Forum Telenowele Strona Główna Telenowele
Forum Telenowel
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

"Pogarda, duma i miłość" ODCINEK 22
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następny
 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Telenowele Strona Główna -> Archiwum
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aneta:)
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 02 Cze 2006
Posty: 2457
Przeczytał: 17 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 11:43:19 24-03-12    Temat postu:

Przepraszam, że tak późno, no ale wiesz szkoła...
Na taki właśnie odcinek czekałam!
Albert przyprowadził do Ailyn Anokiego. Dziewczyna wyznała mu, że jest ojcem jej dziecka.
W dodatku wyznała prawdę wszystkim...
Lizzy na wieść o kłamstwie służącej od razu pojechała do ukochanego, żeby wiedział, że między nimi znowu wszystko dobrze
Mam nadzieję, że teraz będą szczęśliwi:)
Czekam na nowy odcinek :* A właśnie: Kiedy będzie?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 14:44:27 24-03-12    Temat postu:

Kolejny odcinek powinien pojawić się niedługo, bowiem jest już w sumie napisany.
Zdradzę, że planuję około 25 odcinków.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aneta:)
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 02 Cze 2006
Posty: 2457
Przeczytał: 17 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 14:51:53 24-03-12    Temat postu:

O kurczę to już będzie się za nie długo kończyć...
No to czekam na odcinek
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 15:26:55 25-03-12    Temat postu:



William zaprowadził panienkę Reliance do ogrodu, by mogli swobodnie porozmawiać.
- Moje serce tak bardzo się raduje, kiedy Cię widzę.- wyznał, kiedy spacerowali alejkami.
- Ach, Williamie.- westchnęła Elizabeth, zatrzymując się przy fontannie.- Jak ja mogłam uwierzyć tej służącej, a nie Tobie?- spytała, spoglądając na niego.
- Nie obwiniaj się, miałaś pełne prawo jej uwierzyć, znając moją wcześniejszą opinię.- odrzekł William, stając tuż obok niej.- Teraz wiem, że moja przeszłość już zawsze będzie kładła cień na całym moim życiu, dlatego tym bardziej będę się starał.- mówił dalej, patrząc jej w oczy.- Teraz muszę coś powtórzyć.- dodał, wkładając rękę do kieszeni, by wyjąć z niej pierścionek zaręczynowy swej matki, po czym uklęknął na jedno kolano.- Panienko Elizabeth Reliance, czy uczyni mi panienka ten zaszczyt i zostanie moją żoną?- spytał.
Elizabeth rozpromieniła się, pociągnęła go lekko za dłonie, podnosząc z klęczek, oplotła rękami wokół szyi i delikatnie pocałowała.
Kiedy się od siebie oderwali, William spojrzał na nią, uśmiechając się szeroko. Potem ujął subtelnie dłoń ukochanej i wsunął na jej palec pierścionek.
- Teraz możesz mówić do mnie Lizzie.- odezwała się z uśmiechem.

List od lady Moore dotarł do wszystkich mieszkańców dzielnicy. Niektórzy, nim otrzymali swój list, zdążyli się już dowiedzieć o jego treści od sąsiadów. Wieść, że hrabia Swann jest niewinny, wywołały powszechną radość. Krążyły także plotki, iż pan Johnathan Reliance, w ramach przeprosin, zamierzał urządzić u siebie drugie przyjęcie zaręczynowe.
Wszyscy byli radośni i podekscytowani, prócz jednej osoby- pana Georga Midwalla.
Siedział on przed kominkiem, trzymając list od lady Moore w jednej ręce, i szklankę pełną whisky w drugiej. Już same słowa panienki Reliance, skierowane do niego w dniu, w którym przyszedł ją pocieszyć, dostatecznie go dobiły. Ten list, napisany ręką lady Katherine Moore, potwierdzał tylko jego ostateczną porażkę. Zmiął energicznie kartkę i wrzucił ją do ognia, po czym jednym chaustem opróżnił szklankę.
- To koniec. Swann wygrał.- powiedział sam do siebie, spoglądając na tańczące płomienie.

Kolejne przyjęcie zaręczynowe, tym razem urządzone w domu państwa Reliance, odbyło się w zupełnym spokoju. Nawet pan Midwall się na nim pojawił i pogratulował narzeczonym tak, jak i reszta gości. Alistair, pozbywając się reszty swoich uprzedzeń, zadziwiał gości swoją wyraźną aprobatą wobec przyszłego szwagra.
Margareth bardzo cieszyła się, widząc szczęście swej córki. Przez większą część przyjęcia siedziała, oparta o ramię swego męża, który obejmował ją lekko, tuląc do siebie. On również był szczęśliwy. Na tę chwilę czekał długo. Wiedział, że oddaje swoją córkę w dobre ręce.
-"On będzie wspaniale dbał o moją małą Lizzie."- myślał, ukradkiem ocierając łzy, które uparcie płynęły mu z oczu.
Lady Katherine Moore była tak rozanielona, jakby to ona była matką któregoś z narzeczonych. W głębi serca czuła się jak matka Williama. Chciała, aby to on był jej synem. Jednak nie odczuwała zazdrości, wiedząc, że jego matką była inna kobieta. W końcu była ona jej przyjaciółką, nieomalże siostrą. Czuła radość, mogąc roztaczać opiekę nad dzieckiem swej przyjaciółki. Z resztą jego ojcem był Arthur, ten sam, którego pokochała od pierwszej chwili, ujrzawszy go na balu, w domu rodziców swej przyjaciółki. Nawet fakt, iż wybrał właśnie Mary Anne, a nie ją, nie budził w niej nigdy nienawiści. Teraz, patrząc na Williama, wszystkie te wspomnienia przeleciały jej przed oczami.
- Jak dobrze, że oni są razem szczęśliwi, tak jak Mary Anne i Arthur.- szepnęła lady Moore, spoglądając na młodego hrabiego i jego narzeczoną.

Następnego dnia po przyjęciu powoli ruszyły przygotowania do ślubu Williama i Elizabeth, który miał odbyć się za trzy miesiące. Margareth wzięła wszystko na siebie, jednak uległa prośbom lady Moore, która również chciała wziąć udział w przygotowaniach. Obie panie z lubością wybierały materiały na suknie dla panny młodej i druhen, jak również dla pana młodego, wystrój domu, pisały powoli zaproszenia.
Pan Midwall jako jedyna osoba w okolicy zdawał się w ogóle nie cieszyć z powodu nadchodzącej uroczystości. Zaczął zaniedbywać interesy, coraz więcej pił, snuł się po osiedlu jak cień. Jedynie nie zmieniło się to, iż często wybierał się na długie przejażdżki konno. Nawet lady Moore, która uważała go za człowieka przebiegłego i nikczemnego, głównie przez incydent z niedoszłym narzeczonym panienki Reliance, zaczęła się o niego martwić.
Przyjaciel pana Midwalla, hrabia Andrew Butler, jak i córka, Ofelia, chyba najbardziej martwili się o niego. On jednak nie zwracał uwagi na nikogo, tak jakby wcale ich nie zauważał.
Elizabeth winiła siebie za zły stan pana Midwalla, więc odwiedziła go, przepraszając za swoje wcześniejsze słowa. Niewiele to pomogło, ale przynajmniej przestał ignorować córkę i po dłuższej z rozmowie z Ofelią powoli brał się w garść. Ogólnie po pierwszym miesiącu wszystko zaczęło wracać do normy.

Bogato zdobiony powóz zajechał tuż pod drzwi hotelu znajdującego się w centrum Cardiff. Najpierw wysiadła z niego czarnoskóra służąca, która potem pomogła wysiąść młodej dziewczynie. Była piękna, wysoka, szczupła, miała brązowe, długie i falowane włosy, spięte w kok. Jej odważna, czerwona suknia z mocno wyciętym dekoltem i krótkim rękawem przyciągała wzrok każdej osoby znajdującej się w pobliżu.
Rozkładając czarną, koronkową parasolkę podążyła ona za swoją służącą do hotelu. Woźnica zdjął z powozu bagaże, niosąc je za nimi do środka.
Właściciel hotelu przywitał gościa, składając subtelny pocałunek na drobnej dłoni, odzianej w czarną, atłasową rękawiczkę, sięgającą aż do łokci.
- Witaj z powrotem w Cardiff, panno Warmington.- odrzekł mężczyzna, posyłając jej uśmiech.- Jest pani czarująca jak zawsze.- dodał.
- Witam pana i dziękuję.- dygnęła, odwzajemniając mu się zalotnym uśmiechem.- Cieszę się, że tu wróciłam.- przyznała.- To moja nowa służąca.- wskazała na murzynkę stojącą obok niej.- Dałam jej na imię Giselle, bo to prawdziwe brzmiało nazbyt zwyczajnie.- dodała.
Mężczyzna przywitał się z nią, po czym polecił swoim pracownikom, by zanieśli jej bagaże do pokoju, do którego potem osobiście ją zaprowadził.
Kiedy wreszcie została sama z Giselle, usiadła na sofie.
- Ciekawa jestem jak zareagują dawni znajomi, kiedy się dowiedzą o moim powrocie.- zaśmiała się perliście.
- Jestem pewna, iż najbardziej zależy panience na radości jednej osoby.- odezwała się śmiało Giselle. Wiedziała, że może tak odzywać się do swojej pani, bowiem tego od niej oczekiwała.
- Tak, owszem.- przyznała z uśmiechem.- Jutro go odwiedzę. Mam nadzieję, że nie zmienił się bardzo w ciągu tego roku.- westchnęła, po czym spojrzała z udawanym gniewiem na swoją służącą.- No na co czekasz? Rozluźnij mi gorset, bo zaraz zemdleję. Rusz się, leniwa dziewczyno.- rozkazała.
Giselle z uśmiechem wykonała jej polecenie, powoli odwiązując sznurowanie.


Nowe postacie:


Nina Dobrew jako Rosemary Warmington(20l.)- dawna kochanka Williama.


Katherina Graham jako Giselle(21l.)- służąca Rosemary.


Ostatnio zmieniony przez namida1991 dnia 15:34:13 25-03-12, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 20:58:45 26-03-12    Temat postu:



Następnego dnia, po południu, mieszkańców osiedla czekała niezbyt miła niespodzianka. Główną drogą jechał odkryty powóz, a w nim siedziała kobieta, która okryła się tutaj naprawdę złą sławą- Rosemary Warmington. Kiedy rok temu stąd tak niespodziewanie wyjechała, wszyscy cieszyli się, mając nadzieję, że nigdy tu nie powróci. Dlatego też jej przyjazd u nikogo nie wywołał radości.
Widząc wyraźnie niezadowolone miny mijanych ludzi, Rosemary uśmiechała się z satysfakcją. U jej boku siedziała czarnoskóra służąca, która miała tak samo dumnie uniesioną głowę, jak jej pani.
Wracając z konnej przejażdżki, George Midwall również zauważył ów powóz.
- Jeszcze jej tu brakowało.- burknął pod nosem.
Nagle, na swym białym koniu, podjechał do niego hrabia Butler.
- Panna Warmington wróciła.- westchnął.- Zapowiada się ciekawa wiosna.- dodał lekko rozbawiony.
- Zaiste.- potwierdził pan Midwall.- Ona zapewne zmierza do rezydencji hrabiego Swanna, albowiem nikt inny jej by nie przyjął. Ciekawy jestem, jak on zareaguje na te odwiedziny.- zaśmiał się lekko.
- I jak zareaguje rodzina Reliance na wieść o przybyciu dawnej kochanki Williama.- dodał Andrew, po czym powoli ruszył konno w stronę domu.
- Właśnie. Może jednak jeszcze nie wszystko stracone?- powiedział sam do siebie George, po czym ruszył śladem przyjaciela.

Alistair Reliance wracał właśnie konno do domu, w chwili gdy jakiś powóz przejechał obok niego. Był on odkryty, zauważył więc dziewczynę, która w nim siedziała, razem z czarnoskórą służącą. Jego wzrok na chwilę spotkał jej wzrok. Miała piękne, głębokie, czarne oczy, które zdołałyby uwieść każdego mężczyznę. Posłała mu swój śliczny uśmiech, sprawiając, że jego serce zabiło mocniej.
W miarę jak powóz się oddalał, zlustrował dokładnie każdy element jej ciała. Szczupła, miała skórę o ciemnej karnacji, włosy lekko falowane o czekoladowej barwie. Była chyba najpiękniejszą kobietą, jaką widział. Jedyną rzeczą, jaka go niepokoiła, to suknia nieznajomej, zbyt głęboko wycięta, na dodatek w kolorze szkarłatu. Prawdziwe damy nigdy tak się nie ubierały, bowiem było to nazbyt wyzywające.
Mimo to marzył o tym, by poznać jej imię. Zapewne niedawno przybyła do miasta, więc najprawdopodobniej urządzi przyjęcie i wtedy będzie okazja, by ją poznać.
- Piękna, prawda?- usłyszał obok siebie damski głos, który wyrwał go z zamyślenia. Kiedy zwrócił swój wzrok w bok, zauważył lady Katherine Moore, stojącą na drodze.
- Owszem. To chyba nasza nowa sąsiadka, prawda?- spytał.
- Ach, bynajmniej.- odrzekła z lekkim oburzeniem lady Moore, spoglądając na niego.- Dla ludzi mieszkających tu dłużej ta kobieta jest bardzo dobrze znana. To Rosemary Warmington, była kochanka młodego hrabiego Swanna, i główna przyczyna jego upadku moralnego.- dodała, z pogardą wymawiając jej imię.
- Rozumiem.- westchnął Alistair, po czym pokłonił się.- Dziękuję pani za informacje. Do zobaczenia.- powiedział grzecznie i odjechał w kierunku domu.
- "Czyli nigdy jej nie zobaczę..."- pomyślał ze smutkiem.- "Nawet nie powinienem tego pragnąć"- otrząsnął się, zsiadając z konia i oddając wodze stajennemu.

Powóz panny Warmington zatrzymał się tuż przed drzwiami rezydencji rodziny Swann. Giselle wysiadła pierwsza, po czym pomogła swej pani.
- Ty tu zostań, razem z woźnicą.- poleciła jej Rosemary.- Nie spędzę tam dużo czasu.- zapewniła, wchodząc na ganek, po czym zapukała przy pomocy kołatki w potężne, dębowe drzwi.
Otworzył jej młody lokaj i natychmiast ukłonił się nisko.
- Witam panią, w czym mogę służyć?- zapytał.
- Nazywam się Rosemary Warmington.- przedstawiła się, zastanawiając, czemu nie otworzył jej pan Jenkins. Cżyżby ten stary głupiec, który traktował ją jak prostaczkę, wreszcie wyzionąl ducha?- Chciałabym zobaczyć się z hrabią Williamem Swannem.- określiła cel swej wizyty.
- Przykro mi, panicz udał się wraz z panem Jenkinsem doglądnąć swoje włości.- poinformował lokaj.
- Oh, jaka szkoda.- westchnęła zawiedziona. Nie dość, że ten służący nadal żył, to jeszcze William nagle zainteresował się swoim majątkiem. Ciekawe, ile jeszcze się zmieniło, od kiedy wyjechała?
- Jeśli panienka chce, może na niego zaczekać w salonie.- zaproponował lokaj, gestem zapraszając ją do środka.- Hrabia wyszedł rano, niedługo więc powinien wrócić.- zapewnił.
- Bardzo chętnie poczekam.- odrzekła Rosemary, wchodząc do rezydencji. Potem, prowadzona przez lokaja, udała się do salonu, gdzie zajęła miejsce na sofie.
- Może napije się pani kawy lub herbaty?- spytał lokaj.
- O nie, nie, nic z tych rzeczy.- zaprzeczyła, uśmiechając się kokieteryjnie.- Przynieś mi butelkę najlepszego wina z piwnicy hrabiego i dwa kieliszki.- powiedziała po chwili namysłu.
Lokaj skłonił się i posłusznie opuścił salon.

Ailyn przybyła do rezydencji Swannów po pieniądze, jakie hrabia miał pożyczyć jej narzeczonemu na zakup niezbędnego do pracowni szewskiej sprzętu. Anoki nie mógł tego uczynić, bo załatwiał związane z tym sprawy formalne.
Kiedy przeszła przez bramę, na podjeździe zauważyła odkryty powóz. Tuż obok niego stała jakaś murzynka, ubrana jak służąca. Dojrzawszy jej twarz, Ailyn podbiegła do niej, kompletnie zaskoczona.
- Nari? Co Ty tu robisz?- spytała, spoglądając na nią.
- Ach, Ailyn, siostrzyczko, kopę lat.- odrzekła ona z pogardliwym uśmiechem.- Nie nazywaj mnie już tak, bo moja pani dała mi na imię Giselle. Jest o wiele piękniejsze i brzmi jak u księżniczki.- dodała.
- I tylko tyle masz mi do powiedzenia po tylu latach?- wydarła się na nią Ailyn.- Kiedy uciekłaś z tamtym chłopakiem, matka była tak załamana, że rozchorowała się i umarła! A ja zostałabym sama, gdyby nie pomoc pana Jenkinsa!- mówiła z pretensją, a jej oczy zaszkliły się łzami.- Co z Ciebie za starsza siostra, skoro tak się zachowałaś, i nadal myślisz o błahostkach?- spytała.
- Matka umarła?- odrzekła lekko zaskoczona Giselle, ale po chwili jej twarz stała się obojętna.- I dobrze jej tak. Nie chciała się zgodzić na mój związek z nim, więc musiałam uciec.- wyjaśniła.
- Wiesz, powinnaś mnie chociaż przeprosić.- burknęła Ailyn.
- Niby za co?- spytała oburzona Giselle.
- Zostawiłaś mnie i mamę. Potem przez Ciebie straciłam i ją. Zostałam sama.- odrzekła ze smutkiem.
- Jak to samą? A pan Jenkins?- przypomniała.- Załatwił Ci pewnie pracę u Swanna, więc miałaś dobrze.- dodała.
- Pan Jenkins nie był w stanie zastąpić mi rodziny.- powiedziała Ailyn z wyrzutem.- Z kim tu przyjechałaś?- spytała, kierując wzrok na powóz.
- Z panną Rosemary Warmington. Pracuję u niej od dwóch miesięcy.- wyjaśniła.
- Ona tu jest? Znowu chce pociągnąć hrabiego na samo dno?- oburzyła się Ailyn.
- Ech, siostrzyczko, dlaczego od razu pociągnąć na dno? Odwiedza tylko starego znajomego.- odrzekła Giselle z niewinną miną.
- Mam uwierzyć, że panna Warmington nie knuje żadnej intrygi? Masz mnie za głupią?- prychnęła Ailyn, marszcząc czoło.
- Chyba za dużo czasu spędzasz z panem Jenkinsem. Powinnaś poszukać sobie pracy gdzie indziej.- rzuciła złośliwie jej siostra.
- Już nie pracuję u Swanna. Niedługo wychodzę za mąż.- poinformowała ją.
- Tak?- odrzekła zaskoczona Giselle.- To co Ty tu robisz?- spytała po chwili.
- Przyszłam po pieniądze, które hrabia pożyczył memu narzeczonemu.- wyznała.
- Ach, to masz pecha. Słyszałam rozmowę mojej pani z lokajem. Podobno hrabiego Swanna nie ma w domu.- powiedziała, uśmiechając się złośliwie.
Ailyn odwróciła wzrok i ruszyła z powrotem w stronę bramy, postanawiając, iż uda się tu ponownie jutro.

Późnym popołudniem kolejny powóz zajechał pod rezydencję Swannów. Wysiadł z niego Albert oraz William. Widząc, że ktoś ich odwiedził, czym prędzej udali się do domu. Lokaj zaprowadził ich do salonu, gdzie ów gość raczył się już kolejną lampką wina.
- Rosemary?- rozpoznał ją w mig William.- Co Ty tu robisz?- spytał zaskoczony.
Ona nalała wina do drugiego kieliszka, stojącego na stole, wstała, podeszła do niego i podała mu ją.
- Wpadłam do Cardiff, aby zobaczyć, jak sobie radzisz.- odrzekła z uśmiechem. Widać było, iż za dużo wypiła.- Nie cieszysz się?- spytała, spoglądając na jego twarz, która wyrażała teraz lekkie przerażenie. Niezadowoloną minę Alberta zbyła śmiechem.
Potem na chwilę zaległa cisza. Pan Jenkins z niecierpliwością oczekiwał od hrabiego jakiejś reakcji.
- Nie piję wina bez okazji, i na dodatek o tej porze.- zaczął oschle William, odtrącając dłoń, którą podała mu kieliszek.- Rosemary... Nie wiem, po co chciałaś mnie odwiedzić, ale nie powinno Cię tu być.- dodał, spoglądając na nią gniewnie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aneta:)
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 02 Cze 2006
Posty: 2457
Przeczytał: 17 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 21:30:49 28-03-12    Temat postu:

Kochana jutro obiecuję nadrobić zaległości bo od czwartku właśnie do poniedziałku zawsze mam wolne od zajęć
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 14:04:34 29-03-12    Temat postu:

Rozumiem, czekam więc
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aneta:)
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 02 Cze 2006
Posty: 2457
Przeczytał: 17 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 16:58:27 29-03-12    Temat postu:

ODCINEK 19
Lizzy i William są bardzo szczęśliwi :*
Wyprawili przyjęcie zaręczynowe no i ruszyły przygotowania do ślubu...
Koniec odcinka intrygujący, pojawia się kochanka Williama
Jestem pewna, że zamiesza na koniec odcinków

ODCINEK 20
Rosemary rządzi się w posiadłości jak u siebie. Ciekawe czy wie o zaręczynach Williama?
Giselle jest siostrą Ailyn . Widać, że między siostrami nie układa się najlepiej
William był bardzo zaskoczony widokiem byłej kochanki.
Ona na pewno coś knuje, nie wierzę, że przyjechała przejazdem!

Czekam na nowy odcinek :*
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 19:49:36 29-03-12    Temat postu:

Rosemary z pewnością zamiesza
Postaram się jak najszybciej wstawić kolejny odcinek.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 6:33:42 29-04-12    Temat postu:

I tu jest już odcinek Przepraszam, że taki krótki, ale nie dałam rady napisać dłuższego... Mam nadzieję, że mimo wszystko się Wam spodoba



Jego słowa niczym sztylet przeszyły jej serce. Czyżby się przesłyszała? Dlaczego William to powiedział? Powinien cieszyć się z jej powrotu...
- Widzę, że zmieniłeś się trochę.- odrzekła, a wyraz jej twarzy diametralnie się zmienił. Spoważniała, a w oczach pojawił się smutek.
- Panicz Swann zmienił się bardzo, dzięki innej kobiecie, stokrotnie więcej wartej, niż pani.- zwrócił się do niej Albert swoim nauczycielskim tonem.
- Czy mogłabym porozmawiać z Tobą na osobności?- spytała, spoglądając najpierw na Williama, a potem na pana Jenkinsa. Ach, jakże nienawidziła tego starucha! Bez niego w pobliżu łatwiej jej przyjdzie zmanipulowanie młodego hrabiego.
- Dobrze.- westchnął hrabia Swann, po czym spojrzał na swojego wiernego sługę.- Albercie, możesz odejść.- polecił mu.- Nie martw się, poradzę sobie z nią.- zapewnił, gdy ten chciał coś powiedzieć.
Pan Jenkins ukłonił się więc, ale jedynie swemu paniczowi, całkiem pomijając pannę Warmington, po czym opuścił salon.
- Ach, dlaczego pozwalasz mu, aby tak mnie traktował?- spytała Rosemary, kompletnie zaskoczona. Wcześniej robił mu przecież awantury z tego powodu.
- Albert nie musi traktować Cię jak damę, bo nią nie jesteś.- odrzekł William, powtarzając tym samym słowa, które wielokrotnie powtarzał jego sługa.
- Usiądźmy.- poprosiła. Kiedy oboje znaleźli się na sofie, skierowała wzrok na swoje dłonie.- Coraz bardziej mnie rozczarowujesz.- westchnęła.- Kiedyś byliśmy sobie bardzo bliscy, pamiętasz? Te szalone noce, spędzone w Twej sypialni...- mówiła, spoglądając na niego zalotnie i przybliżając się powoli.
- Przestań.- przerwał jej rozkazującym tonem.- Jestem zaręczony.- dodał, wstając.
- Ach, a ja myślałam, że tą kobietą, przez którą się zmieniłeś jest lady Moore.- powiedziała Rosemary, przypominając sobie niedawno wypowiedziane przez Alberta słowa.- A więc to przez tą narzeczoną mój niegrzeczny hrabia dołączył do grona tych napuszonych, sztywnych arystokratów? Aż tak ją kochasz, że zmieniasz dla niej swoją prawdziwą naturę?- spytała z pogardą.
- Kocham ją bardziej, niż sobie to wyobrażasz.- nachylił się nad nią, rzucając jej gniewne spojrzenie.- Ale Ty nigdy tego nie zrozumiesz, bo nigdy nikogo nie kochałaś. Bawiłaś się mną, ściągając na dno.- dodał, prostując się i powoli podchodząc do okna.
- Oczywiście, według Ciebie nie mam serca.- prychnęła.- Co to za dziewczyna? Znam ją? Zapewne to córka któregoś z tutejszych panów.- powiedziała, spoglądając na niego.
- Powiem tylko, że to prawdziwa dama, do której nie masz prawa się porównywać.- odrzekł, odwracając się do niej.- Jej imię nie powinno Cię interesować, albowiem i tak niedługo wyjeżdżasz, prawda?- dodał, spoglądając na nią znacząco.
- Tak, jasne. Widzę, że i tak nie mam tu już czego szukać.- potwierdziła, podnosząc się na równe nogi. Potem dopiła wino z przeznaczonego dla niego kieliszka, po czym, z dumnie zadartą ku górze głową, opuściła salon, a wkrótce także rezydencję.
William z ulgą obserwował, jak jej powóz opuszczał podjazd i znikał powoli w mroku nocy.

Giselle, widząc niezadowoloną minę swej pani, westchnęła lekko.
- Nie poszło tak, jak panienka oczekiwała?- spytała po chwili wachania.
- Poszło całkiem inaczej, niż oczekiwałam. Co się z nim stało?- odrzekła nadal wzburzona Rosemary.- Podobno zaręczył się i to wszystko przez tę narzeczoną. Ach, gdybym tylko znała jej nazwisko...- zacisnęła dłoń w pięść.
- Ja znam jej nazwisko.- poinformowała Giselle. Widząc zainteresowanie panienki Warmington, kontynuowała.- Ten lokaj, który przyjął panienkę, zaprosił mnie potem do kuchni, bym nie stała tak na dworze. Zrobił mi herbatę i rozmawialiśmy. Wtedy powiedział mi, że hrabia Swann zaręczył się niedawno z panienką Elizabeth Reliance, córką państwa, które niedawno się tu przeniosło z Londynu. Zajęli tę starą rezydencję znajdującą się niedaleko, która od lat stała pusta.- zakończyła, uśmiechając się z satysfakcją.
- Giselle, uwielbiam Cię!- uścisnęła ją Rosemary, a na jej twarzy ponownie zakwitł szeroki uśmiech.- Skoro wiem, kim jest narzeczona Williama, to nie wyjadę tak szybko... Najpierw muszę troszkę się pobawić.- dodała tajemniczo.
- Jaki jest plan?- spytała Giselle z ciekawością.
- Dobrze się składa, że zatrzymałyśmy się w centrum Cardiff. Mieszka tam ktoś, kto pomoże nam namieszać.- odrzekła, po czym zaśmiała się zadowolona.

Wieczorem, przy kolacji, kiedy cała rodzina Reliance siedziała przy stole w jadalni, Margareth z oburzeniem komentowała najnowsze plotki.
- Podobno dziś na naszym osiedlu zjawiła się Rosemary Warmington, znana skandalistka.- mówiła.- Ale najgorsze jest to, że podobno była kochanką młodego hrabiego Swanna i to ona skłoniła go do upadku moralnego. Właśnie do niego jechała.- dodała.
Elizabeth ożywiła się, słysząc tę wiadomość.
- Oh, mam nadzieję, że William wyprosił ją.- powiedziała, lekko przestraszona.
- Z pewnością to uczynił, Lizzie. Hrabia Swann zmienił się i wątpię, by ktoś taki, jak panna Warmington mogła ponownie go uwieść, skoro on kocha Ciebie, moje dziecko.- odrzekł uspokajającym tonem Johnathan.- Margareth, nie powinnaś mówić o takich kobietach przy Lizzie. Rosemary Warmington należy traktować jak kobietę upadłą, a więc nie należy o niej rozmawiać.- pouczył żonę, po czym powrócił do spożywania posiłku.
Pani Reliance już się nie odezwała. Elizabeth westchnęła lekko, rozmyślając o pannie Warmington. Wiedziała, że po sprawie z Ailyn powinna bardziej ufać Williamowi, ale mimo to bardzo się bała. Nie widziała jej, kiedy jechała powozem, bowiem wybrała się z Juno na przejażdżkę po lesie, ale sąsiadki opowiadały jej, że podobno była bardzo piękna.
Potrząsnęła lekko głową, chcąc pozbyć się tych myśli i skupiła swą uwagę na posiłku.

Przy kolacji Alistair był milczący. To, co słyszał na temat Rosemary Warmington, napawało go smutkiem. Jak taka piękna dziewczyna mogła źle się prowadzić? I pomyśleć, że chciał ją lepiej poznać.
- Jakże ja jestem głupi.- mówił sam do siebie, leżąc już w swoim pokoju.- "Gdybym tylko nie spojrzał w te oczy... Boże, jestem zgubiony. Ta diablica rzuciła na mnie jakiś czar, pewnie ten sam, jakiego użyła wobec Williama."- myślał z rozpaczą, ukrywając twarz w dłoniach.

Następnego dnia, koło południa, Elizabeth odwiedziła swego narzeczonego. Chciała koniecznie wiedzieć, jak przebiegła wizyta Rosemary. Przepełniona niepokojem, stanęła przed drzwiami i zapukała. Otworzył jej pan Jenkins, po czym od razu poprowadził do salonu i podał herbatę. Wkrótce pojawił się William, który na wieść o jej przybyciu niemal natychmiast przerwał swoją pracę w gabinecie.
- Lizzie, tak bardzo cieszy mnie Twoja wizyta, tym bardziej, że wczorajszy dzień był dla mnie niezbyt szczęśliwy.- powitał ją, po czym złożył na jej dłoni subtelny pocałunek.
- Jak mniemam, mówisz o wizycie Rosemary Warmington?- odrzekła Elizabeth, kiedy usiedli na kanapie. Spojrzała na hrabiego z lekkim smutkiem, co wywołało na jego twarzy wyraz pełen troski.
- Owszem.- potwierdził, lekko skinąwszy głową.- Ale wiedz, Lizzie, że jej przybycie wzbudziło we mnie jedynie gniew i niechęć. Ona nie ma tu czego szukać, więc wyjedzie.- mówił dalej William, kładąc rękę na sercu.- Rosemary to przeszłość, do której nie mam zamiaru powracać, albowiem tylko Ciebie kocham.- zapewnił, delikatnie ujmując dłonie narzeczonej w swoje.
Elizabeth uśmiechnęła się promiennie.
- Radujesz moje serce tymi słowami. Ach, Williamie, tak bardzo Cię kocham.- odrzekła, jakby dla zapewnienia ściskając lekko jego dłonie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aneta:)
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 02 Cze 2006
Posty: 2457
Przeczytał: 17 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 11:51:26 01-05-12    Temat postu:

Przepraszam, że dopiero teraz komentuje ale nie miałam wcześniej czasu...
William na szczęście nie postradał zmysłów i posłał w diabły Rosemary!
Ma rację, że ona nie ma nawet szans z taką damą jak Elizabeth.
Jednak tak jak się spodziewałam Rosemary tak łatwo nie odpuści...
Ciekawe co wymyśli
Czekam na next
P.S.
Z tego co pamiętam miało być 20 parę odcinków więc chyba zbliżamy się do końca?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 14:05:12 01-05-12    Temat postu:

Nic nie szkodzi, rozumiem.
Odcinków będzie nie więcej jak 25. Wiesz, trochę namieszam pod koniec
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 0:58:04 10-05-12    Temat postu:

Miałam wstawić odcinek przedwczoraj, ale tak jakoś wyszło, że robię to dopiero dziś



W południe, około godziny 12, powóz panny Warmington stanął przed skromną rezydencją, usytuowaną niedaleko centrum Cardiff. Miała ona jedno piętro, a ogród ją otaczający był niezwykle skromny jak na tutejsze standardy.
Giselle wysiadła z powozu pierwsza, pomagając swojej pani. Rosemary uśmiechnęła się lekko, rozglądając dookoła.
- Nie wiem, czy Ci opowiadałam o moim przyjacielu.- zwróciła się do swojej służącej. Kiedy kiwnęła głową przecząco, westchnęła.- Jakieś 5 lat temu, kiedy mieszkałam w Cardiff wraz z rodzicami, byłam zaręczona z Nathanielem Thornhillem. Nie byłam na to zbyt chętna, bo znałam już wtedy hrabiego Swanna.- mówiła, uśmiechając się lekko.- Potem moi rodzice zginęli, jadąc powozem przez górzyste tereny, a ja zerwałam zaręczyny i rozpoczęłam nowe życie. Wtedy ojciec Nathaniela doprowadził rodzinę na skraj bankructwa, po czym powiesił się na strychu. Pomogłam dawnemu narzeczonemu, pożyczając mu pieniądze, w zamian chcąc jedynie, aby był gotów mi pomóc w każdej chwili.- spojrzała na Giselle znacząco.- On z powrotem pomnożył rodzinny majątek, ale z tego, co widzę, nadal żyje skromnie.- dodała, kierując wzrok na dom.
- W takim razie domyślam się, po co tu jesteśmy.- odrzekła z uśmiechem Giselle.
Rosemary, a tuż za nią służąca, powoli podeszły do drzwi. Kiedy panna Warmington zapukała, otworzył im młody lokaj.
- Witam w rezydencji rodziny Thornhill.- ukłonił się lekko.- W czym mogę pomóc?- spytał po chwili.
- Przybywam z wizytą do pana Nathaniela.- odrzekła Rosemary.- Czy go zastałam?- spytała po chwili.
- Tak, jest obecny.- powiadomił lokaj, wpuszczając je do środka, i prowadząc do salonu.- Kogo mam zaanonsować?- spytał, kiedy usadowiły się obie na kanapie.
- Pannę Rosemary Warmington.- przedstawiła się, posyłając służącemu uśmiech.

Pan Midwall siedział w salonie, przed kominkiem, popijając whisky. Na stoliczku obok przeglądał swoje rodzinne pamiątki. Był wśród nich, szkicowany na niewielkim arkusiku papieru, portret pięknej kobiety o kasztanowych włosach i czarnych oczach, których głębia uwodziła każdego. Była to jego starsza siostra, Cynthia, po mężu Warmington.
Nie bez powodu zaczął o niej myśleć akurat teraz. W końcu do Cardiff powróciła jej córka, a jego siostrzenica, Rosemary. Na szczęście nikt z jego sąsiadów o tym nie wiedział, bowiem powiązania z nią nie przyniosły by mu nic dobrego.
Jakieś pięć lat temu, wraz z żoną i dziećmi, przeprowadził się na to osiedle, w centrum Cardiff zostawiając swoją siostrę z mężem i córką. Po paru miesiącach dowiedział się o tragicznym wypadku Cynthii i jej męża. Na parę miesięcy przeprowadził się do centrum, by opiekować się siostrzenicą, jednak widząc, jak skandaliczne życie zaczęła prowadzić, wrócił na osiedle. W rok po tym zmarła żona pana Midwalla. Wtedy na osiedlu pojawiła się Rosemary. Nie powiedziała nikomu o łączących ich rodzinnych więzach, ale on i tak czuł się źle, widując ją.
Kiedy wyjechała, po trzech latach siania zamętu i wywoływania kolejnych skandali, odetchnął z ulgą.
I właśnie dlatego jej nagły powrót, po zaledwie roku spokoju, był dla niego nie lada zmartwieniem. Bał się, że w końcu powie ona wszystkim prawdę.
- Jakiż to nieprzyjazny wiatr ponownie Cię tu sprowadził, Rosemary? Jakie są Twoje plany?- pytał, wpatrując się w tańczące płomienie.

Nathaniel powoli zszedł ze schodów, po czym skierował się w stronę gości.
- Rosemary...- wypowiedział jej imię bez entuzjazmu, po czym ukłonił się lekko, ujmując dłoń dziewczyny i składając na niej subtelny pocałunek. Następnie zajął miejsce na fotelu ustawionym naprzeciwko.
- Ach, nic się nie zmieniłeś... Nadal miły i czarujący.- powiedziała Rosemary, posyłając mu zalotny uśmiech.- To moja służąca, Giselle. Mam nadzieję, że jej obecność podczas naszej rozmowy nie będzie Ci przeszkadzać.- dodała, spoglądając na niego prosząco.
- Ależ skąd.- odrzekł, uśmiechając się lekko.- I dziękuję. Ty również jesteś tak samo piękna.- oddał jej komplement, po czym spoważniał.- Jak mniemam, nie pojawiłaś się tu, by mnie po prostu odwiedzić.- stwierdził, wzdychając lekko.
- Owszem, jak zwykle masz rację.- zaśmiała się lekko Rosemary.- Pozwól, że od razu przejdę do sedna sprawy. Twoim zadaniem będzie uwiedzenie pewnej panny.- wyjaśniła, również poważniejąc.
- Ech, czy to doprawdy konieczne?- spytał Nathaniel, wyraźnie niechętny.
- Ta panna jest moją rywalką, więc chcę się jej pozbyć.- odrzekła dobitnie.- Wystarczy, że uwiedziesz ją swoim czarem. Podobno jest piękna, a jej rodzina ma pokaźny majątek.- dodała kusząco.
- Przecież wiesz, że nie interesują mnie pieniądze.- westchnął, spoglądając na nią.
- Wiem.- potwierdziła.- Chyba lepiej będzie dla niej, jeśli ją uwiedziesz, niżbym miała się jej pozbyć w inny sposób.- ostrzegła, świdrując go wzrokiem.
- Ty diablico, jak śmiesz grać na moich uczuciach?- oburzył się Nathaniel.
Ona tylko wybuchnęła śmiechem, spoglądając na niego z tryumfem.
- Widzę, iż nie mam innego wyboru.- poddał się w końcu, wbijając wzrok w podłogę.
- Oto adres owej panny. Nazywa się Elizabeth Reliance.- podała mu złożony na pół arkusik papieru.- Niedługo, na jej osiedlu, ma się odbyć bal zorganizowany u hrabiego Williama Swanna. Postaram się o zaproszenie dla Ciebie.- obiecała, uśmiechając się do niego.- Ale pamiętaj o jednej istotnej rzeczy, kiedy będziemy na balu. Nie znasz mnie, ani ja Ciebie.- dodała, dobitnie podkreślając ostatnie zdanie.
- Rozumiem.- odrzekł Nathaniel, dokładnie czytając treść otrzymanej kartki.

Po południu lady Moore wraz z panią Margareth Reliance i Elizabeth były całkowicie pochłonięte wybieraniem materiału na suknię ślubną. Od samego rana siedziały na tarasie, prowadząc ożywioną dyskusję.
Pan Reliance siedział w salonie, czytając gazetę. Jego wzrok co jakiś czas wędrował na żonę i córkę. Uśmiechał się, widząc ich podekscytowanie. Mimo, iż do ślubu pozostało jakieś siedem miesięcy, to na twarzach tych kobiet dostrzegał takie emocje, jakby miał się odbyć nazajutrz.
Z zamyślenia wyrwał go odgłos kroków dochodzący z korytarza. Wkrótce w salonie pojawił się Alistair.
- I jak tam było na przejażdżce?- spytał Johnathan, spoglądając na syna, po czym złożył gazetę i położył na stoliku.
- Całkiem przyjemnie. Pogoda dopisuje.- odrzekł Alistair, kierując się w stronę schodów.
- Usiądź, chcę z Tobą porozmawiać.- wskazał na miejsce obok siebie na kanapie.
Panicz Reliance usiadł przy ojcu, spoglądając na niego pytająco.
- Zauważyłem, że ostatnio wybierasz się na przejażdżki częściej nawet, niż Twoja siostra, a dobrze wiem, iż najmniej z całej rodziny lubisz jazdę konną.- po krótkiej chwili milczenia odezwał się pan Reliance.- To zastanawiające... Poza tym snujesz się po domu jak duch, a kiedy razem zajmujemy się pracą, jesteś jakiś nieobecny.- dodał, spoglądając na syna.- Czy wszystko w porządku?- spytał.
- Oczywiście, że tak, ojcze. Nie masz się o co martwić, naprawdę.- zapewnił Alistair, lekko zaskoczony faktem, iż jego ojciec cokolwiek zauważył.
- Skoro tak mówisz...- westchnął Johnathan.- W takim razie możesz odejść.- uśmiechnął się lekko.
Alistair czym prędzej wstał, pokłonił się, ruszył ku schodom i prędko udał na górę.
Niedługo potem Margareth na chwilę zajrzała do salonu.
- Czy coś się stało?- spytała, patrząc na męża.
- Ach, mam wrażenie, że Alistair jest jakiś taki... inny.- odrzekł po chwili namysłu.
- Doprawdy? Tak byłam zajęta tym ślubem, że nic nie zauważyłam.- posmutniała.- Będę musiała go troszkę poobserwować.- dodała po chwili.
- To dobry pomysł. Nikt, tak jak Ty, nie potrafi rozszyfrowywać ludzi.- posłał jej uśmiech Johnathan.
Margareth odpowiedziała mu uśmiechem, po czym wróciła na taras.

Kiedy pan Midwall siedział w swoim gabinecie, pisząc list do swej córki, Cynthii, ktoś zapukał do drzwi, i słysząc jego 'proszę', pojawił się w nich lokaj, oznajmiając, iż przybyła panna Rosemary Warmington.
- Prowadź ją tutaj.- powiedział George, wzdychając ciężko. Czuł, że nadejdzie dzień, w którym ona do niego przyjdzie.
- Witaj, wuju.- odezwała się, siadając na krześle ustawionym naprzeciw jego biurka.
- Witaj, Rosemary. Co Cię do mnie sprowadza?- spytał, starając się zachować jak najbardziej obojętny wyraz twarzy.
- Wiesz, ostatnio odwiedziłam hrabiego Swanna, i zauważyłam, jak bardzo się zmienił.- zaczęła, przybierając minę niewiniątka, co kompletnie zbiło go z tropu.- Pomyślałam sobie, że ja również chcę przywrócić sobie dobre imię. Dlatego przyszłam do Ciebie.- dodała.
- I cóż miałbym uczynić?- spytał pan Midwall.
- Udałbyś się do lady Moore i wyprosił o łaskę dla mnie. Chcę, aby przyjęła mnie do towarzystwa.- poprosiła tak żarliwie, iż nieomalże jej uwierzył.
- Myślisz, że jestem cudotwórcą? Lady Moore nie ufa nawet mi, więc jak mógłbym ją przekonać, że Ty chcesz się zmienić?- pytał, spoglądając na nią z niedowierzaniem.- Z resztą nawet ja nie mogę uwierzyć w Twoją przemianę. Jaką mam gwarancję, że znowu nie wywołasz skandalu? Mam ryzykować zszarganie zarówno Twojej, jak i mojej opinii?- mówił z oburzeniem.
I nagle stało się coś, czego pan Midwall nigdy by nie przewidział- Rosemary wybuchnęła płaczem.
- Mój własny wuj mi nie ufa, cóż ja teraz pocznę? Zostanę starą panną...- szlochała, ukrywając twarz w dłoniach.- Tak bardzo chcę zmienić swe życie, pojednać się z rodziną... Wiesz, wujku, jaka ja jestem samotna?- spojrzała na niego zapłakanymi oczyma.- Wiem, popełniłam w życiu wiele błędów, ale czy nie zasługuję na drugą szansę?- spytała zrozpaczona.- I mam do Ciebie kolejną prośbę... Czy mogłabym u Ciebie zamieszkać? Od kiedy sprzedałam dom rodziców, tuż po ich śmierci, żyłam na walizkach...- dodała.
W tej chwili, kiedy patrzył jej w oczy, coś w nim pękło. Była tak podobna do jego ukochanej, starszej siostry... Jak mógłby odmówić? Był to winny Cynthii, już po jej śmierci powinien zaopiekować się swoją siostrzenicą.
- Dobrze, spełnię wszystkie Twoje prośby.- odrzekł w końcu.
- Ach, dziękuję Ci, wuju. Jesteś taki dobry.- twarz Rosemary rozjaśnił uśmiech pełen wdzięczności.- Tak bardzo chciałabym zobaczyć się z kuzynkami. Czy jak zawsze spędzają popołudnie w ogrodzie?- spytała po chwili.
- Ofelia jest teraz w ogrodzie.- potwierdził.- Jeśli zaś chodzi o Cynthię, to nie mieszka ona już z nami. Jakiś czas temu wyjechała do Francji, gdzie wyszła za mąż za markiza de la Perte, i ma zamiar odwiedzić nas za miesiąc.- oznajmił, wywołując zaskoczenie na twarzy panny Warmington.
- Czyli moja ukochana kuzynka została markizą?- Rosemary z uciechy klasnęła w dłonie.- W takim razie muszę napisać jej list z gratulacjami.- dodała z uśmiechem.
- Z pewnością uraduje się, dostając od Ciebie gratulacje.- zapewnił ją pan Midwall.- A wracając do Ciebie, to możesz zająć dawny pokój Cynthii.- dodał, wstając. Ona również to uczyniła. Wuj odprowadził ją do drzwi, po czym oddał w ręce lokaja, a sam czym prędzej udał się do domu lady Katherine Moore.

Kiedy Rosemary znalazła się w pokoju wraz z Giselle, która zaczęła rozpakowywać rzeczy panienki, odetchnęła z ulgą. Udało jej się zmanipulować wuja tak łatwo, jak nikogo innego. Roześmiała się, siedząc na miękkim łóżku.
- Wciąż nie mogę się nadziwić, iż tak łatwo mi poszło. Wystarczyło trochę łez i niewinnych minek. A ja tak się martwiłam, że wujek wyrzuci mnie od razu z domu.- powiedziała, nadal rozbawiona.
- Panienka jest świetną aktorką, więc nie mogło się nie udać.- odrzekła Giselle, uśmiechając się lekko, po czym wróciła do układania w szafie sukien swojej pani.
- Ach, ależ Ty mi schlebiasz.- przewróciła oczami Rosemary.- Gdybym była naprawdę taka w tym dobra, to z Williamem również by się udało.- zauważyła, natychmiast poważniejąc.- Jestem ciekawa, w czym ta cała Elizabeth jest lepsza ode mnie...- prychnęła, spoglądając na przepiękny widok lasu, jaki rozpościerał się za oknem.- Od kiedy to on gustuje w damach?- spytała, nie kryjąc swego oburzenia.- Williamie, pożałujesz tego, jak mnie potraktowałeś. Niedługo przekonamy się, czy ta Twoja wielka dama potrafi być wobec Ciebie wierna.- dodała, uśmiechając się lekko.

Pod wieczór, kiedy Alistair siedział jeszcze na tarasie, sprawnymi ruchami szkicując portret kobiety, która nadal zajmowała jego myśli, usłyszał subtelne kroki. Natychmiast rozpoznał, że to matka, bowiem nikt nie stąpał tak, jak ona. Szybko zamknął szkicownik, i po chwili poczuł dłoń na swoim ramieniu.
- Synku, niebawem się ściemni, powineneś wejść do środka. Poza tym za pół godziny podana zostanie kolacja.- usłyszał cudownie delikatny, pełen troski i czułości szept matki, który zawsze przywracał jego duszy spokój. Kiedy zwracała się do kogokolwiek w taki sposób, nikt nie był w stanie jej odmówić.
- Nie troskaj się o mnie, matko, za chwilę pójdę do domu. Chciałem jedynie odetchnąć świeżym powietrzem.- odrzekł, odwracając ku niej swoją głowę.
Margareth usiadła obok niego, nie spuszczając z syna wzroku. Potem spojrzała przelotnie na szkicownik, który znajdował się na jego kolanach.
- Widzę, iż nareszcie postanowiłeś powrócić do pielęgnowania swego talentu.- powiedziała, podnosząc wzrok na niego, przy czym uśmiechnęła się lekko.
- Ach, wcale nie...- zaprzeczył, ujmując szkicownik w dłonie, po czym położył go obok siebie na ławce, tak aby nie był on w zasięgu jej wzroku.
- Wychodząc na taras widziałam, że coś szkicowałeś.- odrzekła pani Reliance, nadal się uśmiechając.- Posiadanie takiego talentu to nie powód do wstydu. To równie męska domena, jak umiejętność posługiwania się bronią.- zapewniła go.- Może pokazałbyś matce swoje dzieło?- spytała, spoglądając na niego prosząco.
- Nie mogę, jest jeszcze...- urwał, uciekając wzrokiem na bok.- Nieskończony.- dodał z lekkim trudem. Musiał skłamać, w końcu jak miałby wytłumaczyć fakt, iż narysował portret Rosemary Warmington?
- Ach, to szkoda.- odrzekła z wyraźnym smutkiem Margareth. Po chwili jednak w jej oczach pojawiła się troska.- Synku, powiedz mi, co Cię trapi?- spytała po chwili.
Alistair wbił wzrok w podłogę, nie mając pojęcia, co powiedzieć. Do tej pory myślał, że matka, zajęta przygotowaniami do ślubu Lizzie, nie zauważy tego, jak zmienił się jego stan ducha. Najwidoczniej był w błędzie.
- Ja...- zaczął, nadal nie mając odwagi, by podnieść wzrok.- Dziękuję, matko, za Twoją troskę, lecz nic mnie nie trapi, więc nie masz powodu do zmartwień.- odrzekł po chwili, w końcu na nią spoglądając, i jakby chcąc zapewnić ją o prawdziwości swoich słów, uśmiechnął się szeroko.
Pani Reliance westchnęła tylko, wstając.
- Wielce mnie to raduje.- powiedziała, kierując się w stronę drzwi. Jednak czuła, że Alistair nie jest z nią do końca szczery, a szkicowany przez niego obraz może być odpowiedzią na jej pytania. Musiała więc za wszelką cenę go ujrzeć.


Nowa postać:


Matthew Gray Gubler jako Nathaniel Thornhill(25l.)


Ostatnio zmieniony przez namida1991 dnia 1:13:13 10-05-12, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aneta:)
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 02 Cze 2006
Posty: 2457
Przeczytał: 17 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: 10:46:22 10-05-12    Temat postu:

Rosemary odwiedziła dawnego narzeczonego ale on wcale nie był tym ucieszony...
Tak czułam, że właśnie dlatego Rosemary go odwiedza - chce żeby uwiódł Lizzy.
Szkoda tylko, że on tak szybko się na to godzi
Alistair szkicuje portret Rosemary, nie dobrze....
Czekam na next
Powrót do góry
Zobacz profil autora
namida1991
Prokonsul
Prokonsul


Dołączył: 14 Paź 2009
Posty: 2780
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Gdańska
Płeć: Kobieta

PostWysłany: 22:50:41 13-05-12    Temat postu:

Dzięki za komentarz, kochana, i od razu przepraszam, że tak zawalam z tymi odcinkami. Chcę teraz skończyć pisać kolejny odcinek Immortalized, i jakoś ciężko mi to idzie, więc nie wiem kiedy będzie odcinek tego opowiadania.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Telenowele Strona Główna -> Archiwum Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następny
Strona 7 z 8

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin