Forum Telenowele Strona Główna Telenowele
Forum Telenowel
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

W labiryncie kłamstw
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... , 48, 49, 50  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze zakończone telenowele i seriale
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  

Który z villanów powinien odegrać znaczącą rolę w finale serialu?
Manuel Rodriguez
12%
 12%  [ 1 ]
Esperanza Guzman
12%
 12%  [ 1 ]
Lucrecia De La Fuente
12%
 12%  [ 1 ]
Rodrigo Santanez
0%
 0%  [ 0 ]
Carmen Gordillo
0%
 0%  [ 0 ]
Oskar Gutierrez
0%
 0%  [ 0 ]
Tobias Castillo
0%
 0%  [ 0 ]
Manuel, Esperanza i Santanez
12%
 12%  [ 1 ]
Manuel i Esperanza
37%
 37%  [ 3 ]
Ostatni odcinek powinien być bez villanów
12%
 12%  [ 1 ]
Wszystkich Głosów : 8

Autor Wiadomość
Val
Idol
Idol


Dołączył: 14 Maj 2008
Posty: 1852
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: 14:28:35 20-12-10    Temat postu:

Komentarz do odcinków 157-158:

Po wielkich mrokach znów wzeszło słońce, ale chyba nie na długo, bo ciemne charaktery żyją i dopóki nie umrą, dopóty będą szaleć.

No właśnie, jeśli już jesteśmy w temacie ciemnych charakterów, to przydałby się umiar. Esperanza i Manuel bowiem są jak Taylor z Mody na sukces, która wraca po kilka razy zza światów. Gdyby dodać do tego jeszcze rzekomy powrót Marii Emilii, to wychodzi na to, że 'W labiryncie kłamstw' mogłoby nosić tytuł 'W labiryncie powrotów'. Wątki powrotu bohatera uznanego za zmarłego, zwłaszcza gdy chodzi o ciemny charakter, są niesamowite, ale tylko raz, bo za drugim razem to wzbudza bardziej negatywne, niż pozytywne emocje. Niestety w tej kwestii - ku może czyjemuś oburzeniu - zarzucę nieprawidłowe chronologicznie prowadzenie wątków. Jeśli główni bohaterowie mają zostać na deser, bo tak powinno być, to trzeba najpierw rozwiązać wątki innych bohaterów, by nastepnie się brać za nich - a tak wyszło, że znów musieli zniknąć, bo teraz nie ma dla nich miejsca - i nic strasznego w tym zniknięciu, gdyby nie fakt, że kilka odcinków temu także zniknęli i już po setki razy sie odgrażali.

Pozostańmy jeszcze w temacie ciemnych charakterów, bo dziś wielką niespodzianką był powrót Diablicy - postać epizodyczna, lecz emocjonująca. Po cichu liczę, że dzięki niej Carmen - tak dla kompletu - spotka podobny los jak Ricarda, Ignacia, Isabel i całą resztę tych, co knuli, a teraz leżą dwa metry pod ziemią.

Powtórne pochowanie Marii Emilii, błyskawiczny proces Santaeza, wyjaśnienie sprawy Claudii, łączenie pojedynczych bohaterów w pary - zamykamy powoli wszystkie wątki, by na koniec zostawić ten jeden, najbardziej emocjonujący, ale jaki, to już pewnie każdy się domyśla.



Ostatnio zmieniony przez Val dnia 14:36:38 20-12-10, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Greg20
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 07 Paź 2007
Posty: 10270
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 14:38:15 20-12-10    Temat postu:

Chyba źle pan zrozumiał mój pomysł na kolejne odcinki Nie wiem o jakie niechronologiczne prowadzenie wątków panu chodzi. Nie oszukujmy się, dobrze wiemy, że Manuel i Esperanza przeżyli, więc teraz udawanie tajemniczości co z nimi i czy żyją jest nie na miejscu. Po szalonych odcinkach nadszedł czas na rozwiązanie innych wątków i danie spokoju głównym villanom. Po prostu te obecne odcinki są znacznie spokojniejsze, ale nie zawsze może być aż takie trzęsienie ziemi jak ostatnio

Tak, przed nami wielkimi krokami zbliża się finał na który zapraszam. Postaram się coś dodać jeszcze przed Wigilią, a finał będzie w Sylwestra

Dziękuję za komentarz i pozdrawiam


Ostatnio zmieniony przez Greg20 dnia 14:40:55 20-12-10, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Val
Idol
Idol


Dołączył: 14 Maj 2008
Posty: 1852
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: 18:30:35 20-12-10    Temat postu:

Wątki same w sobie są ok i podobają mi się, jedynie nie pasuje mi to powtórne znikanie głównych ciemnych charakterów, dlatego, że jest POWTÓRNE. Uważam, że gdyby podczas ich pierwszego zniknięcia zamknięto wszystkie inne wątki, to teraz mogliby wrócić i szaleć. A tak wrócili gdy niepozamykano wszystkich innych wątków i trzeba było doprowadzić do ich drugiego zniknięcia, by zamknąć wszystkie inne wątki. Przez to odczuwam mały bałgan w prowadzeniu wątków.

Pozdrawiam


Ostatnio zmieniony przez Val dnia 18:31:57 20-12-10, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Greg20
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 07 Paź 2007
Posty: 10270
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 21:43:24 20-12-10    Temat postu:

Tu chodzi o to żeby zmieścić się w 165 odcinkach, a znikać mogą nawet tysiąc razy. Najważniejsze, że wracają i dalej mącą

Ja również pozdrawiam
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Willa
King kong
King kong


Dołączył: 26 Sty 2008
Posty: 2313
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z pięknej i malowniczej okolicy:)
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 22:46:42 20-12-10    Temat postu:

Powoli zbliżamy się w fazę finałową. Wyjaśniane są niektóre wątki. Między innymi Carmen. Powiedziała całą prawdę Gustkowi. Boi się bo wie co ją czeka. I dobrze tak suce jednej.
Podobała mi się scenka, kiedy Carmen i Diablica ponownie się spotkały. Obłuda mile widziana, szczególnie ze strony naczelniczki. Dobre to było. Carmen za to co zrobiła czeka ją śmierć. Diablica już wydała na nią wyrok śmierci. To początek jej końca.
Niektóre wątki zbliżają się do rozwiązania: skazanie Santaneza na śmierć, zaręczyny Javiera i Caroliny, Valeria i Alejandro też raczej będą już razem, Martinowi w oko wpadła Renata. Istna sielanka. Wydaje się, że spokój już niedługo zagości w rodzinie, ale nic bardziej mylnego. Na wolności wciąż są Esperanza i Manuel, których powroty dobrze znamy i niestety nie wróżą nic dobrego. Szykuje się burza z gradobiciem.
Pozdrawiam i czekam na końcowe odcinki z niecierpliwością.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Val
Idol
Idol


Dołączył: 14 Maj 2008
Posty: 1852
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: 0:43:02 21-12-10    Temat postu:

Greg20 napisał:
Tu chodzi o to żeby zmieścić się w 165 odcinkach, a znikać mogą nawet tysiąc razy.


Tu chodzi chyba o to, żeby przeciągnąc do 165 odcinków, a nie się zmieścić - znikać mogą, ale niech nie wracają co chwilę
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Greg20
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 07 Paź 2007
Posty: 10270
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 17:17:37 21-12-10    Temat postu:

Przeciąganie nie jest najlepsze, ale będzie te 165 odcinków jak obiecałem i słowa dotrzymam
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Greg20
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 07 Paź 2007
Posty: 10270
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 17:35:24 27-12-10    Temat postu:

159 ODCINEK

Na drugi dzień.

Więzienie.

Diablica załatwiła Carmen osobną celę, dzięki czemu chwilowo ją uspokoiła. Jednak więźniarka wciąż podświadomie czuła, że niebezpieczeństwo czyha na nią w każdym zakamarku tego więzienia. Czasy kiedy miała tu mocną pozycję bezpowrotnie minęły. Jednak była przygotowana na kolejny atak Elviry i jej bandy. Zaopatrzyła się w nóż, który załatwiła jej jedna ze znajomych współwięźniarek. Carmen nie spała całą noc i czuwała. Nie mogła zasnąć w obawie przed atakiem. Cieszyła się, że powiedziała całą prawdę Gustavo na temat jego siostry. Odczuła jakąś ulgę, chociaż wiedziała, że Munos jeszcze bardziej ją po tym znienawidził. Nie miała już jednak żadnych tajemnic do odkrycia. Wszystko mogło się teraz zdarzyć i ona była na wszystko przygotowana. W pewnym momencie poczuła kroki. Kilka sekund później jej cela otworzyła się. Nie była to jednak wizyta strażniczki. To Elvira i dwie jej towarzyszki przyszły aby dokończyć dzieła. Carmen starała się jednak zachować spokój zaciskając mocno nóż który trzymała z tyłu.

- Dzień dobry. Jak się spało? – spytała Elvira gotowa aby w każdej chwili zaatakować swoją ofiarę.
- Czego znowu chcecie? Już dałyście mi nauczkę. Nie będę wam wchodziła w drogę – odparła Carmen udając, że jest posłuszna nowej bandzie rządzącej w więzieniu.
- Już się nie stawiasz? To dobrze. Zadamy ci szybką i bezbolesną śmierć!
- Chcecie mnie zabić? Co ja wam zrobiłam? Diablica was nasłała? Będę posłuszna, ale nie zabijajcie mnie!
- Decyzje już zapadły. Bramy piekła stoją przed tobą otworem.
- W porządku… Zanim mnie zabijecie pozwólcie mi spełnić ostatnie życzenie. Nie proszę chyba o zbyt wiele.
- Dobre sobie – śmiała się Elvira. Ale niech ci będzie, bo poprawiasz mi humor. Jakie jest twoje ostatnie życzenie?
- Powiem ci je na ucho, bo wstydzę się mówić o tym przy was wszystkich. Potem możecie mnie zabić.
- Wariatka, ale z poczuciem humoru.

Rozbawiona Elvira podeszła do Carmen, a ta wciąż zaciskała nóż gotując się do ataku.

- Moje ostatnie życzenie to twoja śmierć suko! – szepnęła Carmen, po czym błyskawicznym ruchem ręki wbiła przeciwniczce nóż w szyję, a potężna Elvira jęknęła chrypliwym głosem i padła na ziemię w strugach krwi. Umierała powoli, ale nie było dla niej już ratunku, bo ostrze trafiło prosto w tętnicę. Tymczasem Carmen jak rozszalały niedźwiedź skoczyła w kierunku dwóch towarzyszek Elviry zadając im zamaszyste ciosy.

- Nie ma następnych? Gdzie jest ta twoja banda? Tchórze! Chcę krwi! – krzyczała Carmen, ale po chwili zatrzymały ją strażniczki zaalarmowane całym zajściem. Za jakiś czas pojawiła się również diablica. Dwie ciężko ranne więźniarki zostały natychmiast zabrane przetransportowane do szpitala. Elvirze nie mógł już nikt pomóc. Leżała martwa w kałuży krwi.

- Dobrze się stało. Tylko mi przeszkadzała – mruknęła diablica na widok zamordowanej kobiety.
- Wciąż jestem tu królową! Nikt mnie nie zabije! – krzyczała zadowolona Carmen.
- Weźcie tego śmiecia zanim zacznie śmierdzieć… A dzięki komu to wszystko? Kto cię powiadomił co planuje Elvira? A nie wierzyłaś we mnie – odparła spokojnie diablica.
- Przepraszam. Uratowałaś mi życie i jestem ci za to wdzięczna.
- Mamy przenieść Carmen do izolatki? – spytała szefowej jedna ze strażniczek.
- To nie jest konieczne. Ona się tylko broniła. Ja to jakoś załatwię. Zostawcie nas samych.

Po chwili w celi przypominającej pobojowisko pozostały jedynie Carmen i diablica.

- Skąd miałaś taki nóż? Niezłe ostrze – powiedziała diablica spokojnie oglądając sobie narzędzie zbrodni.
- Mam swoje wpływy, przecież wiesz. Nie zabezpieczysz noża? Po co go dotykasz? Będą tam twoje odciski palców – zdziwiła się Carmen.
- Nie znasz tego więzienia? Przecież nie będzie żadnego śledztwa, więc każdy może dotykać i robić z tym co chce. W tym miejscu nie ma żadnych zasad…
- Masz rację. To nie pierwsze i nie ostatnie morderstwo jakie ktoś tu
popełnił – zauważyła Carmen, która położyła się na swojej pryczy zakładając swobodnie ręce na głowę.
- Otóż to. Z pewnością nie ostatnie…

Ton w jakim powiedziała te słowa Diablica zaniepokoił Carmen, ale zanim zrozumiała co się dzieje, było już za późno na reakcję. Kobieta zaskoczyła ją zupełnie wbijając jej ten sam sztylet w brzuch.

- Coś ty zrobiła stara jędzo?
- Zemściłam się młoda suko! – odparła Diablica wyciągając ostrze.

Carmen próbowała się bronić, ale była zbyt słaba. Szefowa więzienia zadała jej jeszcze dwa ciosy.

- Straż! Carmen oszalała! Dźgnęła się nożem? Pomocy!
- Nie ujdzie ci to płazem. Okazałaś się moim Judaszem – westchnęła coraz słabszym głosem Carmen.
- Amen – odparła rozbawiona diablica.

Gdy wezwane przez nią strażniczki przybiegły do celi było już po wszystkim. Carmen nie żyła.

- Ona zwariowała! Rzuciła się na mnie z nożem, a potem postradała zmysły i sama się dźgnęła! Carmen nie żyje. Nie mogę na to patrzeć. Aż do tej pory się trzęsę – oznajmiła diablica…

Coralos.

Cmentarz.

Gustavo powiedział bratu całą prawdę na temat śmierci jej siostry. Obaj mocno to przeżyli i poczuli, że muszą znów odwiedzić jej grób. Bolesne wspomnienia powróciły, ale Munosowie poczuli też ulgę, że poznali całą prawdę o tamtych jakże tragicznych wydarzeniach.

- I pomyśleć, że to nie tylko wina Ricardo Sandovala, ale również Carmen Gordillo – stwierdził Sergio patrząc na piękne zdjęcie swojej siostry jakie widniało na jej nagrobku.
- Moim zdaniem ona nie wytrzyma w więzieniu. Gdy z nią rozmawiałem była nieźle pobita. Nie zdziwiłbym się gdyby ją tam wykończyli – odparł Gustavo.
- Nie miałbym nic przeciwko temu.
- Nie należy źle życzyć ludziom, ale co ma być to będzie. Los Carmen jest teraz w rękach Boga. Najważniejsze, że trafiła do więzienia za całe zło które wyrządziła. Być może wyrzuty sumienia sprawiły, że wyznała mi prawdę.
- Wczoraj po raz drugi żegnaliśmy Marię Emilię. Teraz wydaje mi się, że po raz drugi żegnamy naszą siostrę.
- Teraz jej dusza odzyskała spokój. Tobias przed śmiercią zostawił dla mnie list. Nie mówiłem ci o tym. Podał tam nazwiska ludzi, którzy wtedy zrobili to naszej siostrze…
- Niech ja dorwę tych drani!
- Spokojnie… Wszyscy już nie żyją. Sandoval i Tobias pozbyli się ich w odpowiednim momencie. Kilku zginęło też przy obronie hacjendy przed mafią. Zapłacili za swój czyn.
- Kiedyś nadchodzi taki czas, że zło obraca się przeciwko tym, którzy je czynią. Santanez został skazany na śmierć i również trafi do piekła. Oby Esperanza i Manuel również zapłacili…
- Zapłacą. Przekonasz się o tym. Chodźmy już. Wrócimy do naszej siostry innym razem. Niech wie, że nastąpił przełom. Cieszę się, że Javier i Carolina wezmą ślub. Oni też zasłużyli na szczęście.
- Podobnie jak don Alejandro i don Martin. Myślisz, że im też się uda zaznać szczęścia ze swoimi kobietami?
- Bóg doświadczył tą rodzinę niemalże tak bardzo jak doświadczył Hioba. Ale oni nie odwrócili się od Boga. W końcu zaznają spokoju i szczęśliwych dni. Jestem o tym przekonany – uśmiechnął się Gustavo…

Więzienie.

Rodrigo Santanez był wielce zaskoczony gdy zobaczył, że jego własna żona chce go odwiedzić. Był to bardzo ryzykowny krok, ale Renata uparła się, że musi porozmawiać z mężem i ma do tego prawo. Przekonała Martina i policję do chociaż jednej takiej wizyty. Oni niechętnie, ale zgodzili się. Jej córka została w bezpiecznym miejscu i nie zamierzała odwiedzać ojca.

- Kogo ja tu widzę? Przyszłaś ze mnie kpić i naigrywać się? Jeśli tak to tracisz tylko swój cenny czas – oznajmił na wstępie Santanez.
- Nie zamierzam z ciebie kpić. Chcę tylko porozmawiać z tobą na
spokojnie. Jesteś moim mężem i ojcem mojej córki i to nigdy się nie zmieni – odparła Renata.
- Cóż to za filozoficzne morały? Daj mi spokój. Wygrałaś. Skazali mnie na śmierć. Mój adwokat wystąpił o apelację, ale nie mam już nadziei. Skończę na krześle elektrycznym. Nie zapomnij usiąść w pierwszym rzędzie aby to zobaczyć.
- Nie mów tak Rodrigo… Jeszcze masz czas aby się zmienić.
- Zmienić? O czym ty mówisz? Skazali mnie na śmierć, a ty mówisz, że mam się zmienić? Żarty sobie ze mnie stroisz?
- Znajdź drogę do Boga. Jeszcze możesz stać się dobry. Żałuj za swoje grzechy i módl się…
- Nie do wiary! Jesteś księdzem czy co? Skończ z tymi kazaniami!
- Powinnam cię nienawidzić, ale ja nie jestem taka. Nie czuję do ciebie już nic, bo stałeś się zimnym potworem, który posłał na śmierć wiele ludzkich istnień, skrzywdził wiele dobrych i kochających się rodzin… Swoją również zniszczyłeś… Manipulacjami, kłamstwem… Miałeś dwie twarze Rodrigo. Zniszczyłeś również i sam siebie. Spójrz jak wyglądasz. Jesteś cieniem człowieka. Ale mimo to przyszłam cię odwiedzić i spróbować do ciebie dotrzeć.
- Wiesz co jest najśmieszniejsze? W Coralos nie ma żadnej ropy. Ricardo Sandoval mnie oszukał. Złoża znajdują się 50 km od tej mieściny i policja już zabezpiecza to miejsce. Walczyłem o coś co nie istnieje. Dasz wiarę? Po czymś takim można sobie tylko strzelić w łeb – śmiał się Santanez zarówno z siebie jak i z całej tej jakże zabawnej sytuacji.
- Twoja córka nie chce cię znać. Do tego doprowadziłeś…
- Spróbuj ją tu przyprowadzić, a jeśli to się nie uda to powiedz, że ją kocham. Tak, kocham. Na swój sposób…
- Ty nie umiesz kochać…
- Każdy umie, ale okazuje to inaczej. Zmęczyła mnie ta rozmowa. Idź już.
- Jeszcze możesz się zmienić Rodrigo. Pamiętaj o tym.
- Renata zaczekaj!
- Pomódl się za mnie do swojego Boga. Skoro mam umrzeć, to nie zaszkodzi spróbować.
- Ty musisz to zrobić. To zależy tylko od ciebie…
- Grałem w grę nie wartą świeczki i przez to umrę – załamał się Rodrigo…

Hacjenda rodziny De La Fuente.

Valeria wróciła do hacjendy po kilku godzinach spędzonych w stolicy na zakupach. Zdziwiło ją, że nie zastała tam nikogo z domowników. Zauważyła jednak płatki róż, które leżały niedaleko przy wejściu do środka i ciągnęły się po schodach aż na górę. Kobieta poszła tym śladem i trafiła do sypialni. Obsypany był dywan i łóżko, ale nikt tam na nią nie czekał.

- Co to za numery? To twoja sprawka Alejandro? Gdzie jesteś? – spytała zaskoczona kobieta, ale nikt jej nie odpowiedział. Dopiero po chwili poczuła, że ktoś podszedł do niej od tyłu i zakrył oczy.
- Niespodzianka moja droga – odpowiedział senior rodu De La Fuente.
- To wszystko dla mnie?
- Nie. To dla mojej kochanki – śmiał się Alejandro.
- Dowcipny się zrobiłeś…
- Przy tobie na stare lata czuję się jak młody Bóg. Ostatnio wiele zrozumiałem. Jestem człowiekiem, który popełnił w życiu chyba wszystkie grzechy główne z możliwych, ale zmieniam się. Pewnie pomyślisz, że chcę cię zaciągnąć do łóżka. Ja pragnę odzyskać swoje szczęście i wiem, że tylko u twojego boku może mi się to udać. Byłem dla ciebie niesprawiedliwy, ale już nigdy więcej…
- Nic nie mów Alejandro. Każdy z nas popełnia błędy. Ja również je popełniłam. Chciałam dać szansę twojemu bratu, ale zrozumiałam, że go nie kocham. On również to zrozumiał. To nie było miłość. Do tego potrzeba dwojga. Ja wiem, że kocham tylko ciebie…
- A ja ciebie. Dajmy sobie drugą szansę i bądźmy szczęśliwi.
- Będziemy. Zaczniemy nowy etap w naszym życiu.

Alejandro jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy. Ukochana kobieta wybaczyła mu i wciąż go kochała. On czuł się młody i pełny życia przy nieco młodszej Valerii. Mimo różnicy wieku pasowali do siebie. I nie zamierzali zmarnować drugiej okazji.

- Dlaczego nikogo nie da w hacjendzie? Sprytnie to wykombinowałeś. I co mi teraz zrobisz? – śmiała się Valeria.
- Pocałuję – odparł Alejandro po czym zrobił to co powiedział. Całował kobietę, która z radością odwzajemniała jego pocałunki i pieszczoty. Szybko wylądowali w łóżku.
- Zostań moją żoną. Zapomnijmy o tamtym razie. Teraz na pewno staniemy na ślubnym kobiercu.
- Zostanę panią De La Fuente. Przed przeznaczeniem nie uciekniemy kochanie.

Zakochani znów całowali się i pieścili. Należeli w tej chwili tylko do siebie. Kochali się z wielką namiętnością, jaką poczuli do siebie od pierwszego spotkania. Pragnęli aby ten moment nigdy się nie skończył. Ich miłość wybuchła ze zdwojoną siłą, a rozstanie tylko pomogło im to zrozumieć. Teraz już nikt nie mógł ich rozdzielić. Zasłużyli na bezgraniczne szczęście, na które czekali bardzo długo, ale to czekanie w końcu opłaciło się…

Więzienie.

Marcelo Ruiz i jego ludzie mieli to kobiece więzienie o zaostrzonym rygorze na oku już od bardzo dawna. Puścili płazem kilka niewyjaśnionych i tajemniczych morderstw, które zdarzają się w każdym więzieniu. Jednak kolejna zbrodnia była kroplą przepełniającą kielich.

- Dwa trupy… Elvira Fernandez i Carmen Gordillo. Nie za dużo tego? – spytał Marcelo Ruiz naczelniczki więzienia.
- Wywiązała się bójka. Carmen zabiła Elvirę i zraniła dwie inne osoby, a później popełniła samobójstwo. Wie pan jak to jest… Ona miała coś z głową. Zupełnie jej odbiło. Po prostu oszalała. Co ja mogę tu więcej dodać? Przeprowadzę śledztwo skąd wzięła ten nóż – odparła diablica.
- Pani nie przeprowadzi już żadnego śledztwa. Jest pani zawieszona w czynnościach. Kiedyś dałem pani żółtą kartkę, ale dzisiaj przyszedł czas na czerwoną. Wypadła pani z gry.
- Pan chyba żartuje? Kim pan jest aby wydawać mi rozkazy?! Nie pan decyduje kto jest naczelniczką tego więzienia!
- Ale to ja decyduję o aresztowaniu morderców, a pani jest taka sama jak wszystkie inne, które tu siedzą! Jedna z więźniarek to policjantka, którą tu przysłałem aby pilnowała porządku i patrzyła pani na ręce. Zainstalowała kamerkę w celi Carmen. Domyślaliśmy się, że będzie gorąco. Nie sądziłem jednak, że to pani ją zabije. Proszę spojrzeć. Tu mamy nagrane to co stało się dwie godziny temu w tej celi. Widać, że to pani zabija Carmen Gordillo nożem. Jest pani zatrzymana i oskarżona o zabójstwo.
- Nie możecie! Jestem naczelniczką! Która suka to zrobiła? To nie koniec!
- Owszem, to koniec. Zabrać ją! Teraz poczuje jak to jest być po drugiej stronie celi, za kratami. Ciekawe czy wytrzyma - powiedział Marcelo Ruiz...


Ostatnio zmieniony przez Greg20 dnia 18:28:25 27-12-10, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Greg20
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 07 Paź 2007
Posty: 10270
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 17:59:54 27-12-10    Temat postu:

160 ODCINEK

Kilka tygodni później.

W rodzinie De La Fuente szykowano się do podwójnego ślubu. Szczęśliwcami byli Alejandro i Valeria oraz Javier i Carolina. Za dwa tygodnie obie pary miały połączyć się w sakramencie małżeństwa. Powody do zadowolenia miał również Martin, którego uczucie do Renaty zostało odwzajemnione. Tutaj jednak o ślubie nie mogło być mowy, bo Rodrigo Santanez wciąż żył oczekując na wykonanie wyroku po tym jak jego apelacja została odrzucona. Coraz bardziej zakochany był również Arturo Peralta, który zamierzał odejść na emeryturę i poświęcić swój czas ukochanej Mirandzie, ale dopiero po złapaniu Esperanzy i Manuela. To jednak nie było proste. Słuch o nich kompletnie zaginął. Nikt nie miał pojęcia czy żyją i gdzie w ogóle mogą się znajdować. Śmierć Carmen była kolejnym przejawem aktu sprawiedliwości, ale nikogo już nie ucieszyła. Mimo wielkiego szczęścia, bo przecież układało się również Marinie i Sergiowi i ich maleństwu oraz Soledad i Gustavo, odczuwano niepokój związany z dwojgiem zbiegów, którzy mogli zaatakować w każdej chwili. Rodzina starała się jednak o tym nie myśleć i żyć z dnia na dzień. W ekspresowym tempie odbudowywano hacjendę Sandovalów gdzie na swoim mieli teraz zamieszkać przyszli małżonkowie, czyli Javier i Carolina oraz Adrian i Liliana. Z kolei bracia Munos pragnęli ze swoimi żonami przenieść się do hacjendy oddalonej kilkanaście zaledwie kilometrów od hacjendy De La Fuente. Właściciele posiadłości wyjeżdżali zagranicę i postanowili ją sprzedać. To było idealne rozwiązanie dla całej piątki. Alejandro nie był z tego powodu zbytnio zadowolony, w końcu zostanie w wielkiej posiadłości tylko z Valerią i bez swoich dzieci, ale nie mógł sprzeciwiać się ich woli i rozumiał, że oni też mają swoje życie i nie mogą z nim wiecznie mieszkać. Jednak Martin od czasu do czasu odwiedzał brata. Jak dotąd wynajął mieszkanie dla siebie, Renaty i Laury. Dziewczyna bardzo go polubiła i z miejsca stał się dla niej idealnym kandydatem na nowego ojca. Martin mógł odetchnąć z ulgą, bo bał się, że znów zostanie odrzucony. Tym razem zakochał się z wzajemnością, chociaż ta miłość również nie była łatwa z powodu tego co łączyło Renatę z Rodrigiem. Niemniej jednak słońce znów świeciło nad Coralos i nie zamierzało przestać. Cała rodzina marzyła aby już nigdy nie nadeszły tu czarne chmury. Jednak nikt nie wiedział co jeszcze przygotuje dla nich jakże okrutny los…

Tymczasem…

Widzi samochód zjeżdżający nagle z pobocza. Następuje wypadek. Giną Herman i Laura, rodzice Lucrecii. Krzyki, jęki, krew i trupy. A ona stoi i patrzy. Nie drgnęła jej nawet powieka. Patrzy i po chwili śmieje się. Idzie dalej. Jest na urwisku, podchodzi do rannej Isabeli i bez wahania spycha ją w dół. Spogląda i uśmiecha się. Kilka kroków dalej. Znów hacjenda. Szamotanina i strzał. Trafiony zostaje Ricardo, który po chwili umiera. Przechodzi dalej. Otwiera drzwi do pobliskiej stodoły. Tam słyszy jęki Lucrecii, które po chwili milkną. Pszczoły uśmiercają ją bez wahania, ale to przecież nie one są winne. Zamyka drzwi do stodoły. Znów strzał i znów śmierć. Ofiara to łysy, szef bandy. Nagle znajduje się w szpitalu. Zaciska poduszkę na szyi Tobiasa aż do momentu, w którym traci on powietrze. Wychodzi na zewnątrz zadowolona gdy nagle znów widzi wszystkich których przed chwilą zabiła. Teraz to oni śmieją jej się w twarz.

- Przyjdzie na ciebie czas i to już niedługo! Stopniowo i powoli, ale to nie może być szybkie. Musisz czuć, że umierasz! Twój koniec jest bliski!
- Znowu wy! Już was zabiłam! Znikajcie!
- Zginiesz! Zginiesz! Zginiesz!
- Nie!


Kobieta obudziła się zlana potem. Obok niej leżała opróżniona do połowy szklanka whisky. Szybko sięgnęła po nią i zażyła proszki jakie leżały obok szklanki. Do tej pory zużyła już kilka opakowań, ale to nie pomagało. Nie uśmierzało jej przerażającego bólu jaki czuła na twarzy, a jeśli już to pomagało to jedynie na kilka godzin. Szybko zażyła kolejną dawkę.

- Umieram za życia… Umieram nawet w snach, które miały mi dać ukojenie… Te przeklęte trupy nie dają mi spokoju. To już nie pierwszy raz. Co robić? Wiem kto jest przyczyną mojego cierpienia. Dojdę jakoś do siebie i zemszczę się. Dlaczego nie czuję twarzy? Kiedy ten ból ustąpi? Nie mogę dać się bólowi, strachowi i zjawom. Takie kobiety jak ja są ze stali. One nigdy nie przegrywają – pomyślała, po czym wstała i nerwowo chodziła w kółko. Nie mogła odnaleźć spokoju. Nagle zobaczyła przed sobą znajomą twarz. Przeraziła się i cofnęła o kilka kroków. Trzęsła się jak galareta widząc na sobie surowy wzrok Marii Emilii. Bała się, że siostra zrobi jej zaraz jakąś krzywdę.
- Ukradłaś mi twarz, ale wszyscy poznali już prawdę. To twój koniec siostrzyczko!
- Zniknij!

Po chwili rzeczywiście Marii Emilii już tam nie było. Omamy znów całkowicie zawładnęły Esperanzą.

- Wszędzie ich widzę. Chcę zamknąć oczy i spać! Nie chcę nikogo widzieć! Dajcie mi spokój! Zejdźcie mi z oczu raz na zawsze! – krzyczała bez opamiętania…

Stolica.

Więzienie.

Rodrigo Santanez skończył właśnie rozmawiać ze swoim adwokatem. Nic nie dało się zrobić. Ostatnia z możliwych apelacji została odrzucona. Teraz pozostało mu jedynie czekać na termin egzekucji. Na czas oczekiwania miał zostać przeniesiony do innego więzienia i odsiadywać w osobnej celi. Oczekiwanie na data wykonania wyroku zwykle przedłuża się w nieskończoność, ale ta sprawa toczyła się błyskawicznie i sądzono, że skazaniec zostanie stracony za góra kilka tygodni, może miesiąc lub najpóźniej dwa. Jednak mafiozo wydawał się być pogodzony z losem. Nie było szans na ucieczkę. Stracił swoje wpływy już dawno. Pewnego razu odwiedziła go żona wraz z córką. Ucieszył się, że udało mu się zobaczyć Laurę. Chociaż ten ostatni raz. Starał się pójść za radą Renaty i zmienić się, ale to nie było łatwe. Wciąż górowała w nim wściekłość, gniew, żal, poczucie klęski, goryczy i rozczarowania. Jego humoru nie poprawił z pewnością list, który właśnie dostał.

- Witaj Rodrigo. Jestem ciekaw kiedy nadejdzie dzień twojej klęski. Czekam na to z niecierpliwością. Walczyliśmy o ropę, której w Coralos nie ma. Co za ironia losu… Życie składa się z samych takich historii. Jednak różnimy się jednym. Ty zdechniesz na krześle elektrycznym, nie masz już władzy i pieniędzy, a ja jestem wolny jak ptak i cieszę się urokami życia. Ja umiałem mimo wszystko zwyciężyć, ty dałeś się złapać i pogrążyć jak dziecko. Chciałeś być Bógiem, a zostałeś pionkiem. Teraz karty rozdają inni. Nie jest mi cię szkoda. Im większa pozycja tym gorsza śmierć. Na krześle elektrycznym pomyśl o mnie. Na pewno zrobi ci się wtedy gorzej. Twój znienawidzony przyjaciel, a nawet wróg…

Santanez doskonale wiedział kto napisał ten list. Nie była to żadna konkurencyjna mafia, lecz człowiek doskonale mu znany, którego z całego serca nienawidził. I którego co musiał dziś przyznać, nie potrafił nigdy docenić.

- Obyś zgnił tak jak ja, bo na nic innego nie zasługujesz – pomyślał Rodrigo drąc list na kawałki…

Coralos.

Kościół.

Ksiądz Salvador oficjalnie zapisał termin dwóch ślubów, które miały nadejść w rodzinie De La Fuente. Zrobił to z olbrzymią przyjemnością, bo doskonale wiedział jak bardzo los doświadczył tą rodzinę, ale przecież po każdej burzy przychodzi słońce. Javier i Carolina wyszli pierwsi zostawiając duchownego wraz z Alejandrem i Valerią.

- Cieszę się, że to ksiądz udzieli nam ślubu. Nie wyobrażam sobie żadnego innego księdza, który mógłby nam pobłogosławić – uśmiechnął się Alejandro.
- Udzielałem ślubu tobie i Marii Emilii, udzielałem ślubu twoim córkom, teraz z przyjemnością udzielę ślubu twojemu synowi i ponownie tobie. Może jak Bóg da dożyje chwili, w którym udzielę ślubu również twoim wnukom. Nigdy nic nie wiadomo – odparł ksiądz Salvador.
- Ojciec jest wspaniałym człowiekiem i w pełni sił. Jeszcze wiele lat będzie mógł ksiądz służyć Bogu i kościołowi – dodała Valeria.
- To zależy tylko od Stwórcy, ale mam już swoje lata…
- Zawsze miałem w księdzu oparcie. Dzielił ksiądz ze mną momenty szczęścia i porażki, wzloty i upadki. Za to księdzu dziękuję z całego serca.
- Pamiętam jak lata temu żeniłeś się z Marią Emilią. Cóż to było za wydarzenie! Piękna ceremonia… Ach czuję jakby to było wczoraj. Niestety czas jest nieubłagany. Jednak przy Valerii wyglądasz jak młodzieniaszek, więc nie przejmuj się. Znów masz szansę na szczęście, a przy tej kobiecie jest to naprawdę możliwe. Szanuj ją i kochaj, a ty kochana dbaj o Alejandra i miej na niego oko, bo z niego to taka cicha woda…
- Będę miała na niego oko, może być tego ksiądz pewien.
- Zero swobody i wolności? – uśmiechnął się Alejandro.
- Zero skarbie – odpowiedziała podobnym tonem Valeria.
- Jeszcze mam czas się wycofać, ale nie uciekaj sprzed ołtarza – żartował ksiądz Salvador.
- Nigdy nie ucieknę od tej kobiety. Kochałem Marię Emilię i nigdy o niej nie zapomnę. Teraz Bóg dał mi drugą szansę na dojrzałą miłość i nie zamierzam niczego popsuć. Chcę być szczęśliwy i chcę widzieć moją rodzinę radosną i szczęśliwą. Wierzę, że tak będzie – stwierdził zadowolony Alejandro…

Cała trójka wyszła przed świątynię i rozmawiali ze sobą jeszcze przez jakiś czas. Nie mieli pojęcia, że ktoś ich obserwuje. Zakapturzona postać śledziła każdy ich krok.

- Czyżby nauki przedmałżeńskie? Temu kretynowi Alejandrowi potrzebna jest najwyraźniej kolejna lekcja pokory, bo nic nie rozumie. Nigdy nie będzie szczęśliwy z żadną kobietą. Już niedługo sam się o tym boleśnie przekona – pomyślał osobnik obserwujący rozmawiających zza drzewa…

Jakiś czas później.

Najważniejsze krajowe dzienniki znów rozpisywały się o nadchodzących wydarzeniach w rodzinie De La Fuente. „Odzyskał spokój. Teraz czas na szczęście”. „Weselne dzwony znów zabiją”. „Wzloty i upadki De La Fuente”. „Podwójne wesele już za dwa tygodnie” – to tylko niektóre tytuły z najświeższej prasy. Sterta gazet leżała w jego pokoju, a on czytał wszystko. Chciał być i był na bieżąco. Wiedział co dzieje się u tej rodziny i co się niedługo wydarzy. Dwa tygodnie to dużo czasu aby obmyślić strategię działania.

- Nie podają gdzie odbędzie się weselna impreza. Zapewne w hacjendzie De La Fuente, chociaż… - zastanawiał się mężczyzna.

Tego czego nie podały media, dowiedział się z innego źródła. Wykręcił numer i zadzwonił do kogoś kto miał mu podać brakującą informację.

- Witaj Ruben. Wiesz z kim rozmawiasz? – spytał go Manuel.
- Poznaję cię. Ukrywasz się jak zwykle. Całe życie będziesz uciekał? Dlaczego do mnie dzwonisz? Dobrze wiesz, że mogę wydać cię teraz policji. Namierzą rozmowę i jesteś skończony, a ja obłowię się w forsie – odparł jego rozmówca.
- To możliwe, ale znam cię i wiem, że tego nie zrobisz. Ode mnie dostaniesz dwa razy tyle niż od nich. Poza tym pracujesz na czarno, więc lepiej uważasz.
- Czego ode mnie chcesz?
- Wiem, że pracujesz u mojej rodziny…
- Tak, remontujemy wraz z ekipą hacjendę Sandovalów. Prace dobiegają końca. To jeszcze kwestia dwóch dni. Ta posiadłość była ruiną, a będzie jak nowa. Podobno tam mają za dwa tygodnie odbyć się dwa huczne weseliska w rodzinie!
- Ależ ta rodzina jest głupia. Nawet nie wiedzą kogo zatrudniają do roboty. Przecież jesteś kryminalistą…
- Mylisz się. Ja tylko jestem chciwy na kasę, ale nigdy nikogo nie zabiłem jak ty. Teraz robię dachy, maluję, jestem taka złota rączka.
- I jesteś specjalistą od materiałów wybuchowych.
- Już się tym nie zajmuję…
- Nigdy nie mów nigdy Ruben. Będziesz bardzo bogaty jeśli ponownie zrobisz z tej hacjendy ruinę. Za dwa tygodnie kiedy wszyscy weselnicy będą w środku...
- Zapomnij o tym! Nie wiem co kombinujesz, ale ja w to nie wchodzę! Mogę powiedzieć o tym policji!
- Twoja żona Mirela to ładna kobieta, a twój syn Cesar jest uroczym chłopakiem. Wypadki chodzą po ludziach. Szkoda byłoby gdyby stała im się krzywda, nie sądzisz?
- Nie szantażuj mnie!
- Ja cię tylko ostrzegam. Pomożesz mi i dostaniesz za to mnóstwo forsy czy wolisz być do końca biedakiem, a do tego wdowcem? Wybieraj!
- W porządku. Pomogę ci w tym co planujesz…
- Trzeba było tak od razu. Odezwę się Ruben. Dokończ swoją pracę, bo niedługo dwa wesela. Pozdrawiam!

Manuel uśmiechnął się sam do siebie. Teraz wiedział już wszystko i mógł zacząć planować swój decydujący krok.

- Dwa wesela i kilkadziesiąt pogrzebów w tym samym dniu. Smutna perspektywa, ale takie jest życie. Fortuna kołem się toczy. Trzeba to zaakceptować i iść dalej z podniesioną głową – ironizował Manuel patrząc na jedną z gazet na której widniało zdjęcie Alejandra De La Fuente i Valerii Suarez. Po chwili na tych zdjęciach pojawiły się dwa czerwone krzyżyki.

Gdzieś w zupełnie innym miejscu to samo zdjęcie zostało wycięte i rozerwane na pół, a później brutalnie podeptane.

- Wy tam będziecie, on tam będzie i ja tam będę. Trzeba korzystać z okazji i upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Za dwie niedziele usłyszymy marsz, ale żałobny - pomyślała zadowolona Esperanza...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Willa
King kong
King kong


Dołączył: 26 Sty 2008
Posty: 2313
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z pięknej i malowniczej okolicy:)
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 23:07:13 27-12-10    Temat postu:

Super odcinki. Na najwyższym poziomie, powoli zbliżamy się do finału.
Carmen wiedziała, że czeka ją śmierć, ale nie domyślała się że z rąk Diablicy. Za późno się zorientowała. Ale Diablica też ma za swoje. Trafiła do paki. Policja już od dawna miała na nią oko. I w końcu skończyło się jej panowanie.
Rodrigo jest już na straconej pozycji. Odwiedziła go nawet żona, żeby z nim ostatni raz porozmawiać, żeby się zmienił i modlił. Wolne żarty. Tacy ludzie jak Rodrigo się nie zmieniają. Dobrze, że chociaż Renata ułoży sobie życie na nowo. Z Martinem
Ale Alejandro jest romantyczny. Nie ma co. Piękna scenka. Sielanka trwa. Zbliżają się śluby. Sami nie wiedzą, że nadciągają czarne chmury. Manuel nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Szantażem zmusił jednego z ludzi pracujących nad odbudową hacjendy Sandovalów, żeby przygotował materiały wybuchowe. Szykują się fajerwerki.
Espe powoli wariuje. Słyszy i widzi głosy swoich ofiar, boli ją twarz. Płaci za swoje wszystkie krzywdy. Ona też chce uczestniczyć w weselu. Ciekawe jaką kreację wybierze.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Greg20
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 07 Paź 2007
Posty: 10270
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 22:21:39 28-12-10    Temat postu:

161 ODCINEK

Dwa tygodnie później.

Długo oczekiwany dzień w końcu nadszedł. Dzień pełen radości, szczęścia, spokoju i łez wzruszenia. Dzień wielkiego triumfu rodziny De La Fuente. Od rana w hacjendzie trwały przygotowania do hucznych uroczystości. Najpierw śluby w kościele, a później wesela w hacjendzie należącej do Caroliny i Javiera. Gorący dzień w środku upalnego lata. Słońce przygrzewało, ale synoptycy zapowiadali na drugą część dnia możliwe opady i nadejście burzy. Coś wisiało w powietrzu, ale nikt jednak nie przejmował się pogodą. Każdy członek rodziny po swojemu przygotowywał się do dzisiejszych uroczystości. Nic innego się teraz nie liczyło. Za kilka godzin miało bowiem dojść do bezprecedensowego wydarzenia. Ojciec i syn De La Fuente żenili się ze swoimi partnerkami tego samego dnia. Już raz w rodzinie odbyły się dwa śluby jednocześnie. Wtedy Marina i Soledad wyszły za braci Munos. Teraz nadszedł czas na kolejny podwójny ślub.

Hacjenda rodziny De La Fuente.

Panny młode musiały wyglądać w najpiękniejszym dniu swojego życia jak prawdziwe boginie. Dlatego od rana na hacjendzie trwało wielkie upiększanie. Odpowiednia fryzura, makijaż i przymierzanie sukni ślubnej przeciągało się w czasie, ale wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Zarówno Carolina jak i Valeria wyglądały pięknie. Ich przyszli mężowie nie mieli wstępu do pokoju, w którym przebywały również Marina i Soledad. Bycie przezornym nikogo nie w rodzinie De La Fuente już nie dziwiło po tym co przeszli w ostatnich miesiącach i latach.

- Mój ojciec i brat to prawdziwi szczęściarze. Oniemieją gdy was zobaczą w kościele. Wyglądacie przepięknie – powiedziała Marina.
- Cieszę się, że będziesz moją bratową Karolino. Tylko to masz jeszcze jakiś wpływ na okropny charakter Javiera – śmiała się Soledad.
- Przy moim charakterze on jest wręcz aniołkiem – uśmiechnęła się dziewczyna.
- Obym i ja była dla was dobrą macochą. Wiem, że nigdy nie zastąpię wam Marii Emilii, nawet nie będę chciała tego zrobić. Jesteście już dorosłe i macie swoje życie. Wiedzcie jednak, że zawsze macie we mnie oparcie. Zrobię wszystko aby być dla was jak najlepszą przyjaciółką – zapewniała Valeria.
- Wiemy, że taką będziesz. Nasz ojciec nie mógł lepiej trafić. Jesteś dobrą i kochającą osobą. On zasługuje na szczęście i potrzebuje takiej kobiety jak ty. Dzięki Bogu, że na ciebie trafił. Po śmierci mamy był cieniem człowieka. Można powiedzieć, że okazałaś się dla niego światełkiem w tunelu. Uratowałaś go – oznajmiła Marina.
- Dzisiaj staniesz się członkiem naszej rodziny. To nasz wielki dzień i nikt nam go nie zepsuje – dodała Soledad…

W tym samym czasie Alejandro i Javier byli już niemalże gotowi mimo że do rozpoczęcia uroczystości w kościele pozostało jeszcze sporo czasu. Czekało ich jeszcze tylko przebranie się w garnitury i nie zapomnienie o obrączkach. Świadkiem Alejandra miał być jego brat, a świadkiem Javiera Gustavo. Do hacjendy przyjechał wcześnie również Arturo Peralta aby porozmawiać ze swoim przyjacielem o zapewnieniu jego rodzinie ochrony.

- Witaj Alejandro. Jak czujesz się jeszcze jako wdowiec? Już za kilka godzin znowu będziesz żonkosiem – śmiał się Arturo.
- Zdenerwowany, ale dam radę. Już raz przez to przechodziłem, ale i tak czuję się podekscytowany i szczęśliwy. Wierzę, że będzie dobrze. Ciebie również czeka drugi ożenek. Nie pozwól czekać Mirandzie zbyt długo – odparł senior rodu De La Fuente.
- Nie martw się. Ona dostanie swoją szansę, ale dziś jest twój wielki dzień.
- Arturo widzę po twojej minie, że coś jest nie tak. Nie przyjechałeś tu tak wcześnie aby rozmawiać tylko o moim samopoczuciu. Nie mylę się, prawda? Powiedz o co chodzi.
- O twoją ochronę. Ten podwójny ślub to okazja dla Manuela i Esperanzy aby uderzyć ponownie. Nie chcę cię straszyć, ale nie mam wyjścia. Kościół zostanie otoczony kordonem policji. Moi ludzie zadbają o bezpieczeństwo zarówno wtedy jak i podczas wesela w hacjendzie Sandovalów. Lepiej dmuchać na zimne. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu.
- Niezbyt mi się to podoba, ale zdaję się na ciebie. Będę czuł się znacznie pewniej dzięki ochronie twoich ludzi. Dziękuję ci za to.
- Nie ma sprawy. Złapanie tych potworów to dla mnie najważniejsza sprawa przed odejściem na emeryturę. Mam jednak nadzieję, że nie zepsują ci ślubu.
- Oby tak było. Tylko tego by jeszcze brakowało – westchnął Alejandro.
- O czym tak debatujecie? – wtrącił Javier, który nagle pojawił się w hacjendzie.
- O ochronie podczas ślubów. Arturo i jego ludzie zadbają o porządek
i bezpieczeństwo – odparł Alejandro.
- W porządku. Póki pewne osoby są jeszcze na wolności wszystko może się zdarzyć. Ja załatwiam jeszcze wszelkie formalności związane z weselami na naszej hacjendzie. Gustavo i Sergio pomagają w sprawie cateringu. Te wszystkie formalności są męczące, ale trzeba przez nie przejść.
- Już niedługo nadejdą dla mnie i dla ciebie najwspanialsze chwile synu. Niczym się nie przejmuj. Wszystko będzie dobrze – uśmiechnął się Alejandro…

Stolica.

Więzienie.

Rodrigo Santanez został przeniesiony do innego więzienia i tam miał oczekiwać na dzień swojej egzekucji. Termin został ustalony. Za trzy miesiące mafiozo miał zostać stracony. Nie było już dla niego żadnego ratunku. Dni, które mu zostały spędzał samotnie w pojedynczej celi. Wydawało się, że poza strażnikami nikt nie ma z nim kontaktu. Tymczasem nagle ktoś go odwiedził. Jakimś cudem pozwolono na rozmowę. Santanez był niemile zaskoczony.

- Znam cię. Co ty tu robisz? Przyszedłeś mnie zabić? – spytał zaskoczony Rodrigo.
- To dobrze, że poznajesz prawą rękę don Gregorio Rosalesa. Nie przyjechałem tutaj ani cię zabić ani też uratować. Mam dla ciebie
przesyłkę – odparł tajemniczo mężczyzna.
- O co w tym wszystkim chodzi? Czego chcesz? Jakim cudem zostałeś tu wpuszczony?
- Nasza organizacja ma układy z władzami tego więzienia. Za pieniądze można wszystko. Przecież wiesz o tym doskonale. Twój czas skończył się i już nam nie zagrażasz. Mój szef ulitował się nad tobą i przesłał ci prezent. Będziesz wiedział co z tym zrobić. Dawniej prowadziliście ze sobą udaną współpracę. Potem poróżniliście się, ale zostały dobre wspomnienia. Szkoda byłoby abyś skończył na tym krześle. Przemyśl to – mężczyzna wręczył mu niewielką paczkę.
- Co wy kombinujecie?
- Możesz jeszcze wyjść z tej beznadziejnej sytuacji z godnością, a możesz skończyć wyśmiany jak pies na oczach całego świata.
- Odwal się ode mnie! Nikt mi nigdy nie wydawał rozkazów!
- Chcesz aby don Gregorio odnalazł twoją żonę i córkę i zrobił im krzywdę? Podobno zmieniłeś się w tym więzieniu. Czytasz Biblię, modlisz się, zacząłeś kochać swoją rodzinę… Udowodnij, że tak jest!
- Nie tkniecie ich! Nie zrobicie tego!
- Nie zrobimy, ale zachowaj się jak mężczyzna. Zostawiam ci podarunek od mojego szefa. Więcej nie będzie. Chciałbym powiedzieć do zobaczenia, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi, że do tego już nie dojdzie…

Zdenerwowany Rodrigo szybko otworzył paczkę. To co tam ujrzał zbiło go z nóg…

Kilka godzin później.

Coralos.

Kościół.

Im bliżej rozpoczęcia podwójnej ceremonii, tym tłoczniej robiło się niedaleko niewielkiej świątyni w Coralos. Znów policja robiła wszystko co w jej mocy aby nie doszło do kolejnych niemiłych niespodzianek. Arturo otrzymał wsparcie ludzi Marcelo Ruiza i kazał otoczyć kościół kordonem bezpieczeństwa. Sprawdzano każdy pojazd, który przejeżdżał główną drogą i parkował przy kościele. Nikt obcy nie miał więc szans przedostać się przez bariery jakie wytyczył Peralta. Po jakimś czasie zaczęli zjeżdżać goście, którzy zajmowali sobie miejsca w środku świątyni. Obecni byli już Martin, Sergio ze swoją malutką córeczką Lorną, Gustavo, Arturo z Mirandą, Bruno z Danielą, Adriana, Jessica, Marcelo, inni znajomi rodziny i przyjaciele, a także pracownicy firmy. Ksiądz Salvador był już gotowy do rozpoczęcia ceremonii. Podobnie jak Alejandro i Javier, którzy czekali już tylko na swoje wybranki. Tym razem obyło się bez skandalu. Czas dłużył się panom młodym niemiłosiernie, ale w końcu usłyszeli, że samochody z ich ukochanymi podjechały pod kościół. Carolina pojawiła się w przepięknej sukni wraz ze swoimi rodzicami. Równie pięknie wyglądająca Valeria mogła liczyć na towarzystwo córek Alejandra. Szczęśliwe panny młode nie miały pojęcia, że są obserwowane przez nieproszonego gościa.

- Cieszcie się swoim szczęściem póki możecie przeklęte suki! Już ja się postaram aby po raz kolejny wejść wam w paradę – powiedziała tajemnicza postać obserwująca sytuację zza drzewa…

Stolica.

Więzienie.

Długo zastanawiał się co zrobić. Był roztrzęsiony i zdenerwowany. W końcu zdecydował się. Przez ten czas pisał w więzieniu pamiętnik. Tym razem również postanowił opisać swoje przeżycia. Pisał więcej i dłużej niż zwykle. W jego oczach przez chwilę pojawiły się łzy. Szybko jednak opanował się i powrócił do pisania. Skończył po kilku minutach. Spojrzał na zdjęcie żony i córki, które miał pod ręką. Przeżegnał się. Starał się zmienić, ale wciąż nie godził się na to co go spotkało. Nie miał jednak wyjścia. Jego los i tak był przesądzony. Sięgnął po rzecz, którą dostał w paczce. Był to pistolet. Przystawił sobie do skroni, po czym znów go odstawił. I tak jeszcze kilka razy przez kilka kolejnych minut.

- Muszę to zrobić. Lepiej tak umrzeć niż na krześle, a może uratuję rodzinę. Oni w końcu się ode mnie uwolnią – pomyślał mężczyzna.

Ponownie przystawił sobie broń do głowy. Odetchnął głęboko i wyluzował się. Przestał się trząść. Na koniec uśmiechnął się delikatnie.

- Zawsze gotowy – powiedział na koniec…

Po tych słowach padł strzał. Po kilkudziesięciu sekundach na miejscu pojawili się strażnicy. Nastał wielki chaos i konsternacja. Otworzono celę, ale nic już nie można było zrobić. Rodrigo Santanez leżał na ziemi martwy w kałuży krwi.

- Do diabła! On nie żyje! Skąd miał pistolet? To mamy teraz jedno wielkie gów*o! - krzyknął jeden ze strażników.
- Nie dopilnowaliśmy go. Na początek spadną nasze głowy – odparł drugi z nich…

Coralos.

Kościół.

Alejandro i Javier w końcu doczekali się swoich wybranek. Zagrała muzyka, a oni patrzyli jak prosto w kierunku ołtarza idzie Martin w towarzystwie przepięknej Valerii oraz Adrian Gomez ze swoją olśniewająco piękną córką. Obie panny młode były szczęśliwe i czuły jednocześnie radość i nerwy przed tym jakże ważnym dla nich wydarzeniem. Po chwili byli już przy ołtarzu obok swoich ukochanych. Ksiądz Salvador mógł więc rozpoczynać ceremonię.

- Dziś zebraliśmy się tu przed Bogiem aby uczestniczyć w jakże pięknym i uroczystym wydarzeniu. W tej oto świątyni przy błogosławieństwie naszego Pana zostaną zawarte dwa sakramenty małżeństwa, pomiędzy Alejandrem De La Fuente i Valerią Suarez oraz Javierem De La Fuente i Caroliną Gomez. Te pary łączy wielka miłość. Bez miłości nie ma życia. Bez miłości nie ma radości, dobroci i szczęścia. Miłość ma wiele cech o których mówi m.in. św. Paweł w pierwszym liście do Koryntian. Przysłuchajmy się tym cechom. – rozpoczął swoją przemowę duchowny.

Po chwili rozpoczął się długo oczekiwany element, czyli słowa przysięgi.

- Alejandro De La Fuente, czy bierzesz sobie Valerię Suarez za żonę, ślubujesz jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że jej nie opuścisz aż do śmierci? – zapytał ksiądz.
- Tak – bez wahania odparł uradowany i wzruszony Alejandro.
- Valerio Suarez, czy bierzesz sobie Alejandra De La Fuente za męża, ślubujesz mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że go nie opuścisz aż do śmierci?
- Tak – odpowiedziała szczęśliwa Valeria.

Chwilę później zamienili się obrączkami... Teraz przyszedł czas na drugą parę...

- Javierze De La Fuente, czy bierzesz sobie Carolinę Gomez za żonę, ślubujesz jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że jej nie opuścisz aż do śmierci? – zapytał ksiądz.
- Tak – odparł ze spokojem Javier.
- Carolino Gomez, czy bierzesz sobie Javiera De La Fuente za męża, ślubujesz mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że go nie opuścisz aż do śmierci?
- Tak – powiedziała radosna Carolina.
- Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela. W świetle prawa jesteście od teraz mężem i żoną. Możecie się pocałować – stwierdził ksiądz zwracając się do młodych.

Po gorącym pocałunku nowożeńców, te same słowa zostały skierowane do drugiej pary. Alejandro mógł po raz pierwszy pocałować Valerię jako jej mąż. Zakochane pary otrzymały gromkie brawa od rodziny i wszystkich obecnych, którzy również odczuli pewnego rodzaju wzruszenie. Dziś triumfowała miłość dwóch wspaniałych par, cudownych ludzi, którzy wywalczyli swoje szczęście i co najważniejsze zasługiwali na nie jak nikt inny. Rodzina została scalona. Zdawać się mogło, że słońce w Coralos świeciło właśnie tylko dla nich i już nigdy nie zgaśnie…

Tymczasem…

Mężczyzna w okularach słonecznych i w kapturze na głowie szybko odebrał połączenie. Oddalił się w bezpieczne miejsce, kilkadziesiąt metrów od kościoła aby nikt go nie zauważył

- Firma cateringowa się kłania. Załatwiliśmy tych nieudaczników i jesteśmy gotowi aby służyć w hacjendzie podczas wesela – powiedział rozmówca mężczyzny.
- Doskonale. Goście z pewnością nie będą głodni – odparł tajemniczy osobnik.
- Można byłoby zatruć jedzenie. Co pan o tym sądzi?
- Nie za to wam zapłaciłem. To zbyt lekka śmierć. Tu potrzeba fajerwerków. Wiecie co macie robić. Czekajcie na moje instrukcje.
- Zadzwoni pan?
- Będziecie wiedzieć kiedy uderzyć.
- Nie rozumiem. W jaki sposób?
- Zobaczycie. Będzie o mnie głośno. Usłyszą mnie wszystkie uszy i zobaczą wszystkie oczy. To będzie wybuchowe wesele. Przekonacie się o tym już niedługo – zakończył rozmowę Manuel…
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Greg20
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 07 Paź 2007
Posty: 10270
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 16:03:30 29-12-10    Temat postu:

162 ODCINEK

Hacjenda Sandovalów.

Posiadłość Ricarda i Isabeli Sandovalów upadła po śmierci właścicieli i całkowitym zniszczeniu ją przez mafię. Jednak teraz została odbudowana,
a jej gospodarzami zostali córka Ricarda Carolina Gomez, a teraz już właściwie Carolina De La Fuente oraz jej mąż Javier. Hacjenda wyglądała pięknie. Nie dość, że świeżo wyremontowana, to jeszcze przepięknie ozdobiona. Kwiaty, balony, napisy o świeżo upieczonych nowożeńcach dodawały jeszcze większego uroku. W środku również wszystko było zapięte na ostatni guzik. Zorganizowanie podwójnego wesela w hacjendzie zamiast w jakimś hotelu było strzałem w dziesiątkę. Wszyscy goście mogli się tu bez trudu pomieścić, dobrze czuć i równie dobrze bawić. A do tego zapewniono im doskonałe jedzenie i picie oraz wspaniałą muzykę. Najpierw wzniesiono toast lampką szampana. Do nowożeńców przemówił Martin.

- Wobec tego, że to ja jestem najstarszym członkiem rodziny, a mój brat jest teraz panem młodym i czuje się on naprawdę młodo, powiem kilka słów od siebie. Podwójna i jakże piękna dzisiejsza uroczystość odbywa się w nowej hacjendzie, która od teraz należy do Caroliny i Javiera, czyli dzisiejszych nowożeńców. Niech to będzie znakiem, że w rodzinie De La Fuente rozpoczyna się od dziś nowa era i nowy etap, znacznie lepszy i szczęśliwszy niż poprzednie, jakże trudne i bolesne wydarzenia. Dzisiaj nie mówimy jednak o rodzinnych problemach i bolączkach. Teraz ich już nie ma. Jesteśmy tu po to aby świętować. Mój brat dostał od życia drugą szansę i nie zmarnował jej. Jest przy nim wspaniała kobieta. Jego syn Javier również nie może narzekać. Spotkał na swojej drodze przepiękną dziewczynę. Życzę obu parom długich i szczęśliwych lat życia u swojego boku i niech każdy dzień będzie tak piękny i radosny jak ten dzisiejszy. Wasze zdrowie kochani!

- Dziękuję ci braciszku! Jesteś niezastąpiony – poklepał go po plecach Alejandro.

Państwo młodzi i goście wznieśli toast i wypili lampkę szampana. Zanim zasiedli do stołu, na Alejandra i Valerię oraz Javiera i Carolinę czekał jeszcze ich pierwszy małżeński taniec. Tymczasem Arturo nadzorował sytuację w hacjendzie. Nagle zadzwoniła jego komórka.

- Mógłbyś ją chociaż na jakiś czas wyłączyć – śmiał się Martin.
- Nie mogę. Taką mam pracę przyjacielu – odparł Peralta odbierając połączenie.
- Przepraszam, że przeszkadzam panu w weselu, ale mam niepokojące wieści.
- Co się stało?
- Rodrigo Santanez nie żyje. Popełnił samobójstwo w więzieniu.
- Jak to możliwe?
- Ktoś dostał się do jego celi i przekazał mu pistolet, a on strzelił sobie w łeb. Władze więzienia zawiniły, ale już badamy tą sprawę. Santanez zostawił pożegnalny list i jakieś informacje dotyczące konkurencji. Mogą się przydać.
- Nie mogę teraz przyjechać. Mam złe przeczucia, że będę tu jeszcze potrzebny w swojej roli policjanta.
- Proszę się nie kłopotać. Marcelo Ruiz już o tym wie. On postanowił przyjechać. Urwał się z tego wesela i już jest w drodze.
- Nawet nie zdążył mi o tym powiedzieć. Dobrze, niech tak będzie. Informujcie mnie na bieżąco…

Arturo był zaniepokojony i zdenerwowany. Śmierć Santaneza i tak była kwestią czasu, ale zasłużył na swoją karę, a odbierając sobie życie w ułamku sekundy jak tchórz, po prostu jej uniknął.

- Co się stało? – spytał go Martin.
- Nie mów tego Renacie. Najlepiej nie psuć jej zabawy i nastroju. Niech dowie się o tym jutro – odparł Arturo.
- Ale co się stało.
- Rodrigo Santanez nie skończy na krześle elektrycznym.
- Jak to? Nie mów, że uciekł z więzienia!
- Nie. Popełnił samobójstwo w więzieniu. Ktoś dostarczył mu pistolet, a on najzwyczajniej w świecie strzelił sobie w głowę. Wolał w taki sposób odebrać sobie życie niż czekać na moment egzekucji.
- A to łotr! I tak na pewno trafił do piekła!
- Nie mów o tym nikomu. To ma być szczęśliwy dzień. Po co mamy się przejmować Santanezem. Jutro zajmę się wszelkimi niedopatrzeniami jakie zaszły w więzieniu. Najważniejsze, że ten człowiek nie będzie już nam przeszkadzał – stwierdził Peralta.
- Może masz rację. Szkoda mi jednak jego rodziny. One są wrażliwe i bardzo to przeżyją… Mimo wszystko przeżyją, chociaż taka kanalia jak on zasłużyła na śmierć – westchnął Martin…

Nagle zdenerwowany Bruno odciągnął Artura na drugi koniec sali aby móc spokojnie z nim porozmawiać.

- Szefie musimy interweniować i to szybko!
- Wiem o Santanezie i jego samobójstwie. Wszystko pod kontrolą. Marcelo Ruiz ma wyższy stopień ode mnie. On pojechał do więzienia na oględziny zwłok.
- Nie o to chodzi!
- A o co?
- Zaraz zrobi się tu prawdziwe piekło! Zauważyłem, że w kuchni jest sześciu uzbrojonych ludzi!
- Co ty opowiadasz!
- To nie są kelnerzy ani żadna obsługa cateringowa! To przebierańcy i w rzeczywistości największe zbiry! Za chwilę nas zaatakują!
- Do diabła! Zawołaj ludzi, których mamy na zewnątrz! Muszą chronić gości! Trzeba ich od nich odseparować! Szybko!

Kiedy Arturo i Bruno zrozumieli co się może za chwilę wydarzyć, z głośników w najlepsze grała muzyka, a Alejandro i Valeria oraz Javier i Carolina tańczyli w spokoju nie mając o niczym zielonego pojęcia.

- Tym razem nam się udało i już nigdy cię nie wypuszczę. Wiesz o tym
żono – uśmiechnął się do swojej ukochanej Alejandro.
- Ani ja ciebie mężu – odparła szczęśliwa Valeria wtulając się w niego.

Również druga szczęśliwa para, czyli Javier i Carolina odczuwali teraz magię tej przepięknej chwili.

- W momencie gdy cię spotkałem po raz pierwszy, całkowicie odmieniłaś moje życie. Byłem bawidamkiem, ale przy tobie ustatkowałem się – zauważył Javier.
- Oby na zawsze kochanie. Nie chcę żadnych innych kobiet między nami – śmiała się Carolina.
- Nie będzie ich, bo ty jesteś moją jedyną…

Wkrótce tańce nowożeńców dobiegły końca wraz z końcem muzyki. Nagrodzono ich występ gromkimi brawami. Impreza rozpoczęła się na dobre. Jednak nagle miny wszystkich obecnych zmieniły się nie do poznania. Z głośników zabrzmiał donośny głos.

- Czyżbyście zapomnieli o wodzireju? To kluczowa postać na każdym weselu! Dzień dobry wszystkim! Jak się bawicie? Mam nadzieję, że dobrze. Pozwólcie, że sprawię aby było jeszcze lepiej! Czas rozkręcić towarzystwo! Zapewniam, że czekają was bombowe niespodzianki! Witam przede wszystkich państwa młodych! Nie dostałem zaproszenia na tą jakże piękną uroczystość, ale pozwoliłem się na nią wprosić. Mam nadzieję, że wam to nie przeszkadza. Nie radzę wam uciekać ani wykonywać nerwowych ruchów! To wam nie pomoże. Wszystkie drogi ucieczki są odcięte! Każde drzwi i każde okno! Posłuchajcie mnie uważnie, to może wyjdziecie z tego cało! – przemawiał przez głośniki rozbawiony całą sytuacją Manuel. W tym samym czasie grupa ludzi, która dla niego pracowała wtargnęła do głównej sali. Mierzyli oni z broni do policjantów, którzy robili to samo. Trwało nerwowe wyczekiwanie.
- Do diabła! Wyjdź tchórzu! Gdzie się schowałeś Manuelu?! – krzyczał zdenerwowany Alejandro.
- Jeśli chcesz mnie zobaczyć, pozwól moim ludziom wyprowadzić cię z hacjendy. Gra idzie o ciebie. Reszta twojej rodziny zupełnie mnie nie obchodzi!
- Będzie jak chcesz, ale zostaw moją rodzinę w spokoju!
- Nie rób głupstw Alejandro. Chcesz zginąć? – interweniował Arturo.
- Zamknij się Peralta! Nie ty tu teraz rozdajesz karty! Wśród moich ludzi jest człowiek, który odbudowywał tą hacjendę. Zna jej każdy kąt. W kilku miejscach ulokowali bomby. Za pół godziny wylecicie w powietrze! Może do tego nie dojść jeśli dostarczycie mi Alejandra! Czas nagli, a ja nie blefuję! Spytajcie moich ludzi!
- Ty podła kanalio! Nie ujdzie ci to płazem!
- Mam detonator i mogę przyśpieszyć wybuch. Radzę wam postąpić wedle mojego rozkazu, bo inaczej przegadacie swoje nędzne życie!
- W porządku. Dostaniesz mnie!
- Nie rób tego kochanie! – Valeria próbowała wybić mężowi z głowy ten niebezpieczny krok, ale on był zdecydowany aby ratować innych, nawet gdyby sam miał przez to zginąć.
- Kocham cię Valerio. Będzie dobrze. Muszę to zrobić – odparł Alejandro.

Dwóch ludzi Manuela grożąc bronią wyprowadziło Alejandra z hacjendy. Peralta rozkazał swoim ludziom pilnującym wejścia do hacjendy nie interweniować. Nie miał wyjścia. Kilkadziesiąt metrów dalej stał zaparkowany samochód Manuela. Jego wspólnicy związali De La Fuente ręce i usadowili go obok ich szefa, tuż przy miejscu kierowcy.

- Ty draniu! Co kombinujesz? – spytał Alejandro.
- Przekonasz się. Zabawę czas zacząć – ironizował Manuel.
- Mamy jechać z panem? – spytał jeden z ludzi.
- Tak.
- Ale zostanie nas tylko czterech. Policja nas w końcu wykończy! Jest ich więcej – zauważył drugi.
- Guzik mnie obchodzi ich los. Zginą czy nie, wydostaną się czy nie? Mam to w nosie. Najważniejsze już zrobiłem. Popsułem im wesela i mam pana młodego.
- Ale…
- Męczy mnie wasze gadanie!

Manuel nie zawahał się i w ułamku sekundy zastrzelił obu swoich ludzi siedzących z tyłu.

- Spójrz Alejandro. Pobrudzili mi tylne siedzenia – mruknął niepocieszony Manuel.
- Jesteś szalony!
- Mój ojciec też tak powiedział zanim go zabiłem. Może coś w tym jest? Jedziemy na wycieczkę mój drogi!

Manuel i Alejandro odjechali wyrzucając wcześniej zwłoki zabitych przed chwilą mężczyzn. W tym samym czasie Arturo upewnił się, że najwyższy czas przejąć kontrolę nad sytuacją. Wykorzystał chwilę nieuwagi ludzi Manuela i dał znak swoim aby byli gotowi do ataku. W końcu doszło do szamotaniny i strzelaniny. Policja z łatwością zabiła trzech napastników. Arturo pochwycił jednego, który chciał uciec i powalił na ziemię.

- Gdzie są te bomby, o których mówił Manuel!
- Nie zabijajcie mnie! On mnie do tego zmusił! – Zaszantażował, że zabije moją rodzinę!
- Ja cię znam. Jesteś Ruben Sanchez. Kilka razy cię przymknąłem. Odpowiadaj na pytanie!
- Wiem gdzie są bomby i wiem jak jest rozbroić. Mogę się przydać.
- To do dzieła! I jeszcze jedno. Manuel me detonator?
- Nie. Blefował.
- Obyś mówił prawdę. Uratujesz swoją skórę jeśli nam pomożesz! A wy rozwalcie te przeklęte drzwi i przeprowadźcie ewakuację wszystkich gości. Będzie dobrze! Nie popadajcie w panikę. Nikomu nic się nie stanie.

Ruben zaczął rozbrajać cztery bomby jakie wcześniej zamontował. Szło mu bardzo dobrze, bo znał się na tym jak nikt inny. Policja wyważyła drzwi i rozpoczęto ewakuację gości. Wszyscy odetchnęli z ulgą, ale wciąż niewiadomy pozostawał los Alejandra. Martin zauważył dwa trupy leżące na drodze.

- Zabił nawet swoich wspólników. Mojemu bratu zrobi to samo – załamał się Martin.
- Nawet tak nie myśl! Ruszamy w pościg! Uratujemy go i dopadniemy Manuela! – krzyknął Arturo i wraz z Brunem wyruszył z piskiem opon…

Tymczasem Manuel miał kilkanaście minut przewagi nad ścigającą go policją. W pewnym momencie gwałtownie skręcił i zatrzymał się w jakimś lesie. Jednak nie było to zupełnie przypadkowe miejsce. Wszystko było już przygotowane. Przerażony Alejandro zauważył wykopany wielki dół.

- Wysiadaj! – rozkazał Manuel.
- Co ty chcesz zrobić? Chcesz mnie tam zakopać? – odparł przerażony Alejandro.
- Nigdy nie byłeś inteligentny, ale tym razem dobrze kombinujesz.
- Nie uciekniesz! Cała policja będzie cię szukać. Możesz mnie zabić, ale już się nie wywiniesz! Oni nie dadzą ci spokoju!
- Daruj sobie te bajki. Zacznij lepiej się modlić i wejdź grzecznie do środka. Im szybciej, tym lepiej dla ciebie. Chyba wolisz lekką śmierć aniżeli w męczarniach? Zrób to, a zakończymy to szybko i sprawnie!
- Zaczekaj Manuelu! Chyba o kimś zapomniałeś? Nie sądzisz, że powinniśmy razem przy tym być? Razem skończmy z życiem Alejandra De La Fuente! – wtrąciła Esperanza, która nagle pojawiła się w tym miejscu z bronią w ręku. Jej ton, wygląd i zachowanie przeraziło nawet Manuela…
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Greg20
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 07 Paź 2007
Posty: 10270
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 16:10:23 29-12-10    Temat postu:

163 ODCINEK

Obrzeża Coralos.

Manuel nie spodziewał się wizyty Esperanzy. Miał ją za martwą, chociaż dopuszczał do siebie możliwość, że ta mająca sto żyć jędza mogła wyjść cało z jego pułapki. Tym bardziej, że policja nie poinformowała o jej śmierci. Jej obecność skomplikowała jego plany. Po raz pierwszy w życiu Manuel czuł dziwny lęk. Kobieta wyglądała jak demon. Jej twarz była pokiereszowana, była zlepkiem twarzy prawdziwej Esperanzy i Marii Emilii. Gniew, złość i kpina biły od niej na kilometr. W jej głosie było coś straszliwego, coś co powodowało, że Manuel z trudem przełknął ślinę. Mimo to w swoim stylu szybko się opanował.

- Czekałem na ciebie. Myślałem, że pojawisz się aby wspomóc swojego starego przyjaciela na weselu. Wypatrywałem twojej pomocy, ale ciebie nie było. Musiałem więc wziąć sprawy w swoje ręce – uśmiechnął się Manuel.
- Spójrz na mnie! Ledwo żyję, ale wciąż żyję! Ten wybuch rozerwałby na strzępy słonia, ale nie mnie. Ja jestem niezniszczalna! – krzyczała zdenerwowana Esperanza.
- Wybuch? Coś ci się stało?
- Nie udawaj idioty! Nieźle mnie chciałeś urządzić, ale tym razem ci się nie udało. Jeszcze się ze sobą zmierzymy, ale najpierw zrób to co miałeś zrobić z Alejandrem. Chcę patrzeć jak ta kanalia umiera!
- Jednak oboje popsuliście mi wesele. Wiedziałem, że nie zawiedziecie
mnie – powiedział poirytowany Alejandro.
- Ożeniłeś się z tą szmatą Valerią, ale niestety w dniu ślubu ona owdowieje. Jakie to przykre… Nad waszą rodziną od początku do końca wisiało fatum. To wszystko zaczęło się od śmierci Marii Emilii, a zakończy się dziś twoją śmiercią! – triumfowała Esperanza.
- Esperanzo odłóż tą broń, bo boję się, że zechcesz we mnie wycelować. Wybacz mi, ale jednak za nic w świecie ci nie zaufam – kpił Manuel.
- Odłożę jak i ty odłożysz.
- W porządku.

Oboje odłożyli na ziemię swoje pistolety w tym samym momencie. Zabrali się teraz aby skończyć z życiem Alejandra i wrzucić go do wielkiego dołu. Esperanza nie zamierzała jednak czekać ani chwili dłużej na swoją szansę. Wyciągnęła nóż i zamachnęła się na Manuela, który zauważył to w ostatniej chwili, ale nie zdołał uniknąć ciosu. Sztylet trafił wprost w jego chorą nogę.

- Aaaaaaaaa! – wrzasnął Manuel czując potworny i przeszywający ból. Esperanza trafiła go w to samo miejsce, w które już kiedyś był poważnie ranny. Potem przeszedł wiele zabiegów, które nic nie dały i dalej utykał, a chroniczny ból pozostał mimo ciągłego zażywania środków przeciwbólowych. Nie miał już od dawna normalnej nogi. Miał w swoim ciele sporą ilość drutów, ale teraz rana znów się otworzyła.

- I jak się teraz czujesz bydlaku! Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada! Trafisz tam razem z Alejandrem! – Esperanza czuła, że nadszedł moment jej triumfu.
- Oboje jesteście szaleni! Sami się wykończycie! – wtrącił Alejandro.
- Mylisz się. Wykończę jego i ciebie. Ten śmieć leży bez ruchu i zwija się z bólu. Przestał być groźny. Przynajmniej wykorzystam jego pomysł i zabiję cię tak jak on chciał. Właź tam albo zrobię to siłą!

Alejandro nie chciał jednak dobrowolnie zejść na dół i skazać się na śmierć. Zdenerwowana Esperanza nie zamierzała czekać i postanowiła go zepchnąć. Jednak w ostatniej chwili w sukurs przyszedł Alejandrowi Manuel, który znów powstał z kolan i rzucił się na Esperanzę od tyłu. Szamotali się przez chwilę, ale tym razem górą był Manuel. Uderzył kobietę w twarz, a następnie sięgnął po swój pistolet leżący na ziemi.

- Mógłbym cię zabić strzałem prosto w czoło, ale to za mało dla kogoś takiego jak ty. Prawdziwe suki zasługują na prawdziwe cierpienie!

Manuel dwukrotnie wystrzelił, a Esperanza ryknęła z bólu. Została trafiona w oba kolana, z których popłynęła krew, ale znacznie bardziej cierpiała i krzywiła się z bólu.

- Ty skurwielu! – jęknęła kobieta.
- Zawsze mnie uczono, że należy strzelać najpierw w kolano. To unieruchamia człowieka i powoduje ogromne cierpienie. Ból za ból Esperanzo – odparł Manuel, któremu również nie było do śmiechu po ciosie jaki ona mu zadała. Krwawił i ledwo chodził, ale wciąż był górą.
- Co wy wyprawiacie? Oboje postradaliście zmysły! – Alejandro nie mógł uwierzyć w to co widzi. Miał jednak związane ręce, więc mógł jedynie patrzeć i być biernym obserwatorem tej niesamowitej jatki.
- Zabij mnie! Na co czekasz? – prowokowała go Esperanza.
- Mówią, że rozjuszony byk jest najgorszy. Coś w tym jest. Ty mnie rozjuszyłaś suko! To dopiero początek twojej męki! A ty się nie ruszaj Alejandro!

Manuel podszedł do swojego samochodu. W bagażniku miał jeszcze kilka niespodzianek dla swoich ofiar. Najpierw kolejny sznurek. Związał on Esperanzie ręce, bo nogi miała już unieruchomione postrzałem. Podszedł do niej i perfidnie się uśmiechnął.

- Droga Krzyżowa rozpoczęta! – powiedział rozbawiony Manuel nie mogąc przestać się śmiać.
- Idź do diabła! – krzyknęła Esperanza, która jedyne co mogła to splunąć mu w twarz i to właśnie zrobiła. Manuel oblizał jej ślinę i to ani trochę nie popsuło jego humoru.
- Patrzę na twoją twarz i już nic nie widzę. Rozpływasz się jak cukier, rozkładasz jak domek z kart. Chyba się ze mną zgodzisz Alejandro, że Esperanza nie przypomina już ani siebie ani Marii Emilii. Przypomina potwora, demona, stracha na wróble. To już jej koniec. Nadszedł jej czas. Uwolnię cie od twojej chorej szwagierki! Raz na zawsze!
- Spotkamy się w piekle! Ty też jesteś śmiertelny!
- Może tak, a może nie. Może dziś, może jutro, może za tysiąc lat… W każdym bądź razie poproś diabła o miejscówkę dla mnie, ale to tak szybko nie nastąpi!
- Wal się!
- Z chęcią, ale nie teraz. Dość tej gadki!

Manuel gwałtownym ruchem pchnął Esperanza prosto do dziury. Alejandro wiedział, że czeka go ten sam los, ale teraz rozstrzygało się życie Esperanzy. Jej kat zabrał się za zasypywanie swojej ofiary. Kilka worków z piaskiem zrobiło swoje. Mężczyzna stopniowo i powoli z uśmiechem na ustach zasypywał ją. Esperanza już wiedziała w jak okrutny sposób umrze. Piasek zasypał jej nogi, po jakimś czasie ręce i ciało. Po kilku minutach niemalże cała dziura zapełniła się piaskiem. Kobiecie wystawała jedynie głowa. Tylko ta część ciała nie została zasypana. Manuel patrzył na nią z prawdziwą pogardą. Ona na niego w taki sam sposób. Jednak to znów on zwyciężył. Po raz kolejny pokonał ją i upokorzył w najgorszy z możliwych sposobów.

- Piękny plan. Nie czuję nóg, nie czuję rąk, nie czuję twarzy. Dokończ dzieła i zastrzel mnie! Śmiało! – jęknęła Esperanza, której katorga wciąż nie miała końca.
- Jeszcze nie czas na to – odparł Manuel. Powiem ci jak się teraz czujesz. Nie możesz ruszyć nogami, bo każdy najdrobniejszy ruch powoduje u ciebie olbrzymi ból. Tracisz też coraz więcej krwi. Nie możesz ruszać rękami, bo masz je związane. Jesteś zasypana od stóp do głów. Dusisz się i krztusisz, a co najgorsze nic nie możesz zrobić.
- Dość! Zabij mnie! Zasyp do końca! Zastrzel! Zrób to tchórzu!
- Nie sądziłem, że będziesz mnie błagała abym cię zabił. Miałem cię za twardszą niż jesteś. Niestety w obliczu bólu i cierpienia oraz beznadziejności swojej sytuacji każdy, nawet ty żebrze o śmierć.

Mężczyzna znów podszedł do swojego samochodu i sięgnął do jakiegoś worka.

- Mam nadzieję, że masz tam samurajski miecz i odetniesz mi głowę. Skończmy z tym raz na zawsze! – błagała Esperanza.
- Pomyślałem o tym, ale to tylko jeden zamaszysty cios i nie ma ludzkiego życia. A ja ci powiedziałem, że musisz cierpieć.
- Nie mogę się ruszyć! I tak się uduszę!
- Dopiero za kilka godzin. To jeszcze nie wszystkie atrakcje i niespodzianki jakie dziś przygotowałem. Tak naprawdę liczyłem, że wrócisz.
- Co tam masz?

Manuel wytrzepał zawartość worka. Alejandro zamarł z wrażenia. Esperanza poczuła na sobie pot śmierci.

- Macie swoją ucztę… Nie zaproszono was na wesele, ale to wasza uroczysta kolacja! – powiedział Manuel patrząc na przerażoną Esperanzę oraz na trzy jadowite węże, które przed chwilą wypuścił z worka.
- Nie!!! Tylko nie to! Nawet nie próbuj! – Esperanza wiedziała, że to najgorsze co może ja spotkać stało się właśnie faktem. Zawsze bała się węży, a teraz to one miały być jej ostatnim pokarmem.
- To będzie twój ostatni stosunek w życiu. I to z trzema naraz. Zapewniam cie, że zabawa będzie przednia. One będą górą, a ty poczujesz się zdominowana. Przecież lubisz takie zabawy, nieprawdaż?
- Przeklinam cię Manuelu! Zdechniesz jak pies! Przysięgam, że tak będzie!
- Amen. Życzę wam smacznego, chociaż takie coś jak Esperanza może wam się odbić czkawką. Może jednak się nie zatrujecie, chociaż jej jad niejednego człowieka już zabił.
- Daruj jej życie! – wtrącił Alejandro.
- Nie chcę twojej litości! Nie mieszaj się do tego! – zareagowała Esperanza.
- Słyszysz? Ona nie chce twojej litości. Zgodzimy się chyba, że zasługuje na taki los po tym co zrobiła tobie i twojej rodzinie…
- Odezwał się święty…
- Koniec tej gadki!

Manuel był nieprzejednany. Jego węże zbliżały się w kierunku głowy i szyi Esperanzy i powoli zaczęły się wokół niej owijać ku przerażeniu zupełnie bezradnej kobiety. Nie mogła się ruszyć, zareagować, przeciwstawić im. Była bezsilna. Śmierć zaczęła z nią tańczyć i przejęła nad nią całkowitą kontrolę. Manuel chciał być przy tym obecny, ale usłyszał policyjne syreny. Należało więc uciekać.

- Do diabła! Psy odkryły nas znacznie szybciej niż sądziłem! Wsiadaj i jedziemy! – rozkazał Manuel.
- Nie!
- Wsiadaj!

Manuel uderzył Alejandra i siłą wciągnął go do samochodu. Szybko odjechali przed siebie. Przez kilka minut obaj milczeli.

- Dokąd jedziemy tym razem? – odezwał się w końcu De La Fuente.
- Możliwe, że do samego piekła. Póki co jest tam kolejka. Do bram puka właśnie Esperanza – ironizował Manuel.
- Dlaczego stałeś się takim potworem?
- Przez ciebie Alejandro! Przez ciebie…
- Jak to?
- To długa historia… Może jeszcze zdołamy odbyć szczerą rozmowę?
- Co ze mną zrobisz?
- Esperanza zginęła tak jak miałeś zginąć ty. Dla ciebie będę zmuszony wymyślić coś ekstra. Ciesz się, że dzięki niej będziesz żył trochę dłużej. Na koniec zrobiła chociaż jeden dobry uczynek. Ale nie martw się. Coś dla ciebie wymyślę.
- Na wszystko masz odpowiedź i na wszystko jesteś przygotowany. Tym razem masz jednak na głowie policje. Nie wiesz dokąd uciekać.
- Wiem. Dla mnie nie ma sytuacji bez wyjścia – powiedział Manuel, ale nagle jego samochód odmówił posłuszeństwa.
- I co teraz? Też masz na to jakiś plan B? – spytał Alejandro.
- A niech to! Zepsuł się silnik! Czyżby to sprawka Esperanzy!
- Drugi jej dobry uczynek przed śmiercią.
- Zamknij się! Wysiadaj! Czeka nas długa droga i równie długa rozmowa! – rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu Manuel.

W tym samym czasie policja odnalazła właściwą drogę. Jakiś przechodzień widział samochód Manuela skręcający do lasu. Arturo i Bruno oraz kilku innych policjantów już tam było. Za nimi jechał Martin z Valeria, którzy nie mogli usiedzieć w miejscu. Reszta została w hacjendzie. Na szczęście bomby zostały rozbrojone i nikomu z gości nie stała się krzywda.

- Pełno tu śladów. Jeszcze przed chwilą musieli tu być. Przeszukać ten teren! – rozkazał Peralta.

Policjanci krok po kroku sprawdzali ten niewielki las. Jednak nie było śladu ani samochodu, ani Manuela czy Alejandra. Nagle Bruno spostrzegł makabryczny widok i zaalarmował całą resztę.

- Szefie! Coś mam! Niech pan spojrzy! Tego nie da się opisać! To trzeba zobaczyć!

Arturo podszedł i aż zakrył twarz dłońmi z wrażenia. Zobaczył bezwładnie opadnięta głowę kobiety o zniekształconej twarzy, a przy niej wylegiwały się węże, które okręciły się wokół jej szyi.

- Mój Boże! Odciągnijcie te węże od tej kobiety i zabijcie je! – rozkazał Peralta.
- Poznaje ją pan? To przecież Esperanza Guzman z twarzą Marii Emilii!
- Ona nie ma już twarzy… Nieźle ją urządzono… Pewnie chciała również uczestniczyć w weselu i zemścić się przy okazji na Manuelu, ale on po raz kolejny okazał się sprytniejszy. Straszna śmierć… Nikomu takiej nie życzę, ale okrutny los zemścił się na niej za całe zło, które w życiu wyrządziła - stwierdził Arturo.
- Szefie! Ona wciąż oddycha! – zauważył zaskoczony Bruno…
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Greg20
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 07 Paź 2007
Posty: 10270
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 17:26:43 30-12-10    Temat postu:

164 ODCINEK.

Obrzeża Coralos.

Policjanci rozprawili się z wężami i teraz chcieli jakoś odkopać i wydostać kobietę z powierzchni. Esperanza wciąż łapała oddech i była nawet przytomna, ale jadowite gady zrobiły swoje. Nie zdołały jej co prawda udusić, ale zdążyły poważnie ukąsić. Coraz słabsza kobieta z trudem mogła pozwolić sobie na wypowiedzenie jakichkolwiek słów. Uniemożliwiały temu rany, które miała na szyi.

- Nic nie mów. Zaraz się zjawi się pomóc – powiedział bez przekonania Arturo, który nigdy w życiu nie zamierzałby pomóc takiemu demonowi jak Esperanza, ale tym razem nie miał wyjścia. Zdawał sobie jednak sprawę, że i to niewiele pomoże. Kobieta była po prostu umierająca, a zostało jej bardzo niewiele czasu.
- Ma-nu-el. Po-wstrzy-maj-cie Ma-nu-ela! – wycedziła z ogromnym grymasem na twarzy Esperanza.
- To on ci to zrobił? Co z Alejandrem? – dopytywał się Martin.
- On. Alejandro jeszcze żył. Uciekli…
- Nie ma czasu do stracenia. Trzeba jechać za nimi. Nie mieli innej drogi ucieczki niż w tamtym kierunku. Wy to zostańcie i poczekajcie na pomoc dla Esperanzy. Wiem, że na to nie zasługuje, ale też jest człowiekiem – zauważył Peralta.

Policjanci zdołali po jakimś czasie wydostać umierającą kobietę z dołu. Na jej uratowanie ze szponów śmierci było już jednak za późno.

- Powiedz Alejandrowi żeby mi wybaczył. Do tego wszystkiego doprowadziła mnie chciwość i nienawiść – bełkotała Esperanza.
- Nie mów nic. Może sama mu to powiesz – odparł Martin.
- Nie żartuj. Jad węża wszedł mi już do mózgu. Wydostaliście mnie, ale ja i tak nie mogę się nawet ruszyć. Ból jest zbyt silny. Nie mam rak i nóg, nie mam twarzy, nie mam duszy. Czuję, że już ulatuję. Za chwilę spotkam się ze swoimi ofiarami…
- Niech Bóg ci wybaczy… Nic więcej nie mogę powiedzieć.
- Jestem diabełkiem, ale on jest diabłem. Nie pozwólcie mu wygrać – Esperanza wytrzeszczyła oczy, a następnie jej głowa bezwładnie opadła na ziemię. Podtrzymujący ją policjanci zauważyli, że wydała ostatnie tchnienie.

- Czekałem na ten moment, ale teraz wcale mnie to nie cieszy. Gdziekolwiek trafi, niech dostanie przebaczenie. Przynajmniej umierając wiedziała ile zła wyrządziła. To niewiele, ale zawsze coś. Jest jeszcze jedna bestia. Oby Alejandro zdołał się jej przeciwstawić zanim będzie za późno – pomyślał Martin…

Tymczasem…

Utykający i tracący dużo krwi Manuel wybrał się z Alejandrem na pieszą wędrówkę. Zdawał sobie sprawę, że może to być ich ostatnia wędrówka i jednocześnie droga bezcelowa, ale on nie myślał już racjonalnie. Zabił Esperanzę, która jednak całkowicie popsuła mu plany. Ten człowiek gdy coś planował stawał się okrutny. Gdy nie wiedział co robić stawał się jeszcze bardziej okrutny i nieprzewidywalny.

- Dokąd idziemy? To przecież bez sensu. Zaraz nas odnajdą. Jestem już zmęczony – powiedział Alejandro.
- A ja wypoczęty? Ta suka zadała mi poważny cios, który zniszczył mi nogę, ale nie mózg. Wiem co robić! – krzyknął Manuel.
- Obawiam się, że nie wiesz. Postradałeś rozum!
- Zamknij się i idź przed siebie, bo nie zawaham się ciebie zastrzelić! Idź! – rozkazał Rodriguez mierząc do De La Fuente z broni.
- Dlaczego stałeś się potworem? Przecież to dzięki mnie dostałeś znakomitą posadę w banku. Skończyłeś studia i byłeś dobrym adwokatem. Moją prawą ręką… Miałeś pozycję i pieniądze. Zamiast wdzięczności stanąłeś przeciwko mnie razem z tą bandą łotrów. Dlaczego wtedy mnie zdradziłeś?
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Skoro i tak chcesz mnie zabić, to wyjaw mi ten sekret przed śmiercią. Niech będą miał świadomość dlaczego zabija mnie człowiek, któremu poświęciłem tyle uwagi… któremu pomogłem!
- Nie gadaj bzdur Alejandro! Myślisz, że taki ktoś jak ja nie ma uczuć? To ty mnie zniszczyłeś! Ty spowodowałeś, że stałem się chodzącą gnidą! Potem już nie było odwrotu. Leciałem w dół nie zatrzymując się i nie patrząc na nic co działo się dookoła!
- Teraz okazuje się, że to ja cię zraniłem? Czym?
- Zawsze wolałeś kobiety… Maria Emilia, Valeria… Naprawdę nic nie widziałeś? Zawsze byłeś tak ślepy?
- Co ty opowiadasz? Chyba nie chcesz powiedzieć, że…
- Dokładnie to chcę powiedzieć. Od zawsze cię kochałem! A ty pomogłeś mi i na pomocy się skończyło. Później stałem się dla ciebie jednym z wielu pracowników i pomocników. Odrzuciłeś moją miłość! Dlatego dziś zginiesz! Oto cała tajemnica! – krzyknął Manuel wyraźnie roztrzęsiony i wzruszony całym swoim wyznaniem…

Hacjenda Sandovalów.

Kiedy Arturo i Bruno ponownie wyruszyli śladem Manuela i Alejandra, Martin i Valeria powrócili na hacjendę aby poinformować rodzinę i gości o tym co się wydarzyło.

- Gdzie nasz ojciec? Nie mów, że Manuel go zabił. Nie przeżyjemy tego! – załamała się Marina.
- Co z nim? Wiesz coś więcej? – spytała Soledad.
- Uspokójcie się. Alejandro wciąż żyje. Komisarz Peralta cały czas jedzie ich tropem - odparł bez większego jednak przekonania Martin.
- Jednak przed chwilą byliśmy świadkami śmierci kolejnej osoby. Ona również zginęła przez Manuela – wtrąciła Valeria.
- O kim mówicie? – przeraził się Javier.
- O Esperanzie. Ona również chciała zabić waszego ojca, ale najpierw stoczyła pojedynek z Manuelem. Nie dała mu rady. On ją postrzelił, przywiązał, wrzucił do rowu i zasypał, a następnie rzucił ją na pożarcie wężom. Okrutna śmierć. Przyjechaliśmy na samą jej agonię – oznajmił Martin.
- Mój Boże. Wiem jaka była Esperanza, ale Manuel to zwierzę – stwierdziła przerażona Carolina.
- Co mówiła przed śmiercią? – spytał Sergio.
- Żeby jej przebaczyć. Może to było szczere, a może nie… Nie wiem. Chciała abyśmy dorwali Manuela i nie pozwolili mu uciec…
- Ta kobieta zabiła wielu ludzi i tyle razy skrzywdziła swoją własną rodzinę. Wszystko przez żądzę pieniądza, nienawiść i domniemaną zemstę. Szkoda gadać – machnął ręką Gustavo.
- Nic z niej nie zostało. Umarła w męczarniach, a jej twarz rozsypała się całkowicie. Gdy na nią patrzyłem nie widziałem aby miała na sobie twarz waszej matki. Nie miała też swojej twarzy. Była jak strach na wróble – zauważył Martin.
- Przerażający strach na wróble. Miała długą mękę, a teraz już nikogo więcej nie skrzywdzi. Może Alejandro kiedyś jej wybaczy. Stanie przed Bogiem i przed Nim odpowie za swoje grzechy. Boję się o mojego męża. Manuel jest sto razy gorszy od Esperanzy. W przypływie szału może zabić Alejandra i wymyślić dla niego jeszcze większe tortury – załamała się Valeria.
- Policja ich znajdzie. To kwestia czasu. Wszystko w rękach Boga. Dzisiaj jest szczęśliwy dzień mojego ojca. Dobro wygra za złem. Zobaczysz już
wkrótce – pocieszał ją Javier…

Tymczasem…

Arturo i Bruno zatrzymali się widząc zaparkowany samochód Manuela. Zajrzeli do środka. Nikogo tam jednak nie było. Za to zawartość bagażnika przeraziła policjantów. Kilka rodzajów broni, sznury, worki…

- Mój Boże… On zbroił się jak do wojny – powiedział Bruno.
- Ten człowiek nigdy nie przestanie mnie zadziwiać – odparł Arturo.
- Podziwia pan tego psychopatę?
- Skądże znowu. Ciekawe co ze sobą wziął. Są już naprawdę niedaleko od nas. Urządzili sobie spacerek. Obyśmy zdążyli na czas. Mam nadzieję, że Alejandro przeżyje. Jeżeli Manuel wymyślił dla niego taką śmierć jak dla Esperanzy to aż ciarki przechodzą po plecach.
- Nie pozwolimy na to. Jesteśmy bardzo blisko. Wezwę wsparcie.
- Widzisz te ślady krwi? Ciągną się od samochodu. Oby to nie była krew Alejandra… Któryś z nich jest poważnie ranny.
- Oby to był Manuel. Może Esperanza przyczyniła się i choć trochę go ukąsiła?
- Skończmy te dywagacje, bo tracimy czas. Dzisiaj możemy zakończyć raz na zawsze mękę Alejandra i jego rodziny…

Policjanci przyśpieszyli kroku. Wiedzieli, że są już bardzo blisko uratowania Alejandra i dorwania jego oprawcy. Jednak w tym samym czasie De La Fuente toczył właśnie największą i najważniejszą batalię o swoje życie, a pomoc wcale nie nadchodziła. Musiał zmierzyć się z nieobliczalnym przeciwnikiem, który cały czas rozdawał karty. Śmierć cały czas spoglądała mu w oczy. Czy uda mu się jej uniknąć miał pokazać upływający czas…

Tymczasem…

Alejandro nie mógł uwierzyć w to co słyszy. Zupełnie nie spodziewał się takich słów ze strony bezwzględnego Manuela. Był w szoku, ale po jego reakcji i zachowaniu zrozumiał, że to nie wcale są słowa z kosmosu.

- Wiem, że jesteś homoseksualistą, ale to niemożliwe… Co ty wygadujesz?
- Prawdę. Właśnie teraz jest ten jedyny moment w moim życiu kiedy jestem całkowicie szczery! Miłość istnieje, nawet jeśli jest to jej chora odmiana. Ktoś kiedyś dobrze powiedział, że miłość potrafi zabijać. Od nienawiści do miłości jeden krok i odwrotnie – tłumaczył zaskoczonemu Alejandrowi Manuel.
- Przykro mi. Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałeś? Porozmawialibyśmy wtedy o twoim problemie i wszystko dałoby się jakoś rozwiązać i wyjaśnić.
- Przykro ci? Nie powiedziałem, bo miałem swoje powody. Czułem wstyd i zażenowanie. Nigdy wcześniej nie byłem z tobą tak szczery jak teraz idioto! Mój ojciec kazał ci mnie zatrudnić w swojej firmie z litości! Nawet nie wiesz jaką on był kanalią! Miałeś pojęcie, że on i jego brat gwałcili mnie w młodości? Nie miałeś. Wychowali mnie na potwora! Wiele razy krzywdzili mnie pod osłoną nocy. Głównie ojciec, ale nie tylko on…
- Nic o tym nie wiedziałem… Wiem, że potem twój ojciec zginął w pożarze…
- Jakim pożarze? Oczywiście w to uwierzyłeś. Wykastrowałem jego oraz wujka, a następnie zastrzeliłem. Potem kazałem swoim ludziom spalić posiadłość. Nie było żadnych śladów. Odczułem wtedy wielką ulgę, ale ostatnio znów ten koszmar powraca do mnie w snach…
- Mogłeś jeszcze zawrócić z tej drogi…
- Nie mogłem. Już było na to zbyt późno. Co z tego, że ich zabiłem skoro naznaczyli moje życie w tak okrutny sposób? Skłonności pozostały. Całe życie wolałem mężczyzn i wybrałem jednego, ale ty mnie odrzuciłeś! Stopniowo zamiast mnie wybrałeś rodzinę. Nie miałem już nawet pozycji w firmie. Miałem dość takiego traktowania. Odrzuciłeś mnie i byłem dla ciebie nikim!
- Wcale nie…
- Taka prawda! Dlatego postanowiłem dokonać czegoś wielkiego, a przy okazji zobaczyć twój upadek. Sandovalowie zostali moimi wspólnikami, następnie dołączyła Esperanza, Lucrecia i Simon. Moją inteligencję dostrzegła też mafia. Postanowiliśmy zlikwidować Marię Emilię, bo bardzo ją kochałeś… Wiedzieliśmy, że to zaboli cię najbardziej. Poza tym jej śmierć ułatwiała nam dostęp do hacjendy. Ty trafiłeś do więzienia jako winny. Sam dostarczyłem Ricardowi twój pistolet, do którego miałem dostęp. Potem Tobias zabił twoją żonę i to wszystko, ten cały twój koszmar rozpoczął się na dobre…
- I co ci z tego przyszło? Zginęło wielu niewinnych ludzi, np. Ofelia… Masz na sobie krew na rękach. Krew niewinnych istot! Twoi wspólnicy nie żyją!
- Owszem, nie żyją, bo byli zbyt głupi. Ja okazałem się najsprytniejszy i najinteligentniejszy! Spójrz tylko… Isabela była głupią szmatą, myślącą jedynie o forsie i seksie. Zgubiła ją chciwość. Ricarda zgubiła wielkie zmiana na porządnego tatusia, Lucrecię również chciwość, Simona pociąg za kobietami, a Esperanzę to, że próbowała być sprytniejsza ode mnie. To okazało się niemożliwe…
- Nie masz mojej hacjendy. W Coralos nie ma ropy. Wszyscy przegraliście. Mafia również…
- Oni przegrali, nie ja! Ja mam dość forsy aby rozpocząć nowe życie z dala od tych przeklętych ziem! Najpierw jednak skończę z tobą! Twoja rodzina wykończy się sama wiedząc, że zdechłeś jak pies!
- Nie uciekniesz! Jesteś ciężko ranny, a zaraz będzie tu policja. Zginiesz!
- Możliwe, ale jak już to razem z tobą!
- Wszystko zaczęło się od ciebie i skończy na tobie! Bierz to i rzucaj!

Manuel wyciągnął z kieszeni coś niewielkiego i podał to Alejandrowi.

- Co to jest? – zdziwił się Alejandro
- Kostka do gry. Myślałem, że wiesz. Miałem użyć tego już wcześniej przy Esperanzie, ale zabrakło czasu na zabawę – śmiał się Manuel.
- Oszalałeś!
- Rzucaj! Masz sześć możliwości!
- Nie!
- Rzucaj!

De La Fuente rzucił kostką i wypadła trójka. Zbladł całkowicie nie wiedząc co go teraz czeka.

- Co to oznacza?
- Trzy śmiertelne strzały. Żegnaj! – Manuel wystrzelił trzykrotnie, a dym jeszcze przez dobrą chwilę unosił się z lufy jego pistoletu…
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Greg20
Mistrz
Mistrz


Dołączył: 07 Paź 2007
Posty: 10270
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław

PostWysłany: 17:38:36 30-12-10    Temat postu:

Zapraszam jutro w Sylwestra, 31 grudnia 2010r na FINAŁOWY, 165-ty odcinek serialu "W labiryncie kłamstw"

Czy Alejandrowi uda się wyjść cało z labiryntu kłamstw, w którym tkwi od samego początku? Jest już naprawdę blisko, na ostatniej prostej, ale zło wciąż powraca, a śmierć nadal spogląda mu w oczy. Czy De La Fuente powróci do swojej rodziny, a może Manuel po raz kolejny pokrzyżuje mu szyki? Na te pytania odpowiedź otrzymacie już JUTRO



Dziękuję Valowi za stworzenie tego plakatu Największe emocje przed nami już jutro. Będzie wybuchowo

Pozdrawiam serdecznie


Ostatnio zmieniony przez Greg20 dnia 17:39:24 30-12-10, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Telenowele Strona Główna -> Nasze zakończone telenowele i seriale Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... , 48, 49, 50  Następny
Strona 49 z 50

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin