chcę jak najszybciej dotrzeć do miasta. Muszę dostać się do redakcji „ El dia”. Muszę poznać prawdę o swoim pochodzeniu. Nie zwróciłam uwagi na czarny samochód, który śledził mnie od dłuższego czasu. Zajechał mi drogę. Wysiadł z niego zamaskowany mężczyzna – Marina Suarez? – wycedził.
- Tak – odpowiedziałam zdziwiona. Wyjął z kieszeni swoich czarnych spodni pistolet i wymierzył nim prosto we mnie. Wystrzelił. Ujrzałam krew na swoich rękach, kurczowo trzymając się za brzuch. Później zemdlałam. Nie pamiętam, jakim cudem znalazłam się w szpitalu. Widziałam stojących nade mną lekarzy. Widziałam jak walczą o moje życie, ale mnie już tam nie było. Na stole operacyjnym leżało moje ciało, ale ja byłam obok. Unosiłam się w powietrzu. Kiedy lekarze zrozumieli, że moje serce przestało pracować, opuściłam salę. Widziałam, że oni wciąż próbują przywrócić mnie do życia, ale ja byłam już daleko. Doskonale wiedziałam, że nie żyję. Znalazłam się w cudownym miejscu. To nie było niebo. Nie wpuszczono mnie do niego. Przed ogromną bramą czekał na mnie jakiś mężczyzna. Był taki przystojny. Nigdy nie widziałam kogoś równie przystojnego.
- Jak się masz Marino? – zapytał.
- Cudownie – odparłam – Jak na kogoś, kto właśnie umarł. Bo ja umarłam, prawda?
- Tak Marino, umarłaś – odpowiedział i uśmiechnął się łagodnie.
- Nie jesteś Bogiem, prawda? – zapytałam go naiwnie.
- Nie. Nie jestem – roześmiał się.
- I nie wpuścisz mnie do nieba? – domyśliłam się.
- To się jeszcze okaże.
- To dlatego, że trochę kradłam? – zarumieniłam się.
- Trochę? – spojrzał na mnie rozbawiony.
- No dobra. Kradłam ile się dało. A jakie niby miałam wyjście? – zaczęłam się stawiać – Mieliśmy wszyscy umrzeć z głodu? Twój Szef, najpierw zsyła na ludzi biedę, a później karze za to, że starali się przeżyć. Nie wpuści mnie do środka, bo kradłam?
- Szef, jak go nazwałaś, bardzo się o ciebie troszczył. Bardzo cię lubi. Dał ci cenny dar, a ty nie umiałaś go wykorzystać.
- Cenny dar? – zdziwiłam się – Czyżby chodziło o moją bransoletkę?
- Nie. Dał ci to – przystojniak dotknął mojego czoła – I to – przyłożył dłoń do mych ust – i jeszcze to – pochwycił moje ręce.
- No tak. Jestem całkiem kumała i wygadana, a ręce? Zaraz, jak to nie wykorzystałam tego daru? Byłam najlepszą złodziejką, jaką można sobie wyobrazić. Nikt, nigdy mnie nie nakrył. W pełni wykorzystałam swój dar.
- Nie bądź śmieszna – zganił mnie – Jesteś bardzo mądrą dziewczyną. Miałaś najlepsze wyniki w nauce i wielki talent. Widzisz świat inaczej niż pozostali i świetnie udaje ci się przenieść to na papier. To ogromny talent.
- Dobra, my tu gadu gadu, a ja wciąż nie wiem, co ze mną będzie? Mam iść na dół? – trochę wystraszona wskazałam w kierunku…piekła.
- Nie. Szef ma dla ciebie inną propozycję.
- Jaką – zdziwiłam się.
- Zejdziesz teraz na ziemię.
- Na ziemię? Jako duch? – nie wiedziałam co o tym myśleć.
- Nie jako duch. Jako człowiek. Wrócisz teraz na ziemię. Szef daje ci rok czasu, żebyś poukładała swoje życie. Musisz wrócić, aby pomóc pewnym ludziom.
- Komu miałabym pomóc? Musisz zbliżyć się do Mariany Velasquez i jej rodziny.
- Do Mariany Velasquez? Czy to ona jest…- przypomniałam sobie rozmowę z Juaną.
- Tego ci nie powiem. To będzie twoje kolejne zadanie. Musisz dowiedzieć się, kim naprawdę jesteś. Musisz poznać prawdę. Nauczyć się miłości i wybaczenia. Musisz odnaleźć osobę, która będzie gotowa oddać za ciebie życie. Jeśli w ciągu tego roku, uda ci się to zrobić, wrócisz do mnie i przejdziesz przez bramę.
- Oddać za mnie życie? – prychnęłam – Przecież to nie możliwe. Nie ma na świecie takiej osoby. Równie dobrze od razu możesz dać mi kopniaka i spuścić pod ziemię.
- Dziewczyno, twoja wiara jest tak mała. Właśnie, dlatego teraz dyskutujemy. Gdybyś ufała ludziom i miała w nich wiarę, już dawno byłabyś po tej właściwej stronie bramy. Jest na tym świecie ktoś, kto oddałby za ciebie życie. Twoim zadaniem będzie odnaleźć tę osobę. Jeśli się odnajdziecie i zrozumiecie ile dla siebie znaczycie, wygrasz.
- A jeśli mi się nie uda? – wolałam przygotować się na każdą ewentualność – Co wtedy?
- Wtedy – przystojniak wykrzywił się w grymasie i wskazał na dół. Wszystko było jasne.
- Dobra. Rozumiem.
- Cieszę się. W takim razie do zobaczenia za rok o tej samej porze Marino Suarez.
Miałam już się odwrócić, ale zawołał mnie jeszcze na chwilę – Marino!
- Co jest?
- Wpadnij czasem do kościoła. Szef się ucieszy.
- Dobrze. Nie ma sprawy - Uśmiechnęłam się – Mogę o coś jeszcze zapytać?
- Tak? – był już mną chyba lekko zmęczony.
- Jak masz na imię?
- Jesus. Jestem Jesus. A teraz już stąd uciekaj.
- Do zobaczenia Jesusie.
***
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Jen
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 10 Mar 2007
Posty: 3147
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 8:26:19 19-06-07    Temat postu:

świetny pomysł na telę ;] piszesz cudownie masz prawdziwy talent
twoja telę czyta się jednym tchem ;];*
jak znajdziesz czas zapraszam do siebie ;]
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Jen
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 10 Mar 2007
Posty: 3147
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 8:53:53 19-06-07    Temat postu:

chciałabym pisać tak jak ty ;] naprawdę wciąga
mam nadzieję że zostawisz jakiś mały komentarzyk na mojej telci po przeczytaniu ;* buziaki
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 10:44:11 20-06-07    Temat postu:

odc. 3

Obudziłam się w nieznanym dotąd miejscu. Myślałam, że obudzę się w szpitalu, tam gdzie ostatni raz widziałam moje ciało, ale byłam gdzie indziej.
- Nic pani nie jest? – dopytywał kobiecy glos. Ciarki przeszły mi po całym ciele. Spojrzałam w jej ciemne oczy, identyczne jak moje. To była Mariana Velasquez. Tuż obok stała Emperatriz. Gładziła mnie po włosach – Nic pani nie jest? – jej oczy przypominały oczy kuzynki i moje. Która z nich?
- Gdzie ja jestem? – wyszeptałam wciąż wstrząśnięta, tym, co się stało.
- Jest pani w redakcji „El dia”. Zemdlała pani – wyjaśniła Emperatriz. Powoli wstałam z miejsca. Spojrzałam na mój brzuch. Ani śladu po postrzale.
- Ostrożnie – przytrzymała mnie Mariana.
- Nie pamiętam, co się stało…Jak ja się tutaj znalazłam?
- Jest okropnie gorąco, pewnie dlatego pani zemdlała – Mariana patrzała na mnie z troską – Czekała pani przed moim gabinetem. Domyślam się, że przyszła pani w sprawie rozmowy kwalifikacyjnej?
- Rozmowy kwalifikacyjnej? – zdziwiona powtórzyłam za nią.
- Szukam nowej asystentki a widzę, że trzyma pani w ręku CV – zaskoczona odkryłam, że to prawda.
Dzięki Jesusie – uśmiechnęłam się w duchu sama do siebie – Widzę, że o wszystkim pomyślałeś. Głośno zaś powiedziałam – To prawda. Przyszłam w sprawie pracy.
- Jeśli pani woli, porozmawiamy jutro – zasugerowała Emperatriz.
- Nie. Wolałabym dzisiaj.
- Zatem możemy zacząć – uśmiechnęła się Mariana i podała mi szklankę wody – Proszę się jeszcze napić.
Po chwili podałam im moje CV, które przeczytały z uwagą. Zastanawiałam się, czy moje nazwisko wywrze na nich jakiekolwiek wrażenie, ale nie wywarło. Jeśli któraś z nich była moją matką, to z całą pewnością mnie nie poznała. No cóż, moje nazwisko jest dość popularne. Skąd miałyby wiedzieć, kim jestem. Przyglądałam im się jak zahipnotyzowana. Mariana miała długie, czarne włosy. Była okrągłą na twarzy, szczupłą kobietą, o wielkich ciemnych oczach. Emperatriz miała krótsze włosy i dużo bardziej surową twarz. Obie były świetnie ubrane i pewne swego.
- Skończyłaś liceum z najlepszymi wynikami – stwierdziła z podziwem Mariana – teraz studiujesz dziennikarstwo.
- Zgadza się – przytaknęłam – Uczę się zaocznie, więc nie będzie to kolidowało z moją pracą.
- Jak ze znajomością komputera? – dopytywała Emperatriz.
- Biegła obsługa pakietu Office.
- Świetnie. A języki?
- Angielski i portugalski opanowany w stopniu rozszerzonym. Niemiecki i francuski na poziomie średnio zaawansowanym – zawsze wiedziałam, jak ważną rzeczą jest znajomość języków. Zapisywałam się na wszystkie kursy, jakie tylko oferowała moja szkoła, oczywiście te darmowe. Dużo uczyłam się sama w domu. Najgorszym pytaniem dla mnie było to, dotyczące oczekiwań finansowych. Zależało mi na tej pracy i nie chciałam ich odstraszyć zbyt dużymi wymaganiami. Z drugiej strony, nie mogłam podać zbyt niskiej sumy, żeby nie pomyślały, że się nie cenię.
Gdy wyczerpały zapas pytań, poprosiły abym poczekała chwilę na zewnątrz. Nie miałam pojęcia, o czym debatują, ale po piętnastu minutach oświadczyły mi, że zatrudniają mnie na miesięczny okres próbny. Jeśli się sprawdzę, podpiszemy umowę na stałe. Byłam wniebowzięta. Postanowiłam, czym prędzej pobiec do domu. Musiałam opowiedzieć o wszystkim Angelowi. Zawsze był dla mnie jak młodszy brat. Nie łączyły nas więzy krwi, ale bardzo go kochałam. Poza tym trzeba było zorganizować pogrzeb Juany….
***
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 12:47:15 21-06-07    Temat postu:

odc. 4

Weszłam do domu i ujrzałam Angela, siedzącego przy kuchennym stole. Położyłam swą dłoń na jego ramieniu, ani drgnął. Twarz miał ukrytą w dłoniach, najwyraźniej płakał. Serce mi się krajało, gdy widziałam go w takim stanie.
- Wszystko będzie dobrze, Angel – wyszeptałam, chcąc go pocieszyć. Nie zareagował – Angelu – powiedziałam głośniej, lecz dalej nie reagował – Proszę cię braciszku, powiedz coś. Jesteś na mnie zły? Angel nie odezwał się do mnie słowem. Po chwili wstał od stołu i ruszył w moją stronę. Odskoczyłam w ostatniej chwili, bo o mały włos i by mnie stratował.
- Co jest?! – lekko się zdenerwowałam. Zbyt wiele się dzisiaj zdarzyło a jeszcze on mnie lekceważył. Po chwili zobaczyłam jak rzuca się na swoje łóżko i płacze – Mamo! Marino! – wołał nas – Dlaczego? Co ja teraz pocznę?
Natychmiast wszystko zrozumiałam. On mnie nie widzi. Nie widzi mnie. Pobiegłam do lustra, spojrzałam na swoje odbicie. To byłam ja. Nic się nie zmieniłam. Wyglądałam jak zawsze. Tylko moje oczy. Wydawały mi się takie błędne i bez wyrazu. Byłam w szoku – Szefie, co jest grane? – zwróciłam głowę w stronę nieba, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Wiedziałam, że muszę wziąć sprawy w moje ręce. Przede wszystkim, coś mi podpowiadało, że muszę wynieść się z tego domu. Nie wiem, dlaczego, ale byłam o tym przekonana. Postanowiłam, że zatrzymam się gdzieś w pobliżu redakcji gazety. Poszłam do swojego pokoju. Wyjęłam pieniądze z mojej tajnej skrytki, która mieściła się (tylko nikomu ani słowa) w mojej starej szmacianej lalce. Jedynej, jaką miałam. Zachowałam ją sobie niby na pamiątkę. W rzeczywistości służyła za doskonały „sejf”, przed wścibskim Theodoro. Wyciągnęłam ze środka sumkę, która powinna mi starczyć na miesięczne utrzymanie. Pieniądze te odłożyłam na leki dla Juany, ale teraz i tak nie miało to już znaczenia. Wolałam nie myśleć, skąd mam te pieniądze, ale ktoś mi na to nie pozwolił.
- Jezus Maria! – podskoczyłam jak oparzona.
- Przede wszystkim nie wzywaj imienia Pana naszego na daremnie – skarcił mnie Jesus – Czemu tak podskoczyłaś? O mało zawału nie dostałem.
- Ty? To ja o mało nie umarłam ze strachu. Pojawiasz się jak duch i…Zaraz – coś nie dawało mi spokoju – O jakim zawale mówisz? Czy duch może mieć zawał? Właściwie, to jesteś duchem, aniołem, czy….no nie wiem, czym jesteś?
- Powiedzmy, że jestem twoim aniołem stróżem – uśmiechnął się szelmowsko i ruszył w moją stronę, potykając o rozrzucone na podłodze ubrania.
- Jej, mając ciebie za anioła stróża, doskonale rozumiem, dlaczego moje życie było pasmem klęsk.
- Ha ha ha – roześmiał się, zabawnie przekręcając oczami, a ja raz jeszcze doszłam do wniosku, że jest zabójczo przystojny.
- Pofatygowałem się do ciebie w pewnej sprawie – spoważniał.
- Tak? – byłam ciekawa, o co tym razem może chodzić.
- Skąd to masz? – wskazał na pieniądze, które właśnie wyciągnęłam z mojej skrytki.
- Pewnie doskonale wiesz, że je podwędziłam.
- No właśnie, wiem. I chcę ci powiedzieć, że masz z tym skończyć raz na zawsze.
- Skończę, obiecuję. Teraz jednak są mi potrzebne.
- Ich właścicielce też były, ale ty nigdy nie zwracałaś na to uwagi.
- Przykro mi – naprawdę głupio się czułam. Nigdy nie chciałam kraść, ale…No tak wymówki też są tu zbędne. Kiedyś zwrócę wszystko, co zabrałam. Nie wiem jak, ale to zrobię – Jesusie – zagadnęłam go, robiąc najsłodszą minę na jaką było mnie stać – dlaczego Angel mnie nie widzi?
- Sama musisz się tego dowiedzieć. Ja nie mogę ci za mocno podpowiadać – Idziemy? – zapytał nagle.
- Dokąd? Jednak zabierasz mnie do nieba? – zapytałam trochę z nadzieją. Z drugiej strony, wszystko to, zaczynało mi się podobać, a na pewno intrygować i chciałam spędzić na ziemi jeszcze ten jeden rok.
- Nic z tego moja panno. Idziemy, znaleźć ci jakieś lokum. Przecież chciałaś się gdzieś przeprowadzić.
- Podsłuchujesz i podglądasz?! – zrobiłam oburzoną minę.
- W końcu jestem twoim aniołem stróżem. Nie odstępuję cię na krok. Po prostu dotąd mnie nie widziałaś.
- To znaczy, że widziałeś wszystko, co robiłam? O cholera! – wypaliłam, gdy twierdząco skinął głową i poczułam jak oblewam się rumieńcem.
- Nie martw się, nikomu nie powiem – roześmiał się na cały glos, nie przejmując moim zakłopotaniem.
Gdy wyszliśmy z domu, natknęłam się na sąsiadkę, panią Bertę – Dzień dobry – ukłoniłam się, ale ona ani drgnęła. Też mnie nie widziała – Ale fajnie! Jestem niewidzialna – uśmiechnęłam się do Jesusa a następnie, ot tak dla żartu wytknęłam język, do jakiegoś obleśnego starca, który gapił się w moją stronę.
- Ta dzisiejsza młodzież! – warknął – Wstydu nie macie!
- Oj a jednak, nie jestem niewidzialna – zwróciłam się do Jesusa, który zaczął chichotać – Już kumam! – nagle mnie olśniło – Jestem niewidzialna dla tych, którzy znali mnie dotychczas. Obcy mnie widzą. Mam racje?
- Tak jest – Jesus zrobił minę, która wskazywała na to, że jest ze mnie zadowolony – Mówiłem, że jesteś bardzo inteligentna. A teraz skończ z przeklinaniem i tym podwórkowym językiem. Zaczynasz pracę w „El dia” poważnej gazecie i masz się zachowywać jak profesjonalistka.
- Dobra, już tak nie zrzędź – zaczynał mnie irytować.
- A ty przestań do mnie mówić. Ciebie ludzie widzą, ale mnie nie. Wygląda jakbyś gadała sama do siebie, wszyscy się na ciebie gapią jak na wariatkę. Zaraz wezmą cię na oddział zamknięty.
- Ups – zorientowałam się, że ma rację.
***
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 19:12:23 22-06-07    Temat postu:

odc. 5

Wynajęłam pokój w Pensjonacie pani Dominguez. Był to skromny pensjonacik, ale utrzymywany w czystości. Dostałam malutki pokoik z łazienką. Pani Dominguez, poczciwa kobiecina przygotowywała posiłki, które jadaliśmy wszyscy razem o wyznaczonych porach. Oprócz mnie w pensjonacie mieszkała córka pani Dominguez – Elvira, młode małżeństwo oraz starszy mężczyzna o imieniu Alfredo. Wszyscy oni byli bardzo mili. Jesus zostawił mnie samą, bym mogła odpocząć po dniu pełnym wrażeń. Tej nocy właściwie nie zmrużyłam oka. Moje dwudzieste pierwsze urodziny nieźle się zaczęły. Rozmyślałam o wszystkim: śmierci Juany, tym, co mi wyznała o moim pochodzeniu, jej prośbie bym na siebie uważała. Czyżby ona coś wiedziała, przeczuwała, że grozi mi niebezpieczeństwo? Dlaczego ten człowiek do mnie strzelił? To nie mógł być przypadek. Znał moje imię. Musiał to zaplanować. Ale dlaczego? Żadne logiczne wytłumaczenie nie przychodziło mi do głowy. Długo myślałam o dwóch kobietach, które dzisiaj poznałam. Emperatriz i Mariana. Jedna z nich wydała mnie na świat, ale która?
Rano włożyłam na siebie najlepsze rzeczy, jakie posiadałam. Czarne spodnie i jasnobłękitną koszulę. Włożyłam też swoje najlepsze buty, na małym obcasie. Oszczędzałam je tylko na specjalne okazje, mimo wszystko były już mocno podniszczone. Na szczęście pensję miałam mieć wypłacaną raz w tygodniu. Kupię sobie za nią jakieś nowe ubrania, żebym nie musiała wstydzić się w pracy.
I tak znalazłam się po raz drugi w redakcji „El dia”. Był to dwu piętrowy budynek. Na parterze mieściła się recepcja. Zeszła do mnie Mariana Velasquez. W swojej brązowej, szytej na miarę garsonce, wyglądała bardzo elegancko. Jej twarz sprawiała wrażenie srogiej, ale biło od niej jakieś wewnętrzne ciepło, coś, co sprawiło, że chciałam bliżej ją poznać. W końcu jedna z opcji była taka, że ta kobieta jest moją matką. Jeśli nie było to prawdą i moją matką była Emperatriz, byłoby to równoznaczne z tym, że Mariana jest moją ciotką. Tak czy inaczej łączyły nas więzy krwi.
- Witam – Mariana wyciągnęła w moją stronę rękę – Jak samopoczucie?
- Trochę zdenerwowana – zdobyłam się na szczerość.
- To naturalne. To twoja pierwsza praca i pierwszy dzień w niej – Marina uśmiechnęła się do mnie serdecznie – Przepraszam, że mówię na ty, ale taki mamy tu zwyczaj. Wszyscy mówimy sobie po imieniu.
- To bardzo fajne – uznałam.
- Tak. Łatwiej się wtedy współpracuje. W końcu jesteśmy jedną rodziną, która dąży do tego samego celu, a więc sprzedaży jak największej liczby egzemplarzy naszej gazety – położyła swą dłoń na moim ramieniu – Oprowadzę cię teraz po firmie. Musisz poznać wszystkich współpracowników. Gotowa?
- Tak, proszę pani – uśmiechnęłam się.
- Mariana – poprawiła mnie – Mów mi Mariana. A teraz chodź, oprowadzę cię po firmie. Znasz już Luz Marię. To ona codziennie wpuszcza cię do firmy. Jest naszą recepcjonistką. A byłabym zapomniała. To jest twój identyfikator - Przypięła mi do bluzki etykietkę z nazwiskiem. Poszłyśmy dalej. Przedstawiła mi ludzi pracujących w dziale ogłoszeń drobnych. Wyjaśniła, że dział ten mieści się na parterze, ponieważ jego pracownicy mają stały kontakt z ludźmi. Przychodzą tu, żeby zgłaszać zaginięcie dokumentów, chęć sprzedaży jakiejś rzeczy, zamieszczać oferty pracy. Wszystko to, mogą zrobić osobiście.
Skierowałyśmy się schodami na górę. Na pierwszym piętrze mieściły się gabinety dyrektorów administracyjnego, ekonomicznego oraz do spraw public relations. Mieścił się tam również gabinet Emperatriz Ferrero. Była tu vice prezesem. Dyrektorem ekonomicznym był jej mąż Andres Ferrero. Był to przystojny mężczyzna o sympatycznym usposobieniu. Od razu go polubiłam. Weszłyśmy na ostatnie, drugie piętro. Mieścił się tu gabinet Mariany. Była właścicielką gazety. Każdy artykuł i ilustracja musiały przejść przez jej ręce. Miałam siedzieć w jej gabinecie. Być jej asystentką a właściwie prawą ręką. Trochę mnie to przerażało. Z tym olbrzymim gabinetem sąsiadowała wielka hala. Siedziało tam z dwadzieścia osób. Byli to dziennikarze. Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego. Ten ruch i gwar. Wszyscy coś pisali lub rozmawiali przez telefon. Ich głosy zlewały się w jeden wielki hałas.
- To serce naszej gazety – wyjaśniła mi Mariana – Tu powstają wszystkie artykuły i ilustracje. Mój gabinet sąsiaduje z nimi, bo chcę zawsze wiedzieć, co się tu dzieje. Mieć rękę na pulsie – roześmiała się – Ty także będziesz bezpośrednio z nimi współpracowała. Musisz ich wszystkich dobrze poznać.
- To trochę potrwa – wyszeptałam lekko wystraszona. Nie wyobrażałam sobie, że pracuje tu tylu ludzi.
- Zaczniemy od przedstawienia ciebie – wyjaśniła Mariana a później krzyknęła głośno – Kochani – wszystkie oczy zwróciły się na nas – Chciałabym abyście poznali naszą nową pracownicę. Marina Suarez będzie moją asystentką – skinęłam głową i uśmiechnęłam się mocno speszona. Niektórzy dziennikarze odwzajemnili mój uśmiech, inni unieśli rękę w geście przywitania. Sprawiali wrażenie mocno zapracowanych. Wyglądali na profesjonalistów. Mariana przedstawiła mi każdego z nich. Nie zapamiętałam chyba żadnego z imion. A to jest mój zięć. Redaktor naczelny gazety – O mało nie zemdlałam z wrażenia na jego widok. To on. To był Jesus.
***
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 12:57:57 24-06-07    Temat postu:

odc. 6

- Cześć. Jestem Santiago Briceno – przedstawił się Jesus – Milo cię poznać.
- Cześć – odpowiedziałam zdziwiona. Co robił tutaj Jesus? Dlaczego przedstawił się innym imieniem? Nic z tego nie rozumiejąc, ruszyłam dalej za Marianą. Nie mogłam uwierzyć, że będę pracować w tak cudownym miejscu. Moje biurko było wspaniałe. Otrzymałam służbową komórkę, laptopa i miałam być do stałej dyspozycji Mariany. Na jej biurku dostrzegłam zdjęcie ślubne Santiago i jakiejś blondyny. Sprawa coraz bardziej zaczynała mnie intrygować. Później, gdy już trochę się zaaklimatyzuję, podpytam kogoś o szczegóły. Stało tam również zdjęcie małego chłopca. Miał może dziesięć lat i wyglądał na uroczego brzdąca.
Na początek Mariana zleciła mi prace raczej organizacyjne. Zaczęłam od porządkowania archiwalnych numerów „El dia”, nauczono mnie obsługi faxu, telefonu, xero. Niby drobiazgi, ale musiałam się trochę nagłowić. Kiedy Mariana stwierdziła, że czas wracać do domu, odetchnęłam z ulgą. Byłam wykończona.
W pensjonacie natknęłam się na płaczącą kobietę. To była ta młoda dziewczyna, która mieszkała tu z mężem. Porozmawiałyśmy chwilę. Wystraszyłam się jej stanem, ale stwierdziła, że po prostu poszły jej nerwy. Dopiero, co była u lekarza.
- Jesteś chora? – wystraszyłam się.
- Nie – odpowiedziała pośpiesznie – Jestem w ciąży.
Zawsze uważałam, że to dobra nowina, jednak tym razem widziałam, że coś jest nie tak. Dziewczyna miała na imię Carlotta. Opowiedziała mi historię swojej miłości do męża. Spotkali się w klubie. Abelardo był piosenkarzem. Zakochali się w sobie niemal od pierwszego wejrzenia. Problem zaczął się, gdy matka Carlotty dowiedziała się o ich miłości. Była to bogata i dumna kobieta. Po śmierci męża samotnie zajmowała się wychowaniem trójki dzieci. Ściślej, zajmowała się pomnażaniem rodzinnej fortuny. Dzieci miały być miłe, grzeczne i we wszystkim ślepo posłuszne. Starszy brat Carlotty, zginął w tragicznych okolicznościach, o których wolała mi jeszcze nie opowiadać. Oczywiście w pełni to rozumiałam. Jej matka winą za śmierć ukochanego syna, obarczyła drugiego z braci Carlotty. Dziewczyna stała się jej oczkiem w głowie. I nagle takie rozczarowanie, ukochana córeczka zakochała się w biednym grajku. Matka zabroniła jej jakichkolwiek kontaktów z Abelardo. Dziewczyna zdecydowała się na ucieczkę. Zamieszkali w pensjonacie pani Dominguez. To, co zarabiał Abelardo, ledwo starczało im na utrzymanie. Carlotta rzuciła szkołę i nie mogła znaleźć pracy. Teraz w ogóle nie było to możliwe, skoro spodziewa się dziecka. Często pomagał im brat Carlotty, ale ona wstydziła się prosić go o pomoc. Poza tym bardzo tęskniła. Brakowało jej matki i tego wszystkiego, co miała w rodzinnym domu.
Nie wiem czy dobrze zrobiłam, ale doradziłam Carlotcie, żeby zadzwoniła do matki. Na pewno po tak długiej rozłące, kobietę ucieszy telefon od córki, a wiadomość o wnuku, powinna zmiękczyć serce każdej matki. Carlotta obiecała mi, że sobie to przemyśli. Miałam nadzieję, że wszystko jej się jakoś ułoży. Ona zaś, była mi bardzo wdzięczna za to, że jej wysłuchałam. Stwierdziła, że ulżyło jej, bo mogła się w końcu komuś wygadać ze swoich trosk. A mi też zrobiło się sympatyczniej. Bardzo polubiłam Carlottę i miałam nadzieję, że szybko się zaprzyjaźnimy.
***
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 9:32:44 25-06-07    Temat postu:

odc. 7

Od tego niezwykłego dnia, gdy umarłam, minął już cały tydzień. Codziennie rano, jako pierwsza stawiałam się w pracy. Mariana przychodziła za dziesięć ósma. Kiedy przychodziła, ja już tam byłam. Zawsze wcześniej przeglądałam terminarz. Przypominałam o ważnych spotkaniach i telefonach. Zrobiłam porządek w archiwum. Szybko wciągnęłam się w wir zajęć. Zyskałam wielu nowych przyjaciół. Nie miałam pojęcia, że w tak krótkim czasie, można tak mocno zżyć się z obcymi ludźmi. Najbardziej polubiłam „ludzi z sąsiedztwa”, jak nazywałam dziennikarzy, którzy pracowali na tym samym piętrze, co ja. Najbardziej zżyłam się z trzema dziewczynami Mają, Cataliną i Natalią. W naszej gazecie dziennikarze tworzyli jakby „grupy specjalizacji”. Każdy odpowiadał za inną dziedzinę. I tak zespół kierowany przez Margaritę Paygas odpowiadał za wszystko, co wiązało się z polityką. Margarita była wyjątkowo błyskotliwą osobą. Miała jakiś szósty zmysł. Potrafiła wpaść na trop nawet najbardziej skrywanej afery. Mając niespełna dwadzieścia pięć lat, odniosła wielki sukces. Miała jednak także swoją czarną, mroczną stronę. Niektórzy kąśliwie nazywali ją „Wymiataczką”. Jako perfekcjonistka, oczekiwała od swoich podwładnych tego samego. Niestety mało kto potrafił sprostać jej oczekiwaniom. Osobiście uznałam, że Margarita jest wyjątkowo ambitną i utalentowaną osobą. Bardzo ją podziwiałam. Obecnie w jej zespole pracowali Alejandra i Emiliano. Tworzyli świetne trio. Ich artykuły najczęściej wędrowały na pierwszą stronę gazety.
Drugim zespołem kierowała Inez Moravickova. W zespole tym pracowała również Natalia Vendettus i jeszcze jedna Margarita, równie utalentowana, co jej imienniczka. Zespół ten, zajmował się wszystkim, co wiązało się z życiem gwiazd. Ich artykuły cieszyły się ogromną popularnością, zarówno wśród męskiej jak i żeńskiej części naszych czytelników. Dziewczyny często gościły na bankietach i galach organizowanych przez i dla „wielkich meksykańskiej sceny rozrywki”.
Trzeci zespół, kierowany przez Andresa Jaranausa zajmował się tematyką sportową. Współpracowała z nim Marlene Mazos, która zajmowała się tematami lekkimi, związanymi z duchowymi aspektami naszego życia. Marlene twierdziła, że jest prawdziwą wróżką. Jej horoskopy cieszyły się ogromną popularnością. Udzielała także porad sercowych, na podstawie danych astralnych, naszych czytelników. Kiedyś w kuchni, podczas wspólnego lunchu, zapytałam ją o te umiejętności. Nic nie odpowiedziała. Pochwyciła mą dłoń i stwierdziła, że mam wyjątkowo długą linię życia. W tej właśnie chwili zrozumiałam, jak mizerne są jej umiejętności. Powiedzieć dwudziesto jednoletniemu aniołowi (jak ostatnio z ironią o sobie myślałam), który zmarł tydzień temu, że ma bardzo długą linię życia – dobre sobie. W zespole Marlene pracowała jeszcze jedna Inez. Jakoś tak się składało, że imiona pracowników naszej redakcji się powtarzały. Inez Cristalos odpowiadała za przepisy kulinarne i porady związane z prowadzeniem domu.
Kolejny, czwarty już zespół odpowiadał za modę i wygląd. Jego szefową była Joanna Santos. W świecie mody, uchodziła za guru. Ona także zyskała przydomek „Wymiataczki”. Jeden jej niepochlebny artykuł potrafił zrujnować życie nie tylko młodego, początkującego projektanta, ale również doświadczonych kreatorów. Po tym, jak w jednym z artykułów wyśmiała kreacje Thalii, gwiazda przez kilka tygodni nie pojawiała się publicznie. Joanna słynęła z ostrego pióra i budziła powszechny strach, także wśród swoich asystentek, które wymieniała jak rękawiczki. Chodziła plotka, że pierwszej ze swych asystentek Lizette, pozbyła się tylko dlatego, że dziewczyna miała zbyt długie włosy, które drażniły Joannę. Następna asystentka, Editta, zwolniła się sama. Nie potrafiła znieść ciągłych docinek swej przełożonej dotyczących jej strojów. Kolejna nieszczęśnica, imienniczka Joanny, według plotek doznała poważnej kontuzji. Musiała zrezygnować z pracy, po tym jak przełożona rzuciła w nią ciężkim przedmiotem, uszkadzając jej nogę. Naturalnie, sprawa trafiła do sądu, gdzie biegli orzekli niewinność pani Santos. Inni dziennikarze twierdzili jednak, że Joanna zapłaciła sporą sumkę, by zatrzeć ślady swej winy. Następną asystentką Joanny została Luzmila. Pracowała niecałe dwa miesiące, po czym wylądowała na oddziale zamkniętym z podejrzeniem manii prześladowczej. Naturalnie nigdy nie udowodniono Joannie, że to ona przyczyniła się do ciężkiego stanu swej podwładnej. Obecna asystentka, o zgrozo, znowu imienniczka, jak na razie utrzymywała się w pracy. Znalazła bowiem świetny sposób. Wkradła się w łaski Joanny, przynosząc jej co dzień wspaniałe pomarańcze, które ta uwielbiała. Dla mnie zawsze miła i uczynna Joanna, wydawała się świetnym dziennikarzem. Na wszelki wypadek wolałam jednak zachować ostrożność w kontaktach z nią. Ostatni zespół, mój ulubiony, kierowany przez Marco Callasino zajmował się tematyką związaną z poradami kosmetycznymi. Marco był wybitnym znawcą kosmetyków. Pisał o najnowszych trendach w świecie zapachów. Znał chyba nazwę każdego dostępnego na rynku kosmetyku. Współpracujące z nim Catalina Palacios i Maja Bocca pisały głównie o sexie. Maja utożsamiała się z wszystkim, co pisała. Uważała się za prawdziwego eksperta w tej dziedzinie. Nie stroniła od obcisłych ubrań, które uwydatniały jej kobiece wdzięki. Krótkie spódniczki, podkreślały jej długie zgrabne nogi, na punkcie, których głowę stracił już niejeden facet. Poruszając się, nie zapominała o swoich długich, blond włosach, którymi co chwilę potrząsała. Catalina była jej zupełnym przeciwieństwem. Skromna i nieśmiała, często wpadała w tarapaty. Już pierwszego dnia, niemal wpadła na mnie z filiżanką kawy, która znalazła się na ścianie i podłodze. Dzień później usłyszałam na schodach okropny hałas. Kiedy przerażona wybiegłam, by sprawdzić, co się stało, ujrzałam Catalinę i Marlene, leżące na podłodze. Jak się okazało, Catalina potknęła się na schodach i „staranowała” koleżankę. O pechu Cataliny krążyły już legendy. Ja uważałam ją za przesympatyczną osobę, bo przecież nic mi z jej strony nie groziło, to była kolejna mocna strona faktu, że od tygodnia nie żyłam.
Ta niezwykła ekipa dziennikarzy, była ze sobą bardzo zżyta, a ja mimo początkowych obaw o to, jak odnajdę się w gronie takich indywidualistów, szybko znalazłam z nimi wspólny język. Byli teraz dla mnie niczym rodzina.
***
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 14:09:56 26-06-07    Temat postu:

odc. 8

Od dnia mojej śmierci, nie umiałam zasnąć. Kiedyś wystarczyło, że przyłożyłam głowę do poduszki i już spałam. Teraz to się zmieniło. Kładłam się spać, zamykałam oczy i rozmyślałam. Myślałam o tym jak bardzo wszystko się zmieniło. Tęskniłam za Angelem. Często chodziłam do naszego domu. Siadałam na swoim łóżku i czekałam aż wróci do domu. Obserwowałam go smutnego i samotnego. Miałam nadzieję, że wyczuje moją obecność, będzie mu raźniej, ale nie umiałam znaleźć sposobu, aby go pocieszyć. Brakowało mi również Juany. Zawsze mogłam liczyć na jej dobrą radę. W naszych wzajemnych relacjach nie można było raczej mówić o miłości, Juana była osobą zgorzkniałą zmęczoną życiem, które nie szczędziło jej trosk. Nie potrafiła okazywać uczuć, ale zawsze można było na nią liczyć. Z całą pewnością bardzo mi jej brakowało.
Nie mogłam spać z jeszcze jednego powodu. Ilekroć zamykałam oczy, odtwarzałam w pamięci moment, gdy strzelał do mnie tamten mężczyzna. Nie widziałam jego twarzy, ale doskonale zapamiętałam ten glos. Znal moje imię i nazwisko, wiedział, kim jestem. To było zaplanowane, ale po co? Coś mi podpowiadało, że wiąże się to z moją przeszłością, tą, której nie znałam, a konkretnie z moim pochodzeniem. Tak bardzo chciałam wiedzieć, która z tych kobiet jest moją matką i dlaczego się mnie pozbyła. Obie były piękne, bogate i odnosiły sukcesy. Która z nich? Emperatriz czy Mariana? Mariana czy Emperatriz?
- Marino, to są papiery, o które prosiła Mariana. Zabierz je dobrze? – Emperatriz spojrzała na mnie znad sterty papierów.
- Oczywiście – uśmiechnęłam się i nie mogłam się powstrzymać, by uważnie się jej nie przyjrzeć. Dostrzegałam pewne podobieństwo, ale czy dostrzegłabym je, gdybym nie znała prawdy o swoim pochodzeniu? Może widziałam coś, co chciałam dostrzec.
- Czy możesz przekazać to Natalii? To moje sugestie do jej artykułu o Lorenie Rojas. Myślę, że te zdjęcia lepiej by pasowały. Poza tym artykuł jest świetny.
- Tak – przyznałam – Już go widziałam. Natalia ma świetny styl i zdolność wyciągania z ludzi różnych informacji. Ta jej bezpośredniość jest niesamowita. Na wszystko ma ripostę – chwaliłam koleżankę.
- To prawda – przyznała Emperatriz – Słyszałam, że i ty świetnie sobie radzisz. Mariana jest zachwycona. Zaczynam żałować, że nie zatrudniłam cię do siebie – roześmiała się – Dobra asystentka, to prawdziwy skarb.
- Miło to słyszeć – zrobiło mi się bardzo przyjemnie – I zawsze do usług.
Spojrzała na mnie jakoś dziwnie. Jakby czegoś szukała w mojej twarzy a ja poczułam jakieś dziwne ukłucie w sercu. Czy to zew krwi?
***
Moja pierwsza wyplata. Wspaniałe, cudowne uczucie. Zarobiłam całkiem przyzwoitą kasę, u c z c i w ą pracą. Byłam szczęśliwa.
- Marina, ruszaj się – krzyknęła Caty – Idziemy do kina. No ruszaj się.
- Do kina? – zdziwiłam się. Ja chyba jeszcze nigdy wcześniej nie byłam w kinie.
- Tak jest. Idziemy do kina. Nati znalazła jakąś komedię, którą koniecznie musimy obejrzeć. Zaraz się zbieramy.
- Dobrze. Poszłam się przebrać – Pani Mariano, to ja już będę się zbierać. Chyba, że jeszcze sobie pani czegoś życzy?
- Nie Marino. Możesz już iść. Dziękuję – uśmiechnęła się i zaczęła paskudnie kaszleć. Wyglądała blado.
- Podałam jej szklankę wody i zapytałam, czy wszystko w porządku.
- Tak. Chyba się trochę przeziębiłam – wyjaśniła – Uciekaj już, bo słyszałam, ze wybieracie się do kina.
Nati i Maja czekały już na zapleczu – Gdzie Caty? – zapytałam. Wyjaśniły, że jest w łazience już blisko dziesięć minut
- Coś jej się stało? – zaniepokoiłam się, ale w tym samym momencie w drzwiach stanęła Caty.
- Oczywiście, że nic jej się nie stało – zaczęły chichotać pozostałe dwie koleżanki.
- Co jest? – dopytywała Catalina.
- Nic, nic – uspokoiła ją Maja – Po prostu Marina dziwiła się, czemu od dziesięciu minut siedzisz w kiblu.
- Malowałam się – wyjaśniła.
- Tyle czasu? Przecież idziesz do kina z koleżankami a nie na randkę z ukochanym – zażartowałam. Koleżanka spojrzała na mnie z poważną miną.
- A bo to człowiek wie, kiedy i gdzie spotka swojego przyszłego męża? – oburzyła się – Zresztą musiałam nałożyć więcej tuszu do oczu. Jak moje rzęsy?
- Normalnie – wzruszyłam ramionami.
- To dobrze, że nic nie widać – odetchnęła. Ostatnio odpalałam papierosa od palnika i nadpaliły mi się trochę. A miałam takie piękne i długie…Myślicie, ze odrosną?
- Raczej nie – wszystkie trzy parsknęłyśmy śmiechem.
Całą drogę do kina śmiałyśmy się i żartowałyśmy. W kinie dojrzałam….to był on. Jesus a właściwie Santiago – Kim jest ta dziewczyna z Santiago – zapytałam Maję.
- To jego żona. Córka twojej szefowej.
- To jest córka Mariany? – uważnie przyjrzałam się dziewczynie.
- Tak. To prawdziwa jędza. Nazywa się Ana Karina, jest paskudna.
- Santiago nas zauważył i skinął w naszą stronę głową. Trochę dłużej mi się przyglądał. Odwzajemniłam jego uśmiech. Jego żona to podchwyciła i obrzuciła mnie podejrzliwym spojrzeniem od stóp do głów. Wiedziałam, że jej nie polubię.
- Idziemy? – szarpnęła mnie Maja – No chodźcie – poganiała Natalia – Musimy jeszcze kupić kukurydzę.
- Kukurydzę? – zapytałam naiwnie.
- Tak. Prażoną kukurydzę – powtórzyła zdenerwowana a ja nie miałam pojęcia o co jej chodzi – Spojrzałam na tabliczkę z napisem Pop – corn. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie jadłam, ale przypomniałam sobie to z filmów. Tak więc, zaopatrzone w pop – corn i colę, weszłyśmy na salę kinową.
- Hej – szepnęła do mnie Natalia – widziałaś tego chłopaka?
-Jakiego? –zapytałam. Prawdę mówiąc, jedyny mężczyzna, na jakiego dzisiaj zwróciłam uwagę, siedział właśnie, dwa rzędy przede mną. Nazywał się Santiago, chociaż ja znałam go jako Jesusa.
- Tego, który sprzedaje kukurydzę. Jest wspaniały… - rozmarzyła się. Ja błądziłam jednak myślami gdzie indziej. Dlaczego Santiago tak mocno mnie intrygował?
- Zaczyna się – odezwała się Maja i odpłynęłam w świat filmowych bohaterów. Dawno tak się nie śmiałam.
***
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 8:34:48 27-06-07    Temat postu:

odc. 9

- Marino, pani Emperatriz cię wzywa – poinformowała mnie jedna z asystentek. Pośpiesznie zbiegłam piętro niżej. Spodziewałam się, że może chodzić o Marianę. Zdziwiłam się, bp jeszcze nie było jej w pracy.
- O dobrze, że jesteś – uśmiechnęła się Emperatriz – Pojedziesz dziś do naszego domu – Moja kuzynka jest chora, ale nie zamierza odpuścić i cały czas pracuje. Chce ci przekazać jakieś tematy do załatwienia. Santiago zawiezie cię do domu.
- Jedziemy? – uśmiechnął się do mnie Santi.
- Jedziemy – odpowiedziałam. Byłam ciekawa ich domu. Zastanawiałam się, dlaczego nie chcieli, bym stała się częścią ich życia i odrzucili mnie tuż po tym jak się urodziłam.
- Jak ci się podoba w naszej redakcji? – zagadnął Santiago – Słyszałem, że całkiem nieźle sobie radzisz.
- Dzięki. Milo mi to słyszeć. Mam nadzieję, że się sprawdzę, bo ta praca bardzo mi się podoba. To niesamowite.
- Tak – uśmiechnął się – Ja też świetnie się tu czuję.
- Zawsze chciałeś być dziennikarzem? – zapytałam, bo interesowało mnie wszystko, co się z nim wiązało. Był niezwykły.
- Zawsze. Uwielbiam przelewanie swoich myśli, refleksji na papier.
- Nieźle ci to wychodzi. Czytałam twoje artykuły, są naprawdę niezłe.
- Dzięki – znowu ten uśmiech, jak to możliwe, że jest taki przystojny. Wyglądał jak skora zdjęta z Jesusa, ale było w nim coś jeszcze. Ten niezwykły błysk w oku.
- Jesteśmy na miejscu – oświadczył, gdy zajechaliśmy przed ogromną rezydencję. Niemal oniemiałam z wrażenia – Jak tu pięknie – wyszeptałam.
- Chodź – ponaglił mnie – Moja teściowa czeka. Chora jest jeszcze gorsza… - roześmiał się – Ma więcej czasu na rozmyślania jak udoskonalić gazetę. Zaraz zarzuci nas pomysłami.
W holu natknęliśmy się na żonę Santiago – Co ty tutaj robisz? – zdziwiła się na jego widok. Była dość ładna, ale nie piękna. Chyba nigdzie nie pracowała. Było już po dziewiątej a ona chodziła jeszcze w jedwabnej podomce i szlafroku.
- Twoja mama nas wezwała. Jest chora.
- Służąca coś wspominała, że nienajlepiej się czuje. Później do niej zajrzę – raz jeszcze przeniosła na mnie swój wzrok.
- Właśnie – przypomniał sobie Santiago – Wy się chyba jeszcze nie znacie. Marino, to jest moja żona Ana Karina. Kochanie, to jest asystentka twojej mamy, Marina.
- Bardzo mi miło – wyszeptałam, wyciągając rękę, którą niechętnie uścisnęła.
- To ja uciekam. Muszę się ubrać i podskoczę na uniwerek. Pogadam trochę z koleżankami i zobaczę, co się tam dzieje. Pewnie znowu jakieś nudy – cmoknęła go w policzek i znikła w jakimś pokoju. Santiago zapukał do drzwi innego i usłyszeliśmy ciche – Proszę. Weszliśmy do środka.
- Dzień dobry – nie wiem, dlaczego tak się ucieszyłam na jej widok – Jak się czujesz? – wzbudzała we mnie troskę.
- Coś mnie rozłożyło – zaczęła paskudnie kaszleć – Lepiej nie podchodźcie zbyt blisko, bo mogę was zarazić – Paskudnie kaszlała i wyglądało na to, że ma gorączkę.
- Nie rozumiem dlaczego nie leżysz – zganiłam ją – Przecież widać, że ledwo trzymasz się na nogach.
- Widział mnie lekarz. Przeżyję – próbowała się roześmiać, ale znowu dostała ataku kaszlu.
- Marina ma racje. Powinnaś leżeć – poparł mnie Santi – Wyjdziemy na chwilę, a ty się przebierzesz w piżamę i zaczekasz na nas w łóżku.
- Mowy nie ma – zaprotestowała – Mamy mnóstwo pracy.
- I wykonamy ją razem z Mariną, ale ty się położysz – nakazał – Chodź Marino – przedstawię ci mojego szwagra – Wyszliśmy z pokoju. Kątem oka widziałam, że Mariana uśmiecha się pod nosem, choć udawała oburzoną.
Ruszyliśmy długim korytarzem. Na samym jego końcu mieścił się pokój. Pomalowany na niebiesko, dosłownie tonął w zabawkach. Na łóżku leżał mały chłopiec. Ten sam, którego widziałam na zdjęciu, na biurku Mariany. Był taki słodki. Dostrzegłam, że płacze.
- Hej kolego! – podszedł do niego Santiago.
- Santi – mały wyraźnie ucieszył się na jego widok – Ale fajnie, że jesteś! Pogramy w gry? Tata przyniósł mi nową – jego oczka się rozpromieniły.
- Kolego, teraz nie mogę. Wpadłem tylko na chwilę i zaraz wracam do pracy. Postaram się skończyć dzisiaj wcześniej, to pokażesz mi tą nową grę. Teraz ostro trenuj, bo jak wrócę, to na pewno ci dołożę. Powiedz mi, dlaczego płakałeś?
- Bo mama krzyczała.
- Krzyczała? Pewnie coś przeskrobałeś?
- Nie. Byłem grzeczny. Mama nie poszła dziś do pracy i chciałem, żeby poczytała mi bajkę, ale na mnie krzyczała. Wyrzuciła mnie z pokoju. Mama mnie nie kocha.
- Opowiadasz głupoty – skarcił go Santiago – Twoja mama kocha cię najbardziej na świecie. Jak cię nazywa?
- Swoim ukochanym syneczkiem – malec się uśmiechnął.
- No właśnie – Santi potargał mu włosy – Pewnie kazała ci wyjść z pokoju, bo nie chciała cię zarazić. Wiesz przecież…
- Wiem, wiem. Jestem ciamajdą. Stale choruje…Wszyscy koledzy się ze mnie śmieją.
- Jesteś bardziej chorowity niż inne dzieci, ale nie jesteś żadną ciamajdą. Jesteś moim szwagrem i najlepszym kumplem a ja nie kumpluję się z ciamajdami. Zrozumiano. Przybij piątkę stary.
Malec uderzył w jego dłoń, wyglądał na uszczęśliwionego. Nie wiem czemu, tak mocno wzruszyła mnie ta scena. W tym chłopcu było coś niezwykłego. Poruszył moje serce. W końcu był moim kuzynem, albo bratem. Pokochałam go od razu.
- Pozwól, że ci kogoś przedstawię. To jest Marina. Moja nowa koleżanka z pracy. Jest asystentką twojej mamy.
- Cześć. Jestem Carlos Eduardo Velasquez. Możesz mówić do mnie Carlitos. Wszyscy tak mówią – wyciągnął w moją stronę swoją malutką rączkę, którą uścisnęłam. Zauważyłam, że ma nogę w gipsie.
- A ty mów do mnie Marina. Co ci się stało? – wskazałam na nogę.
- Spadłem z konia i złamałem nogę.
- Z konia? Fajnie masz.
- Fajnie? – zdziwił się.
- Tak. Ja kiedyś miałam złamaną nogę. Spadlam z drzewa. Spaść z drzewa to nic takiego, ale z konia brzmi super.
- I co? Koledzy się z ciebie śmiali?
- Tak. Ale tylko z początku. Później mi zazdrościli.
- Zazdrościli ci? – był zdumiony.
- No pewnie. Miałam najfajniejszy gips, jaki można sobie wyobrazić. Każdy mógł się na nim podpisać.
- Wow! – ożywił się malec – Podpiszecie mi się?
- Jasne – roześmiał się Santi.
- Marino, ty pierwsza – napisałam mu dedykację: Dla mojego kumpla – kaskadera, Marina. Chłopiec był zachwycony. Santiago też coś napisał a następnie stwierdził, ze musimy już iść do Mariany.
- Marino w sobotę mam urodziny. Przyjdziesz? Proszę!
Trochę się zmieszałam, ale Santi odpowiedział zamiast mnie – Pewnie, że przyjdzie. Sam ją do ciebie przywiozę.
Udaliśmy się do pokoju Mariany. Leżała już w łóżku, nie wyglądała za dobrze.
- Byliście u Carlita? – zapytała.
- Tak. Płakał, kiedy weszliśmy.
- Domyślam się – posmutniała moja szefowa – Biedaczek nie może się nigdzie ruszyć przez ten gips, a ja też niemiło go rano potraktowałam. Nie chcę, żeby się ode mnie zaraził. Mój synek jest bardzo chorowity – wyjaśniła, spoglądając w moją stronę.
- Świetnie dogadał się z Mariną – powiedział jej Santi – Mały jest dumny jak paw ze swojego gipsu. Marina nazwała go kaskaderem i podpisała na jego gipsie. Jest szczęśliwy. Zaprosił Marinę na swoje urodziny.
- Naprawdę? – uśmiechnęła się Mariana – Musiał bardzo cię polubić. Zwykle jest powściągliwy. Proszę cię, przyjedź, chociaż na chwilę. To sprawi mu ogromną radość.
- Dobrze – zgodziłam się. Szczególnie ze względu na malca. To dziecko było niesamowite, a ja czułam, że bardzo mnie potrzebuje. Coś mi podpowiadało, że muszę mu pomóc. Później przeszliśmy do omawiania bieżących spraw dotyczących pracy w redakcji. W końcu Mariana powiedziała coś, co mnie zupełnie zaskoczyło…
- Marino, szykuj się na wyjazd do Cancun.
- Słucham? – myślałam, że się przesłyszałam.
- Dostaliśmy zaproszenie na konferencję na temat szans rozwoju prasy meksykańskiej. Pojedziesz ze mną i Santiago.
- Naprawdę? – wciąż nie mogłam w to uwierzyć. Zawsze marzyłam o tym, aby zobaczyć ten najpiękniejszy zakątek świata, a teraz moje marzenie się zrealizuje. Byłam taka szczęśliwa. Miałam ochotę uścisnąć Santiago i Marianę. Kobieta chyba zauważyła moje wzruszenie. Zaczęła się śmiać.
- Marino, jedziemy tam ciężko pracować, ale znajdziemy też czas na zwiedzanie. Zobaczysz jak piękne to miejsce.
- Kiedy jedziemy? – byłam podekscytowana.
- Za dwa tygodnie – zaczęła kaszleć – Mam nadzieję, że mi przejdzie do tego czasu.
- Musisz na siebie uważać – upomniałam ją – Jak najwięcej leż i odpoczywaj. Nie wstawaj z łóżka. Musisz o siebie dbać.
- Łatwo się mówi, a ja mam masę roboty. Trzeba przejrzeć materiały. Napisać recenzje z ostatniej wystawy sztuki nowoczesnej. To muszą być takie małe streszczona, na podstawie notatek przygotowanych przez Marlene. Wiesz, o czym mówię? – zapytała mnie, odpalając swojego laptopa.
- Zajrzyj w naszą „pocztę wewnętrzną” w folder Marina. Umieściłam tam jakieś materiały. Zrobiłam to wczoraj przed wyjściem.
Mariana czytała w skupieniu, później spojrzała jakoś tak dziwnie – Ty to napisałaś?
- Tak – odpowiedziałam, trochę przerażona – Czy nie o to Ci chodziło?
- Prawdę mówiąc nie – powiedziała, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu – Chciałam, żebyś przepisała mi materiały Marlene do obróbki, którą sama chciałam się zająć.
- Przepraszam – wyszeptałam okropnie zawstydzona.
- Przepraszasz? – spojrzała na mnie jakby z niedowierzaniem – Zaoszczędziłaś mi kilka godzin pracy. Poprosiłam cię o przepisanie notatek, a ty je przerobiłaś, tworząc, świetny artykuł. Sama lepiej bym tego nie zrobiła.
- Ja tylko….
- Odwaliłaś kawał świetnej roboty – pochwaliła mnie, a ja poczułam się jak w siódmym niebie. Mariana Velasquez patrzyła na mnie z podziwem. To było cudowne uczucie. Tak bardzo chciałam, żeby była ze mnie zadowolona i udało się! Później przekazała mi kilka dyspozycji, wytłumaczyła, co i jak mam przygotować. Wszystkie sugestie skrupulatnie spisałam w moim terminarzu. Po godzinie, byliśmy gotowi do wyjścia – Marino – zatrzymała mnie jeszcze na chwile szefowa – Dzięki –uśmiechnęła się życzliwie.
- Nie ma za co – odpowiedziałam. Wyszliśmy z pokoju i napotkaliśmy się na mężczyznę w średnim wieku. Był raczej przystojny. To znaczy wielu kobietom mógł się podobać, ale ja uważałam, że ma w sobie coś odpychającego.
- Marino, poznaj mojego teścia – przedstawił nas sobie Santi.
- Octavio Velasquez – przedstawił mi się, ściskając moją dłoń. To był mąż Mariany. Mógł być moim ojcem. Miałam jednak nadzieję, że tak nie jest.
***
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cris
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 16 Cze 2007
Posty: 3684
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 11:49:54 28-06-07    Temat postu:

Dziekuję za tak wspaniałe komentarze i zapraszam na kolejny odcinek:

Tego dnia wróciłam do domu wyjątkowo zmęczona, ale i szczęśliwa. Praca dawała mi tak wiele satysfakcji. Mariana mnie pochwaliła. Potrafiłam sobie poradzić pod jej nieobecność. Oczywiście kosztowało mnie to wiele nerwów, ale udało się.
- Cześć – ledwo żywa uśmiechnęłam się do Carlotty, którą zastałam w kuchni.
- Cześć - odpowiedziała – Jak w pracy?
- Jestem wykończona. Lecę z nóg.
- Biedactwo – uśmiechnęła się do mnie współczująco – Zrobię ci kawy.
- Dzięki – byłam jej wdzięczna.
- Siadaj. Zjemy razem kolację?
- Jasne. A gdzie twój mąż?
- Abelardo jest jeszcze w pracy. Ma próby ze swoim zespołem. Jest taki szczęśliwy – twarz Carlotty rozpromieniła się. Odgadłam, że jest już lepiej – Powiedziałam mu o dziecku i omal nie oszalał ze szczęścia. Tak bardzo się cieszy. Napisał nawet jakąś nową piosenkę…
- To dobrze – ucieszyłam się – A jak twoja matka? Rozmawiałaś z nią?
- Próbowałam, ale nie chciała. Nie odbierała moich telefonów. Zostawiłam jej wiadomość na sekretarce. Spróbowałam wyciągnąć do niej dłoń na pojednanie. Powiedziałam, że bardzo ją kocham i bardzo mi jej brakuje. A jeśli zechce się ze mną spotkać, to mam jej coś ważnego do powiedzenia. Przynajmniej spróbowałam. Teraz wszystko zależy od niej. Wątpię jednak, aby chciała zadzwonić. Jest zbyt uparta i zawzięta.
- Przykro mi – wyszeptałam, widząc jej smutną minę. Było mi żal Carlotty, ale jednocześnie odczulam uścisk w żołądku. Coś na kształt zazdrości. Ona przynajmniej miała, do czego tęsknić. Matka ją kochała i dlatego ją teraz odtrąca. Moja, odrzuciła mnie, gdy tylko się urodziłam, a ja nawet nie wiem, dlaczego. Nie wiem, kto nią jest. Od razu poczułam sympatię w stosunku do Mariany. Była wspaniała, tyle się od niej uczę, jest taka dobra i troskliwa. Jednak przy Emperatriz czuję coś niezwykłego…
- Twoja kawa – Carlotta postawiła przede mną kubek gorącego napoju – Wiesz, dziś przyjdzie mój brat. Chciałabym, żebyś go poznała. To dla mnie bardzo ważna osoba. Z rodziny mam właściwie tylko jego…
Jakiś czas później rozległo się pukanie do drzwi pensjonatu – To na pewno mój brat – zawołała Carlotta, która właśnie się przebierała – Czy możesz otworzyć?
Ruszyłam do drzwi. Otworzyłam je i…Nie mogłam w to uwierzyć. Wpatrywałam się w niego zdziwiona.
- Marina? – wyszeptał równie zdziwiony, co ja.
- Santiago…
- Cześć – uśmiechnął się serdecznie – Co ty tutaj robisz?
- Mieszkam – wyjaśniłam.
- Mieszkasz? Chyba od niedawna? Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem.
- Tak. Zamieszkałam tu niedawno. A ty? Skąd się tutaj wziąłeś?
- Santi! – rozległ się głos Carlotty. Rzuciła się mu na szyję – Tak się stęskniłam, braciszku.
Więc Santiago jest bratem Carlotty. Wszystko zaczynało powoli układać się w całość. To jego podobieństwo do Jesusa! Wszystko zrozumiałam. Carlotta miała przecież dwóch braci. Jeden z nich zginął. To na pewno Jesus. To on mnie tu przyprowadził. Chciał żebym poznała jego rodzeństwo. Wszystko to, było częścią planu. Wciąż nie wiedziałam jednak, jaką rolę ja miałam w nim odegrać. Przypomniałam sobie cele, jakie postawił przede mną Jesus. Muszę dowiedzieć się, kim jestem, znaleźć kogoś, kto mnie pokocha do tego stopnia, że będzie w stanie oddać za mnie życie, no i nauczyć się wybaczać…
- Koniecznie musisz poznać moją koleżankę Marinę – kontynuowała Carlotta.
- Właściwie my już się znamy – roześmiał się Santiago – Pracujemy razem.
- Naprawdę? – Carlotta niedowierzała – No tak! Marina mówiła, że pracuje w redakcji gazety, ale nie wiedziałam, że chodzi o „El dia”.
Rozmawialiśmy bardzo długo. Przyłączył się do nas także Abelardo. Był młodym, przystojnym mężczyzną i na pierwszy rzut oka było widać, że uwielbia swoją żonę.
- Jesteś w ciąży?! – Santiago nie mógł uwierzyć, kiedy siostra powiedziała mu tę nowinę – To wspaniale. Zostanę wujkiem! Tak się cieszę! – uściskał siostrę i szwagra. Nawet mnie pocałował w policzek, krzycząc – Zostanę wujkiem – Było w nim coś niezwykłego. Chłopięcy urok, ale i smutek. Widziałam, że z jakiegoś powodu bardzo cierpi. Patrząc na niego, gdy cieszył się tak ze szczęścia swojej siostry, starałam się zrozumieć, jak to możliwe, że moje serce bije w przyśpieszonym tempie, gdy on jest w pobliżu. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego. Bardzo się tego bałam. Wiedziałam, że nie wolno mi się w nim zakochać, ale czy nie było już na to za późno?
Czas mijał tak szybko. Kiedy Santiago, oświadczył, że zrobiło się późno i musi już iść, poczułam w sercu jakieś dziwne ukłucie, dziwny uścisk w brzuchu. Tak bardzo lubiłam się mu przyglądać, słuchać tego, co mówi, patrzeć jak się uśmiecha.
- Santiago jest wspaniały, prawda? – Carlotta uśmiechnęła się, siadając tuż obok mnie. Nie wyglądała już na taką smutną. Wizyta brata wyraźnie poprawiła jej humor.
- Jest bardzo fajny – przyznałam – Od razu widać, że bardzo cię kocha.
- Tak. Zawsze był moją największą podporą. Zawsze gotowy mnie bronić, wskoczyłby za mną do ognia. Matka zniszczyła mu życie.
- Jak to?
- Santiago i Jesus byli bliźniakami. Santi zawsze taki cichy i spokojny, był marzycielem. Jesus był zupełnie inny. Zawsze radosny, roześmiany, stale się śmiał. Był ulubieńcem matki. Później w naszym życiu pojawiła się Elisa. Jesus stracił dla niej głowę. Oszalał na jej punkcie. Pierwszy raz był naprawdę zakochany. Elisa przychodziła coraz częściej. Jednak coraz więcej czasu poświęcała Santiago. Mieli wspólne zainteresowania. Potrafili rozmawiać godzinami. To była sobota. Jesus był na uczelni. Wrócił do domu i zastał ich w salonie. Santi i Elisa całowali się. Mój brat wpadł w szał. Rzucił się z pięściami na Santiago – w oczach Carlotty dostrzegłam łzy. Wciąż to przeżywała, tak jakby stało się to wczoraj – Pobili się. Właściwie to Jesus go buł. Santiago go przepraszał. Błagał o wybaczenie. Obiecywał, że to się nie powtórzy. Elisa wybiegła. Ja wróciłam z matką z zakupów. Kazała im się uspokoić. Jesus wyglądał jak opętany. Wybiegł z domu. Santiago chciał go dogonić. Nie udało mu się. Jesus wsiadł na swój motocykl. Santiago był załamany. Nasz brat długo nie wracał. Matka była wściekła. Telefon zadzwonił o 19.50. Nigdy nie zapomnę tej chwili. Twarz matki. W jednej chwili postarzała się o dziesięć lat. Wpadła w histerię. Jesus zginął. Rozbił się na motorze. Długo nie mogła dojść do siebie. Cały czas była na tabletkach uspokajających. Nie chciała widzieć Santiago na oczy. Obwiniała go o śmierć drugiego syna. Całą swoją uwagę i miłość przelała na mnie. Później ja też ją zawiodłam. Santiago znowu wrócił do łask. Dobrze wiem, że nie zapomniał o Elisie, ale wykreślił ją ze swojego życia. Nigdy więcej nie zamienił z nią słowa. Poślubił Anę Karinę. Znasz ją?
- Widziałam raz czy dwa – odpowiedziałam.
- Jest paskudna. Rozkapryszona i zepsuta do granic możliwości. Wiem, że mój brat wcale jej nie kocha.
- Więc dlaczego ją poślubił? – zdziwiłam się.
- Bo matka tego pragnęła. A on zrobiłby wszystko, żeby ją zadowolić, żeby wynagrodzić jej stratę Jesusa.
- Teraz jest zadowolona? Wybaczyła Santiago?
- Nie. Wciąż go obwinia. Jest dla niego milsza, ale nie wybaczyła mu, a on tak bardzo cierpi. Zrobiłby dla niej wszystko.
Zamyśliłam się, wysłuchawszy tej opowieści. Było mi szkoda Santiago. Poznałam też historię Jesusa. Bardzo chciałam z nim teraz porozmawiać…
***
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Natka***
Mocno wstawiony


Dołączył: 15 Mar 2007
Posty: 6770
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: 12:26:47 28-06-07    Temat postu:

Świetny odcinek! Nie żałuję że oddałam na ciebie głosy w Forum Adwards 2007. Zasługujesz na nie! Poprostu rewelacja!!! Czekam na kolejny odcinek
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze zakończone telenowele i seriale Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3 ... 10, 11, 12  Następny
Strona 1 z 12

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin